Najlepsze piosenki 2013

2 stycznia 2014 § Dodaj komentarz

coollogo_com-13724504

Patrzę na listę moich ulubionych utworów w 2013 r. i mam ambiwalentne odczucia. Nie, nie chodzi o ich poziom – wszystkie prezentują wysoki. Ale mam świadomość, że poza złotym medalem i obecnością na podium polskiego reprezentanta (wybór rozstrzygał się między srebrem a brązem), wszystkie miejsca są negocjowalne, ba, dobór artystów do ostatnich lokat także. Myślę też o faworytach, którzy jak się okazuje, nie są raz na zawsze przypisani do finałowej dwudziestki i mogą poza nią wylecieć wskutek ustępowania innym pod względem biegłości songwriterskiej. Tak było w tym roku. Wreszcie niepokoi fakt, że te (podkreślam) świetne z osobna piosenki w znakomitej większości bazują na muzycznym recyklingu, które to zjawisko trzeba potraktować szerzej i odnieść do współczesnych dzieł w ogóle. Jeśli jakiś czytelnik udowodni, że to jedynie moje starzenie się oraz pogoń za dobrze znanym ułożyły tę listę, skutek okaże się przyczyną. Mam jednak poczucie, że „my tu na Zachodzie” zabrnęliśmy w ślepy zaułek i w 2013 r. nie chodziło o pisanie nowych rozdziałów, ale przede wszystkim miało nam być przyjemnie. Zasadność tej tezy może każdy zweryfikować samodzielnie klikając w ten link lub odnośniki w tytułach poszczególnych piosenek.

20. Sally Shapiro „I Dream With An Angel Tonight”

Sally Shapiro_fot. Linnea Helmersson

fot. Linnea Helmersson

Kolejny po prostu sympatyczny kawałek od Szwedki? Nie do końca. Z niosącym się morską bryzą motywem, który pojawia się w trzeciej minucie, nostalgiczne „I Dream With An Angel Tonight” zajmuje miejsce łącznika pomiędzy Italo disco a chillwavem.

19. Ifi Ude „ArkTika”

Ifi Ude

Czwarty kawałek na debiutanckiej płycie Polko-Nigeryjki na tle pozostałych kompozycji tam zebranych dobitnie uświadamia, jak bardzo potrzebny jest jej dobry producent. Gdy talent kompozytorski spotyka się z wyczuciem producenckim artystki, stać ją na dużo.

18. Deerhunter „Monomania”

Deerhunter_fot. Robert Semmer

fot. Robert Semmer

I jest czarny koń podsumowania. Tym razem Bradford, Lockett i spółka mieli się nie załapać, w ogóle, na żadną z dwóch najważniejszych list. Ale gdy przyszedł czas układania tej piosenkowej, neurotyczna, tonącą w gitarowym rzężeniu końcówka „Monomanii”, rzecz najbardziej wybijająca się od pierwszego odsłuchu na piątym-szóstym longplayu Deerhuntera, zabrała całą kompozycję na miejsce 18. Nadal potrafią wywołać ciarki.

17. BOKKA „K&B”

BOKKA_fot. Darek Ozdoba

fot. Darek Ozdoba

BOKKA wywołuje u niektórych osób efekt wyparcia. Zarzuca się im wtórność, mierny poziom songwriterski, szydzi i przemilcza fakt, że wreszcie jakiś polski wykonawca (pomijając recenzję płyty Jacaszka „Glimmer”, dystrybuowanej przez amerykańskie Ghostly, i post-OFF-owy zbiorczy feature o rodzimych artystach) pojawił się na Pitchforku, nawet jeśli ów serwis stracił już na jakości, a obecność BOKKI, zresztą z innym numerem niż „K&B”, szybko można uzasadnić trafieniem w redaktorski gust. Co z tego, skoro moje miejsce 17. jest niesamowicie nośnym kawałkiem i co ważne, nie odstaje spektakularnie poziomem od reszty debiutanckiej płyty tria? Jeśli to jest powód do krytyki, to zdecydowanie mam ciekawsze zajęcia niż angażowanie się w taką dyskusję…

16. Karri „Hurry Up”

fot. Klaudia Bis

fot. Klaudia Bis

Hurry Up” funkcjonuje trochę jako druga strona tego samego, skandynawsko-labelowego medalu co „K&B” – tam gdzie BOKKA wygrywa wyrazistością i szturmowaniem głośników, Kari wybiera rozłożenie akcentów, pastelowość, kruchość i piękno. Jak się okazuje, nawet w takiej sytuacji można przemycić całkiem chwytliwy refren.

15. Tesla Boy „1991”

Tesla Boy

Tytuł mówi sam za siebie. „1991” można potraktować jako kompozycję napisaną z przymrużeniem oka, hołd dla epoki parkietowych przebojów z wokalami czarnych piosenkarek lub jako najzupełniej adekwatny, inteligentny dowcip i komentarz do słów, które tu padają: „Don’t look behind / Your lfe will never, never be the same again / You’ve got to believe it”. Wyszedł hit, co ciekawe, songwritersko średnio korespondujący z tym, co przygotowali Tesla Boy na pozostałych trackach na „The Universe Made Of Darkness”.

14. Plug&Play „Brand New Day”

fot. Gosia Nierodzińska

fot. Gosia Nierodzińska

Najbardziej radykalny przykład zmian w obozie Plug&Play. „Brand New Day” ciężko uznać po prostu za przejaw inspiracji tymi, którymi zespół Kuby Majsieja faktycznie się inspiruje, czyli Foals i Yeasayer – ten kawałek idzie dużo dalej. Delikatnie zarysowana gitara, klawiszowe plamy, męsko-damski wokalny dialog, solówka na saksofonie i tematyka dotyczące małych szczęść dnia codziennego. Wiemy, że na świecie post-punkowcy dekady lat 80. przesiadali się na bardziej popowe brzmienia, ale w Polsce w ostatnich latach w obrębie nowofalowego gatunku tak zdecydowanie nie skręcił nikt.

13. Crab Invasion „Dart”

Crab Invasion

Można dyskutować, czy większym na dzień dzisiejszy przebojem Crab Invasion jest ukłon w stronę polskich eightiesów w „Caps”, czy bardziej taneczne i bliższe nam epokowo „Dart”. Ja wolę przyjąć, że ich największe singlowe dokonanie dopiero przed nimi, tym bardziej, że debiutanckim longplayem „Trespass” kwartet potwierdził swoją wysoką erudycję muzyczną. Pod tym względem wśród krajowych debiutantów nie mają sobie równych, a „Dart” kroczy na czele stawki.

12. Justin Timberlake „Strawberry Bubblegum”

fot. Tom Munro

fot. Tom Munro

Zaskoczenie? Nie dla mnie. Od początku to właśnie „Strawberry Bubblegum” z całego „The 20/20 Experience” robiło za utwór zdecydowanie mi najbliższy i warty listy rocznej. Choć mówimy o płycie złożonej z samych przebojów, to klawisze w klimacie Junior Boys plus jazzująco-funkujący jam w końcówce sprawiają, że nie „Suit&Tie”, nie „Mirrors”, ale właśnie numer czwarty na trackliście wydanej w marcu płyty Justina Timberlake’a ją tutaj reprezentuje.

11. Nonsense & Absurd„Transmitting Live From Cabeça”

Nonsense & Absurd

Kto by się spodziewał, że obdarzony zjadliwym, a często zwyczajnie koszarowym poczuciem humoru Afrojax przygotuje płytę zupełnie serio – bazującą na mikrosamplach, stylistycznie eklektyczną i najzwyczajniej bardzo dobrą? Prowadzona sennym „nananananana”, relaksująca „transmisja na żywo z Cabeça” (wyrażenie mogące oznaczać zarówno głowę, jak i miejsce geograficzne w którejś z byłych portugalskich kolonii) stanowi osłodę dla wszystkich fanów The Avalanches ciągle czekających na następcę „Since I Left You”. Zawijajcie dmuchane koła.

10. CHVRCHES „Lies”

fot. Eliot Hazel

fot. Eliot Hazel

Gdy piszesz utwory niebędące wyrafinowanymi kompozytorsko, cała rzecz rozgrywa się w melodii. Jeśli nie chwyta, słuchacza tym bardziej będą raziły banalne środki wyrazu. Akurat w przypadku „Lies” wszystko się zgadza i po wielu miesiącach singla CHVRCHES nadal słucha się nieźle, dokładnie odwrotnie niż irytującego z biegiem czasu „Recover”.

9. Wampire „The Hearse”

fot. Holga

fot. Holga

Niejaki Ariel Rosenberg oddał ostatnio trochę pole odjechanego lo-fi popu, ale zagospodarował je już duet z Portland. A także post-punku i ambientu, bo to wszystko udało się upchnąć w, o dziwo, przebojowym i spójnym „The Hearse”. Nie najgorsza propozycja na parkiet, choć na pewno jedna z najekscentryczniejszych.

8. The Preatures „Is This How You Feel?”

The Preatures

Młodzi artyści odkrywają Fleetwood Mac. W przypadku Australijczyków z The Preatures jest to soft-rockowy songwriting, damski wokal tudzież damsko-męskie dialogi wokalne rodem z poprzedniej epoki, stylizacja, a nawet odpowiednie zabiegi w wideoklipie i gitarowe solo. Pytanie o oryginalność nie jest całkowicie bezzasadne, ale schodzi ono na drugi plan, gdy „Is This How You Feel?” już leci z głośników, a za taką inspirację wypada powinszować – kto nie lubi autorów „Everywhere”?

