Najlepsze piosenki 2013

2 stycznia 2014 § Dodaj komentarz

coollogo_com-13724504

Patrzę na listę moich ulubionych utworów w 2013 r. i mam ambiwalentne odczucia. Nie, nie chodzi o ich poziom – wszystkie prezentują wysoki. Ale mam świadomość, że poza złotym medalem i obecnością na podium polskiego reprezentanta (wybór rozstrzygał się między srebrem a brązem), wszystkie miejsca są negocjowalne, ba, dobór artystów do ostatnich lokat także. Myślę też o faworytach, którzy jak się okazuje, nie są raz na zawsze przypisani do finałowej dwudziestki i mogą poza nią wylecieć wskutek ustępowania innym pod względem biegłości songwriterskiej. Tak było w tym roku. Wreszcie niepokoi fakt, że te (podkreślam) świetne z osobna piosenki w znakomitej większości bazują na muzycznym recyklingu, które to zjawisko trzeba potraktować szerzej i odnieść do współczesnych dzieł w ogóle. Jeśli jakiś czytelnik udowodni, że to jedynie moje starzenie się oraz pogoń za dobrze znanym ułożyły tę listę, skutek okaże się przyczyną. Mam jednak poczucie, że „my tu na Zachodzie” zabrnęliśmy w ślepy zaułek i w 2013 r. nie chodziło o pisanie nowych rozdziałów, ale przede wszystkim miało nam być przyjemnie. Zasadność tej tezy może każdy zweryfikować samodzielnie klikając w ten link lub odnośniki w tytułach poszczególnych piosenek.

20. Sally Shapiro „I Dream With An Angel Tonight”

Sally Shapiro_fot. Linnea Helmersson

fot. Linnea Helmersson

Kolejny po prostu sympatyczny kawałek od Szwedki? Nie do końca. Z niosącym się morską bryzą motywem, który pojawia się w trzeciej minucie, nostalgiczne „I Dream With An Angel Tonight” zajmuje miejsce łącznika pomiędzy Italo disco a chillwavem.

19. Ifi Ude „ArkTika”

Ifi Ude

Czwarty kawałek na debiutanckiej płycie Polko-Nigeryjki na tle pozostałych kompozycji tam zebranych dobitnie uświadamia, jak bardzo potrzebny jest jej dobry producent. Gdy talent kompozytorski spotyka się z wyczuciem producenckim artystki, stać ją na dużo.

18. Deerhunter „Monomania”

Deerhunter_fot. Robert Semmer

fot. Robert Semmer

I jest czarny koń podsumowania. Tym razem Bradford, Lockett i spółka mieli się nie załapać, w ogóle, na żadną z dwóch najważniejszych list. Ale gdy przyszedł czas układania tej piosenkowej, neurotyczna, tonącą w gitarowym rzężeniu końcówka „Monomanii”, rzecz najbardziej wybijająca się od pierwszego odsłuchu na piątym-szóstym longplayu Deerhuntera, zabrała całą kompozycję na miejsce 18. Nadal potrafią wywołać ciarki.

17. BOKKA „K&B”

BOKKA_fot. Darek Ozdoba

fot. Darek Ozdoba

BOKKA wywołuje u niektórych osób efekt wyparcia. Zarzuca się im wtórność, mierny poziom songwriterski, szydzi i przemilcza fakt, że wreszcie jakiś polski wykonawca (pomijając recenzję płyty Jacaszka „Glimmer”, dystrybuowanej przez amerykańskie Ghostly, i post-OFF-owy zbiorczy feature o rodzimych artystach) pojawił się na Pitchforku, nawet jeśli ów serwis stracił już na jakości, a obecność BOKKI, zresztą z innym numerem niż „K&B”, szybko można uzasadnić trafieniem w redaktorski gust. Co z tego, skoro moje miejsce 17. jest niesamowicie nośnym kawałkiem i co ważne, nie odstaje spektakularnie poziomem od reszty debiutanckiej płyty tria? Jeśli to jest powód do krytyki, to zdecydowanie mam ciekawsze zajęcia niż angażowanie się w taką dyskusję…

16. Karri „Hurry Up”

fot. Klaudia Bis

fot. Klaudia Bis

Hurry Up” funkcjonuje trochę jako druga strona tego samego, skandynawsko-labelowego medalu co „K&B” – tam gdzie BOKKA wygrywa wyrazistością i szturmowaniem głośników, Kari wybiera rozłożenie akcentów, pastelowość, kruchość i piękno. Jak się okazuje, nawet w takiej sytuacji można przemycić całkiem chwytliwy refren.

15. Tesla Boy „1991”

Tesla Boy

Tytuł mówi sam za siebie. „1991” można potraktować jako kompozycję napisaną z przymrużeniem oka, hołd dla epoki parkietowych przebojów z wokalami czarnych piosenkarek lub jako najzupełniej adekwatny, inteligentny dowcip i komentarz do słów, które tu padają: „Don’t look behind / Your lfe will never, never be the same again / You’ve got to believe it”. Wyszedł hit, co ciekawe, songwritersko średnio korespondujący z tym, co przygotowali Tesla Boy na pozostałych trackach na „The Universe Made Of Darkness”.

14. Plug&Play „Brand New Day”

fot. Gosia Nierodzińska

fot. Gosia Nierodzińska

Najbardziej radykalny przykład zmian w obozie Plug&Play. „Brand New Day” ciężko uznać po prostu za przejaw inspiracji tymi, którymi zespół Kuby Majsieja faktycznie się inspiruje, czyli Foals i Yeasayer – ten kawałek idzie dużo dalej. Delikatnie zarysowana gitara, klawiszowe plamy, męsko-damski wokalny dialog, solówka na saksofonie i tematyka dotyczące małych szczęść dnia codziennego. Wiemy, że na świecie post-punkowcy dekady lat 80. przesiadali się na bardziej popowe brzmienia, ale w Polsce w ostatnich latach w obrębie nowofalowego gatunku tak zdecydowanie nie skręcił nikt.

13. Crab Invasion „Dart”

Crab Invasion

Można dyskutować, czy większym na dzień dzisiejszy przebojem Crab Invasion jest ukłon w stronę polskich eightiesów w „Caps”, czy bardziej taneczne i bliższe nam epokowo „Dart”. Ja wolę przyjąć, że ich największe singlowe dokonanie dopiero przed nimi, tym bardziej, że debiutanckim longplayem „Trespass” kwartet potwierdził swoją wysoką erudycję muzyczną. Pod tym względem wśród krajowych debiutantów nie mają sobie równych, a „Dart” kroczy na czele stawki.

12. Justin Timberlake „Strawberry Bubblegum”

fot. Tom Munro

fot. Tom Munro

Zaskoczenie? Nie dla mnie. Od początku to właśnie „Strawberry Bubblegum” z całego „The 20/20 Experience” robiło za utwór zdecydowanie mi najbliższy i warty listy rocznej. Choć mówimy o płycie złożonej z samych przebojów, to klawisze w klimacie Junior Boys plus jazzująco-funkujący jam w końcówce sprawiają, że nie „Suit&Tie”, nie „Mirrors”, ale właśnie numer czwarty na trackliście wydanej w marcu płyty Justina Timberlake’a ją tutaj reprezentuje.

11. Nonsense & Absurd„Transmitting Live From Cabeça”

Nonsense & Absurd

Kto by się spodziewał, że obdarzony zjadliwym, a często zwyczajnie koszarowym poczuciem humoru Afrojax przygotuje płytę zupełnie serio – bazującą na mikrosamplach, stylistycznie eklektyczną i najzwyczajniej bardzo dobrą? Prowadzona sennym „nananananana”, relaksująca „transmisja na żywo z Cabeça” (wyrażenie mogące oznaczać zarówno głowę, jak i miejsce geograficzne w którejś z byłych portugalskich kolonii) stanowi osłodę dla wszystkich fanów The Avalanches ciągle czekających na następcę „Since I Left You”. Zawijajcie dmuchane koła.

10. CHVRCHES „Lies”

fot. Eliot Hazel

fot. Eliot Hazel

Gdy piszesz utwory niebędące wyrafinowanymi kompozytorsko, cała rzecz rozgrywa się w melodii. Jeśli nie chwyta, słuchacza tym bardziej będą raziły banalne środki wyrazu. Akurat w przypadku „Lies” wszystko się zgadza i po wielu miesiącach singla CHVRCHES nadal słucha się nieźle, dokładnie odwrotnie niż irytującego z biegiem czasu „Recover”.

9. Wampire „The Hearse”

fot. Holga

fot. Holga

Niejaki Ariel Rosenberg oddał ostatnio trochę pole odjechanego lo-fi popu, ale zagospodarował je już duet z Portland. A także post-punku i ambientu, bo to wszystko udało się upchnąć w, o dziwo, przebojowym i spójnym „The Hearse”. Nie najgorsza propozycja na parkiet, choć na pewno jedna z najekscentryczniejszych.

8. The Preatures „Is This How You Feel?”

The Preatures

Młodzi artyści odkrywają Fleetwood Mac. W przypadku Australijczyków z The Preatures jest to soft-rockowy songwriting, damski wokal tudzież damsko-męskie dialogi wokalne rodem z poprzedniej epoki, stylizacja, a nawet odpowiednie zabiegi w wideoklipie i gitarowe solo. Pytanie o oryginalność nie jest całkowicie bezzasadne, ale schodzi ono na drugi plan, gdy „Is This How You Feel?” już leci z głośników, a za taką inspirację wypada powinszować – kto nie lubi autorów „Everywhere”?

7. We draw A „Tears From The Sun”

fot. Wiktor Konopacki

fot. Wiktor Konopacki

Następni artyści z Polski, którzy przede wszystkim eksponują swoją twórczość, a nie personalia, i zarazem kolejny mocny typ z wytwórni Brennnessel (w tym roku reprezentowanej na moich listach singlowych przez Rebekę, Fair Weather Friends i opisywany duet z Wrocławia). Pierwiastek emocjonalny zawarty w „Tears From The Sun”, w bądź co bądź elektronicznej muzyce, sprawia, że naprawdę dociekliwy i biegły odbiorca mógłby teoretycznie skojarzyć We draw A z poprzednim projektem Peve’a Lety’ego, czyli Indigo Tree. Jako ciekawostkę dodam, że najbardziej póki co rozpoznawalny singiel We draw A polubili w australijskiej części Music Alliance Pact i to właśnie z Antypodów spłynęły wieści, iż polski utwór był w październiku 2013 r. tym ulubionym wśród słuchaczy – dokładnie rok po tym, gdy KAMP! po MAP-owej publikacji wylądowali na piątym miejscu The Hype Machine.

6. Classixx feat. Nancy Whang „All You’re Waiting For”

Classixx

Classixx w „All You’re Waiting For” udanie nawiązują do stylistyki klubowego retro, a „Hey, wait a minute, just a minute, I was ready for the flight / Got my bags packed waiting on the driver curve / So just a minute, take a minute for the change-up / I’m all set to go, set to go” wyśpiewane przez Nancy Whang to niemal sing-along, być może najbardziej chwytliwy pre-chorus zakończonego roku, element rozpoznawczy singla z „Hanging Gardens”, a później następuje jeszcze nie gorszy refren. W 2013 r. nie było większego przeboju, jeśli chodzi o archetypową dyskotekę, co wydaje się pewną logiczną konsekwencją – Michael David i Tyler Blake są przecież nie tylko producentami, ale i DJ-ami.

