Najlepsze płyty 2013: reszta stawki

30 Grudzień 2013 § Dodaj komentarz

coollogo_com-4113367

Wprawdzie w tytule stoi „najlepsze płyty”, ale na początek skorzystajmy w pewnym sensie z obecności drugiego członu i wspomnijmy o tych, których zabraknie. Nie będzie krążków faworytów z ostatnich lat – The Field (dwa razy pierwsza dziesiątka), Deerhunter (również), Washed Out, Buriala, Janelle Monáe, These New Puritans, rodziny Waglewskich, Vampire Weekend oraz Toro Y Moi. Różnie udały się powroty wielkich nazw, nie ostali się więc My Bloody Valentine, Dawid Bowie, Queens Of The Stone Age, Edyta Bartosiewicz, Myslovitz, Prefab Sprout, Autechre, Arctic Monkeys, a co do ostatniego longplaya Franz Ferdinanda, gości z absolutnej czołówki niemal dekadę(!) temu, to przez moment zapomniałem, że… w ogóle słuchałem ich płyty. Lepsze wrażenie pozostawili The Dismemberment Plan, ale oni również nie załapali się do puli. Co do debiutantów, niestety Crab Invasion (mimo wielkiego potencjału) i Rebeka spisali się poniżej oczekiwań, a co do wydawnictw Fismolla, Dawida Podsiadły, AlunaGeorge i Disclosure, nie wiem, o co aż tyle hałasu, to wszystko w muzyce już było.

Znacznie lepiej poradzili sobie nasi Armando Suzette, BOKKA i XXANAXX. Projekt Mateusza Tondery, któremu przyglądam się od prawie dwóch lat, na EP-ce „Calendar” zaprezentował nie tylko znaną już unikatowość songwriterską na polskim podwórku, ale też regularny zespół i wysmakowane brzmienie. Zachowujące anonimowość trio BOKKA spotyka casus Andy’ego Stotta sprzed roku, czyli czułbym się trochę nie w porządku umieszczając ich self-titled za pięć dwunasta w pierwszej dziesiątce, jednocześnie jest to materiał, który zyskuje z czasem. Z kolei duet Michał Wasilewski i Klaudia Szafrańska ma świetne ucho do pisania przebojowych melodii – jeśli na swoim pierwszym longplayu powtórzą poziom z trzech piosenek z „Dissapear”, następnym razem będą czołówki rocznych notowań. Nonsense & Absurd tylko formalnie debiutuje, „Random Composing Technique Manifesto” to pierwsza artystyczna wypowiedź w takim kształcie Afrojaxa z Afro Kolektywu, tyleż zaskakująca, co niezła. Czekamy na więcej! Thundercat ciągle jest tak dobry jak na „The Golden Age Of Apocalypse”, ale dwa lata później to trochę za mało, by go uhonorować miejscem w dziesiątce. Premierowy długograj zaprezentował Matthew Barnes, znany lepiej jako Forest Swords, i jesteśmy świadkami autonomicznej wypowiedzi w muzyce elektronicznej podobnie jak osobną narrację zaproponowali Fire! Orchestra na jazzująco-krautrockowo-hałasującym „Exit!”. Ciekawą, choć trudną. Na zupełnie innym biegunie lokują się The Dodos ze swoją ciepłą, uczłowieczoną twórczością, dobitnie pokazując, że jeśli muzyka (w dużej mierze) oparta na gitarach ma w sobie duszę, w 2013 r. dało się jej słuchać. Kuriozalna sytuacja spotkała Plug&Play – z najlepszym w swoim dorobku materiałem, czyli z „Reisefieber”, nie załapali się do pierwszej dziesiątki, choć rok temu, przy wyższym poziomie konkurencji, to się udało. Sytuację trochę tłumaczy fakt, iż gdy przychodzi do ważenia jakości, łatwiej przygotować cztery bardzo dobre utwory (w tym jeden znany z 2012 r.), niż cały świetny longplay. Tak, w czołówce najlepszych płyt 2013 r. znalazły się tym razem wyłącznie same długograje.