7. We draw A „Tears From The Sun”

fot. Wiktor Konopacki

fot. Wiktor Konopacki

Następni artyści z Polski, którzy przede wszystkim eksponują swoją twórczość, a nie personalia, i zarazem kolejny mocny typ z wytwórni Brennnessel (w tym roku reprezentowanej na moich listach singlowych przez Rebekę, Fair Weather Friends i opisywany duet z Wrocławia). Pierwiastek emocjonalny zawarty w „Tears From The Sun”, w bądź co bądź elektronicznej muzyce, sprawia, że naprawdę dociekliwy i biegły odbiorca mógłby teoretycznie skojarzyć We draw A z poprzednim projektem Peve’a Lety’ego, czyli Indigo Tree. Jako ciekawostkę dodam, że najbardziej póki co rozpoznawalny singiel We draw A polubili w australijskiej części Music Alliance Pact i to właśnie z Antypodów spłynęły wieści, iż polski utwór był w październiku 2013 r. tym ulubionym wśród słuchaczy – dokładnie rok po tym, gdy KAMP! po MAP-owej publikacji wylądowali na piątym miejscu The Hype Machine.

6. Classixx feat. Nancy Whang „All You’re Waiting For”

Classixx

Classixx w „All You’re Waiting For” udanie nawiązują do stylistyki klubowego retro, a „Hey, wait a minute, just a minute, I was ready for the flight / Got my bags packed waiting on the driver curve / So just a minute, take a minute for the change-up / I’m all set to go, set to go” wyśpiewane przez Nancy Whang to niemal sing-along, być może najbardziej chwytliwy pre-chorus zakończonego roku, element rozpoznawczy singla z „Hanging Gardens”, a później następuje jeszcze nie gorszy refren. W 2013 r. nie było większego przeboju, jeśli chodzi o archetypową dyskotekę, co wydaje się pewną logiczną konsekwencją – Michael David i Tyler Blake są przecież nie tylko producentami, ale i DJ-ami.

5. Haim „Falling”

Haim

Doprawdy The Preatures w „Is This How…” wydają się nieśmiało podnosić rękę mówiąc „halo, zauważcie nas”, gdy porównać tę piosenkę z eksplodującym „Falling”. Myli się jednak ten, kto sądzi, że siostry Haim od razu wykładają wszystkie karty na stół. Alana, Danielle, Este (plus Morgan Meyn Nagler) dokładają kolejne elementy układanki z dużym smakiem – np. wejście basu na wysokości 1:07 sprawia, że aż robi mi się ciepło na sercu, a jesteśmy już po fragmencie, w którym zespół zaserwował refren w bardzo powściągliwy sposób, bombastyczność zachowując na kolejne pojawienie się chwytliwej części każdego przeciętnego singla. Zarówno The Preatures, jak i Haim, na tegorocznych płytach nie ustrzegły się słabości, więc w australijsko-amerykańskim pojedynku na soft-rockową spuściznę po Fleetwood Mac wskazałbym na remis ze wskazaniem – na piosenki symbolicznie wygrały Haim.

4. St. Lucia „Elevate”

St Lucia

St Lucia_opis

3. The Car Is On Fire feat. Iza Lach „A Man With A Soul Of A Dog”

TCIOF feat. Iza Lach

W minionym roku The Car Is On Fire, nieoceniony zespół dla polskiej muzyki alternatywnej, zakończył działalność. Jest coś symbolicznego w tym, że w „A Man With A Soul Of A Dog”, ostatnim jak dotąd utworze zasłużonej kapeli, wokalnie udziela się wschodząca gwiazda krajowej sceny Iza Lach. Inni z przekąsem zauważą, że symboliczne dla końcowej fazy funkcjonowania TCIOF jest również to, iż wspomniany kawałek powstawał przez dwa lata, zaś w ostatnich miesiącach „Płonący Samochód” był prowadzony głównie przez Jakuba Czubaka. Co ciekawe, gdyby piosenka ujrzała światło dzienne w momencie zarejestrowania wokalu artystki, w lutym 2011 r., to raczej warszawianie lansowaliby Izę Lach niż na odwrót. Dwa-trzy lata później to nazwisko łodzianki powinno być pociągowym znakomitego singla z wymiennym wokalem Czubaka („He’ll take you anywhere you want / He likes to dance, he doesn’t talk”) i Lach („He’s always the best, his legs are restless, I’m having time of my life”) oraz roztańczonym basem Krzysztofa Nowickiego. Jak odchodzić, to tylko w takim stylu.

2. Daft Punk feat. Pharrell Williams „Get Lucky”

Daft Punk

Get Lucky” zrobiło bardzo wiele, by być nie do przyjęcia przez „true” i „niezal” słuchaczy. Można tak to ująć, że w ciągu paru miesięcy utwór przebył drogę od magazynów Columbia Records do facebookowych walli, iPodów przeciętnych słuchaczy, popularnych stacji radiowych, reklamowych dżingli, klubów, mijanych na ulicy aut i mieszkań oraz na scenę miejskiego Sylwestra. Tyle że nikt powiedział, że to jest niezalowy blog w wydaniu fundamentalistycznym, a pewien Francuz portretując właśnie „Get Lucky” w łebski sposób ujął symboliczny wymiar ostatniego longplaya Daft Punk.

1. Autre Ne Veut „Play By Play”

fot. Dave Mead

fot. Dave Mead

Ciekawe, że mój piosenkowy lider z 2013 r. jest utworem kontrastującym ze zeszłorocznym zwycięzcą. Podczas gdy Grimes wygrała dzięki prostym zabiegom songwriterskim, Autre Ne Veut (także solowy wykonawca) zniósł kilka pudeł z pomysłami, inspiracjami i konkretnymi rozwiązaniami technicznymi na singiel. Fenomen „Play By Play” świetnie ujęła na Screenagers Marta Słomka, która swoją drogą rok temu również wskazała na kompozycję Kanadyjki: „Ashin robi wszystko, by pozostać w szatach ekscentryka i outsidera – wije się, łka, miauczy, kaleczy swój wokal konsoletowymi suwakami, żongluje płynnością bitu. W sposób celowy czy nie, osadza skrajnie intymne emocje: zazdrość, lęk, uzależnienie od drugiej osoby i chorobliwą miłość, w ramy ekstrawertycznego rozmachu utworu (…) „Play By Play” od intro do ostatniej sekundy sunie na najwyższych obrotach, jakby miał być ostatnim numerem, jaki Autre Ne Veut kiedykolwiek nagra”. Wiele więcej nie wniosę, mogę tylko się podpisać i dopowiedzieć, że „Play By Play” brzmi nie tylko jak potencjalnie utwór graniczny autorstwa Arthura „Autre Ne Veut” Ashina. Jeśli to ostatnie tego typu zestawienie na tym blogu, to jest to najlepszy akcent finałowy, kompozycja totalna, fajerwerki na 31 grudnia, połyskujące konfetti, napisy końcowe.

Reklamy

Najlepsze płyty 2013: reszta stawki

30 grudnia 2013 § Dodaj komentarz

coollogo_com-4113367

Wprawdzie w tytule stoi „najlepsze płyty”, ale na początek skorzystajmy w pewnym sensie z obecności drugiego członu i wspomnijmy o tych, których zabraknie. Nie będzie krążków faworytów z ostatnich lat – The Field (dwa razy pierwsza dziesiątka), Deerhunter (również), Washed Out, Buriala, Janelle Monáe, These New Puritans, rodziny Waglewskich, Vampire Weekend oraz Toro Y Moi. Różnie udały się powroty wielkich nazw, nie ostali się więc My Bloody Valentine, Dawid Bowie, Queens Of The Stone Age, Edyta Bartosiewicz, Myslovitz, Prefab Sprout, Autechre, Arctic Monkeys, a co do ostatniego longplaya Franz Ferdinanda, gości z absolutnej czołówki niemal dekadę(!) temu, to przez moment zapomniałem, że… w ogóle słuchałem ich płyty. Lepsze wrażenie pozostawili The Dismemberment Plan, ale oni również nie załapali się do puli. Co do debiutantów, niestety Crab Invasion (mimo wielkiego potencjału) i Rebeka spisali się poniżej oczekiwań, a co do wydawnictw Fismolla, Dawida Podsiadły, AlunaGeorge i Disclosure, nie wiem, o co aż tyle hałasu, to wszystko w muzyce już było.

Znacznie lepiej poradzili sobie nasi Armando Suzette, BOKKA i XXANAXX. Projekt Mateusza Tondery, któremu przyglądam się od prawie dwóch lat, na EP-ce „Calendar” zaprezentował nie tylko znaną już unikatowość songwriterską na polskim podwórku, ale też regularny zespół i wysmakowane brzmienie. Zachowujące anonimowość trio BOKKA spotyka casus Andy’ego Stotta sprzed roku, czyli czułbym się trochę nie w porządku umieszczając ich self-titled za pięć dwunasta w pierwszej dziesiątce, jednocześnie jest to materiał, który zyskuje z czasem. Z kolei duet Michał Wasilewski i Klaudia Szafrańska ma świetne ucho do pisania przebojowych melodii – jeśli na swoim pierwszym longplayu powtórzą poziom z trzech piosenek z „Dissapear”, następnym razem będą czołówki rocznych notowań. Nonsense & Absurd tylko formalnie debiutuje, „Random Composing Technique Manifesto” to pierwsza artystyczna wypowiedź w takim kształcie Afrojaxa z Afro Kolektywu, tyleż zaskakująca, co niezła. Czekamy na więcej! Thundercat ciągle jest tak dobry jak na „The Golden Age Of Apocalypse”, ale dwa lata później to trochę za mało, by go uhonorować miejscem w dziesiątce. Premierowy długograj zaprezentował Matthew Barnes, znany lepiej jako Forest Swords, i jesteśmy świadkami autonomicznej wypowiedzi w muzyce elektronicznej podobnie jak osobną narrację zaproponowali Fire! Orchestra na jazzująco-krautrockowo-hałasującym „Exit!”. Ciekawą, choć trudną. Na zupełnie innym biegunie lokują się The Dodos ze swoją ciepłą, uczłowieczoną twórczością, dobitnie pokazując, że jeśli muzyka (w dużej mierze) oparta na gitarach ma w sobie duszę, w 2013 r. dało się jej słuchać. Kuriozalna sytuacja spotkała Plug&Play – z najlepszym w swoim dorobku materiałem, czyli z „Reisefieber”, nie załapali się do pierwszej dziesiątki, choć rok temu, przy wyższym poziomie konkurencji, to się udało. Sytuację trochę tłumaczy fakt, iż gdy przychodzi do ważenia jakości, łatwiej przygotować cztery bardzo dobre utwory (w tym jeden znany z 2012 r.), niż cały świetny longplay. Tak, w czołówce najlepszych płyt 2013 r. znalazły się tym razem wyłącznie same długograje.

