Najlepsze płyty 2013: reszta stawki

30 grudnia 2013 § Dodaj komentarz

coollogo_com-4113367

Wprawdzie w tytule stoi „najlepsze płyty”, ale na początek skorzystajmy w pewnym sensie z obecności drugiego członu i wspomnijmy o tych, których zabraknie. Nie będzie krążków faworytów z ostatnich lat – The Field (dwa razy pierwsza dziesiątka), Deerhunter (również), Washed Out, Buriala, Janelle Monáe, These New Puritans, rodziny Waglewskich, Vampire Weekend oraz Toro Y Moi. Różnie udały się powroty wielkich nazw, nie ostali się więc My Bloody Valentine, Dawid Bowie, Queens Of The Stone Age, Edyta Bartosiewicz, Myslovitz, Prefab Sprout, Autechre, Arctic Monkeys, a co do ostatniego longplaya Franz Ferdinanda, gości z absolutnej czołówki niemal dekadę(!) temu, to przez moment zapomniałem, że… w ogóle słuchałem ich płyty. Lepsze wrażenie pozostawili The Dismemberment Plan, ale oni również nie załapali się do puli. Co do debiutantów, niestety Crab Invasion (mimo wielkiego potencjału) i Rebeka spisali się poniżej oczekiwań, a co do wydawnictw Fismolla, Dawida Podsiadły, AlunaGeorge i Disclosure, nie wiem, o co aż tyle hałasu, to wszystko w muzyce już było.

Znacznie lepiej poradzili sobie nasi Armando Suzette, BOKKA i XXANAXX. Projekt Mateusza Tondery, któremu przyglądam się od prawie dwóch lat, na EP-ce „Calendar” zaprezentował nie tylko znaną już unikatowość songwriterską na polskim podwórku, ale też regularny zespół i wysmakowane brzmienie. Zachowujące anonimowość trio BOKKA spotyka casus Andy’ego Stotta sprzed roku, czyli czułbym się trochę nie w porządku umieszczając ich self-titled za pięć dwunasta w pierwszej dziesiątce, jednocześnie jest to materiał, który zyskuje z czasem. Z kolei duet Michał Wasilewski i Klaudia Szafrańska ma świetne ucho do pisania przebojowych melodii – jeśli na swoim pierwszym longplayu powtórzą poziom z trzech piosenek z „Dissapear”, następnym razem będą czołówki rocznych notowań. Nonsense & Absurd tylko formalnie debiutuje, „Random Composing Technique Manifesto” to pierwsza artystyczna wypowiedź w takim kształcie Afrojaxa z Afro Kolektywu, tyleż zaskakująca, co niezła. Czekamy na więcej! Thundercat ciągle jest tak dobry jak na „The Golden Age Of Apocalypse”, ale dwa lata później to trochę za mało, by go uhonorować miejscem w dziesiątce. Premierowy długograj zaprezentował Matthew Barnes, znany lepiej jako Forest Swords, i jesteśmy świadkami autonomicznej wypowiedzi w muzyce elektronicznej podobnie jak osobną narrację zaproponowali Fire! Orchestra na jazzująco-krautrockowo-hałasującym „Exit!”. Ciekawą, choć trudną. Na zupełnie innym biegunie lokują się The Dodos ze swoją ciepłą, uczłowieczoną twórczością, dobitnie pokazując, że jeśli muzyka (w dużej mierze) oparta na gitarach ma w sobie duszę, w 2013 r. dało się jej słuchać. Kuriozalna sytuacja spotkała Plug&Play – z najlepszym w swoim dorobku materiałem, czyli z „Reisefieber”, nie załapali się do pierwszej dziesiątki, choć rok temu, przy wyższym poziomie konkurencji, to się udało. Sytuację trochę tłumaczy fakt, iż gdy przychodzi do ważenia jakości, łatwiej przygotować cztery bardzo dobre utwory (w tym jeden znany z 2012 r.), niż cały świetny longplay. Tak, w czołówce najlepszych płyt 2013 r. znalazły się tym razem wyłącznie same długograje.