Najlepsze piosenki 2013: ławka rezerwowych

28 Grudzień 2013 § Dodaj komentarz

coollogo_com-9318188

Podsumowania czas zacząć… O ile rok temu w przypadku najlepszych piosenek dokonywałem wyboru z ponad 70 utworów, o tyle tym razem przybyło ich następne dwie dziesiątki. Na rozgrzewkę przed daniem głównym zamieszczam jednak nie wszystko jak leci, ale zaplecze w postaci 40 kompozycji – do odsłuchania oddzielnie (linki znajdują się pod tytułami utworów) lub jako jedna playlista z tych zasobów, które są dostępne na Spotify. Tym razem jeszcze kolejność alfabetyczna.

A$AP Rocky „Phoenix”

Ballet School „Heartbeat Overdrive”

Better Person „I Wake Up Tired”

Classixx „Holding On”

Colin Stetson „High Above A Grey Green Sea”

Dorgas „Egocêntrica”

Eric Shoves Them In His Pockets „Storms”

Fair Weather Friends „Fake Love”

Forest Swords „The Weight Of Gold”

Furia Futrzaków „Noc wystarczyć ma na dłużej”

How How „Pinkery The Knight”

inc. „Trust (Hell Below)”

James Blake „Retrograde”

Justin Timberlake „Mirrors”

Justin Timberlake (feat. Jay-Z) „Suit & Tie”

Kiev Office „Jerzy Pilch”

Kixnare „Gucci Dough”

Łagodna Pianka „Lody huśtawkowe”

Milcz Serce „22.22”

Miracles Of Modern Science „Dear Pressure”

Newest Zealand „Mutual Love”

Pissed Jeans „Bathroom Laughter”

Plug&Play „Like Analog Tapes”

Rebeka „Unconscious”

Sally Shapiro „All My Life”

Skalpel „If Music Was That Easy”

Sorry Boys „The Sun”

Sportsman (feat. Linnea Jönsson) „Rally”

St. Lucia „The Way You Remember Me”

St. Lucia „Wait For Love”

St. Lucia „When The Night”

Swimming „Triplebrie”

Tesla Boy „Dream Machine”

Tesla Boy „M.C.H.T.E”

The Dodos „Death”

The Dodos „The Current”

The Virgins „Flashbacks, Memories, And Dreams”

Thundercat „Heartbreaks + Setbacks”

XXANAXX „Broken Hope”

XXANAXX „Got U Under”

Zagraniczne rozmaitości (13) – Julia Holter, Forest Swords, Fire! Orchestra, Thundercat

19 Grudzień 2013 § Dodaj komentarz

Na zakończenie 2013 zagraniczne rozmaitości również z „13” w tytule. Zanim umieszczę na blogu listy roczne, chciałbym nadrobić zaległości i powiedzieć o płytach, o których od kilku miesięcy opowiedzieć mi się nie udało, a które znalazły się w puli krążków do zestawienia najlepszych longplayów. 90% miejsc jest już raczej zajętych, o Daft Punk, tu nie pasujących, było poprzednio, Wam pozostawiam domysły, co z tego znajdzie się w finalnej dziesiątce. Każdy z wymienionych albumów zasługiwał na osobne potraktowanie, mowa o unikatowych zjawiskach, ale nie ma co kryć – w tym roku pisaniu o muzyce z racji innych aktywności musiałem poświęcić mniej miejsca.

Julia Holter Loud City SongJulia Holter „Loud City Song”

Kto wie, być może to jest właśnie przyszłość muzyki niezależnej? Pierwszy przyczółek w zeszłym roku zdobyli już Grizzly Bear, a Julia Holter przeprowadziła na „Loud City Song” regularny desant, gdzie barwy alternatywy przemieszały się z barwami muzyki poważnej, bo o ten zabieg konkretnie mi chodzi. Weźmy charakterystyczną właśnie dla klasyki cudowną ornamentykę dla wokalu Julii na początku „World”. Weźmy budzącą respekt masywność „Maxim’s I”, spójrzmy na naturalnie narzucające się nawiązanie do klasycznych pianistów lub kompozytorów w postaci „He’s Running Through My Eyes” czy wyostrzmy słuch na ciche orkiestracje w „Maxim’s II”. Z drugiej strony mamy elementy kierujące nas raczej w stronę jazzu jak w drugiej połowie „City Appearing” czy „In The Green Wild”, piosenki popularnej (zwiewne „This Is A True Heart”) i ambientu („Hello Stranger”). Maniera aktorska w śpiewie Julii Holter może irytować przez swoją dosłowność, ale też trzeba przyznać, że do utworów zebranych na „Loud City Song” pasuje idealnie, zresztą Amerykanka nie przesadza z jej stosowaniem. Na koniec anegdota – rok temu, przy okazji pozablogowego podsumowania, słuchałem poprzedniego longplaya artystki, „Ekstasis”. Jako że ogólnego materiału do przerobienia w postaci płyt miałem sporo, po pierwszym zapoznaniu się z twórczością Holter, uznałem ją za nudną i oceniłem nieentuzjastycznie. „Cóż więcej można dodać, wszyscy widzieliśmy przebieg meczu, musimy teraz wyciągnąć wnioski”.