Najlepsze piosenki 2013: ławka rezerwowych

28 grudnia 2013 § Dodaj komentarz

coollogo_com-9318188

Podsumowania czas zacząć… O ile rok temu w przypadku najlepszych piosenek dokonywałem wyboru z ponad 70 utworów, o tyle tym razem przybyło ich następne dwie dziesiątki. Na rozgrzewkę przed daniem głównym zamieszczam jednak nie wszystko jak leci, ale zaplecze w postaci 40 kompozycji – do odsłuchania oddzielnie (linki znajdują się pod tytułami utworów) lub jako jedna playlista z tych zasobów, które są dostępne na Spotify. Tym razem jeszcze kolejność alfabetyczna.

A$AP Rocky „Phoenix”

Ballet School „Heartbeat Overdrive”

Better Person „I Wake Up Tired”

Classixx „Holding On”

Colin Stetson „High Above A Grey Green Sea”

Dorgas „Egocêntrica”

Eric Shoves Them In His Pockets „Storms”

Fair Weather Friends „Fake Love”

Forest Swords „The Weight Of Gold”

Furia Futrzaków „Noc wystarczyć ma na dłużej”

How How „Pinkery The Knight”

inc. „Trust (Hell Below)”

James Blake „Retrograde”

Justin Timberlake „Mirrors”

Justin Timberlake (feat. Jay-Z) „Suit & Tie”

Kiev Office „Jerzy Pilch”

Kixnare „Gucci Dough”

Łagodna Pianka „Lody huśtawkowe”

Milcz Serce „22.22”

Miracles Of Modern Science „Dear Pressure”

Newest Zealand „Mutual Love”

Pissed Jeans „Bathroom Laughter”

Plug&Play „Like Analog Tapes”

Rebeka „Unconscious”

Sally Shapiro „All My Life”

Skalpel „If Music Was That Easy”

Sorry Boys „The Sun”

Sportsman (feat. Linnea Jönsson) „Rally”

St. Lucia „The Way You Remember Me”

St. Lucia „Wait For Love”

St. Lucia „When The Night”

Swimming „Triplebrie”

Tesla Boy „Dream Machine”

Tesla Boy „M.C.H.T.E”

The Dodos „Death”

The Dodos „The Current”

The Virgins „Flashbacks, Memories, And Dreams”

Thundercat „Heartbreaks + Setbacks”

XXANAXX „Broken Hope”

XXANAXX „Got U Under”

Najlepsza rzecz w życiu – wywiad z Plug&Play

1 sierpnia 2013 § Dodaj komentarz

Fot. Gosia Nierodzińska

Fot. Gosia Nierodzińska

Ewolucja. To słowo-klucz do opisania zmian w obozie Plug&Play, którzy nadal grają do tańca, ale dziś są znacznie bardziej (indie)„pop”, niż kiedyś byli (post-)„punk”. Ale też i rewolucja, bo tak to trzeba określić, gdy na wysokości kończenia prac nad najnowszym wydawnictwem, EP-ką „Reisefieber”, zespół funkcjonuje właściwie bez wydawcy i normalnej dystrybucji, by następnie trafić do szkockiego z pochodzenia Too Many Fireworks, a tym samym na serwery najważniejszych sklepów oraz serwisów streamingowych na świecie. Woda sodowa? Nie grozi im, zwłaszcza po takiej historii grupy, o której również rozmawialiśmy w pewien lipcowy wieczór przed salą prób Plug&Play, gdzie spotkałem się z Kubą Majsiejem (wokal, teksty, gitara, klawisze, programowanie), Luizą Orpik (wokal, gitara akustyczna, przeszkadzajki), Agnieszką Ozon (klawisze, wokal), Wojtkiem Papierzem (bas) i Maćkiem Stachyrą (perkusja).

Rok temu wydajecie debiutancki longplay, nakładem jednej wytwórni, na Bandcampie, z zapowiedzią, że ukaże się on też na CD. To nigdy nie następuje. Rok później ukazuje się EP-ka w barwach drugiej wytwórni, tym razem z regularną dystrybucją, m.in. na iTunes, Amazonie, Spotify. W dodatku z inaczej brzmiącym Plug&Play, jakby to był inny zespół. Jak do tego wszystkiego doszło?

Kuba: Dobrze, że to słychać, że to jest inny zespół. Dla nas to nie jest jakieś specjalne zaskoczenie, bo tak naprawdę zapowiadaliśmy, wydając pierwszy longplay, że zmiany idą i chcieliśmy je zasygnalizować paroma kawałkami. Trochę ten nowy repertuar też powstrzymaliśmy przed publikacją, żeby już tak do końca jednak nie mieszać. Więc z naszego punktu widzenia to jest dosyć systematyczna i wcale nie taka szybka ewolucja, a przynajmniej z mojego, jeśli chodzi o kompozytora. Chcieliśmy postawić pewną granicę między – że tak to nazwę – starym a nowym brzmieniem zespołu czy starym a nowym Plug&Play, ale powtórzę jeszcze raz, jest to wynik jakiegoś naturalnego procesu. Nie było w żadnym momencie jakiegoś zgrupowania i decyzji „okej, to od teraz gramy inaczej, cofamy gitary, wypychamy klawisze, dokładamy elektronikę”. My się długo do tego przygotowywaliśmy, kupowaliśmy sprzęt, próbowaliśmy nauczyć się jego obsługi po to, żeby właśnie teraz mniej więcej tak zabrzmieć. I to też nie jest nasze ostatnie słowo.

No a a propos zmiany wydawcy – jak znajduje się Szkota w Warszawie, który postanawia wydać ci płytę?

Luiza: Szkot znajduje ciebie (śmiech). Neil (Milton – przyp. mój) zgłosił się do nas sam. Troszkę się zajarał naszą muzyką, opisał nas na swoim blogu, a potem my się do niego odezwaliśmy z propozycją współpracy, której on się bardzo, bardzo chętnie podjął.

Jak wygląda z Waszej perspektywy współpraca z Neilem? Jakim jest człowiekiem, jakim współpracownikiem?

Agnieszka: Fantastycznym. Bardzo otwartym przede wszystkim, chyba nikt wcześniej nie chciał się podjąć wydania z taką radością jak on. Ma trochę szkocki akcent przez co ja, jak większość pewnie, nie do końca wszystko rozumiem. Ale powtórzę po raz dziesiąty, że jest naprawdę wspaniałym wydawcą, przede wszystkim wspaniale motywującym człowiekiem, który uwierzył, i to jest najmilsze.

Wśród Waszych obecnych inspiracji wymieniacie takie zespoły jak Metronomy, Foals, Yeasayer. Jednocześnie grupy, które były kamieniem węgielnym polskiej sceny indierockowej, pozawieszały działalność, wśród debiutanckich kapel królują klawisze. Czy to znaczy, że niezależna muzyka gitarowa w Polsce umarła?

Kuba: Banalną odpowiedzią jest pewnie przytoczenie sinusoidy i tego, że tak samo grającym, jak i słuchającym, pewne konwencje i akcenty zaczynają się w pewnym momencie przejadać. I zarówno oczekiwanie, jak i sama podaż pewnych brzmień, spotykają się na inaczej rozłożonych akcentach. Wydaje mi się, że aranżując kawałki, grając je na próbach czy komponując, tak naprawdę pisze się podobne piosenki, które mogłyby z powodzeniem jakoś zabrzmieć na gitarach, i kwestia tylko, w co je obleczesz – pracując nad utworem, myśląc o nim. Myślę, że to jest problem tak naprawdę mody, bo są szlagiery muzyki rozrywkowej czy ogniskowej, które można scoverować na miliard sposobów, od funku po disco polo, zinstrumentalizować klasycznie itd. Takie proste „Hej sokoły” lub „Płonie ognisko” zawsze będą tą samą piosenką, tylko w pewnym momencie jakaś część publiczności chętniej przyjmie ten utwór w nowej odsłonie, bo ma dość grania np. szantowego. Ale melodia cały czas jest ta sama, kompozycja jest ta sama i ona dalej stanowi najważniejszą część muzyki, danej piosenki. Ważne jest to, na co my zwracamy uwagę – ja nie zakładam, że „gitarowa publiczność” wyginęła, to są ludzie, którzy np. w danym momencie nie wychylają głów, tylko po prostu spokojnie słuchają sobie takiej muzyki (śmiech). Tak naprawdę nawet w niezalu są mody, które są wyznaczane również przez media – niezależne, oddolne itd., ale bardzo dużo w tym jest roboty recenzentów i dziennikarzy, którym się nudzi i mają ochotę odkryć coś nowego, zaskoczyć kolegów oraz czytelników. Mówią: „teraz pokażemy wam to”, drugi podchwyci, trzeci podchwyci, i nagle robi się z tego moda, która trwa np. dwa sezony. Tak to troszeczkę widzę po tylu latach (śmiech).

Maciek, Ty jesteś dostarczycielem zespołów typu Foals do grupy. Jak z Twojej perspektywy wyglądają zmiany na polskiej scenie muzycznej i zmiany w Plug&Play?

Maciek: To jest błędne założenie, bo akurat zespół Foals podrzucił mi Kuba (śmiech).