5. Haim „Falling”

Haim

Doprawdy The Preatures w „Is This How…” wydają się nieśmiało podnosić rękę mówiąc „halo, zauważcie nas”, gdy porównać tę piosenkę z eksplodującym „Falling”. Myli się jednak ten, kto sądzi, że siostry Haim od razu wykładają wszystkie karty na stół. Alana, Danielle, Este (plus Morgan Meyn Nagler) dokładają kolejne elementy układanki z dużym smakiem – np. wejście basu na wysokości 1:07 sprawia, że aż robi mi się ciepło na sercu, a jesteśmy już po fragmencie, w którym zespół zaserwował refren w bardzo powściągliwy sposób, bombastyczność zachowując na kolejne pojawienie się chwytliwej części każdego przeciętnego singla. Zarówno The Preatures, jak i Haim, na tegorocznych płytach nie ustrzegły się słabości, więc w australijsko-amerykańskim pojedynku na soft-rockową spuściznę po Fleetwood Mac wskazałbym na remis ze wskazaniem – na piosenki symbolicznie wygrały Haim.

4. St. Lucia „Elevate”

St Lucia

St Lucia_opis

3. The Car Is On Fire feat. Iza Lach „A Man With A Soul Of A Dog”

TCIOF feat. Iza Lach

W minionym roku The Car Is On Fire, nieoceniony zespół dla polskiej muzyki alternatywnej, zakończył działalność. Jest coś symbolicznego w tym, że w „A Man With A Soul Of A Dog”, ostatnim jak dotąd utworze zasłużonej kapeli, wokalnie udziela się wschodząca gwiazda krajowej sceny Iza Lach. Inni z przekąsem zauważą, że symboliczne dla końcowej fazy funkcjonowania TCIOF jest również to, iż wspomniany kawałek powstawał przez dwa lata, zaś w ostatnich miesiącach „Płonący Samochód” był prowadzony głównie przez Jakuba Czubaka. Co ciekawe, gdyby piosenka ujrzała światło dzienne w momencie zarejestrowania wokalu artystki, w lutym 2011 r., to raczej warszawianie lansowaliby Izę Lach niż na odwrót. Dwa-trzy lata później to nazwisko łodzianki powinno być pociągowym znakomitego singla z wymiennym wokalem Czubaka („He’ll take you anywhere you want / He likes to dance, he doesn’t talk”) i Lach („He’s always the best, his legs are restless, I’m having time of my life”) oraz roztańczonym basem Krzysztofa Nowickiego. Jak odchodzić, to tylko w takim stylu.

2. Daft Punk feat. Pharrell Williams „Get Lucky”

Daft Punk

Get Lucky” zrobiło bardzo wiele, by być nie do przyjęcia przez „true” i „niezal” słuchaczy. Można tak to ująć, że w ciągu paru miesięcy utwór przebył drogę od magazynów Columbia Records do facebookowych walli, iPodów przeciętnych słuchaczy, popularnych stacji radiowych, reklamowych dżingli, klubów, mijanych na ulicy aut i mieszkań oraz na scenę miejskiego Sylwestra. Tyle że nikt powiedział, że to jest niezalowy blog w wydaniu fundamentalistycznym, a pewien Francuz portretując właśnie „Get Lucky” w łebski sposób ujął symboliczny wymiar ostatniego longplaya Daft Punk.

1. Autre Ne Veut „Play By Play”

fot. Dave Mead

fot. Dave Mead

Ciekawe, że mój piosenkowy lider z 2013 r. jest utworem kontrastującym ze zeszłorocznym zwycięzcą. Podczas gdy Grimes wygrała dzięki prostym zabiegom songwriterskim, Autre Ne Veut (także solowy wykonawca) zniósł kilka pudeł z pomysłami, inspiracjami i konkretnymi rozwiązaniami technicznymi na singiel. Fenomen „Play By Play” świetnie ujęła na Screenagers Marta Słomka, która swoją drogą rok temu również wskazała na kompozycję Kanadyjki: „Ashin robi wszystko, by pozostać w szatach ekscentryka i outsidera – wije się, łka, miauczy, kaleczy swój wokal konsoletowymi suwakami, żongluje płynnością bitu. W sposób celowy czy nie, osadza skrajnie intymne emocje: zazdrość, lęk, uzależnienie od drugiej osoby i chorobliwą miłość, w ramy ekstrawertycznego rozmachu utworu (…) „Play By Play” od intro do ostatniej sekundy sunie na najwyższych obrotach, jakby miał być ostatnim numerem, jaki Autre Ne Veut kiedykolwiek nagra”. Wiele więcej nie wniosę, mogę tylko się podpisać i dopowiedzieć, że „Play By Play” brzmi nie tylko jak potencjalnie utwór graniczny autorstwa Arthura „Autre Ne Veut” Ashina. Jeśli to ostatnie tego typu zestawienie na tym blogu, to jest to najlepszy akcent finałowy, kompozycja totalna, fajerwerki na 31 grudnia, połyskujące konfetti, napisy końcowe.

Reklamy

Najlepsze płyty 2013: reszta stawki

30 grudnia 2013 § Dodaj komentarz

coollogo_com-4113367

Wprawdzie w tytule stoi „najlepsze płyty”, ale na początek skorzystajmy w pewnym sensie z obecności drugiego członu i wspomnijmy o tych, których zabraknie. Nie będzie krążków faworytów z ostatnich lat – The Field (dwa razy pierwsza dziesiątka), Deerhunter (również), Washed Out, Buriala, Janelle Monáe, These New Puritans, rodziny Waglewskich, Vampire Weekend oraz Toro Y Moi. Różnie udały się powroty wielkich nazw, nie ostali się więc My Bloody Valentine, Dawid Bowie, Queens Of The Stone Age, Edyta Bartosiewicz, Myslovitz, Prefab Sprout, Autechre, Arctic Monkeys, a co do ostatniego longplaya Franz Ferdinanda, gości z absolutnej czołówki niemal dekadę(!) temu, to przez moment zapomniałem, że… w ogóle słuchałem ich płyty. Lepsze wrażenie pozostawili The Dismemberment Plan, ale oni również nie załapali się do puli. Co do debiutantów, niestety Crab Invasion (mimo wielkiego potencjału) i Rebeka spisali się poniżej oczekiwań, a co do wydawnictw Fismolla, Dawida Podsiadły, AlunaGeorge i Disclosure, nie wiem, o co aż tyle hałasu, to wszystko w muzyce już było.

Znacznie lepiej poradzili sobie nasi Armando Suzette, BOKKA i XXANAXX. Projekt Mateusza Tondery, któremu przyglądam się od prawie dwóch lat, na EP-ce „Calendar” zaprezentował nie tylko znaną już unikatowość songwriterską na polskim podwórku, ale też regularny zespół i wysmakowane brzmienie. Zachowujące anonimowość trio BOKKA spotyka casus Andy’ego Stotta sprzed roku, czyli czułbym się trochę nie w porządku umieszczając ich self-titled za pięć dwunasta w pierwszej dziesiątce, jednocześnie jest to materiał, który zyskuje z czasem. Z kolei duet Michał Wasilewski i Klaudia Szafrańska ma świetne ucho do pisania przebojowych melodii – jeśli na swoim pierwszym longplayu powtórzą poziom z trzech piosenek z „Dissapear”, następnym razem będą czołówki rocznych notowań. Nonsense & Absurd tylko formalnie debiutuje, „Random Composing Technique Manifesto” to pierwsza artystyczna wypowiedź w takim kształcie Afrojaxa z Afro Kolektywu, tyleż zaskakująca, co niezła. Czekamy na więcej! Thundercat ciągle jest tak dobry jak na „The Golden Age Of Apocalypse”, ale dwa lata później to trochę za mało, by go uhonorować miejscem w dziesiątce. Premierowy długograj zaprezentował Matthew Barnes, znany lepiej jako Forest Swords, i jesteśmy świadkami autonomicznej wypowiedzi w muzyce elektronicznej podobnie jak osobną narrację zaproponowali Fire! Orchestra na jazzująco-krautrockowo-hałasującym „Exit!”. Ciekawą, choć trudną. Na zupełnie innym biegunie lokują się The Dodos ze swoją ciepłą, uczłowieczoną twórczością, dobitnie pokazując, że jeśli muzyka (w dużej mierze) oparta na gitarach ma w sobie duszę, w 2013 r. dało się jej słuchać. Kuriozalna sytuacja spotkała Plug&Play – z najlepszym w swoim dorobku materiałem, czyli z „Reisefieber”, nie załapali się do pierwszej dziesiątki, choć rok temu, przy wyższym poziomie konkurencji, to się udało. Sytuację trochę tłumaczy fakt, iż gdy przychodzi do ważenia jakości, łatwiej przygotować cztery bardzo dobre utwory (w tym jeden znany z 2012 r.), niż cały świetny longplay. Tak, w czołówce najlepszych płyt 2013 r. znalazły się tym razem wyłącznie same długograje.

Najlepsze piosenki 2013: ławka rezerwowych

28 grudnia 2013 § Dodaj komentarz

coollogo_com-9318188

Podsumowania czas zacząć… O ile rok temu w przypadku najlepszych piosenek dokonywałem wyboru z ponad 70 utworów, o tyle tym razem przybyło ich następne dwie dziesiątki. Na rozgrzewkę przed daniem głównym zamieszczam jednak nie wszystko jak leci, ale zaplecze w postaci 40 kompozycji – do odsłuchania oddzielnie (linki znajdują się pod tytułami utworów) lub jako jedna playlista z tych zasobów, które są dostępne na Spotify. Tym razem jeszcze kolejność alfabetyczna.

A$AP Rocky „Phoenix”

Ballet School „Heartbeat Overdrive”

Better Person „I Wake Up Tired”

Classixx „Holding On”

Colin Stetson „High Above A Grey Green Sea”

Dorgas „Egocêntrica”

Eric Shoves Them In His Pockets „Storms”

Fair Weather Friends „Fake Love”

Forest Swords „The Weight Of Gold”

Furia Futrzaków „Noc wystarczyć ma na dłużej”

How How „Pinkery The Knight”

inc. „Trust (Hell Below)”

James Blake „Retrograde”

Justin Timberlake „Mirrors”

Justin Timberlake (feat. Jay-Z) „Suit & Tie”

Kiev Office „Jerzy Pilch”

Kixnare „Gucci Dough”

Łagodna Pianka „Lody huśtawkowe”

Milcz Serce „22.22”

Miracles Of Modern Science „Dear Pressure”

Newest Zealand „Mutual Love”

Pissed Jeans „Bathroom Laughter”

Plug&Play „Like Analog Tapes”

Rebeka „Unconscious”

Sally Shapiro „All My Life”

Skalpel „If Music Was That Easy”

Sorry Boys „The Sun”

Sportsman (feat. Linnea Jönsson) „Rally”

St. Lucia „The Way You Remember Me”

St. Lucia „Wait For Love”

St. Lucia „When The Night”

Swimming „Triplebrie”

Tesla Boy „Dream Machine”

Tesla Boy „M.C.H.T.E”

The Dodos „Death”

The Dodos „The Current”

The Virgins „Flashbacks, Memories, And Dreams”

Thundercat „Heartbreaks + Setbacks”

XXANAXX „Broken Hope”

XXANAXX „Got U Under”

Najlepsza rzecz w życiu – wywiad z Plug&Play

1 sierpnia 2013 § Dodaj komentarz

Fot. Gosia Nierodzińska

Fot. Gosia Nierodzińska

Ewolucja. To słowo-klucz do opisania zmian w obozie Plug&Play, którzy nadal grają do tańca, ale dziś są znacznie bardziej (indie)„pop”, niż kiedyś byli (post-)„punk”. Ale też i rewolucja, bo tak to trzeba określić, gdy na wysokości kończenia prac nad najnowszym wydawnictwem, EP-ką „Reisefieber”, zespół funkcjonuje właściwie bez wydawcy i normalnej dystrybucji, by następnie trafić do szkockiego z pochodzenia Too Many Fireworks, a tym samym na serwery najważniejszych sklepów oraz serwisów streamingowych na świecie. Woda sodowa? Nie grozi im, zwłaszcza po takiej historii grupy, o której również rozmawialiśmy w pewien lipcowy wieczór przed salą prób Plug&Play, gdzie spotkałem się z Kubą Majsiejem (wokal, teksty, gitara, klawisze, programowanie), Luizą Orpik (wokal, gitara akustyczna, przeszkadzajki), Agnieszką Ozon (klawisze, wokal), Wojtkiem Papierzem (bas) i Maćkiem Stachyrą (perkusja).