Forest Swords - EngravingsForest Swords „Engravings”

Nie byle jaka to sztuka mieć po dwóch EP-kach, na wysokości debiutanckiego longplaya, unikatowy w skali muzycznego świata i rozpoznawalny wizerunek. I jakkolwiek pretensjonalnie by to nie zabrzmiało, ten w wykonaniu Forest Swords kieruje nasze wyobrażenia jednoznacznie do Kraju Kwitnącej Wiśni, w czasy samurajskie. Nic dziwnego, stojący za projektem angielski (sic!) producent Matthew Barnes myśli obrazami – jest zawodowym grafikiem, który sztuki wizualne wymienia wśród swoich inspiracji, a gdy dodać do tego orientalne wstawki w jego utworach, (spójny) design okładek czy mistyczny klimat spowijający kompozycje, nie pozostaje wiele miejsca na własną interpretację. Ale w tym przypadku, to się chwali, tym bardziej, że koncept jest frapujący, a w świecie, w którym wydaje się, że nagrano już wszystko, świeży. Słuchając dumnego „The Weight Of Gold”, pociągniętego zamaszystymi fakturami rodem z konsol 8-bitowych „Ljoss” czy wirujących ostrz w „Irby Tremor”, można wysnuć obawę, iż projekt Anglika chwyta, póki działa efekt nowości, jego hermetyczność jednak może stać się w przyszłości bronią obosieczną. No i co gorsza – ile klonów Matthew Barnesa będziemy wkrótce słuchać? To zmartwienie dnia jutrzejszego, póki co mgła spowiła las z mieczami, warto podjąć jeden z nich i sprawdzić, co się pod nim znajduje.

Fire! Orchestra - Exit!Fire! Orchestra „Exit!”

Paweł Franczak twierdzi, że świadome słuchanie muzyki poważnej potrafi wywołać fizyczne zmęczenie. Jeśli tak, to chciałoby się rzec, iż po wybrzmieniu ostatniego taktu na „Exit!”, swój T-shirt można wyżymać z potu. Płyta będąca owocem współpracy saksofonisty Matsa Gustafssona, basisty Johana Berthlinga, perkusisty Andreasa Werliina z wokalistami, szwedzkimi jazzmanami i… tekstem Arnolda de Boera z The Ex jest nie tyle już propozycją dla wytrwałych, co odpornych. Jest to zapis koncertu na awangardowej scenie Fylkingen, gdzie w styczniu 2012 r. spotkało się aż 28 muzyków razem tworzących skład Fire! Orchestra („podstawowe” Fire! to wymieniona na wstępie trójka plus goście). Efekt końcowy stanowi szokująca miejscami mieszanka free jazzu, krautrocka, atonalnych wokaliz i liryki opisującej poruszanie się po tajemniczym budynku, raz to gorączkowe, raz to dające za wygraną. Tym samym pomieszczenie staje się metaforą osaczenia i słuchacz może odnieść wrażenie, że wcale nie chodzi o wolno stojący obiekt, ale o zapis stanu paranoicznego umysłu. „Exit!” z racji swojej formy raczej nie jest pozycją, po którą sięga się często, zresztą trzeba też uczciwie zaznaczyć, iż krążek Fire! Orchestra nie ustrzegł się męczącej dłużyzny przy samym finiszu nagrania – nawet jeśli uznać końcowe wokale za odzwierciedlenie upadku w szaleństwo podmiotu lirycznego, mogłyby być one o te kilka minut krótsze, bo w pewnym momencie po prostu zaczynają nużyć. Nie zmienia to faktu, że to płyta w przeważającej części udana, choć nie dla każdego.