Ja słyszałem, że Ty.

Maciek: Nie, on mi przekazał pierwszą płytę, ja się potem zajarałem i słucham ich mocno, chyba najmocniej z nas wszystkich. Co do zmian, myślę, że tak jak Kuba powiedział – jest to kwestia mody i trendów. Ja teraz zarzucam różne brzmienia elektroniczne na perkusję, wcześniej tego nie robiłem. Ale również gram w innym zespole, w którym nie używam takich bajerów, także to nie jest tak, że to do końca zginęło, tylko czasem zbiera się lepiej, a czasem gorzej elektronikę. No i my teraz to łączymy, i tak wychodzi, jak wyszło (śmiech).

Luiza: Myślę, że trochę zelżała napina na muzę. Młode zespoły, które bardzo się napinały wcześnie, żeby brzmieć groźnie i zimno, teraz pozwalają sobie na wpuszczanie również kobiet do zespołu (śmiech Agnieszki) i lżejszych brzmień typu fajnych klawiszy, jakiś przeszkadzajek. Nie kojarzy się już to ludziom z jakimś faux pas, tylko są to poszukiwania, w których zarówno my, jak i nasi odbiorcy się odnajdują.

A jak się jest kobietą w takim zespole jak Plug&Play, który kiedyś był kiedyś właśnie takim ostrym i zimnym?

Luiza: Na początku czułam się jak taki słodki rodzynek (śmiech), ale potem dołączyła do nas Agnieszka. Szczerze mówiąc lubimy to podkreślać, ale jest to trochę napompowane – nie czuję się kobietą w zespole, tylko członkiem zespołu. Który może wnieść coś innego, czyli np. lżejszy i troszkę może czasami bardziej infantylny wokal.

Agnieszka: Myślę, że podobnie tak jak powiedziała Lu jest z klawiszami (śmiech). Trochę infantylności, nie jest to typowo męskie granie. W którym często technicznie podupadam, ale Kuba mnie ratuje, ile może. Nie w sensie techniki grania, ale kultury techniki (śmiech). Tak jak Lu powiedziała – bycie kobietą w Plug&Play jest trochę napompowane, jesteśmy wszyscy członkami zespołu.

Luiza: Wydaje mi się, że dość sprytnie się tym bawimy z Agnieszką. Często jest to przesadzone jak np. mój wokal w „Brand New Day” lub jakieś słodkie dośpiewywanie, ale tworzymy razem muzykę i czujemy, na co możemy sobie pozwolić, a na co nie.

Agnieszka: No i nadaje to jakieś tam naszej indywidualności, wkładamy część siebie.

Skąd to złagodzenie kursu w Waszych piosenkach?

Kuba: To szło co najmniej dwutorowo. Luiza doszła do zespołu w momencie, gdy był on w kolejnym personalnym kryzysie – odszedł od nas jeden z muzyków, odpowiedzialny za spory kawałek brzmienia i wykonywania aranżacji. To był dobry moment, żeby otworzyć się na coś zupełnie nowego i pomyśleć sobie, że skoro już jesteśmy w pewnym sensie rozluźnieni – to się może nie rozpada, ale zaczyna orbitować na coraz szerszych promieniach – to zaprosiłem ją do śpiewania, żeby trochę poeksperymentować. Bo to w pewnym momencie zaczynało trochę wyglądać tak, że będziemy przez jakiś czas nie grać, ale pogrywać, czasem się spotykać, żeby podtrzymywać życie w zespole, nie wiadomo było, czy to przetrwa. Więc wszczepiliśmy sobie coś zupełnie nietypowego. I to jest jedna sprawa. A druga sprawa to jest to, że zaczynałem już pisać piosenki, w których szukałem wokali w wyższych rejestrach, sam próbowałem dośpiewywać falsety, próbowałem też zmuszać do tego niektórych członków zespołu, co nie bardzo wychodziło – otworzyć się od razu na wokal wieloletniemu instrumentaliście jest ciężkie, więc w wersjach demo śpiewała moja dziewczyna, która pokazywała mi, jak to mniej więcej może wyglądać. No i stopniowo Lulu wdrażała się w to, wykonując te partie, okazało się, że całość brzmi bardzo fajnie, więc każda kolejna kompozycja już była otwarta. Nie tak, że ścieżka wokalu żeńskiego była jedynie doklejona, tak jak np. to było na nagraniach do „Why So Close?”, gdzie na bieżąco w studiu układaliśmy drugie głosy, śpiewaliśmy je na szybko, a potem nagrywaliśmy od razu. Teraz utwór zawierał specjalnie to miejsce, w określonych częstotliwościach. Mamy nawet piosenki – które mamy nadzieję, że niedługo zaczniemy wykonywać – dialogowe między mężczyzną a kobietą, wspólnie z tekstem. Czyli jest to już pełnoprawna część zespołu.

Ty już przyszedłeś do nowego Plug&Play, chyba nawet nie pamiętasz za bardzo starego. Wniosłeś miękki basowy feeling. Jak się odnajdywałeś w zespole, który wszedł w etap wspomnianych zmian?

Wojtek: To nie jest do końca tak, że przyszedłem, gdy graliśmy już miększą muzykę. Jak pojawiłem się na pierwszej próbie i robiliśmy ze mną pierwszy materiał na koncert do Berlina, jakoś ponad rok temu, to były to w większości numery z „Why So Close?” plus może trzy-cztery z poprzednich EP-ek. Może pojawiły się dwa z nowych. Po kilku próbach zorientowałem się, w którą stronę to zmierza, i Kuba po prostu zapytał się mnie, czy to mi odpowiada. Odpowiedziałem, że jak najbardziej, jestem człowiekiem raczej otwartym na wszelkie style muzyczne. Kto mnie zna, wie o tym. Gdybym się nie odnajdywał, to bym tu nie grał, podziękowałbym grzecznie, pewnie utrzymywał kontakt ze wszystkimi członkami.

Czy w związku ze zmianą brzmienia szykują się też zmiany w setlistach koncertowych? Czy np. pozbędziecie się w ogóle starych kawałków?

Kuba: Ten proces już chyba praktycznie nastąpił. Jeżeli przejrzymy naszą setlistę, to nawet z „Why So Close?” nie wiem, czy zostało więcej niż trzy-cztery kawałki? Gramy „Dying With Emily”, „Alice From The Stars”, „You Are My Radio”, „Cpt. Welfare” i nie wiem, czy cokolwiek więcej?

Maciek: Gramy jeszcze „Ready For Rapture”.

Kuba: Ale „Rapture” ostatnio wypadł, nawet chyba nie łapie się na bis. „Let’s Get No Hope” jest numerem rezerwowym, najprawdopodobniej na koncercie na trzecich urodzinach Solca nastąpi premiera kolejnego utworu, który najpewniej wyprze jeden z utworów z „Why So Close?”, w kolejce czeka jeszcze kilka, które za chwilę będziemy mieli już ukończone. Ja mam dłuższy staż, więc na pewno nie będę tęsknił za tymi piosenkami, bo wykonywałem je przez lata. Dla mnie to już po prostu jest najwyższy czas, żeby to wszystko zakończyć. Wydaje mi się, że najbardziej znaczącym momentem dla tego odcięcia był moment, kiedy przestaliśmy grać takie kawałki jak „Pogo Dancer”. Utwory, które nas może nie stygmatyzowały, ale były znakiem rozpoznawczym. Wyrzucenie ich z setu, nieumieszczenie na płycie, było wyraźnym powiedzeniem, że to już jest naprawdę zmiana.

Nie będziecie tęsknić za starymi piosenkami?

Agnieszka: Chyba nie. Ja nie gram tych piosenek od lat, ale mimo wszystko bardziej się odnajduję w stylistyce, która teraz powstała. Oczywiście kiedyś – byłam wtedy jeszcze w liceum – zawzięcie słuchałam starego repertuaru. Ale kiedy już tutaj przyszłam i już w to wszystko całą sobą weszłam, to dziś zdecydowanie nowe rzeczy o wiele bardziej mi odpowiadają i są bliższe mojemu sercu, mojej duszy.

Kuba: Na pewno też gdybyśmy się zdecydowali grać stare numery, to one nie brzmiałyby już tak, jak kiedyś.

Wojtek: Jeżeli kiedyś przyjdzie nam grać trzygodzinne koncerty (śmiech pozostałych). Nie wiem, co na to reszta składu (śmiech)? Jeżeli ktoś będzie chciał tego kiedyś słuchać, to z chęcią wrócimy z większą ilością starszych numerów.

Luiza: Wydaje mi się, że dość ważną kwestią jest podkreślenie, że to nie jest sztuczna zmiana. I stąd też wynika nasza mniejsza ochota grania tych starych numerów – nowe utwory powstawały w tym składzie, który widzisz, wspólnie je tworzyliśmy, wspólnie nad nimi pracowaliśmy, i z pełną odpowiedzialnością mogą powiedzieć, że są też moimi piosenkami. A wcześniej to jednak było troszkę odtwarzanie rzeczy innych muzyków. Stąd ten entuzjazm co do nowości.

Kuba: Mi się też łatwiej pracuje z nowymi utworami, z nowymi osobami. Zawsze każdy patrzył na mnie jako na ambasadora starego Plug&Play właśnie poprzez te numery, więc za każdym razem każdy z większym respektem łypał, czy dobrze wykonuje daną partię, którą wykonywał wcześniej Wojtek (Bernatowicz, były basista i klawiszowiec Plug&Play – przyp.mój), Maciek (Bernatowicz, były basista zespołu – przyp. mój), Michał (Branicki, pierwszy perkusista i współzałożyciel Plug&Play – przyp. mój) itd. Także pozwala to fajnie zdemokratyzować prace i w ten sposób każdy włoży więcej od siebie.

To jakim liderem jest Kuba?