Rok temu wydajecie debiutancki longplay, nakładem jednej wytwórni, na Bandcampie, z zapowiedzią, że ukaże się on też na CD. To nigdy nie następuje. Rok później ukazuje się EP-ka w barwach drugiej wytwórni, tym razem z regularną dystrybucją, m.in. na iTunes, Amazonie, Spotify. W dodatku z inaczej brzmiącym Plug&Play, jakby to był inny zespół. Jak do tego wszystkiego doszło?

Kuba: Dobrze, że to słychać, że to jest inny zespół. Dla nas to nie jest jakieś specjalne zaskoczenie, bo tak naprawdę zapowiadaliśmy, wydając pierwszy longplay, że zmiany idą i chcieliśmy je zasygnalizować paroma kawałkami. Trochę ten nowy repertuar też powstrzymaliśmy przed publikacją, żeby już tak do końca jednak nie mieszać. Więc z naszego punktu widzenia to jest dosyć systematyczna i wcale nie taka szybka ewolucja, a przynajmniej z mojego, jeśli chodzi o kompozytora. Chcieliśmy postawić pewną granicę między – że tak to nazwę – starym a nowym brzmieniem zespołu czy starym a nowym Plug&Play, ale powtórzę jeszcze raz, jest to wynik jakiegoś naturalnego procesu. Nie było w żadnym momencie jakiegoś zgrupowania i decyzji „okej, to od teraz gramy inaczej, cofamy gitary, wypychamy klawisze, dokładamy elektronikę”. My się długo do tego przygotowywaliśmy, kupowaliśmy sprzęt, próbowaliśmy nauczyć się jego obsługi po to, żeby właśnie teraz mniej więcej tak zabrzmieć. I to też nie jest nasze ostatnie słowo.

No a a propos zmiany wydawcy – jak znajduje się Szkota w Warszawie, który postanawia wydać ci płytę?

Luiza: Szkot znajduje ciebie (śmiech). Neil (Milton – przyp. mój) zgłosił się do nas sam. Troszkę się zajarał naszą muzyką, opisał nas na swoim blogu, a potem my się do niego odezwaliśmy z propozycją współpracy, której on się bardzo, bardzo chętnie podjął.

Jak wygląda z Waszej perspektywy współpraca z Neilem? Jakim jest człowiekiem, jakim współpracownikiem?

Agnieszka: Fantastycznym. Bardzo otwartym przede wszystkim, chyba nikt wcześniej nie chciał się podjąć wydania z taką radością jak on. Ma trochę szkocki akcent przez co ja, jak większość pewnie, nie do końca wszystko rozumiem. Ale powtórzę po raz dziesiąty, że jest naprawdę wspaniałym wydawcą, przede wszystkim wspaniale motywującym człowiekiem, który uwierzył, i to jest najmilsze.

Wśród Waszych obecnych inspiracji wymieniacie takie zespoły jak Metronomy, Foals, Yeasayer. Jednocześnie grupy, które były kamieniem węgielnym polskiej sceny indierockowej, pozawieszały działalność, wśród debiutanckich kapel królują klawisze. Czy to znaczy, że niezależna muzyka gitarowa w Polsce umarła?

Kuba: Banalną odpowiedzią jest pewnie przytoczenie sinusoidy i tego, że tak samo grającym, jak i słuchającym, pewne konwencje i akcenty zaczynają się w pewnym momencie przejadać. I zarówno oczekiwanie, jak i sama podaż pewnych brzmień, spotykają się na inaczej rozłożonych akcentach. Wydaje mi się, że aranżując kawałki, grając je na próbach czy komponując, tak naprawdę pisze się podobne piosenki, które mogłyby z powodzeniem jakoś zabrzmieć na gitarach, i kwestia tylko, w co je obleczesz – pracując nad utworem, myśląc o nim. Myślę, że to jest problem tak naprawdę mody, bo są szlagiery muzyki rozrywkowej czy ogniskowej, które można scoverować na miliard sposobów, od funku po disco polo, zinstrumentalizować klasycznie itd. Takie proste „Hej sokoły” lub „Płonie ognisko” zawsze będą tą samą piosenką, tylko w pewnym momencie jakaś część publiczności chętniej przyjmie ten utwór w nowej odsłonie, bo ma dość grania np. szantowego. Ale melodia cały czas jest ta sama, kompozycja jest ta sama i ona dalej stanowi najważniejszą część muzyki, danej piosenki. Ważne jest to, na co my zwracamy uwagę – ja nie zakładam, że „gitarowa publiczność” wyginęła, to są ludzie, którzy np. w danym momencie nie wychylają głów, tylko po prostu spokojnie słuchają sobie takiej muzyki (śmiech). Tak naprawdę nawet w niezalu są mody, które są wyznaczane również przez media – niezależne, oddolne itd., ale bardzo dużo w tym jest roboty recenzentów i dziennikarzy, którym się nudzi i mają ochotę odkryć coś nowego, zaskoczyć kolegów oraz czytelników. Mówią: „teraz pokażemy wam to”, drugi podchwyci, trzeci podchwyci, i nagle robi się z tego moda, która trwa np. dwa sezony. Tak to troszeczkę widzę po tylu latach (śmiech).

Maciek, Ty jesteś dostarczycielem zespołów typu Foals do grupy. Jak z Twojej perspektywy wyglądają zmiany na polskiej scenie muzycznej i zmiany w Plug&Play?

Maciek: To jest błędne założenie, bo akurat zespół Foals podrzucił mi Kuba (śmiech).

Ja słyszałem, że Ty.

Maciek: Nie, on mi przekazał pierwszą płytę, ja się potem zajarałem i słucham ich mocno, chyba najmocniej z nas wszystkich. Co do zmian, myślę, że tak jak Kuba powiedział – jest to kwestia mody i trendów. Ja teraz zarzucam różne brzmienia elektroniczne na perkusję, wcześniej tego nie robiłem. Ale również gram w innym zespole, w którym nie używam takich bajerów, także to nie jest tak, że to do końca zginęło, tylko czasem zbiera się lepiej, a czasem gorzej elektronikę. No i my teraz to łączymy, i tak wychodzi, jak wyszło (śmiech).

Luiza: Myślę, że trochę zelżała napina na muzę. Młode zespoły, które bardzo się napinały wcześnie, żeby brzmieć groźnie i zimno, teraz pozwalają sobie na wpuszczanie również kobiet do zespołu (śmiech Agnieszki) i lżejszych brzmień typu fajnych klawiszy, jakiś przeszkadzajek. Nie kojarzy się już to ludziom z jakimś faux pas, tylko są to poszukiwania, w których zarówno my, jak i nasi odbiorcy się odnajdują.

A jak się jest kobietą w takim zespole jak Plug&Play, który kiedyś był kiedyś właśnie takim ostrym i zimnym?

Luiza: Na początku czułam się jak taki słodki rodzynek (śmiech), ale potem dołączyła do nas Agnieszka. Szczerze mówiąc lubimy to podkreślać, ale jest to trochę napompowane – nie czuję się kobietą w zespole, tylko członkiem zespołu. Który może wnieść coś innego, czyli np. lżejszy i troszkę może czasami bardziej infantylny wokal.

Agnieszka: Myślę, że podobnie tak jak powiedziała Lu jest z klawiszami (śmiech). Trochę infantylności, nie jest to typowo męskie granie. W którym często technicznie podupadam, ale Kuba mnie ratuje, ile może. Nie w sensie techniki grania, ale kultury techniki (śmiech). Tak jak Lu powiedziała – bycie kobietą w Plug&Play jest trochę napompowane, jesteśmy wszyscy członkami zespołu.

Luiza: Wydaje mi się, że dość sprytnie się tym bawimy z Agnieszką. Często jest to przesadzone jak np. mój wokal w „Brand New Day” lub jakieś słodkie dośpiewywanie, ale tworzymy razem muzykę i czujemy, na co możemy sobie pozwolić, a na co nie.

Agnieszka: No i nadaje to jakieś tam naszej indywidualności, wkładamy część siebie.

Skąd to złagodzenie kursu w Waszych piosenkach?

Kuba: To szło co najmniej dwutorowo. Luiza doszła do zespołu w momencie, gdy był on w kolejnym personalnym kryzysie – odszedł od nas jeden z muzyków, odpowiedzialny za spory kawałek brzmienia i wykonywania aranżacji. To był dobry moment, żeby otworzyć się na coś zupełnie nowego i pomyśleć sobie, że skoro już jesteśmy w pewnym sensie rozluźnieni – to się może nie rozpada, ale zaczyna orbitować na coraz szerszych promieniach – to zaprosiłem ją do śpiewania, żeby trochę poeksperymentować. Bo to w pewnym momencie zaczynało trochę wyglądać tak, że będziemy przez jakiś czas nie grać, ale pogrywać, czasem się spotykać, żeby podtrzymywać życie w zespole, nie wiadomo było, czy to przetrwa. Więc wszczepiliśmy sobie coś zupełnie nietypowego. I to jest jedna sprawa. A druga sprawa to jest to, że zaczynałem już pisać piosenki, w których szukałem wokali w wyższych rejestrach, sam próbowałem dośpiewywać falsety, próbowałem też zmuszać do tego niektórych członków zespołu, co nie bardzo wychodziło – otworzyć się od razu na wokal wieloletniemu instrumentaliście jest ciężkie, więc w wersjach demo śpiewała moja dziewczyna, która pokazywała mi, jak to mniej więcej może wyglądać. No i stopniowo Lulu wdrażała się w to, wykonując te partie, okazało się, że całość brzmi bardzo fajnie, więc każda kolejna kompozycja już była otwarta. Nie tak, że ścieżka wokalu żeńskiego była jedynie doklejona, tak jak np. to było na nagraniach do „Why So Close?”, gdzie na bieżąco w studiu układaliśmy drugie głosy, śpiewaliśmy je na szybko, a potem nagrywaliśmy od razu. Teraz utwór zawierał specjalnie to miejsce, w określonych częstotliwościach. Mamy nawet piosenki – które mamy nadzieję, że niedługo zaczniemy wykonywać – dialogowe między mężczyzną a kobietą, wspólnie z tekstem. Czyli jest to już pełnoprawna część zespołu.

Ty już przyszedłeś do nowego Plug&Play, chyba nawet nie pamiętasz za bardzo starego. Wniosłeś miękki basowy feeling. Jak się odnajdywałeś w zespole, który wszedł w etap wspomnianych zmian?

Wojtek: To nie jest do końca tak, że przyszedłem, gdy graliśmy już miększą muzykę. Jak pojawiłem się na pierwszej próbie i robiliśmy ze mną pierwszy materiał na koncert do Berlina, jakoś ponad rok temu, to były to w większości numery z „Why So Close?” plus może trzy-cztery z poprzednich EP-ek. Może pojawiły się dwa z nowych. Po kilku próbach zorientowałem się, w którą stronę to zmierza, i Kuba po prostu zapytał się mnie, czy to mi odpowiada. Odpowiedziałem, że jak najbardziej, jestem człowiekiem raczej otwartym na wszelkie style muzyczne. Kto mnie zna, wie o tym. Gdybym się nie odnajdywał, to bym tu nie grał, podziękowałbym grzecznie, pewnie utrzymywał kontakt ze wszystkimi członkami.

Czy w związku ze zmianą brzmienia szykują się też zmiany w setlistach koncertowych? Czy np. pozbędziecie się w ogóle starych kawałków?