Thundercat - ApocalypseThundercat „Apocalypse”

Gdy pisałem o ostatnim efekcie solowej współpracy Thundercata z Flying Lotusem, stwierdziłem, że to czarna muzyka przyszłości i wszystko jest możliwe. Szkoda, że tym możliwym okazało się niezrobienie od czasów „The Golden Age Of Apocalypse” wyraźnego kroku naprzód (gdy zaś chodzi o Lotusa, „Until The Quiet Comes” było na tle longplaya „Cosmogramma” krokiem wstecz). Nie słyszę na „Apocalypse” nic, czego bym nie słyszał już na poprzednim krążku Stephena Brunera z 2011 roku, co więcej, z perspektywy dwóch płyt widać wyraźnie, że największą bolączką kaskaderskiego basisty obdarzonego anielskim wokalem jest utrzymanie na przestrzeni całego wydawnictwa spójności i wysokiego poziomu, który sam sobie wyznacza pojedynczymi utworami. Tak jak na „The Golden Age Of Apocalypse” wyróżniały się „For Love (I Come Your Friend)”, „Seasons” czy „Fleer Ultra”, tak i na „Apocalypse” można wskazać liderów. To będzie choćby największy na dzień dzisiejszy autorski przebój Thundercata, „Heartbreaks + Setbacks”, opener w postaci „Tenfold”, który brzmi jak introdukcja wielkiej płyty lub schowane pod ostatnim indeksem pożegnanie zmarłego w zeszłym roku przyjaciela, Austina Peralty, najzwyczajniej w świecie wyciskające łzy z oczu (czy można sobie wyobrazić bardziej poruszające wyznanie wiary niż to, gdy Bruner śpiewa „I know I will see you again in another life / Thank you for sharing love and your light / Though we say goodbye / We will say hallo again”?). Pozostałe utwory, w których mieszają się wątki życia, śmierci, nadziei, to poziom, którego wielu współczesnych artystów nie dosięga, ale na tle najwyżej punktujących dokonań Thundercata i Flying Lotusa, wydają się zwyczajnymi. Mówimy o dwóch wizjonerach, stąd moje kręcenie nosem.

Najlepsze płyty 2011

7 Styczeń 2012 § 2 komentarzy

W kontekście minionych 12 miesięcy w muzyce przede wszystkim trzeba wspomnieć o najwybitniejszej rzeczy, jaka w tym czasie się ukazała, czyli o „SMiLE” The Beach Boys. Wbrew temu co pisze Pitchfork, nie jest to żadne „best new reissue”, ale pierwsze wydanie oryginalnego albumu, więc zasadnym było pytanie o obecność tegoż w zestawieniu płytowym. Koniec końców trochę głupio określać mianem najlepszego longplaya 2011 r. nagrania z 1967, no i już u zarania dekady zepsulibyśmy sobie zabawę za kilka lat, gdy będziemy wybierać topowy krążek tego dziesięciolecia. Po prostu nic większego od „SMiLE” na niemal 100% się nie pojawi. Więcej o dziele Briana Wilsona napisałem przy okazji ostatniego numeru „Electric Nights”, zapraszam do czytania. 2011 przyniósł z mojej perspektywy dwa wyraźne odwroty – autor jednej z dwóch płyt 2010 r., mocarnego „Causers Of This”, zmieniając brzmienie zszedł z podium oznaczonego „geniusz” na „dobry”. Obok Toro Y Moi zaledwie poprawnie zaprezentował się też Panda Bear. Wreszcie wspomnijmy o artystach, którzy dosłownie otarli się o pierwszą dziesiątkę – Peaking Lights, PJ Harvey (pierwsi i druga ustąpili miejsca innym w ostatniej chwili), James Blake i Kurt Vile.

10. Thundercat „The Golden Age Of Apocalypse”

Po kooperacji niezłego głosu i pokręconego basu (Thundercat) oraz proroka muzyki XXI w. (Flying Lotus) oczekiwałem rzeczy kosmicznych, co wcale nie dziwi, gdy spojrzeć na wynik ich dotychczasowej współpracy. Tak kosmicznych, że pierwszy kontakt z „The Golden Age Of Apocalypse” pozostawił uczucie niedosytu. Niesłusznie. Ostatni owoc ich współpracy nie pozostawia złudzeń, że to tutaj dzieje się przyszłość, że potencjał Stephena i Stevena (to się dobrali), a szczególnie tego drugiego, jest w tej chwili nie do zmierzenia, wszystko jest możliwe. „The Golden Age Of Apocalypse” pomimo swojego zatrważającego tytułu mógłby mieć na okładce ogromne, czerwone serce. Ten album to jedna wielka walentynka, płyta przepełniona miłością, ale nie w amerykański (choć nagrali ją Jankesi), kiczowaty sposób – to zaskakująco dojrzałe, jak na wiek twórców, refleksyjne dzieło. Pewnie w każdych czasach taki miód na serce jest potrzebny, tyle że współcześnie jakby jeszcze bardziej. Zdecydowanie czarna muzyka przyszłości.