Agnieszka: Siedzi obok mnie, więc mogę powiedzieć tylko, że wspaniałym (śmiech).

Kuba: Jest respekt.

Agnieszka: Jest respekt, zdecydowanie.

Wojtek: Jeżeli pytasz o próby i głos odnośnie aranżów, to jasne jest, że Kuba ma decydujące zdanie, to są jego kompozycje.

Agnieszka: Ale to nie wynika też ze sztucznego respektu, ale takiego prawdziwego, od serca.

Wojtek: Ale tak jak już Kuba wspomniał wcześniej – w zespole panuje demokracja.

Luiza: Jakim liderem jest Kuba?… Myślę, że naturalnym, to jest dobre słowo. Kuba jest naturalnym liderem – to on pisze numery, ale to nie jest tak, że Kuba napisze utwór i my musimy go wykonać. Np. jeden z numerów, bardzo znienawidzony (śmiech), na szczęście póki co nie trafił na naszą setlistę i mam nadzieję, że tak zostanie. Na początku to pewnie wyglądało dość sztucznie i pewnie tak było odbierane, skoro Kuba jako jedyny został ze starego składu. Ale teraz, po długim czasie już współpracy, myślę, że głosy są równe.

Maciek: Na początku, jak doszedłem do tego zespołu, więcej się kłóciliśmy o różne rzeczy, aranże, Kuba zawsze stawiał na swoim, ja musiałem podkulić ogon (śmiech). Teraz jest trochę inaczej. Myślę, że Kuba też więcej nas słucha, my słuchamy Kuby tak samo, także mamy więcej do powiedzenia niż było to wtedy, gdy ja się pojawiłem. Ale to też nie było jakieś złe skoro Kuba siedział w tej muzyce dłużej niż my, miał prawo posiadać decydujące zdanie i dawać nam wskazówki, z których my zawsze korzystaliśmy.

Luiza: Jest dużo powietrza w zespole. Proszę się o to nie martwić (śmiech reszty). Nie jesteśmy trzymani pod kloszem (śmiech).

Powoli stajecie się zespołem EP-kowym – trzy EP-ki, jeden longplay. Czy można się spodziewać, że w najbliższej przyszłości te proporcje zostaną zbalansowane?

Kuba: Mamy ochotę nagrać płytę i mamy materiał. To trochę kosztuje, ale też nie tak dużo, jak jeszcze kilka lat temu. Ceny spadły i my też zaczęliśmy pracować, więc jesteśmy w stanie finansować bieżące potrzeby. Teraz jesteśmy na pewno nieco zmęczeni procesem wydawniczym i nagraniami, ale piosenki się piszą i się robią, więc będzie trzeba jakoś je spożytkować. Pozycja EP-ki jest fajna, ponieważ ciągle szukamy swojej szansy – łatwiej jest rzucić swoje siły na cztery utwory i spróbować nimi powalczyć, bo tak naprawdę wydawnictwo ciągną – powiedzmy – trzy kawałki, które można systematycznie i dobrze ogrywając pokazać w mediach. To też wynika z tego, że staramy się pokornie przyjąć swoją pozycję na scenie i widzieć, że nie ma sensu przeznaczać tyle czasu, sił i pieniędzy na nagranie długiej płyty, jeżeli nie nastąpi odpowiedni klimat do tego, żeby ta płyta się przyjęła. Widzimy też po przykładach KAMP! czy Brodki – prawdopodobnie za tym pójdzie jeszcze trochę znanych artystów, bo wśród niezależnych to jest dalej popularna forma – że można wydać EP-kę na wakacje, która będzie zawierała przebój lata i dostatecznie podtrzyma w głowach słuchaczy świadomość istnienia danego artysty oraz osiągnie swój efekt. Tzn. będzie np. dobrym wabikiem na koncerty.

A jeśli longplay, to w songwritingu wyznaczonym przez „Reisefieber”, czy to jeszcze bardziej ewoluuje? Bo Wy znacie te piosenki, nie znają ich słuchacze.

Agnieszka: Myślę, że ewolucja cały czas ma miejsce, to nie jest tak, że już stanęliśmy i będziemy tak stać, i cały czas się tego trzymać. Po tych numerach, które teraz gramy, myślę, że ewolucja cały czas jest.

Jakie są Wasze oczekiwania wobec Plug&Play?

Wojtek: Chciałem to powiedzieć, przy wcześniejszym pytaniu. Czuję się dobrze w tym zespole, trochę zaczyna się wkradać taka monotonia, że cały czas jest fajnie, no. Nie myślę za bardzo o przyszłości, przychodzę grać, pracowanie z tymi ludźmi jest dla mnie wielką przyjemnością. Nie wybiegam za bardzo do przodu, skupiam się na tym, żeby równo zagrać (śmiech).

Maciek: Chciałbym wydać tego longplaya, i jeszcze kolejnego, i jeszcze kolejną EP-kę. Także robić dużo, często, jak najwięcej grać, bo to chyba wszyscy lubimy – granie koncertów jest lepsze niż prób.

Wojtek: Trzeba oddać dwa równe skoki, to jest najważniejsze.

Maciek: Tak (śmiech). Ja np. w Plug&Play gram częściej koncerty niż z innymi swoimi zespołami, więc chciałbym, żeby ich było jak najwięcej i myślę, że wszyscy mają takie podejście – żeby grać dla ludzi, a nie tylko w ciasnej sali prób.

Luiza: Pieniądze i sława (śmiech). A tak serio, to granie w tym zespole bardzo, bardzo mnie rozwija, to jest jeden z porządniejszych kopów, które dostaję ostatnio w życiu i chciałabym płynąć na tej fali – granie koncertów, tworzenie muzyki, uczenie się nowych rzeczy. To jest to, to jest to główne oczekiwanie.

Agnieszka: Nie powiem tu już niczego nowego, powtórzę to, co już stwierdzili wcześniej moi przedmówcy – granie koncertów jest fantastyczną chwilą, bo wtedy jest konfrontacja pomiędzy tym, co robimy a odbiorcami. Bo oprócz tego, że robimy to dla siebie, gramy też dla ludzi. Także koncerty, koncerty, pieniądze, sława, tak jak Lu powiedziała, i dla mnie to też jest wielki rozwój, wewnętrzny i zewnętrzny (śmiech).

Kuba: Na początku myślę, że u kogoś, kto zakłada lub gra w zespole, największym marzeniem jest utrzymywanie się z tego – połączenie swojej pasji z pracą i zarobkiem to jest najlepsze, co się może w życiu wydarzyć, jeśli chodzi o prozę życia. To jest sfera marzeń, to nie jest tak, że ja oczekuję tego od Plug&Play, bo gdybym tego oczekiwał od swojego zespołu, pewnie też bym troszeczkę inaczej postępował. Większy nacisk kładlibyśmy na marketing, dużo bardziej chcielibyśmy zaistnieć, być może zrobilibyśmy pewne ruchy, których nie wykonujemy, gdzieś byśmy się podłożyli dużo bardziej – telewizja, talent show, gdzie można by szukać swojej szansy. No ale mamy jakąś tam wyznaczoną drogę i dobrze, jak się to wydarzy po naszemu. Przypomniało mi się, jak zadałeś to pytanie, że jeden z instrumentalistów odchodzących z Plug&Play kilka lat temu powiedział mi, że bardzo go męczy i jest dla niego bardzo dyskomfortowe to, iż zaczyna być postrzegany jako muzyk Plug&Play. Że chce być człowiekiem, który jest odbierany poprzez całe swoje życie czy całą swoją aktywność, przez to, co tworzy, a nie tylko tę działkę, którą uprawia w zespole. Ja wtedy sobie uświadomiłem, że mam odwrotnie – chciałbym być człowiekiem, który byłby szeroko identyfikowany jako muzyk Plug&Play. Żeby Plug&Play dało mi tą możliwość dookreślenia siebie, bo to jest póki co największa i najlepsza rzecz, którą udało mi się zrobić w życiu. Wcale mnie ten kontekst nie męczy, wręcz przeciwnie – czuję, że mnie nobilituje, oczywiście dzięki wszystkim, z którymi mogłem i mogę to robić.

Jak Załoga G – wywiad z Na Tak

22 Maj 2013 § 1 komentarz

Swoją twórczość określają mianem „minimal popu”, mają świetny odbiór na koncertach, właśnie nagrali drugi longplay. Są, obok Crab Invasion i Plug&Play, jednym z głównych zespołów lubelskiej sceny niezależnej. Odpowiedzialny w Na Tak za instrumenty klawiszowe i gitarę Sebastian Napierała, tekściarz i basista Piotr Kala oraz wokalistka Dorota Krempa – spotkaliśmy się w lokalnej kawiarni w wiosenny majowy dzień i porozmawialiśmy o ich najnowszej płycie „A teraz patrz”, poszukiwaniu własnego języka muzycznego, rytmice azjatyckiej i fenomenie „Ona tańczy dla mnie”.

Dla kogo jest Na Tak?

Sebastian: Dla ludzi.

Piotr: No, przede wszystkim dla ludzi, bo płyta, którą nagraliśmy to jest muzyka jakby o chciwości. A chciwość wiąże się przede wszystkim z biedą jednych, a z wojną z drugiej strony. Chciwość ludzka zawsze się tak kończy. No i jeszcze jest takie zniechęcenie, związane z chciwością. Więc to jest płyta dla ludzi, którzy chcą poczuć przekaz, że nie na niej opiera się świat. Że wtedy będzie nam smutno i źle, gdy będzie chciwość, po prostu.

No właśnie, a propos tej płyty. Dużo się u Was zmieniło – kiedyś byliście kwintetem, obecnie występujecie jako trio, poszliście też brzmieniowo bardzo w minimalizm, drugi longplay „A teraz patrz” to są właściwie klawisze, głos, bas. Jak doszliście do tego punktu, w którym jesteście teraz?