Kuba: Ten proces już chyba praktycznie nastąpił. Jeżeli przejrzymy naszą setlistę, to nawet z „Why So Close?” nie wiem, czy zostało więcej niż trzy-cztery kawałki? Gramy „Dying With Emily”, „Alice From The Stars”, „You Are My Radio”, „Cpt. Welfare” i nie wiem, czy cokolwiek więcej?

Maciek: Gramy jeszcze „Ready For Rapture”.

Kuba: Ale „Rapture” ostatnio wypadł, nawet chyba nie łapie się na bis. „Let’s Get No Hope” jest numerem rezerwowym, najprawdopodobniej na koncercie na trzecich urodzinach Solca nastąpi premiera kolejnego utworu, który najpewniej wyprze jeden z utworów z „Why So Close?”, w kolejce czeka jeszcze kilka, które za chwilę będziemy mieli już ukończone. Ja mam dłuższy staż, więc na pewno nie będę tęsknił za tymi piosenkami, bo wykonywałem je przez lata. Dla mnie to już po prostu jest najwyższy czas, żeby to wszystko zakończyć. Wydaje mi się, że najbardziej znaczącym momentem dla tego odcięcia był moment, kiedy przestaliśmy grać takie kawałki jak „Pogo Dancer”. Utwory, które nas może nie stygmatyzowały, ale były znakiem rozpoznawczym. Wyrzucenie ich z setu, nieumieszczenie na płycie, było wyraźnym powiedzeniem, że to już jest naprawdę zmiana.

Nie będziecie tęsknić za starymi piosenkami?

Agnieszka: Chyba nie. Ja nie gram tych piosenek od lat, ale mimo wszystko bardziej się odnajduję w stylistyce, która teraz powstała. Oczywiście kiedyś – byłam wtedy jeszcze w liceum – zawzięcie słuchałam starego repertuaru. Ale kiedy już tutaj przyszłam i już w to wszystko całą sobą weszłam, to dziś zdecydowanie nowe rzeczy o wiele bardziej mi odpowiadają i są bliższe mojemu sercu, mojej duszy.

Kuba: Na pewno też gdybyśmy się zdecydowali grać stare numery, to one nie brzmiałyby już tak, jak kiedyś.

Wojtek: Jeżeli kiedyś przyjdzie nam grać trzygodzinne koncerty (śmiech pozostałych). Nie wiem, co na to reszta składu (śmiech)? Jeżeli ktoś będzie chciał tego kiedyś słuchać, to z chęcią wrócimy z większą ilością starszych numerów.

Luiza: Wydaje mi się, że dość ważną kwestią jest podkreślenie, że to nie jest sztuczna zmiana. I stąd też wynika nasza mniejsza ochota grania tych starych numerów – nowe utwory powstawały w tym składzie, który widzisz, wspólnie je tworzyliśmy, wspólnie nad nimi pracowaliśmy, i z pełną odpowiedzialnością mogą powiedzieć, że są też moimi piosenkami. A wcześniej to jednak było troszkę odtwarzanie rzeczy innych muzyków. Stąd ten entuzjazm co do nowości.

Kuba: Mi się też łatwiej pracuje z nowymi utworami, z nowymi osobami. Zawsze każdy patrzył na mnie jako na ambasadora starego Plug&Play właśnie poprzez te numery, więc za każdym razem każdy z większym respektem łypał, czy dobrze wykonuje daną partię, którą wykonywał wcześniej Wojtek (Bernatowicz, były basista i klawiszowiec Plug&Play – przyp.mój), Maciek (Bernatowicz, były basista zespołu – przyp. mój), Michał (Branicki, pierwszy perkusista i współzałożyciel Plug&Play – przyp. mój) itd. Także pozwala to fajnie zdemokratyzować prace i w ten sposób każdy włoży więcej od siebie.

To jakim liderem jest Kuba?

Agnieszka: Siedzi obok mnie, więc mogę powiedzieć tylko, że wspaniałym (śmiech).

Kuba: Jest respekt.

Agnieszka: Jest respekt, zdecydowanie.

Wojtek: Jeżeli pytasz o próby i głos odnośnie aranżów, to jasne jest, że Kuba ma decydujące zdanie, to są jego kompozycje.

Agnieszka: Ale to nie wynika też ze sztucznego respektu, ale takiego prawdziwego, od serca.

Wojtek: Ale tak jak już Kuba wspomniał wcześniej – w zespole panuje demokracja.

Luiza: Jakim liderem jest Kuba?… Myślę, że naturalnym, to jest dobre słowo. Kuba jest naturalnym liderem – to on pisze numery, ale to nie jest tak, że Kuba napisze utwór i my musimy go wykonać. Np. jeden z numerów, bardzo znienawidzony (śmiech), na szczęście póki co nie trafił na naszą setlistę i mam nadzieję, że tak zostanie. Na początku to pewnie wyglądało dość sztucznie i pewnie tak było odbierane, skoro Kuba jako jedyny został ze starego składu. Ale teraz, po długim czasie już współpracy, myślę, że głosy są równe.

Maciek: Na początku, jak doszedłem do tego zespołu, więcej się kłóciliśmy o różne rzeczy, aranże, Kuba zawsze stawiał na swoim, ja musiałem podkulić ogon (śmiech). Teraz jest trochę inaczej. Myślę, że Kuba też więcej nas słucha, my słuchamy Kuby tak samo, także mamy więcej do powiedzenia niż było to wtedy, gdy ja się pojawiłem. Ale to też nie było jakieś złe skoro Kuba siedział w tej muzyce dłużej niż my, miał prawo posiadać decydujące zdanie i dawać nam wskazówki, z których my zawsze korzystaliśmy.

Luiza: Jest dużo powietrza w zespole. Proszę się o to nie martwić (śmiech reszty). Nie jesteśmy trzymani pod kloszem (śmiech).

Powoli stajecie się zespołem EP-kowym – trzy EP-ki, jeden longplay. Czy można się spodziewać, że w najbliższej przyszłości te proporcje zostaną zbalansowane?

Kuba: Mamy ochotę nagrać płytę i mamy materiał. To trochę kosztuje, ale też nie tak dużo, jak jeszcze kilka lat temu. Ceny spadły i my też zaczęliśmy pracować, więc jesteśmy w stanie finansować bieżące potrzeby. Teraz jesteśmy na pewno nieco zmęczeni procesem wydawniczym i nagraniami, ale piosenki się piszą i się robią, więc będzie trzeba jakoś je spożytkować. Pozycja EP-ki jest fajna, ponieważ ciągle szukamy swojej szansy – łatwiej jest rzucić swoje siły na cztery utwory i spróbować nimi powalczyć, bo tak naprawdę wydawnictwo ciągną – powiedzmy – trzy kawałki, które można systematycznie i dobrze ogrywając pokazać w mediach. To też wynika z tego, że staramy się pokornie przyjąć swoją pozycję na scenie i widzieć, że nie ma sensu przeznaczać tyle czasu, sił i pieniędzy na nagranie długiej płyty, jeżeli nie nastąpi odpowiedni klimat do tego, żeby ta płyta się przyjęła. Widzimy też po przykładach KAMP! czy Brodki – prawdopodobnie za tym pójdzie jeszcze trochę znanych artystów, bo wśród niezależnych to jest dalej popularna forma – że można wydać EP-kę na wakacje, która będzie zawierała przebój lata i dostatecznie podtrzyma w głowach słuchaczy świadomość istnienia danego artysty oraz osiągnie swój efekt. Tzn. będzie np. dobrym wabikiem na koncerty.

A jeśli longplay, to w songwritingu wyznaczonym przez „Reisefieber”, czy to jeszcze bardziej ewoluuje? Bo Wy znacie te piosenki, nie znają ich słuchacze.

Agnieszka: Myślę, że ewolucja cały czas ma miejsce, to nie jest tak, że już stanęliśmy i będziemy tak stać, i cały czas się tego trzymać. Po tych numerach, które teraz gramy, myślę, że ewolucja cały czas jest.

Jakie są Wasze oczekiwania wobec Plug&Play?

Wojtek: Chciałem to powiedzieć, przy wcześniejszym pytaniu. Czuję się dobrze w tym zespole, trochę zaczyna się wkradać taka monotonia, że cały czas jest fajnie, no. Nie myślę za bardzo o przyszłości, przychodzę grać, pracowanie z tymi ludźmi jest dla mnie wielką przyjemnością. Nie wybiegam za bardzo do przodu, skupiam się na tym, żeby równo zagrać (śmiech).

Maciek: Chciałbym wydać tego longplaya, i jeszcze kolejnego, i jeszcze kolejną EP-kę. Także robić dużo, często, jak najwięcej grać, bo to chyba wszyscy lubimy – granie koncertów jest lepsze niż prób.

Wojtek: Trzeba oddać dwa równe skoki, to jest najważniejsze.

Maciek: Tak (śmiech). Ja np. w Plug&Play gram częściej koncerty niż z innymi swoimi zespołami, więc chciałbym, żeby ich było jak najwięcej i myślę, że wszyscy mają takie podejście – żeby grać dla ludzi, a nie tylko w ciasnej sali prób.

Luiza: Pieniądze i sława (śmiech). A tak serio, to granie w tym zespole bardzo, bardzo mnie rozwija, to jest jeden z porządniejszych kopów, które dostaję ostatnio w życiu i chciałabym płynąć na tej fali – granie koncertów, tworzenie muzyki, uczenie się nowych rzeczy. To jest to, to jest to główne oczekiwanie.

Agnieszka: Nie powiem tu już niczego nowego, powtórzę to, co już stwierdzili wcześniej moi przedmówcy – granie koncertów jest fantastyczną chwilą, bo wtedy jest konfrontacja pomiędzy tym, co robimy a odbiorcami. Bo oprócz tego, że robimy to dla siebie, gramy też dla ludzi. Także koncerty, koncerty, pieniądze, sława, tak jak Lu powiedziała, i dla mnie to też jest wielki rozwój, wewnętrzny i zewnętrzny (śmiech).

Kuba: Na początku myślę, że u kogoś, kto zakłada lub gra w zespole, największym marzeniem jest utrzymywanie się z tego – połączenie swojej pasji z pracą i zarobkiem to jest najlepsze, co się może w życiu wydarzyć, jeśli chodzi o prozę życia. To jest sfera marzeń, to nie jest tak, że ja oczekuję tego od Plug&Play, bo gdybym tego oczekiwał od swojego zespołu, pewnie też bym troszeczkę inaczej postępował. Większy nacisk kładlibyśmy na marketing, dużo bardziej chcielibyśmy zaistnieć, być może zrobilibyśmy pewne ruchy, których nie wykonujemy, gdzieś byśmy się podłożyli dużo bardziej – telewizja, talent show, gdzie można by szukać swojej szansy. No ale mamy jakąś tam wyznaczoną drogę i dobrze, jak się to wydarzy po naszemu. Przypomniało mi się, jak zadałeś to pytanie, że jeden z instrumentalistów odchodzących z Plug&Play kilka lat temu powiedział mi, że bardzo go męczy i jest dla niego bardzo dyskomfortowe to, iż zaczyna być postrzegany jako muzyk Plug&Play. Że chce być człowiekiem, który jest odbierany poprzez całe swoje życie czy całą swoją aktywność, przez to, co tworzy, a nie tylko tę działkę, którą uprawia w zespole. Ja wtedy sobie uświadomiłem, że mam odwrotnie – chciałbym być człowiekiem, który byłby szeroko identyfikowany jako muzyk Plug&Play. Żeby Plug&Play dało mi tą możliwość dookreślenia siebie, bo to jest póki co największa i najlepsza rzecz, którą udało mi się zrobić w życiu. Wcale mnie ten kontekst nie męczy, wręcz przeciwnie – czuję, że mnie nobilituje, oczywiście dzięki wszystkim, z którymi mogłem i mogę to robić.