9. The Field „Looping State Of Mind”

Nie zgadzam się z poglądem mówiącym, że „Looping State Of Mind” to wejście Axela Willnera na nowe, wymagające większej koncentracji ścieżki. Tak naprawdę jest to album równie przystępny, co „Yesterday And Today” z 2009 roku. Generalna idea stojąca za jego muzyką jest kontynuowana, nadal główną oś utworów stanowią chwytliwe pętle, a średnia długość kompozycji to jakieś 7 minut. Szwed odbija w końcowych częściach swoich utworów w inne loopy, pojawiają się też przykryte ścieżkami sample wokalne rodem jakby z tradycji… czarnoskórych artystów (to tylko skojarzenie, nie wnikałem, skąd je faktycznie wytrzasnął). Eksperci określają muzykę The Field tyleż jednoznacznymi, co zaciemniającymi obraz łatkami – minimal techno, ambient techno czy microhouse (ostatnie chyba jednak przestrzelone). To nie jest istotne. Bardziej liczy się od tego fakt, iż słysząc coś od Willnera, nawet bez podpowiadającego nazwę wykonawcy okna w playerze, wiemy, kto jest autorem kompozycji.

8. Kobiety „Mutanty”

Dobijali się przez lata do tego mainstreamu, dobijali i… nadal się dobijają. „Jeżeli jesteśmy rzeczywiście klasykami polskiej alternatywy, w co raczej wątpię, gdyż jestem z natury sceptykiem, to jesteśmy klasykami biednymi, niepoczytnymi, dla wtajemniczonych, a tego ja nie chcę” – bycie Grzegorzem Nawrockim z zespołu Kobiety musi być frustrujące. I niech niczyjej czujności nie uśpi pojawienie się tej grupy w 2011 r. w dużych mediach. W końcu mówimy o niedocenianiu artystów, którzy na jednej płycie potrafią bezkolizyjnie zmieścić avant pop, rock, muzykę rodem z westernów, rozmach aranżacyjny, chwytliwość, dowcip, ironię i ckliwość. Bywa, że na granicy kiczu czy rymów częstochowskich, ale to wszystko rodzima, zjadliwa przecież krytyka muzyczna zgodnym chórem przemilcza. Czy może być inaczej, skoro co kilka lat Kobiety dostarczają nam złote wersy i stające się klasykami rodzimej alternatywy przeboje? „We Are The Mutants”, „Tak pięknie nie kłamał nikt”, „Łajka” czy „Guru” już czekają w kolejce do tego zacnego towarzystwa.

7. Washed Out „Within And Without”

EP-ka była lepsza”? Zgoda co do tego, iż wcześniejsze wydawnictwa Ernesta Greena są najeżone przebojami, z którymi konkurować w 2011 r. mogły zaledwie „Amor Fati”, „Eyes Be Closed” i może „You And I”. Trzeba jednak pamiętać o tym, że były to miejscami hity o podejrzanej proweniencji, zaś pierwszy longplay Amerykanina to już nie chillwave’owa demówka nagrana w zaciszu własnego domu, tylko regularna praca w profesjonalnym studiu, z kontraktem od legendarnego Sub Pop w kieszeni. W obrębie brzmienia Washed Out dokonała się też drobna, chyba nie zawsze zauważana korekta. Pluszowy sound „Within And Without” zaowocował najbardziej zmysłową płytą minionego roku. Greene nie kłamie – pisząc taką właśnie muzykę, nie przemyca pod neutralnym określeniem wulgarności lub przesady. To stwarza nadzieję, że jeszcze nie wszystkim w „tych Stanach” odbiło. Pewnie też i z tego powodu debiutancki album Washed Out był nie tylko w moim przypadku jedną z najczęściej lub dosłownie najczęściej słuchaną płytą w 2011 r. Mam to na piśmie!