Dorota: Wydaje mi się, że ciągle poszukujemy, ale nie zastanawiamy się, nie mamy żadnego planu, żeby iść w tą czy tamtą stronę, tylko jakoś tak naturalnie wyszło. Nagle Seba po prostu przychodzi i mówi: „ja właściwie sobie kupię klawisz”. No i następnego dnia już go ma, ma Abletona, już każdy się do tego jakoś tam dostraja. Płyta, którą nagraliśmy, „Na raz” (poprzedni longplay Na Tak – przyp. mój), była trochę takim zaszłym materiałem i my w momencie, gdy już ją zarejestrowaliśmy, byliśmy już trochę dalej. Chcieliśmy robić coś nowego, już mieliśmy inne pomysły, świeższe, i dlatego nawet jej za bardzo nie promowaliśmy, tylko od razu ten nowy materiał poszedł na tapetę.

Odnośnie składu, zmian wewnątrz niego i też zmian stylistycznych – posłuchałem na YouTube Waszych starych nagrań i to jest inne Na Tak, zupełnie inne niż obecne.

Sebastian: Zupełnie. Wiesz, tamto Na Tak ja osobiście, chyba my wszyscy, traktowaliśmy jako taki etap rodzenia się jakiegoś pomysłu. Od samego początku m.in. zmiany personalne, które zaszły w tym zespole, wynikały troszeczkę też z pewnego rodzaju nieporozumień, ponieważ my od początku nie traktowaliśmy tamtego Na Tak jako docelowego nastrojem czy stylistycznie dzieła muzycznego. To był pewien etap. Postanowiliśmy z Piotrem, spotykając Dorotę i Pawła (Nowickiego – przyp. mój), że chcemy z nimi zbudować zespół. Zaczęliśmy budować od tego, co mieliśmy i formowało nam się to w taki, a nie inny kształt. Później dochodzi jeszcze Ilona Gumowska, której to dojście też ma wpływ i znaczenie na muzykę, i wtedy Na Tak zaczyna wyglądać w ten sposób. Postanawiamy nagrać płytę. W międzyczasie odchodzi Paweł, musimy zacząć bez perkusisty, więc to już powoduje, że nasza muzyka się zmienia. Kiedy odchodzi Ilona, zmienia się zupełnie. Zostajemy z materiałem, którego właściwie już nie gramy, ale dwa lata istnienia chcemy jakoś podsumować i nagrywamy pierwszą płytę, mając w głowie już pomysł na zupełnie co innego, i to właśnie jest ten zespół, który jest teraz.

Głównym powodem naszego spotkania jest właśnie Wasz drugi longplay „A teraz patrz”, już nagrany, jeszcze niewydany. Jaka to jest płyta dla Was, jak Wy ją odbieracie? Jakie emocje się z tym wiążą?

Piotr: Chyba od zawsze, zanim jeszcze powstał Na Tak, nasza współpraca z Sebą zawsze się wiązała z reagowaniem na rzeczywistość. Graliśmy muzykę eksperymentalną, improwizowaną, zawsze reagowaliśmy na rzeczywistość. Powstanie Na Taka wiązało się z chęcią stworzenia piosenek, bo przestało nam wystarczać samo improwizowanie, gdyż można w nieskończoność mnożyć twory, które jakby nie kończą się nigdzie, nie mają kresu. A piosenka jest rodzajem opowieści, ma początek i koniec. Potrzebowaliśmy takiego zamknięcia, stworzenia czegoś, co by nas ograniczyło do piosenki i gdzie musielibyśmy się skupić, stworzyć coś, co by trzymało ludzi w napięciu, rozwijało się.

A emocje związane z „A teraz patrz”?

Piotr: Ona się buduje chociażby na tym, że utrzymanie w Polsce statusu muzyka wiąże się, szczególnie, jeśli jest to początek, z nieprawdopodobną nędzą. Biedą, sytuacją, w której liczy się dosłownie złotówki. Nie, że nie stać mnie na jakiś sprzęt. Nie stać mnie na chleb. I to jest emocja, która się z tym wiąże. Jednocześnie jako muzyk, przesadzę troszeczkę – bycie artystą jest związane z potrzebą. Potrzebą opowiadania, to nie jest coś, co się staje i „teraz będę artystą”. Artystą się jest, po prostu. I my nawet nie próbujemy stawać się jakimiś specjalnymi muzykami. Bardziej to jest właśnie bycie artystą, reagowanie na rzeczywistość, na ludzi, na otoczenie, i myślę, że to jest taka emocja. Emocja takiego patrzenia na świat, i widzi się mnóstwo ludzi, którzy biegają za laptopami, za iPhone’ami, za tymi wszystkimi sprzętami, zapominając o takich prostych, prozaicznych spojrzeniach – człowiek na człowieka. Widać, że w wielu cywilizacjach trochę bardziej rozwiniętych kulturowo jednak już się myśli o tym, że jesteśmy wspólnym otoczeniem, w którym mniej więcej powinno się równoważyć, żeby bieda nie była aż taka biedna, a bogactwo nie epatowało takim burżujstwem. A w tej chwili w Polsce widać, że my trochę zachłyśnięci kapitalizmem zapominamy kurczę o tym, że istnieją ludzie, że właściwie rękoma robotników wprowadzono taki brutalny kapitalizm, który po prostu wysysa ze wszystkich jakąkolwiek energię. Że kilku ludzi próbuje zdobyć wielki majątek, a mnóstwo ludzi cierpi z nędzy nie tylko dlatego, że są nieudacznikami, tak jak się często o nas mówi i pisze.

Dorota: Ja mam trochę inaczej. To znaczy dla mnie „A teraz patrz” jest czymś sensownym. Dla mnie także jest to muzyka dla ludzi. Nie czuję się artystą, w ogóle wolałabym się nie definiować jako artysta, jako muzyk. Po prostu będąc w Na Taku mam poczucie, że to jest najsensowniejsza rzecz, jaką do tej pory robiłam. Jest to jakaś wartość dodana, która może ludzi w jakiś sposób poruszyć, może ich dotknąć. Jestem bardziej związana z „A teraz patrz” niż z poprzednią płytą. Może też dlatego, że wydaje mi się, że ona jest tak bardziej o nas, o każdym z nas z osobna. Może dlatego, że się bardziej zżyliśmy. My jesteśmy w ogóle bardzo zżyci też pozamuzycznie, nie tylko na próbach, koncertach czy w pracy w studiu, ale dzielimy razem dole i niedole, i myślę, że to też jest słychać na „A teraz patrz”.

Sebastian: Przede wszystkim jest to druga płyta grupy Na Tak, jakiś etap w rozwoju czy ewolucji, bo nie wiadomo czy to rozwój, na pewno ewolucja, tego zespołu. Jest na pewno jakimś kolejnym krokiem w poszukiwaniu swojej własnej ekspresji, bo to co robimy od początku, mam nadzieję, że to słychać w naszej muzyce, zwłaszcza w tej, to jest poszukiwanie własnego języka muzycznego i stylu. Nawet jeśli on przypomina czy nawiązuje do znanego nam, otaczającego nas zewsząd języka muzycznego, to bardzo zależy nam na tym, żeby to był nasz język. Żeby to było wypowiedziane naszymi własnymi słowami, również w tym znaczeniu powiedzmy muzykologicznym. Więc jest to też część jakiegoś takiego etapu rozwojowego tego zespołu. Kolejna. Pierwszym takim krokiem było „Na raz”, chociaż „Na raz” było podsumowaniem raczej tego, co za nami, a „A teraz patrz” jest tym, co robimy obecnie, chociaż już zaczynamy na koncertach grać troszkę inaczej, na próbach, już jakby zwiastun tego, czym będzie Na Tak w przyszłości. Będzie czymś innym, nie sądzę, żebyśmy nagrali drugą taką samą płytę, to jest chyba niemożliwe, bo musielibyśmy liczyć na jakieś odcinanie kuponów, co nas w ogóle nie interesuje już z założenia. Także możemy to wytłuścić, podkreślić, nawet jeśli będziemy istnieć przez czterdzieści lat, to już możemy sobie to gdzieś wkodować, że ten zespół nie będzie nagrywał i klepał takich samych płyt.

Jeśli tę rozmowę czyta jakiś wydawca, to dlaczego miałby zainwestować właśnie w „A teraz patrz”?

Sebastian: Dlatego że moim zdaniem jest to płyta ciekawa, oryginalna i jest o czymś, na pewno dotyczy czegoś. Bez udawania, jest to naprawdę szczere, możesz mi zaufać, jest to szczera nasza wypowiedź na dzień dzisiejszy. Ja wiem, że za dziesięć lat będziemy mieli więcej siwych włosów i jeszcze większe doświadczenie, pewnie będą nas poruszały inne sprawy, ale na dzień dzisiejszy to nas dotyka i o tym opowiadamy. I chociażby dlatego warto to zrobić, żeby został gdzieś tam w historii ludzkości ślad, że było coś takiego, że działo się coś takiego i byliśmy tutaj, i widzieliśmy to.

Piotr: Mamy rewelacyjny odbiór na koncertach. Sto procent tych, którzy są na naszych występach na żywo, zostają naszymi fanami. Na jednym koncercie dostałem chyba najświetniejszy komplement – że jesteśmy jak Załoga G. Koleś mówi mi: „ja nie wiem, kim Wy jesteście na co dzień, jacy jesteście, ale w chwili, kiedy stajecie na scenie, zakładacie kombinezony, ratujecie świat”. Widać po rozmowach po koncertach, że wielu ludzi utożsamia się z tymi tekstami. Akurat piszę teksty, więc mnie to szczególnie rusza. Że ludzi dotyka ta sprawa i nie czują się wyobcowani. Ja np. czuję się tak na koncertach – kiedy do mnie Polak śpiewa po angielsku i jeszcze na dodatek o rzeczach, których nie rozumiem, w sensie też, że mam wrażenie, że ten człowiek opowiada o rzeczach, których nie rozumie, zasłyszanych, to czuję się wyobcowany. Nie czuję związku. Kiedy ktoś opowiada mi swoją własną historię, to chociażbym jej nawet nie rozumiał, to staram się ją chłonąć. Bo to jest jego opowieść, on mi opowiada o czymś, co mnie interesuje, jak film, jak książka.