Jak Załoga G – wywiad z Na Tak

22 Maj 2013 § 1 komentarz

Swoją twórczość określają mianem „minimal popu”, mają świetny odbiór na koncertach, właśnie nagrali drugi longplay. Są, obok Crab Invasion i Plug&Play, jednym z głównych zespołów lubelskiej sceny niezależnej. Odpowiedzialny w Na Tak za instrumenty klawiszowe i gitarę Sebastian Napierała, tekściarz i basista Piotr Kala oraz wokalistka Dorota Krempa – spotkaliśmy się w lokalnej kawiarni w wiosenny majowy dzień i porozmawialiśmy o ich najnowszej płycie „A teraz patrz”, poszukiwaniu własnego języka muzycznego, rytmice azjatyckiej i fenomenie „Ona tańczy dla mnie”.

Dla kogo jest Na Tak?

Sebastian: Dla ludzi.

Piotr: No, przede wszystkim dla ludzi, bo płyta, którą nagraliśmy to jest muzyka jakby o chciwości. A chciwość wiąże się przede wszystkim z biedą jednych, a z wojną z drugiej strony. Chciwość ludzka zawsze się tak kończy. No i jeszcze jest takie zniechęcenie, związane z chciwością. Więc to jest płyta dla ludzi, którzy chcą poczuć przekaz, że nie na niej opiera się świat. Że wtedy będzie nam smutno i źle, gdy będzie chciwość, po prostu.

No właśnie, a propos tej płyty. Dużo się u Was zmieniło – kiedyś byliście kwintetem, obecnie występujecie jako trio, poszliście też brzmieniowo bardzo w minimalizm, drugi longplay „A teraz patrz” to są właściwie klawisze, głos, bas. Jak doszliście do tego punktu, w którym jesteście teraz?

Dorota: Wydaje mi się, że ciągle poszukujemy, ale nie zastanawiamy się, nie mamy żadnego planu, żeby iść w tą czy tamtą stronę, tylko jakoś tak naturalnie wyszło. Nagle Seba po prostu przychodzi i mówi: „ja właściwie sobie kupię klawisz”. No i następnego dnia już go ma, ma Abletona, już każdy się do tego jakoś tam dostraja. Płyta, którą nagraliśmy, „Na raz” (poprzedni longplay Na Tak – przyp. mój), była trochę takim zaszłym materiałem i my w momencie, gdy już ją zarejestrowaliśmy, byliśmy już trochę dalej. Chcieliśmy robić coś nowego, już mieliśmy inne pomysły, świeższe, i dlatego nawet jej za bardzo nie promowaliśmy, tylko od razu ten nowy materiał poszedł na tapetę.

Odnośnie składu, zmian wewnątrz niego i też zmian stylistycznych – posłuchałem na YouTube Waszych starych nagrań i to jest inne Na Tak, zupełnie inne niż obecne.

Sebastian: Zupełnie. Wiesz, tamto Na Tak ja osobiście, chyba my wszyscy, traktowaliśmy jako taki etap rodzenia się jakiegoś pomysłu. Od samego początku m.in. zmiany personalne, które zaszły w tym zespole, wynikały troszeczkę też z pewnego rodzaju nieporozumień, ponieważ my od początku nie traktowaliśmy tamtego Na Tak jako docelowego nastrojem czy stylistycznie dzieła muzycznego. To był pewien etap. Postanowiliśmy z Piotrem, spotykając Dorotę i Pawła (Nowickiego – przyp. mój), że chcemy z nimi zbudować zespół. Zaczęliśmy budować od tego, co mieliśmy i formowało nam się to w taki, a nie inny kształt. Później dochodzi jeszcze Ilona Gumowska, której to dojście też ma wpływ i znaczenie na muzykę, i wtedy Na Tak zaczyna wyglądać w ten sposób. Postanawiamy nagrać płytę. W międzyczasie odchodzi Paweł, musimy zacząć bez perkusisty, więc to już powoduje, że nasza muzyka się zmienia. Kiedy odchodzi Ilona, zmienia się zupełnie. Zostajemy z materiałem, którego właściwie już nie gramy, ale dwa lata istnienia chcemy jakoś podsumować i nagrywamy pierwszą płytę, mając w głowie już pomysł na zupełnie co innego, i to właśnie jest ten zespół, który jest teraz.

Głównym powodem naszego spotkania jest właśnie Wasz drugi longplay „A teraz patrz”, już nagrany, jeszcze niewydany. Jaka to jest płyta dla Was, jak Wy ją odbieracie? Jakie emocje się z tym wiążą?

Piotr: Chyba od zawsze, zanim jeszcze powstał Na Tak, nasza współpraca z Sebą zawsze się wiązała z reagowaniem na rzeczywistość. Graliśmy muzykę eksperymentalną, improwizowaną, zawsze reagowaliśmy na rzeczywistość. Powstanie Na Taka wiązało się z chęcią stworzenia piosenek, bo przestało nam wystarczać samo improwizowanie, gdyż można w nieskończoność mnożyć twory, które jakby nie kończą się nigdzie, nie mają kresu. A piosenka jest rodzajem opowieści, ma początek i koniec. Potrzebowaliśmy takiego zamknięcia, stworzenia czegoś, co by nas ograniczyło do piosenki i gdzie musielibyśmy się skupić, stworzyć coś, co by trzymało ludzi w napięciu, rozwijało się.

A emocje związane z „A teraz patrz”?

Piotr: Ona się buduje chociażby na tym, że utrzymanie w Polsce statusu muzyka wiąże się, szczególnie, jeśli jest to początek, z nieprawdopodobną nędzą. Biedą, sytuacją, w której liczy się dosłownie złotówki. Nie, że nie stać mnie na jakiś sprzęt. Nie stać mnie na chleb. I to jest emocja, która się z tym wiąże. Jednocześnie jako muzyk, przesadzę troszeczkę – bycie artystą jest związane z potrzebą. Potrzebą opowiadania, to nie jest coś, co się staje i „teraz będę artystą”. Artystą się jest, po prostu. I my nawet nie próbujemy stawać się jakimiś specjalnymi muzykami. Bardziej to jest właśnie bycie artystą, reagowanie na rzeczywistość, na ludzi, na otoczenie, i myślę, że to jest taka emocja. Emocja takiego patrzenia na świat, i widzi się mnóstwo ludzi, którzy biegają za laptopami, za iPhone’ami, za tymi wszystkimi sprzętami, zapominając o takich prostych, prozaicznych spojrzeniach – człowiek na człowieka. Widać, że w wielu cywilizacjach trochę bardziej rozwiniętych kulturowo jednak już się myśli o tym, że jesteśmy wspólnym otoczeniem, w którym mniej więcej powinno się równoważyć, żeby bieda nie była aż taka biedna, a bogactwo nie epatowało takim burżujstwem. A w tej chwili w Polsce widać, że my trochę zachłyśnięci kapitalizmem zapominamy kurczę o tym, że istnieją ludzie, że właściwie rękoma robotników wprowadzono taki brutalny kapitalizm, który po prostu wysysa ze wszystkich jakąkolwiek energię. Że kilku ludzi próbuje zdobyć wielki majątek, a mnóstwo ludzi cierpi z nędzy nie tylko dlatego, że są nieudacznikami, tak jak się często o nas mówi i pisze.

Dorota: Ja mam trochę inaczej. To znaczy dla mnie „A teraz patrz” jest czymś sensownym. Dla mnie także jest to muzyka dla ludzi. Nie czuję się artystą, w ogóle wolałabym się nie definiować jako artysta, jako muzyk. Po prostu będąc w Na Taku mam poczucie, że to jest najsensowniejsza rzecz, jaką do tej pory robiłam. Jest to jakaś wartość dodana, która może ludzi w jakiś sposób poruszyć, może ich dotknąć. Jestem bardziej związana z „A teraz patrz” niż z poprzednią płytą. Może też dlatego, że wydaje mi się, że ona jest tak bardziej o nas, o każdym z nas z osobna. Może dlatego, że się bardziej zżyliśmy. My jesteśmy w ogóle bardzo zżyci też pozamuzycznie, nie tylko na próbach, koncertach czy w pracy w studiu, ale dzielimy razem dole i niedole, i myślę, że to też jest słychać na „A teraz patrz”.

Sebastian: Przede wszystkim jest to druga płyta grupy Na Tak, jakiś etap w rozwoju czy ewolucji, bo nie wiadomo czy to rozwój, na pewno ewolucja, tego zespołu. Jest na pewno jakimś kolejnym krokiem w poszukiwaniu swojej własnej ekspresji, bo to co robimy od początku, mam nadzieję, że to słychać w naszej muzyce, zwłaszcza w tej, to jest poszukiwanie własnego języka muzycznego i stylu. Nawet jeśli on przypomina czy nawiązuje do znanego nam, otaczającego nas zewsząd języka muzycznego, to bardzo zależy nam na tym, żeby to był nasz język. Żeby to było wypowiedziane naszymi własnymi słowami, również w tym znaczeniu powiedzmy muzykologicznym. Więc jest to też część jakiegoś takiego etapu rozwojowego tego zespołu. Kolejna. Pierwszym takim krokiem było „Na raz”, chociaż „Na raz” było podsumowaniem raczej tego, co za nami, a „A teraz patrz” jest tym, co robimy obecnie, chociaż już zaczynamy na koncertach grać troszkę inaczej, na próbach, już jakby zwiastun tego, czym będzie Na Tak w przyszłości. Będzie czymś innym, nie sądzę, żebyśmy nagrali drugą taką samą płytę, to jest chyba niemożliwe, bo musielibyśmy liczyć na jakieś odcinanie kuponów, co nas w ogóle nie interesuje już z założenia. Także możemy to wytłuścić, podkreślić, nawet jeśli będziemy istnieć przez czterdzieści lat, to już możemy sobie to gdzieś wkodować, że ten zespół nie będzie nagrywał i klepał takich samych płyt.

Jeśli tę rozmowę czyta jakiś wydawca, to dlaczego miałby zainwestować właśnie w „A teraz patrz”?

Sebastian: Dlatego że moim zdaniem jest to płyta ciekawa, oryginalna i jest o czymś, na pewno dotyczy czegoś. Bez udawania, jest to naprawdę szczere, możesz mi zaufać, jest to szczera nasza wypowiedź na dzień dzisiejszy. Ja wiem, że za dziesięć lat będziemy mieli więcej siwych włosów i jeszcze większe doświadczenie, pewnie będą nas poruszały inne sprawy, ale na dzień dzisiejszy to nas dotyka i o tym opowiadamy. I chociażby dlatego warto to zrobić, żeby został gdzieś tam w historii ludzkości ślad, że było coś takiego, że działo się coś takiego i byliśmy tutaj, i widzieliśmy to.

Piotr: Mamy rewelacyjny odbiór na koncertach. Sto procent tych, którzy są na naszych występach na żywo, zostają naszymi fanami. Na jednym koncercie dostałem chyba najświetniejszy komplement – że jesteśmy jak Załoga G. Koleś mówi mi: „ja nie wiem, kim Wy jesteście na co dzień, jacy jesteście, ale w chwili, kiedy stajecie na scenie, zakładacie kombinezony, ratujecie świat”. Widać po rozmowach po koncertach, że wielu ludzi utożsamia się z tymi tekstami. Akurat piszę teksty, więc mnie to szczególnie rusza. Że ludzi dotyka ta sprawa i nie czują się wyobcowani. Ja np. czuję się tak na koncertach – kiedy do mnie Polak śpiewa po angielsku i jeszcze na dodatek o rzeczach, których nie rozumiem, w sensie też, że mam wrażenie, że ten człowiek opowiada o rzeczach, których nie rozumie, zasłyszanych, to czuję się wyobcowany. Nie czuję związku. Kiedy ktoś opowiada mi swoją własną historię, to chociażbym jej nawet nie rozumiał, to staram się ją chłonąć. Bo to jest jego opowieść, on mi opowiada o czymś, co mnie interesuje, jak film, jak książka.