Najlepsze piosenki 2013: ławka rezerwowych

28 grudnia 2013 § Dodaj komentarz

coollogo_com-9318188

Podsumowania czas zacząć… O ile rok temu w przypadku najlepszych piosenek dokonywałem wyboru z ponad 70 utworów, o tyle tym razem przybyło ich następne dwie dziesiątki. Na rozgrzewkę przed daniem głównym zamieszczam jednak nie wszystko jak leci, ale zaplecze w postaci 40 kompozycji – do odsłuchania oddzielnie (linki znajdują się pod tytułami utworów) lub jako jedna playlista z tych zasobów, które są dostępne na Spotify. Tym razem jeszcze kolejność alfabetyczna.

A$AP Rocky „Phoenix”

Ballet School „Heartbeat Overdrive”

Better Person „I Wake Up Tired”

Classixx „Holding On”

Colin Stetson „High Above A Grey Green Sea”

Dorgas „Egocêntrica”

Eric Shoves Them In His Pockets „Storms”

Fair Weather Friends „Fake Love”

Forest Swords „The Weight Of Gold”

Furia Futrzaków „Noc wystarczyć ma na dłużej”

How How „Pinkery The Knight”

inc. „Trust (Hell Below)”

James Blake „Retrograde”

Justin Timberlake „Mirrors”

Justin Timberlake (feat. Jay-Z) „Suit & Tie”

Kiev Office „Jerzy Pilch”

Kixnare „Gucci Dough”

Łagodna Pianka „Lody huśtawkowe”

Milcz Serce „22.22”

Miracles Of Modern Science „Dear Pressure”

Newest Zealand „Mutual Love”

Pissed Jeans „Bathroom Laughter”

Plug&Play „Like Analog Tapes”

Rebeka „Unconscious”

Sally Shapiro „All My Life”

Skalpel „If Music Was That Easy”

Sorry Boys „The Sun”

Sportsman (feat. Linnea Jönsson) „Rally”

St. Lucia „The Way You Remember Me”

St. Lucia „Wait For Love”

St. Lucia „When The Night”

Swimming „Triplebrie”

Tesla Boy „Dream Machine”

Tesla Boy „M.C.H.T.E”

The Dodos „Death”

The Dodos „The Current”

The Virgins „Flashbacks, Memories, And Dreams”

Thundercat „Heartbreaks + Setbacks”

XXANAXX „Broken Hope”

XXANAXX „Got U Under”

Zagraniczne rozmaitości (12) – The Dodos, Deerhunter

5 września 2013 § Dodaj komentarz

Dwa zespoły funkcjonujące w zbliżonym okresie, z identyczną liczbą longplayów na koncie, reprezentujące archetypowy indie rock, oba z Ameryki, oba… na „D”, wydające swoje najnowsze płyty w bieżącym roku. Ale efektem końcowy nie jest jednakowy, i o dziwo to ci mniej rozpoznawalni wychodzą z tej konfrontacji zwycięsko.

The Dodos - CarrierThe Dodos „Carrier”