6. Neon Indian „Era Extraña”

Po The Rapture na pierwszym miejscu zestawienia piosenkowego chyba drugie takie zaskoczenie. Mam w końcu świadków na to, jak sceptycznie podchodziłem do zespołu Alana Palomo, zresztą nadal nie wymieniłbym Neon Indian w pierwszej trójce chillwave’u. Chociaż… Sami zainteresowani raczej nie aspirują do bycia częścią tego nurtu. Pamiętam zabawną sytuacją z zeszłorocznego OFF-a, gdy podczas próby Neon Indian na Leśnej wysyłałem gorączkowo sms-a o mniej więcej takiej treści – „oni rozstawiają się z instrumentami!”. Pewnie oczekiwałem pojawienia się na scenie jednego gościa, który stanie za laptopem, klawiszem, nałoży jakiś (lub nie) efekt na wokal i zagra tak swój koncert. W dodatku za wiele poza kicającym Meksykaninem z tego gigu nie zapamiętałem, a przecież wtedy (YouTube nie kłamie!) kwartet zagrał piosenki, którymi tak strasznie się jarałem odsłuchując później „Era Extraña”. Na samym wejściu szansę na pojawienie się na tej liście drugiego longplaya Neon Indian były w 2011 r. równie wielkie, co na to, że PZPN sam się zreformuje. Potem jednak wkręciłem się w m.in. „Fallout”, Halogen (I Could Be A Shadow)” czy „Hex Girlfriend”, z siedziby Związku wypłynęły taśmy prawdy, a reszta jest już historią.

5. Muzyka Końca Lata „PKP Anielina”

Jak nie teraz, to kiedy? Na samo zamknięcie miłosno-sentymentalnego tryptyku do składu MKL dołączyła Ola Bilińska, zespół zaprosił gości – sekcję dętą Contemporary Noise Sextet, Karotkę z Kawałka Kulki oraz znaną m.in. z Orchid Natalię Fiedorczuk i… nagrał swoją najlepszą płytę. Zdecydowało o tym nie tylko wzbogacenie brzmienia, ale też wysoka forma songwriterska (nigdy na jednym albumie nie mieli aż tylu przebojowych momentów) i całkowite odsłonięcie się Bartka Chmielewskiego w tekstach. Nic dziwnego, że prace nad płytą przeciągały się wskutek blokady wokalnej lidera Muzyki Końca Lata. Posłuchajcie choćby drugiej zwrotki „2001-2007”. Zresztą oni nigdy nie kalkulowali i w czasach gdy polskie zespoły z kręgu indie wypływały na byciu często kopią grzywkowych kapel z Zachodu, autorzy „PKP Anieliny” czerpali z rodzimej tradycji, bo najzwyczajniej w świecie jest im bliska. Żeby nie było tak prosto – zapytajcie ich, czego słuchają w samochodzie. Paru hipsterskich bojowników zostałoby zakasowanych ze znajomości anglosaskiej alternatywy. To jedno z dwóch CD, które w 2011 r. ukazały się nakładem nowego labela Thin Man Records. Drugim były „Mutanty” Kobiet. Wow.

4. Bullion „You Drive Me To Plastic”

Nigdy nie rozumiałem histerii polskich słuchaczy wokół The Avalanches – uważam, że po „Endtroducing…..” tak ogromne jaranie się „Since I Left You” jest zwykłym zaspaniem na lekcje. Londyńczyk Nathan Jenkins jest w swojej sampleriadzie jeszcze bardziej radykalny niż wspomniani artyści. Choć w większości jego utwory bazują na dorobku innych wykonawców, życzę powodzenia w namierzaniu źródeł. Nawet jeśli wydaje się nam, że jesteśmy już blisko, czyli jak w przypadku „Slight Jig In The Sky”, całość jakoś nijak nie pobrzmiewa nawet dalekim echem Pink Floyd. Dzięki temu gdy już wkręcimy się w niebywała chwytliwość materiału zebranego na tym przeszło dwudziestominutowym (jak określa to sam Bullion) „non-LP”, nie uderzy w tył naszej głowy to znane uczucie zawodu „a, to sampel z….”. Jest do czego się bujać („Magic Was Ruler”, „Too Right”, „Pressure To Dance”), jest i wesoło (spróbujcie się nie zaśmiać po wyznaniu na początku „My Castle In England”), wreszcie muzyczny detektywi mają kilka solidnych łamigłówek do rozwiązania.