Słuchając Was bardzo mocno się odnosi wrażenie, że taką integralną, bardzo ważną częścią Waszej muzyki są teksty, których jesteś autorem.

Piotr: Wyszliśmy z Sebą z muzyki instrumentalnej, tutaj wchodząc w piosenkę, zdecydowaliśmy się na to, żeby zacząć opowiadać słowem, nie tylko muzyką, o świecie. Dla mnie najbardziej inspirujący był chyba Lem, bo nie interesuje mnie takie science-fiction czy prognozowanie przyszłości związane z jakimiś ufoludkami itd., tylko historie, które dotyczą człowieka i prognozują rzeczywistość w taki dość realny sposób. Biorąc pod uwagę świat, ludzi, ich cechy, tempo rozwoju człowieka, i na tej podstawie można bardzo fajnie sobie tworzyć słowo, które opowiada jednocześnie niby o takiej bezpośredniej naszej sytuacji życiowej, a jednocześnie takiej dosyć brudnej, wręcz industrialnej otoczce. Nawet na pierwszej płycie ten robot, który jest na okładce, on jest specjalnie zardzewiały. Te wszystkie wynalazki, które teraz tak inspirują, kiedy zardzewieją, kiedy już będą przestarzałe, wtedy dopiero się zrozumie ich wartość. Tak samo jest np. z muzyką elektroniczną – jeszcze nie potrafimy wykorzystać potencjału. Teraz dużo mówi się o nagrywaniu analogowym, wraca się do sprzętów analogowych, ale w technikach cyfrowych jest nieprawdopodobny potencjał. Ale najpierw te nowoczesne techniki wykorzystują ludzie, którzy robią to dla pieniędzy i dużym nakładem finansowym, bo to są najczęściej na początku drogie rzeczy. Myślę, że dopiero jak zardzewieją, kurz je przykryje, dopiero się okaże, ile one mają w sobie duszy i potencjału.

Czytasz moje pytania? Bo kolejne miało być odnośnie Waszych inspiracji, ale muzycznych. Czego słuchacie na co dzień lub co Was inspiruje, nie tylko jeśli chodzi o muzykę?

Dorota: No to chyba mnóstwo rzeczy, właściwie…

…ostatnia dobra płyta, jakiej słuchałaś.

Dorota: Np. St. Vincent i David Byrne, to z takich współczesnych. To jest mnóstwo inspiracji – osobiście lubię takie piosenki, które mam trochę z dzieciństwa, takie, w których są bardzo ładnie zbudowane wokale, widać, że ktoś nad nimi przysiadł i pomyślał, żeby te słowa ładnie brzmiały w melodiach, tak jak śpiewała Edyta Geppert czy Zdzisława Sośnicka. Inspirują nas, myślę, że każdego z osobna i razem, np. Prodigy.

Sebastian: Właściwie ostatnio to niewiele słucham, oprócz naszych nagrań to tak szczerze mówiąc nie za bardzo lubię ostatnio słuchać muzyki. No bo troszeczkę przerobiłem już ten temat. Tyle płyt, których wysłuchałem i tyle dźwięków, bo mam bardzo dobrą pamięć muzyczną. To znaczy, że ja doskonale pamiętam jakieś zagrywki, solówki z płyt Franka Zappy, których słuchałem jedenaście lat temu, to wszystko zostaje gdzieś w świadomości i się gromadzi, i wtedy trzeba uważać, żeby nie przedawkować. Ja w którymś momencie chyba przedawkowałem z tym narkotykiem, jakim jest muzyka dla mnie. Ostatnio na polskim rynku muszę powiedzieć, że jednak „Granda” Brodki jest świetna, w całości, bardzo mi się podoba ta płyta. Jest jakiś taki zespół, nawet nie pamiętam jego nazwy… UL/KR? Dobrze? UL/KR?

Tak.

Sebastian: To co słyszałem w internecie podoba mi się. Fajne, minimalne granie, proste, takie bardzo oszczędne teksty sprowadzone do kilku słów, niepozbawione sensu i treści, co jest bardzo istotne dla mnie. No chyba tyle no, bo naprawdę mógłbym wymienić całą listę od lat 60. i wcześniej do dzisiaj.

A chciałeś chyba mówić o pozamuzycznych inspiracjach, czy mi się wydaje?

Sebastian: Nawet nie. Po prostu nie słucham za bardzo ostatnio muzyki, naprawdę mówię szczerze, a jeśli słucham, to czegoś tak np. idiotycznego, jak „Ona tańczy ze mną” zespołu Weekend.

Chyba „dla mnie”.

Sebastian: „Ona tańczy dla mnie”, tak tak. Chciałem zrozumieć fenomen tej piosenki.

Odbioru chyba. Tej piosenki.

Sebastian: Tak. Ale też piosenki, ponieważ z bardzo dobrego źródła wiem, że nie można w tej branży zaistnieć, jeśli się nie zrobi czegoś autentycznego. Już trzynaście lat temu słyszałem coś takiego, kiedy disco polo święciło triumfy na polskich scenach, jeden z takich realizatorów dźwięku, producentów powiedział, że tego się nie da oszukać. To też trzeba zrobić w sposób autentyczny. Nie można po prostu zmontować, nagrać piosenki „hop sasa, ona miała majteczki” i już jest super. Ta piosenka musi być naprawdę dobrze zrobiona. I właśnie w „Ona tańczy dla mnie” fascynuje mnie jak to jest zrobione. Później widzę wywiad z tym gościem, że on bardzo dobrze zna się na muzyce, że on gra na wielu instrumentach, potrafi obsługiwać software i hardware związany z muzyką, on chyba produkuje te piosenki, miksuje. Czyli gdzieś tam jakiś musi być swego rodzaju fenomen, bo tak to możemy nazwać. Oczywiście nie nadaję znaczenia temu słowu. Po prostu jest to jakieś zjawisko, że tak proste melodie, że ludzie czekają cały czas na prostotę, na bardzo prostą formę, która w swej prostocie jest doskonała. A to, że jest taka powszechna, to nie wiem, czy to oznacza, że jest gorsza, bo słuchają tego miliony?

Piotr: Ja mam podobnie, też przedawkowałem muzykę, ale w samej grze zawsze inspiracją była dla mnie rytmika azjatycka. Miałem tą przyjemność bycia wiele razy w Indiach, uczyłem się na instrumentach perkusyjnych, hinduskich, i właściwie to jest to, co przekładam na gitarę basową, zresztą nawet moja decyzja odnośnie zmiany instrumentu, bo ja wcześniej grałem na trąbce, wynikała z potrzeby rytmizowania. Gdy jako dziecko grałem w orkiestrze strażackiej, pamiętam, że tak świadomie z trąbki przeszedłem na alt, a później troszkę na tenor, żeby móc bawić się rytmem. Jakby to mnie bardziej inspirowało. I ten instrument dęty słychać też w tym, co gram, ale głównie jest to rytmika azjatycka. Zresztą to też zmienia postać i klimat muzyki, przez to, że czuć, że to nie jest taka rytmika zwyczajna, nie jest to takie proste odgrywanie, chociaż i tak staram się upraszczać frazy ze względu na to, iż przegadane są zwykle nudne. A prostotą można dużo więcej opowiedzieć.

Sebastian: Jak się naprawdę dużo muzyki słyszało i się człowiek interesuje przez wiele lat nią tak głęboko, a nie powierzchownie, to rzeczywiście bardzo trudno znaleźć coś ciekawego, ponieważ muzyka jest też rodzajem jakiejś konsekwencji kulturalnej. Co rozumiem pod tymi słowami. To znaczy, że jeśli Radiohead nagrywa swoją płytę, ona jest świetna, wszyscy się jarają, mówią, że jest super, w ogóle odkrycie, to dla kogoś kto zna całe lata 60., od The Beatles aż po lata 90., poprzez Nirvanę i Seattle itd., to dla niego ten album Radiohead już nie będzie tak wielkim zaskoczeniem. Będzie po prostu naturalną konsekwencją. Oczywiście nie zmienia to faktu, że może to być bardzo dobry krążek, z bardzo dobrą muzyką i nawet rodzić zazdrość, taką pozytywną, „ale świetnie, że ktoś coś takiego zrobił”, i to jest bardzo dobre, bo nie mam negatywnego stosunku do muzyki czy do świata, ale rzeczywiście się widzi przez pryzmat tego, co się słyszało, doświadczenia muzycznego. I wtedy też się jest chyba bardziej powściągliwym. To jest takie po prostu przekleństwo muzyka, że jak w tym siedzisz, to tracisz troszeczkę przyjemności z odbioru. Trzeba przełączyć się na bardziej emocjonalne odbieranie, mniej racjonalne, nie każdy też to potrafi.

Największe marzenie związane z Na Tak.

Sebastian: O, ale pytanie (śmiech).

Dorota: Ja chcę odpowiedzieć, bo ja wiem, jakie jest moje marzenie. Ja chcę podróżować i koncertować (śmiech). Chciałabym, żeby odbiór był taki jak do tej pory, żeby ludzie odnajdowali coś, czym mogą się wzruszyć, co ich może poruszyć, to jest dla mnie ważne, żeby to nie było takie obojętne, tylko by coś to ludziom dawało, bo np. ja, kiedy śpiewam, kiedy wykonuję te piosenki, na razie tak jest, cieszę się i mam nadzieję, że zawsze tak będzie, jestem tym w jakiś sposób poruszona i mam nadzieję, że odbiór będzie taki sam. Więc takie jest moje marzenie.

Piotr: No moje marzenie jest proste. Ja bym chciał w chwili, kiedy nagrywam płytę, mieć najlepszy dzień, jaki mam (śmiech), jaki mogę mieć. Żeby nie mieć takiej sytuacji, że kiedy podchodzę do nagrywania swojej partii, to jestem rozwalony, rozbity jakimiś drobiazgami, finansami i to jest chyba moje największe marzenie. Chociaż myślę, że to mogłoby mi ukraść wiele emocji i też się boję nawet takich marzeń, ponieważ wcale to nie jest tak, że w chwili, kiedy pozbawiłbym się kłopotów, to mógłbym nagrać lepszą muzykę. Może wcale nie.

Sebastian: Największe marzenie. No kurczę, ciągle nie wiem, co powiedzieć (śmiech). Chyba fajnie po prostu gdyby ta muzyka dotarła do ludzi, ale do właściwych ludzi i żeby coś tam w nich poruszała no, żeby została. Moim zdaniem ona i tak zostanie, niezależnie od tego, czy uda się nam wydać 2 miliony egzemplarzy i sprzedać platynę, czy sprzedamy 1 tys. czy 2 tys., bo ta muzyka i tak zostanie, ponieważ jak obserwuję jej historię, w ogóle wszech czasów, to wiem co zostaje w muzyce, a co nie. Zostają rzeczy autentyczne i szczere, a rzeczy, które próbują być jak coś raczej nie zostają, zawsze są wtedy tylko jakby imitacjami. My nic nie próbujemy imitować, więc myślę, że mamy wielką szansę zostać. Ale wiesz, fajnie by było, żeby ta muzyka inspirowała ludzi też, żeby coś im dawała, by przychodzili i chcieli się podzielić np. swoimi spostrzeżeniami na temat tekstów, na temat wrażeń, żeby nie zgadzali się nawet, ale żeby mieli jakieś zdanie na temat tej muzyki. Nie chciałbym nigdy, żebyśmy wylądowali w sytuacji, chociaż to nam pewnie nie grozi, ale nie chciałbym, w której ktoś przychodzi do nas i mówi do ciebie: „ale masz fajne jeansy” albo „super świecące sznurowadła w trampkach”. Po prostu to mnie nie interesuje, interesuje mnie muzyka.