Z perspektywy czasu tytuł trzeciej płyty („Time To Die”) zespołu Merica Longa i Logana Kroebera okazał się proroczy. Rok temu w czasie snu w wieku zaledwie 26 lat odszedł Chris Reimer, muzyk kanadyjskiej grupy Women, w tamtym czasie także trzeci członek The Dodos. Long w materiałach prasowych wspomina wpływ, jaki wywarł na niego przedwcześnie zmarły artysta, nie tylko, jeśli chodzi o komponowanie, ale ogólne myślenie o muzyce, cierpliwość pozwalającą piosence się rozwinąć, pozbawiony znamion osądzania entuzjazm dla dźwięku. I na „Carrier” znajdziemy więcej raczej tego typu elementów odnoszących się do Reimera niż kwestii, która, wydawać by się mogło, powinna wybić się na pierwszy plan, czyli opłakiwania przyjaciela. Prawdę mówiąc ci liryczni Dodos całkiem konkretnie kopią tyłki! Weźmy jedną wielką afirmację życia, czyli najbardziej przebojowy na płycie „The Current”, podbite fanfarami „Substance”, galopujący rytm „Stranger” lub kolejne gitarowe puzzle singla „Confidence”. Coś podobnego zrobili na ostatnim longplayu Grizzly Bear – bez odwoływania się do „łatwej” energii, jaką dałoby się uzyskać naparzając noise rocki, kilka razy tak szarpnęli cuglami, że można było wylądować na glebie. Zresztą nowojorska kapela to właściwy punkt odniesienia, gdy myślimy o „Carrier”, podobnie jak amerykańska spuścizna indie początku XXI w., ale bardziej ta spod znaku The Shins, niż np. The Strokes, że pozostaniemy w NY. Owszem, bywa refleksyjnie, jak w przepięknym „Death”, bywa onirycznie („The Ocean”), ale daleko od niedojrzałej ckliwości. Przeglądając noty recenzentów, wobec natłoku muzycznych premier, łatwo wydane nakładem Polyvinyl Records „Carrier” pominąć, a mówimy o zespole, który już u zarania był nietypowy – znajomość afrykańskich polirytmii, granie w metalowych zespołach, i który puścił w obieg jeden z lepszych krążków w tym roku.

Deerhunter - MonomaniaDeerhunter „Monomania”

Gdzieś tam krąży opinia, że wcielenie Deerhuntera na „Monomanii” jest jakoby jakimś innym niż na ostatnich płytach, bardziej noise’owym. Bez przesady. Taka kolej rzeczy mogłaby sugerować, że Bradford Cox, Lockett Pundt, Moses Archuleta i dwóch nowych kolegów w zespole na piątym longplayu („Weird Era Cont.” została jednak dorzucona jako dodatek do „Microcastle”, ja liczę te płyty łącznie) Deerhunter odznaczają się jakiegoś rodzaju czupurnością. Tymczasem od „Halcyon Digest” muzycy wyraźnie złagodnieli i dziś należy traktować ich po prostu jako popularny amerykański band, który robi za headlinera modnych festiwali. Co jeszcze nie jest zarzutem – do ich piosenkowego wcielenia trudno się było przyczepić, ja sam wspomniany krążek z 2010 r. wymieniłem w zestawieniu najlepszych tego typu wydawnictw w tamtym okresie. „Monomania” to już jednak inna bajka. Podstawowy problem polega na niemal całkowitym braku elementu zaskoczenia. Gdy odpalają się kolejne indeksy na płycie, ja wiem, co się wydarzy – że wokal Coxa będzie przesterowany, że lirycznie będzie się odkrywał, czasem skrzypnie gitara, ale generalnie wszystko będzie płynęło swoim spokojnym, melodyjnym, chwytliwym nurtem, zaś gdy swoją kompozycję zaprezentuje Pundt, będzie ona brzmiała jakby wyjęta z jednego i tego samego katalogu pt. „stateczne, przyjemne indie z charakterystyczną progresją akordową” („The Missing”). Jedynie tytułowy utwór wyrywa z letargu. Już sam wstęp budzi czujność, i choć następująca po nim część może sugerować, iż wszystko rozwinie się znanym torem, Cox poświęca aż trzy ostatnie minuty (z pięciu całej kompozycji) na gitarowo-wokalne szaleństwo, sylabizowania i kolejnych wybuchów przesterów. Nie można było tak na całym longplayu? By zabrzmieć precyzyjnie – całości słucha się w porządku, poza nieprzystającym do reszty title trackiem znajdziemy wybijające się momenty („Neon Junkyard”, „T.H.M.”), ale „Monomania” jest najsłabszą długogrającą propozycją Deerhuntera od lat. To już było i następnym razem chyba nie przejdzie.

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with The Dodos at .