Słuchając Was bardzo mocno się odnosi wrażenie, że taką integralną, bardzo ważną częścią Waszej muzyki są teksty, których jesteś autorem.

Piotr: Wyszliśmy z Sebą z muzyki instrumentalnej, tutaj wchodząc w piosenkę, zdecydowaliśmy się na to, żeby zacząć opowiadać słowem, nie tylko muzyką, o świecie. Dla mnie najbardziej inspirujący był chyba Lem, bo nie interesuje mnie takie science-fiction czy prognozowanie przyszłości związane z jakimiś ufoludkami itd., tylko historie, które dotyczą człowieka i prognozują rzeczywistość w taki dość realny sposób. Biorąc pod uwagę świat, ludzi, ich cechy, tempo rozwoju człowieka, i na tej podstawie można bardzo fajnie sobie tworzyć słowo, które opowiada jednocześnie niby o takiej bezpośredniej naszej sytuacji życiowej, a jednocześnie takiej dosyć brudnej, wręcz industrialnej otoczce. Nawet na pierwszej płycie ten robot, który jest na okładce, on jest specjalnie zardzewiały. Te wszystkie wynalazki, które teraz tak inspirują, kiedy zardzewieją, kiedy już będą przestarzałe, wtedy dopiero się zrozumie ich wartość. Tak samo jest np. z muzyką elektroniczną – jeszcze nie potrafimy wykorzystać potencjału. Teraz dużo mówi się o nagrywaniu analogowym, wraca się do sprzętów analogowych, ale w technikach cyfrowych jest nieprawdopodobny potencjał. Ale najpierw te nowoczesne techniki wykorzystują ludzie, którzy robią to dla pieniędzy i dużym nakładem finansowym, bo to są najczęściej na początku drogie rzeczy. Myślę, że dopiero jak zardzewieją, kurz je przykryje, dopiero się okaże, ile one mają w sobie duszy i potencjału.

Czytasz moje pytania? Bo kolejne miało być odnośnie Waszych inspiracji, ale muzycznych. Czego słuchacie na co dzień lub co Was inspiruje, nie tylko jeśli chodzi o muzykę?

Dorota: No to chyba mnóstwo rzeczy, właściwie…

…ostatnia dobra płyta, jakiej słuchałaś.

Dorota: Np. St. Vincent i David Byrne, to z takich współczesnych. To jest mnóstwo inspiracji – osobiście lubię takie piosenki, które mam trochę z dzieciństwa, takie, w których są bardzo ładnie zbudowane wokale, widać, że ktoś nad nimi przysiadł i pomyślał, żeby te słowa ładnie brzmiały w melodiach, tak jak śpiewała Edyta Geppert czy Zdzisława Sośnicka. Inspirują nas, myślę, że każdego z osobna i razem, np. Prodigy.

Sebastian: Właściwie ostatnio to niewiele słucham, oprócz naszych nagrań to tak szczerze mówiąc nie za bardzo lubię ostatnio słuchać muzyki. No bo troszeczkę przerobiłem już ten temat. Tyle płyt, których wysłuchałem i tyle dźwięków, bo mam bardzo dobrą pamięć muzyczną. To znaczy, że ja doskonale pamiętam jakieś zagrywki, solówki z płyt Franka Zappy, których słuchałem jedenaście lat temu, to wszystko zostaje gdzieś w świadomości i się gromadzi, i wtedy trzeba uważać, żeby nie przedawkować. Ja w którymś momencie chyba przedawkowałem z tym narkotykiem, jakim jest muzyka dla mnie. Ostatnio na polskim rynku muszę powiedzieć, że jednak „Granda” Brodki jest świetna, w całości, bardzo mi się podoba ta płyta. Jest jakiś taki zespół, nawet nie pamiętam jego nazwy… UL/KR? Dobrze? UL/KR?

Tak.

Sebastian: To co słyszałem w internecie podoba mi się. Fajne, minimalne granie, proste, takie bardzo oszczędne teksty sprowadzone do kilku słów, niepozbawione sensu i treści, co jest bardzo istotne dla mnie. No chyba tyle no, bo naprawdę mógłbym wymienić całą listę od lat 60. i wcześniej do dzisiaj.

A chciałeś chyba mówić o pozamuzycznych inspiracjach, czy mi się wydaje?

Sebastian: Nawet nie. Po prostu nie słucham za bardzo ostatnio muzyki, naprawdę mówię szczerze, a jeśli słucham, to czegoś tak np. idiotycznego, jak „Ona tańczy ze mną” zespołu Weekend.

Chyba „dla mnie”.

Sebastian: „Ona tańczy dla mnie”, tak tak. Chciałem zrozumieć fenomen tej piosenki.

Odbioru chyba. Tej piosenki.

Sebastian: Tak. Ale też piosenki, ponieważ z bardzo dobrego źródła wiem, że nie można w tej branży zaistnieć, jeśli się nie zrobi czegoś autentycznego. Już trzynaście lat temu słyszałem coś takiego, kiedy disco polo święciło triumfy na polskich scenach, jeden z takich realizatorów dźwięku, producentów powiedział, że tego się nie da oszukać. To też trzeba zrobić w sposób autentyczny. Nie można po prostu zmontować, nagrać piosenki „hop sasa, ona miała majteczki” i już jest super. Ta piosenka musi być naprawdę dobrze zrobiona. I właśnie w „Ona tańczy dla mnie” fascynuje mnie jak to jest zrobione. Później widzę wywiad z tym gościem, że on bardzo dobrze zna się na muzyce, że on gra na wielu instrumentach, potrafi obsługiwać software i hardware związany z muzyką, on chyba produkuje te piosenki, miksuje. Czyli gdzieś tam jakiś musi być swego rodzaju fenomen, bo tak to możemy nazwać. Oczywiście nie nadaję znaczenia temu słowu. Po prostu jest to jakieś zjawisko, że tak proste melodie, że ludzie czekają cały czas na prostotę, na bardzo prostą formę, która w swej prostocie jest doskonała. A to, że jest taka powszechna, to nie wiem, czy to oznacza, że jest gorsza, bo słuchają tego miliony?

Piotr: Ja mam podobnie, też przedawkowałem muzykę, ale w samej grze zawsze inspiracją była dla mnie rytmika azjatycka. Miałem tą przyjemność bycia wiele razy w Indiach, uczyłem się na instrumentach perkusyjnych, hinduskich, i właściwie to jest to, co przekładam na gitarę basową, zresztą nawet moja decyzja odnośnie zmiany instrumentu, bo ja wcześniej grałem na trąbce, wynikała z potrzeby rytmizowania. Gdy jako dziecko grałem w orkiestrze strażackiej, pamiętam, że tak świadomie z trąbki przeszedłem na alt, a później troszkę na tenor, żeby móc bawić się rytmem. Jakby to mnie bardziej inspirowało. I ten instrument dęty słychać też w tym, co gram, ale głównie jest to rytmika azjatycka. Zresztą to też zmienia postać i klimat muzyki, przez to, że czuć, że to nie jest taka rytmika zwyczajna, nie jest to takie proste odgrywanie, chociaż i tak staram się upraszczać frazy ze względu na to, iż przegadane są zwykle nudne. A prostotą można dużo więcej opowiedzieć.

Sebastian: Jak się naprawdę dużo muzyki słyszało i się człowiek interesuje przez wiele lat nią tak głęboko, a nie powierzchownie, to rzeczywiście bardzo trudno znaleźć coś ciekawego, ponieważ muzyka jest też rodzajem jakiejś konsekwencji kulturalnej. Co rozumiem pod tymi słowami. To znaczy, że jeśli Radiohead nagrywa swoją płytę, ona jest świetna, wszyscy się jarają, mówią, że jest super, w ogóle odkrycie, to dla kogoś kto zna całe lata 60., od The Beatles aż po lata 90., poprzez Nirvanę i Seattle itd., to dla niego ten album Radiohead już nie będzie tak wielkim zaskoczeniem. Będzie po prostu naturalną konsekwencją. Oczywiście nie zmienia to faktu, że może to być bardzo dobry krążek, z bardzo dobrą muzyką i nawet rodzić zazdrość, taką pozytywną, „ale świetnie, że ktoś coś takiego zrobił”, i to jest bardzo dobre, bo nie mam negatywnego stosunku do muzyki czy do świata, ale rzeczywiście się widzi przez pryzmat tego, co się słyszało, doświadczenia muzycznego. I wtedy też się jest chyba bardziej powściągliwym. To jest takie po prostu przekleństwo muzyka, że jak w tym siedzisz, to tracisz troszeczkę przyjemności z odbioru. Trzeba przełączyć się na bardziej emocjonalne odbieranie, mniej racjonalne, nie każdy też to potrafi.

Największe marzenie związane z Na Tak.

Sebastian: O, ale pytanie (śmiech).

Dorota: Ja chcę odpowiedzieć, bo ja wiem, jakie jest moje marzenie. Ja chcę podróżować i koncertować (śmiech). Chciałabym, żeby odbiór był taki jak do tej pory, żeby ludzie odnajdowali coś, czym mogą się wzruszyć, co ich może poruszyć, to jest dla mnie ważne, żeby to nie było takie obojętne, tylko by coś to ludziom dawało, bo np. ja, kiedy śpiewam, kiedy wykonuję te piosenki, na razie tak jest, cieszę się i mam nadzieję, że zawsze tak będzie, jestem tym w jakiś sposób poruszona i mam nadzieję, że odbiór będzie taki sam. Więc takie jest moje marzenie.