Na koniec mam taką ciekawostkę. Znalazłem na YouTube Wasze nagranie z 2009 r., z lubelskiego deptaku, improwizowane. Co to była za okazja?

Dorota: To był jakiś koncert dla Radia Lublin i nie wiem, jak to się stało, ale postanowiliśmy wystąpić bez instrumentów…

 Piotr: Było jakieś ograniczenie techniczne.

Dorota: A, właśnie tak. I powiedzieliśmy, że utknęły nam ciężarówki ze sprzętem, sprzęt nie dojechał, więc wykonamy to ustnie i każdy zaśpiewał swoją partię. Było wesoło (śmiech).

Piotr: Jeszcze z takich ciekawostek, bo uważam, że jest to jakiś nasz sukces – wydaliśmy tą pierwszą płytę i ona się rozeszła, w tej chwili, już w 700 egzemplarzach. Tak jak się orientuję, jak się wydaje płyty, maksymalnie to 1,5 tysiące, a wiele z nich rozchodzi się w mniejszych ilościach. Wszystko to zrobiliśmy z ręki, bez pomocy jakiegokolwiek dystrybutora.

Najlepsze płyty 2012

8 stycznia 2013 § Dodaj komentarz

Przy okazji kompilowania listy piosenek roku obiecałem niespodzianki także w zestawieniu płytowym i jak widać, nie ściemniałem. Jeśli w ogóle ktoś przywiązuje wagę do takiej, a nie innej selekcji, do cyferek, śpieszę wyjaśnić, co stało za wyborami, choć tak naprawdę metoda od lat jest taka sama. O miejscu decyduje wypadkowa trzech czynników: poziomu artystycznego danego krążka, ile razy do niego wracałem w ciągu roku oraz subiektywnego wrażenia artystycznego (tu mieści się zarówno przyjemność ze słuchania, jak i emocje, które wzbudza we mnie konkretne wydawnictwo). Oczywiście, że na chłopski rozum np. miejsce 8. powinno być wyżej, a 3. zamienić się z 2., ale ostatecznie pewne historie są mi bliższe, nie tyle nawet geograficznie, co osobiście. Pod tytułami zamieściłem linki do recenzji lub ogólnie do wpisów, w których wspominałem o wyróżnionej płycie. Każdy rok jest dobry, nie każdy przełomowy – to hasło może służyć za recenzję całego 2012.

10. Shigeto „Lineage”

Ponoć używanie zbyt wielu przymiotników w dziennikarstwie deskryptywnym nie jest wskazane, ale co ja poradzę, że na myśl o „Lineage” przychodzą mi do głowy trzy słowa: spokój, zwyczajność, ciepło? Takie płyty jak czwarta Shigeto wydana nakładem Ghostly International mają zazwyczaj przewalone. Na tyle skromne, że nikt się o nie nie upomni przy składaniu analogicznego zestawienia, zbyt dobre, by stały się znane np. z powodu zjadliwej recenzji. Zach Saginaw, pół-Japończyk, pół-Amerykanin, sukcesywnie wpisuje swoje nagrania w rodzinny kontekst, który odnajdujemy wszędzie – w kolejnych pseudonimach artysty, inspiracjach stojących za danymi wydawnictwami (wśród nich babcia muzyka), a już konkretnie w przypadku „Lineage” jest to tytuł tego mini albumu, nazwy tracków czy okładka, na którą trafiło zdjęcie domu pradziadka Shigeto w Hiroszimie, z 1916 roku. To namacalne dowody, ale gdy zagłębić się w tych osiem utworów, dać sobie czas na słuchanie refleksyjne (niejako samo narzucające się przez charakter kompozycji), przekonamy się, że nie jedyne. W serwowanej przez Shigeto mieszance IDM, ambientu, hip-hopowych bitów, nowoelektronicznej rytmiki, jazzowej ornamentyki i żywej perkusji słychać zwyczaje piękno i uspokojenie – uczucia, które może przywołać tylko wspomnienie rodzinnego domu.

9. Pyskaty „Pasja”

Pomysł był ryzykowny. Zinterpretowanie słowa „pasja” na dwa sposoby i takie też go przedstawienie w postaci piętnastu hip-hopowych tracków (czy raczej powinniśmy powiedzieć – „stacji”) groziło wcale nie tak małym ryzykiem pretensjonalności oraz przerysowania. W końcu nie od dziś wiadomo, że rodzimi raperzy mają problem z powściągliwością. Na całe szczęście nie dotyczy to Pyskatego, może dlatego, że Chojnacki nie jest już młodym gniewnym, ale weteranem, który swoje w życiu przeszedł. Doświadczenie procentuje i to w otoczeniu, w którym ton przeważnie nadaje młodzież? Na to wygląda, choć „Pasji” nie poświęcono w „Gazecie Wyborczej” debat pokoleniowych, a hip-hopowi koniunkturaliści sami obnażyli swoje dyletanctwo ignorując zupełnie najlepszy rapowy album minionego już roku. W przypadku zawodnika, który kreował początki kultury czterech elementów w Polsce, potem błąkał się w podziemiu długo czekając na swoje pięć minut chwały, mogła wyjść też opowieść starego-sfrustrowanego, tymczasem ten gracz pokazał na boisku zupełnie inną postawę. „Dość siedzenia na ławce, przyszedłem po swoje” – zdaje się mówić Pyskaty w bangerach „Od zera” i „Wdech, wydech”, przejmujących utworach „Czy?”, „Oustsider”, „Krzyk” oraz manifeście zjednoczonych sił w „Razem”.

8. Grizzly Bear „Shields”

Grizzly Bear po „Veckatimest” skasowali cały nagrany już album. Zastanawiam się, ilu artystów przyjęłoby ów z pocałowaniem ręki do swojej dyskografii i ilu słuchaczy tego faktu w ogóle nie odnotowało? Na tle poprzedniego longplaya „Shields” nie przynosi rewolucyjnych zmian i o ile samo twierdzenie jest prawdą, o tyle myli się ten, kto sądzi, że zmian nie ma żadnych. Bo w którym miejscu Misie Grizzly interesowali się muzyką poważną („What’s Wrong?”)? Kiedy wcześniej szli w niemal tańce i noise („Yet Again”)? Łoili tak srogo („Speak In Rounds”), pokazywali swoją bezpretensjonalną stronę („A Simple Answer”), podniosłą („Half-Gate”), wreszcie tonęli w epickiej orkiestracji („Sun In Your Eyes”)? W dodatku sami muzycy przyznali, że podeszli zupełnie inaczej do procesu tworzenia, tym razem koncentrując się najbardziej jeszcze na etapie budowania zrębów pomysłów na dane kompozycje. Ciekawe, czy gdyby „Shields” ukazało się parę lat temu, dziś mówilibyśmy o tej płycie jako o klasycznej, bo że Grizzly Bear ze swoim songwritingiem zostaliby zaliczeni w poczet pierwszoplanowych postaci post-rocka, nie mam co do tego wątpliwości? Cały czas mówimy o zespole, którego tłumaczenie tekstów można znaleźć na hip-hopowym serwisie Rap Genius, a wydaje go tradycyjnie związania z elektroniką wytwórnia Warp.

7. Plug&PlayWhy So Close?

Niełatwe jest życie niechcianego dziecka, mogę sobie tylko wyobrazić. Why So Close?najpierw wskutek pechowej koincydencji nie ukazało się w wersji fizycznej, potem, poniekąd z pierwszego powodu, zostało olane przez znaczną część słuchaczy, wreszcie sam zespół się od niego zdystansował. Płytę, której główny grzech zdefiniowano jakotak się w 2012 r. nie gra(w czasie, gdy równocześnie wielu bez żenady wywindowało na szczyty list tak odkrywcze rzeczy, jak Japandroids, Tame Imapala czy Jacka White’a) powinienem dla spokoju sumień innych przemilczeć i ja. Tyle że wówczas sprzeniewierzyłbym się rozstrzygającej zasadzie, gdy pojawia się dylemat, czy pisać i jak szczerości. Bo debiutanckiego krążka kwintetu, który równie dobrze mógłby się nazywać The Best Of: Years 2005-2010, gdyż zbiera pomysły i kompozycje z tych lat, słuchałem w zeszłym roku często, z przyjemnością i mam wrażenie, że na Zachodzie trafiłby on na swoją wierną niszę. Nawet jeśli samych Plug&Play pod kątem songwritersko-brzmieniowym kręcą dziś już inne rzeczy, aWhy So Close?dla krajan ma znaczenie głównie sentymentalnepłyty dokumentującej początki indie rocka w Polsce.

6. Burial „Kindred”

Bo wiecie na czym cała sztuczka polega? Np. sam wstęp tytułowego „Kindred”. Lub old-schoolowe wstawki w „Loner”. Soulowe, kobiece sample wokalne we wszystkich trzech trackach, klawisze z „Ashtray Wasp”, house’owe metrum indeksu drugiego. Burial ogrywa wszystkie nasze guilty pleasure związane z elektroniką i reminiscencje z dzieciństwa słuchaczy urodzonych w połowie lat 80., ale zanim rozwiną się one w tematy rodem z programu „VIVA Club Rotation”, natychmiast je urywa, zabrudza, gmatwa, gasi światło i wpuszcza niepokojące odgłosy, czym z kolei karmi te rejony naszej duszy, które dostrzegają piękno w smutku. Trzeba przyznać, nieźle to sobie wymyślił szarlatan! Znając jednak ignorowanie przez Buriala medialnego szumu (lub właśnie chęć wzniecania go przez wycofanie – skąd mamy wiedzieć na pewno, skoro gościa w internecie, prasie, telewizji i radiu zwyczajnie nie ma?), prawda wydaje się być znacznie bardziej prozaiczna. Bevan nagrywa dla siebie, a że przy okazji braterstwo dusz z artystą odkryło ileś tam tysięcy słuchaczy na świecie, to już efekt uboczny. Proste? Pamiętając, że autor „Kindred” zdefiniował dubstep, spróbuj to powtórzyć.

5. Death Grips „The Money Store”

Co tu robią ci barbarzyńcy? Sam się nad tym zastanawiam – po dowiedzeniu się, co siedzi w głowach Stefana Burnetta i Zacha Hilla (znowu się okazało, że czasami by nie naruszać idealistycznego obrazu, lepiej nie czytać wywiadów z niektórymi muzykami), jakie są ich poglądy, biorąc pod uwagę wszystkie wybory artystyczne Death Grips oraz niezbędny stan ducha do w ogóle słuchania „The Money Store”, mój początkowy entuzjazm przygasł. Jednocześnie nie mogę podważyć tego, że a) ten soundtrack do walk ulicznych dający uczucie b) jazdy bolidem Formuły 1 przyspawanym do szyn kolejki w wesołym miasteczku, c) objawił niespotykany wcześniej konglomerat rapowych nawijek i agresywnej elektroniki, który d) wielu skojarzył się nie z żadnym Public Enemy, ale sceną hardcore i punk lat 80., a dla mnie przyniósł e) najbardziej intensywny album od czasów debiutanckiego krążka w barwach dużej wytwórni …And You Will Know Us By The Trail Of Dead. Być może jednak o wyjątkowości „The Money Store” świadczy przede wszystkim to, że jak żadna inna płyta od dawien dawna jest tak wiernym odbiciem czasów niepewności, bezrobocia i frustracji wywołanej kryzysem gospodarczym, może i nawet wartości, choć poszukiwanie ich przez Death Grips we wskazywanych przez samych artystów obszarach jest dla mnie, jak już wspomniałem, dyskusyjne.