3. Destroyer „Kaputt”

Listen / I’ve been drinking” melodeklamuje na początku „Bay Of Pigs (Detail)” zamroczonym głosem Dan Bejar i gdybym nie jego „sportowy tryb życia”, uwierzyłbym, że to tylko kreacja artystyczna. „Kaputt” to jedno wielkie kolabo rozmemłanych, nie-mających-się-prawa-zmieścić-we-frazie tekstów Kanadyjczyka i sophisti-popowych instrumentalizacji, które swoją kulminację osiąga w przepięknym „Suicide Demo For Kara Walker”. Przepych kompozycyjny nie przytłacza poszczególnych utworów, dzięki czemu „Kaputt” to płyta idealna do relaksu przy szklance czegoś chłodnego, jazdy samochodem, zadumy i popłakania sobie, na randki, spacery letnim wieczorem, słowem album-orkiestra. I wiele osób mogłoby to uznać za minus gdyby nie fakt, że to dziecko przemysłu rozrywkowego nosi w sobie (jakkolwiek poważnie to nie zabrzmi) błysk sztuki.

2. Gatto Fritto „Gatto Fritto”

Lubię takie wejścia jak „The Curse” – bez mizdrzenia się, mega przebojowe, od razu na tor wskazujący „to jest TEN album!”. Enigmatyczny producent z Wysp funduje na self-titled wycieczkę po klasykach electro, które u ludzi dorastających w latach 90. mogą wywoływać uczucie déjà vu („Hex”, „Grinding Of The Breakes”), obok tychże pojawiają się rzeczy bardziej współczesne („My Etheric Body”), formy progresywne („Invisible Collage”), ambientowe („Solar Flames Burn For You”) czy hity prosto do celu (wspomniane „The Curse” i „Lucifer Morning Star” – doszukującym się wątków diabelskich proponuję sprawdzić, czym było owa „lucifer star”). Ben Williams na swoim pierwszym longplayu Ameryki nie odkrywa, to wszystko już w elektronice słyszeliśmy, ale to trochę jak ze współczesnymi piłkarzami – ciężko wymyślić w sposobie gry coś totalnie nowego, indywidualnego, więc gdy już pojawia się ktoś prezentujący równą formę i błysk geniuszu, staje się współczesnym bohaterem futbolu. Nie wiem czy Gatto Fritto interesuje się tą dyscypliną sportu, wiem, że moim bohaterem i debiutantem roku 2011 jest. W dodatku wyborną całość opatrzono prostą, świetną okładką. Czego chcieć więcej?

1. Radiohead „The King Of Limbs”

Z Radiohead walczyłem przez lata. Całkiem świadomie omijałem tą (w moim postrzeganiu) przybijającą muzykę i chyba też nie do końca czułem, że czeka tam coś, co mogłoby mnie zainteresować. Pomijam w tym momencie pierwszy kontakt z Yorkiem i spółką, gdy jako dzieciak zobaczyłem klip do „Paranoid Android”, chodzi o czas już późniejszy. Po prawdzie „OK Computer” współcześnie wydaje się mieć większą prasę niż zawartość (miejscami literalnie – prześledźcie niektóre recenzje i zarysowane konteksty przy sprowadzających na ziemię komentarzach samych Radiohead) i gdyby nie wydarzyło się „Kid A” oraz następstwa tej reformy, zespół z Abingdon mógłby nigdy nie zagościć na mojej półce z płytami. „The King Of Limbs” trafia w czas, gdy niektórzy słuchacze już są lekko znużeni… No właśnie, czym? Tą grupą samą w sobie? Równą formą i klasą prezentowaną przez trzecią już dekadę grania, która już się tak opatrzyła, że żądnych wciąż to kolejnych bodźców i goniących za nowościami ludzi XXI w. znudziła? Właśnie wtedy, gdy piątka artystów dała na luz (i nie chodzi tylko o tańczącego Thoma Yorka) i zaczęła korespondować z tym, co w muzyce dopiero się wydarzy. Jeśli jednak ktoś widzi w kicającym do setu wokalisty Radiohead Flying Lotusie tylko… kicającego do setu wokalisty Radiohead Flying Lotusa, to jego problem. Osobom trzymającym rękę na pulsie pozostaje baczne przyglądanie się kolejnym ruchom twórców najlepszej płyty tego roku i wspomnienie słynnego tygodnia przed premierą „The King Of Limbs”. W końcu tego w muzyce jeszcze nie było.


Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Thundercat at .