4. Afro Kolektyw „Piosenki po polsku”

W minionym roku tekstowo pokopały mnie trzy płyty – dwie zagraniczne z podium tego zestawienia, przy czym jedna bardziej rozmachem niż samą tematyką, i polski rodzynek w postaci czwartego longplaya Afro Kolektywu. Jeśli sięgnąć głębiej, to pod względem lirycznym nie pamiętam podobnych dwunastu miesięcy, w którym bym został tak przeciągnięty po ziemi, jak w 2012. Zderzenie z uczuciem, w którym album dosłownie fizycznie zaznacza swój ciężar, może oznaczać dzieło, ale nie musi. W przypadku „Piosenek po polsku” nie ma wątpliwości – tak dojrzałego, miejscami wręcz mądrego życiowo, po prostu bardzo dobrego materiały warszawianie jeszcze nie nagrali. Oczywiście duża w tym zasługa Afrojaxa, który do tradycyjnych w swoim wydaniu bon motów dorzucił wcześniej niespotykane obserwacje w wydaniu totalnie serio i dojmująco, a także śpiewnie, ale i biegłości instrumentalnej Remka, Sztu, Artura, Stefana oraz Rafała. Bez współpracy ich wszystkich nie byłoby krążka w Polsce bezprecedensowego – albumu nawiązującego dialog z rodzimym popem lat 80. Dla jednych zdrada ideałów czarnego grania, dla mnie logiczny wybór, jeśli chce się rozwijać artystycznie, i nowy zaciąg Afro-klasyków: „Wiążę sobie krawat”, „Czasem pada śnieg w styczniu”, „Niemęskie granie”, „Mało miejsca na dysku”, „Idź i obmyj w sadzawce Syloe”, „Nasza doskonałość” czy „Jeżeli kiedyś zabraknie mnie”, który mało co nie stał się dla muzyków ponurym proroctwem.

3. Kendrick Lamar „good kid, m.A.A.d city”

Ile jesteś w stanie czekać na swój bilet do lepszego życia? Być może największym sukcesem 25-letniego rapera z Compton nie są wcale wyniki sprzedażowe „good kid, m.A.A.d city”, osiągnięte bez jakiegokolwiek skandalu i nośnego singla, ale fakt, że Kendrick każdym kolejnym swoim trackiem, albumem, wersem, decyzją budzi w nas przeświadczenie, że on to wszystko rozpisał sobie w scenariuszu dawno temu, a teraz krok po kroku konsekwentnie realizuje. Lub to, iż w ogóle dożył tego momentu. Chociaż o pierwszym longplayu w dużej wytwórni następcy 2Paca powiedziano już tak wiele, nadal nie wyczerpano tematu. Było o wirtuozerskim składaniu rymów? W porządku, ale czy każda zagrywka techniczna Lamara na „good kid, m.A.A.d city” została nazwana, może wymyślił on rozwiązania, które dopiero czekają na swoją łatkę? Wspominaliśmy o wielowątkowej, nielinearnej narracji? Jesteś pewien, że poskładałeś wszystkie wątki w dobrą kolejność? I skąd wiesz, że autor dopuścił zaledwie jedną kombinację puzzli? Wiem – wydźwięk płyty! Ciężka walka o zachowanie duszy w jednym z najbardziej kryminogennych miejsc na kuli ziemskiej, co tu więcej kminić. Racja, racja, ale chyba tylko ślepiec przeoczyłby powracający jak bumerang wątek rodzinny, głównie w skitach z dialogami, który w słowach ojca i matki Kendricka pod koniec „Real” rzuca światło na odpowiedź, dlaczego dziś mówimy o głównym bohaterze w samych superlatywach, podczas gdy jego koledzy z dzieciństwa od paru lat nie żyją. I jak w tym kontekście pominąć motyw nawrócenia na Bożą drogę, który dokonuje się w punkcie kulminacyjnym opowieści z „good kid, m.A.A.d city”? To jak, ile jesteś w stanie poczekać? Bo słuchaj, ten dzieciak Lamar udowodnił, że postawa wobec tego napięcia może zdecydować o Twoich dalszych losach…

2. KAMP! „KAMP!”

KAMP!Ludowa mądrość głosi, że „co za dużo, to nie zdrowo”. Łódzko-wrocławski zespół swój debiutancki longplay nagrywał sporo, bo przez dwa lata. W głowach słuchaczy nieświadomie ten proces był jeszcze dłuższy – w końcu pierwsze kampowe przebiśniegi zwróciły uwagę szerszej publiczności tuż na początku 2009 roku, zaś kolejne udane single wywindowały oczekiwania do monstrualnych rozmiarów. Wreszcie po trafieniu na półki sklepowe i dyski twarde „KAMP!” wygenerowało taką ilość recenzji, że zasadnym stało się pytanie, czy absolutnie każdy w internecie MUSI publikować swoje opinie, a stare porzekadło spotkało się ze współczesnym, „wszyscy piszą, nikt nie czyta”. Tym bardziej powiedzenie charakterystyczne dla czasów przeładowania danych oraz przesytu stało się ważkie, kiedy przyszło obserwować fantastyczne frekwencje podczas gigów tria (gdy generalnie muzyków straszy koncertowa bessa) i entuzjastyczny odbiór wśród ich potężnego elektoratu (który w tej skali i na tym etapie działalności nie miała w Polsce żadna wywodząca się z alternatywy formacja). Nie wszyscy jednak poczuli ducha czasów i załapali się na pociąg do równoległej, przyjemniejszej rzeczywistości, zapominając chyba, że to se ne vrati i prędko możemy czegoś podobnego nie uświadczyć. Ale jest coś jeszcze. Nie tak głupie pytanie, czy na sali został ktoś, kto potrafi posłuchać „KAMP!” bez tego całego obciążenia, które na barki artystów wrzucili mimo ich woli słuchacze, na świeżości? Na pewno nie jestem to ja, choć mój przypadek jest inny, pewnie znacie to uczucie. Ile razy łapałem się na pewnym etapie obcowania z albumem czołowych przedstawicieli electropopu w Polsce na tym, że wiem, co za moment będzie, że słyszę ten krążek, ale go nie słucham. Cóż, odwyk trwa, a do tego czasu pozostaje wspomnienie absolutnie wyjątkowego 2012 r. i wyrównanie najlepszych rodzimych wyników w historii list płyt roku.

1. Frank Ocean „channel ORANGE”

W 2012 r. złoto i srebro na analogicznych światowych listach rozdzielili pomiędzy sobą dwaj czarnoskórzy 25-latkowie, Frank Ocean i Kendrick Lamar. Tym samym nie powtórzyło się niedopatrzenie 2010 roku, kiedy to całej reszcie odjechali artystycznie Flying Lotus oraz Toro Y Moi (obaj też z czarnymi korzeniami), ale jedni recenzenci olali „Cosmogramme”, drudzy „Causers Of This”, zresztą zabawnie potem nadrabiając wpadki chwaleniem późniejszych płyt obu wykonawców, gdy ci już byli w dużo słabszej formie. Od rock ‚n’ rolla wszystko w popie się zaczęło, rock narodził się z bluesa, blues wymyślili Czarni – oni zbawią współczesną muzykę? Tego nie wiem, ale ciężko zaprzeczyć, że to, co najciekawsze w omawianej na tym blogu dziedzinie sztuki, dzieje się w ostatnich latach nie w eksperymentach gitarowo-klawiszowych na Wyspach pod hasłem „jak jeszcze można poskładać zgrane klocki?”, ale w głowach nieobciążonych schematycznym myśleniem potomków Afrykańczyków. Więcej, my rewolucji nie powinniśmy marzycielsko wyglądać, ale jej żądać – pal sześć, że właśnie wchodzimy na orbitę, kiedy to wg statystyk powinien dokonać się jakiś znaczący przewrót (w popkulturze przypadający średnio raz na 30 lat). To współczesna muzyka doszła do ściany, przez ostatni czas częstując nas na bogato ciekawymi konfiguracjami, ale ciągle recyklingiem dobrze znanych patentów. Nie, nie twierdzę, że „channel ORANGE” jest tym nowym rozdaniem. Nadal jednak Frank Ocean trafił ze swoim debiutanckim longplayem i do indie-nerdów, i do tradycyjnych odbiorców czarnoskórych artystów. Zastosował w takich utworach jak „Pyramids”, „Thikin Bout You”, „Lost”, „Bad Religion”, „Crack Rock” lub „Sweet Life” zarówno typowe rozwiązania dla R’n’B czy muzyki soul, jak i podjął się fuzji dla niektórych przywodzących na myśl „brzmienie 2018 roku”. Płyta „channel ORANGE” z wynikiem pół miliona sprzedanych egzemplarzy odwiedziła i szczyt listy „Billboardu”, i lokalne przeglądarki debiutując przecież jako stream. Frank Ocean został uhonorowany sześcioma nominacjami do Grammy oraz licznymi miejscami numer 1 w zestawieniach zawodowych dziennikarzy oraz zwykłych blogerów. Jeśli następnym rozdziałem będzie przewrót, zaczął się on od trzęsienia ziemi.

Najlepsze piosenki 2012: ławka rezerwowych

19 grudnia 2012 § Dodaj komentarz

Argentinian substitute bench

Powiedzmy, że to taki aperitif przed coroczną listą najlepszych piosenek. Ale przede wszystkim składając tradycyjną 20-stkę z ponad 70-ciu utworów-kandydatów do zestawienia za 2012 zrobiło mi się żal, ile fantastycznych kawałków może przepaść bez najmniejszej nawet wzmianki. Większość złożyłem w jedną playlistę do odsłuchania na YouTube, linki do nieobecnych znajdziecie pod tytułami, które trafiły na ławkę rezerwowych najlepszych piosenek minionych dwunastu miesięcy (kolejność przypadkowa):

ZaStary „Radykalne wróżby”
Sun Glitters „High”
Plug&Play „You Are My Radio”
Plug&Play „Captain Welfare”
Plug&Play „Cities I’ll Never Go To”
Death Grips „I’ve Seen Footage”
Death Grips „The Fever (Aye Aye)”
Blawan „Why They Hide Their Bodies Under My Garage?”
Czechoslovakia „Wakacyjny”
The Beach Boys „From There To Back Again”
Kwes. „Bashful”
Diset Robak Brus „Moje powietrze”
Oh Ohio „Move So Slow”
Oh Ohio „Love You So”
Gorillaz feat. Andre 3000 & James Murphy „DoYaThing”
Brodka „Varsovie”
Sze Kiat „Once In A While”
Karolina Kozak „Mimochodem”
Brodsky „Lady Of My Heart”
Ty Segall & White Fence „I Am Not A Game”
Kendrick Lamar „Swimming Pools (Drank)”
The Sea And Cake „Harps”
Petite Noir „Till We Ghosts”
Machinedrum „DDD”
Ursprung „Exodus Now”
Purity Ring „Fineshrine”
Yeasayer „Henrietta”
Bisz (B.O.K) „Wilk chodnikowy”
Bisz (B.O.K) „Indygo”
Medium feat. Gift of Gab „Hologram”
Ifi Ude „Fala”
Microexpressions „Ise Bay Blast”
HAERTS „Wings”
XXYYXX „About You”
Crab Invasion „Caps”
Lightning Bolt „Baron Wasteland”
Lightning Bolt „King Candy”
Planes (Estudios Universales) „Lonelii”
KAMP! „Can’t You Wait”
KAMP! „Sulk”
KAMP! „Oaxaca”
Teen Mom „I Wanna Go Out”
Violens „All Night Low”
Violens „So Hard To See”
CH-CH-CHING „Home”
Afro Kolektyw „Mało miejsca na dysku”
Frank Ocean „Bad Religion”
Frank Ocean feat. Andre 3000 „Pink Matter”
Fair Weather Friends „Floating”

Oh Ohio „Love You So”

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Plug&Play at .