Piotr: No moje marzenie jest proste. Ja bym chciał w chwili, kiedy nagrywam płytę, mieć najlepszy dzień, jaki mam (śmiech), jaki mogę mieć. Żeby nie mieć takiej sytuacji, że kiedy podchodzę do nagrywania swojej partii, to jestem rozwalony, rozbity jakimiś drobiazgami, finansami i to jest chyba moje największe marzenie. Chociaż myślę, że to mogłoby mi ukraść wiele emocji i też się boję nawet takich marzeń, ponieważ wcale to nie jest tak, że w chwili, kiedy pozbawiłbym się kłopotów, to mógłbym nagrać lepszą muzykę. Może wcale nie.

Sebastian: Największe marzenie. No kurczę, ciągle nie wiem, co powiedzieć (śmiech). Chyba fajnie po prostu gdyby ta muzyka dotarła do ludzi, ale do właściwych ludzi i żeby coś tam w nich poruszała no, żeby została. Moim zdaniem ona i tak zostanie, niezależnie od tego, czy uda się nam wydać 2 miliony egzemplarzy i sprzedać platynę, czy sprzedamy 1 tys. czy 2 tys., bo ta muzyka i tak zostanie, ponieważ jak obserwuję jej historię, w ogóle wszech czasów, to wiem co zostaje w muzyce, a co nie. Zostają rzeczy autentyczne i szczere, a rzeczy, które próbują być jak coś raczej nie zostają, zawsze są wtedy tylko jakby imitacjami. My nic nie próbujemy imitować, więc myślę, że mamy wielką szansę zostać. Ale wiesz, fajnie by było, żeby ta muzyka inspirowała ludzi też, żeby coś im dawała, by przychodzili i chcieli się podzielić np. swoimi spostrzeżeniami na temat tekstów, na temat wrażeń, żeby nie zgadzali się nawet, ale żeby mieli jakieś zdanie na temat tej muzyki. Nie chciałbym nigdy, żebyśmy wylądowali w sytuacji, chociaż to nam pewnie nie grozi, ale nie chciałbym, w której ktoś przychodzi do nas i mówi do ciebie: „ale masz fajne jeansy” albo „super świecące sznurowadła w trampkach”. Po prostu to mnie nie interesuje, interesuje mnie muzyka.

Na koniec mam taką ciekawostkę. Znalazłem na YouTube Wasze nagranie z 2009 r., z lubelskiego deptaku, improwizowane. Co to była za okazja?

Dorota: To był jakiś koncert dla Radia Lublin i nie wiem, jak to się stało, ale postanowiliśmy wystąpić bez instrumentów…

 Piotr: Było jakieś ograniczenie techniczne.

Dorota: A, właśnie tak. I powiedzieliśmy, że utknęły nam ciężarówki ze sprzętem, sprzęt nie dojechał, więc wykonamy to ustnie i każdy zaśpiewał swoją partię. Było wesoło (śmiech).

Piotr: Jeszcze z takich ciekawostek, bo uważam, że jest to jakiś nasz sukces – wydaliśmy tą pierwszą płytę i ona się rozeszła, w tej chwili, już w 700 egzemplarzach. Tak jak się orientuję, jak się wydaje płyty, maksymalnie to 1,5 tysiące, a wiele z nich rozchodzi się w mniejszych ilościach. Wszystko to zrobiliśmy z ręki, bez pomocy jakiegokolwiek dystrybutora.

Najlepsze piosenki 2012: ławka rezerwowych

19 grudnia 2012 § Dodaj komentarz

Argentinian substitute bench

Powiedzmy, że to taki aperitif przed coroczną listą najlepszych piosenek. Ale przede wszystkim składając tradycyjną 20-stkę z ponad 70-ciu utworów-kandydatów do zestawienia za 2012 zrobiło mi się żal, ile fantastycznych kawałków może przepaść bez najmniejszej nawet wzmianki. Większość złożyłem w jedną playlistę do odsłuchania na YouTube, linki do nieobecnych znajdziecie pod tytułami, które trafiły na ławkę rezerwowych najlepszych piosenek minionych dwunastu miesięcy (kolejność przypadkowa):

ZaStary „Radykalne wróżby”
Sun Glitters „High”
Plug&Play „You Are My Radio”
Plug&Play „Captain Welfare”
Plug&Play „Cities I’ll Never Go To”
Blawan „Why They Hide Their Bodies Under My Garage?”
Czechoslovakia „Wakacyjny”
The Beach Boys „From There To Back Again”
Kwes. „Bashful”
Diset Robak Brus „Moje powietrze”
Oh Ohio „Move So Slow”
Oh Ohio „Love You So”
Gorillaz feat. Andre 3000 & James Murphy „DoYaThing”
Brodka „Varsovie”
Sze Kiat „Once In A While”
Karolina Kozak „Mimochodem”
Brodsky „Lady Of My Heart”
Ty Segall & White Fence „I Am Not A Game”
Kendrick Lamar „Swimming Pools (Drank)”
The Sea And Cake „Harps”
Petite Noir „Till We Ghosts”
Machinedrum „DDD”
Ursprung „Exodus Now”
Yeasayer „Henrietta”
Ifi Ude „Fala”
Microexpressions „Ise Bay Blast”
HAERTS „Wings”
XXYYXX „About You”
Crab Invasion „Caps”
Planes (Estudios Universales) „Lonelii”
KAMP! „Can’t You Wait”
KAMP! „Sulk”
KAMP! „Oaxaca”
Teen Mom „I Wanna Go Out”
Violens „All Night Low”
Violens „So Hard To See”
CH-CH-CHING „Home”
Afro Kolektyw „Mało miejsca na dysku”
Frank Ocean „Bad Religion”
Frank Ocean feat. Andre 3000 „Pink Matter”
Fair Weather Friends „Floating”

Oh Ohio „Love You So”

Music Alliance Pact listopad 2012

15 listopada 2012 § Dodaj komentarz


Cztery lata, 49. edycji i teraz ta 50., jubileuszowa. Z tej okazji umówiliśmy się w naszym MAP-owym teamie, że w listopadzie wrzucamy tylko premierowe utwory. Sprawdźcie, co z tego wyszło, tym bardziej, że kolejna okrągła (ewentualnie) dopiero w 2016 roku. Click the play button icon to listen to individual songs, right-click on the song title to download an mp3, or grab a zip file of the full 40-track compilation through Ge.tt here.

ARGENTINA: Zonaindie
PlásticoCinicos
For the 50th edition of MAP we have chosen a brand new band from a western suburb of Buenos Aires. Plástico’s sound is a mixture of trip-rock with some electronic and acoustic elements that caught the attention of famous producer Raphael Gordon (The Strokes). Together they recorded a couple of tracks. One is Subir Al Tren, which was used on their first video. The other is Cinicos, previously unreleased, which is a great preview of their upcoming debut album.

AUSTRALIA: Who The Bloody Hell Are They?
Courtney BarnettHistory Eraser
It’s hard to pin down what exactly defines that distinct ‚Australian’ sound. For all the ringing guitar riffs and choruses sung in unison etched into our collective memory, there’s something about Australian music that still flails an antipodean flag. We isolate ourselves on the coast; we recycle stories about strangers, lovers and backyard melancholia; we make poetry championing the suburbs. Melbourne singer Courtney Barnett is certainly at home on her track History Eraser. A colloquial ode to The Triffids, ticket inspectors and nights with good company, this track is a perfect summary of the earnest freewheelin’ and rambling wit that makes music from this end of the world just so great.

AUSTRIA: Walzerkönig
MauracherOuter Space Dancer
Outer Space Dancer is the first single from the new, fourth Mauracher album Super Seven, out now on Fabrique Records. For this album, Tyrolean electronic musician Hubert Mauracher has teamed up with singer Sonia Sawoff (of Sawoff Shotgun). Together, they create synth-filled dream-pop with ethereal lyrics such as, „When I close my eyes, I stop thinking”.

BRAZIL: Meio Desligado
Sexy FiPequeno Dicionário Das Ruas
From our capital Brasília comes Sexy Fi, a band that knows how to make a good first impression. Their debut album was produced by John McEntire (Tortoise) and received great reviews in Brazilian alternative blogs. Pequeno Dicionário Das Ruas is the song that opens the album and sees them experiment with indie-rock, resulting in a tropical, alternative sound.

CANADA: Quick Before It Melts
Some Minor NoiseTape Experiments
Toronto duo Some Minor Noise’s Tape Experiment gets its name from the fact that every sound used, except the kick, snare and vocal, was recorded through a 13-year-old cassette deck, an Optimus CTR-117 (Google it), to a very worn cassette tape that’s at least 10 years old. The end result has a richness and humanity that’s very often missing from electro-pop, and a perfect example of Some Minor Noise’s refreshing take on a familiar genre.

CHILE: Super 45
Nader CabezasDoble En El Espejo
Synthesizer layers, guitars with heavy feedback and a lo-fi sound are the attributes of duo Nader Cabezas. On their new album, El Hijo Del Mounstruo, released through LeRockPsicophonique, their music goes deeper into this direction, resulting in dense and obscure rock but without losing focus on what matters – the songs. Doble En El Espejo is taken from this album.

CHINA: Wooozy
Chui WanBerber
Chui Wan is a four-piece experimental psychedelic rock band from Beijing. Their lush arrangements of guitar, keyboard, viola, other assorted instruments and random sound samples often eschew reliable melodies and vocal harmonies in favor of occasional passages of minimal drone or maximal sonic layerings. They will have their debut release tour with Brooklyn-based band Psychic Ills in China this month.

COLOMBIA: El Parlante Amarillo
Alfonso EspriellaCielo Adentro
Alfonso Espriella is a tireless and dedicated musician who has been making alternative rock for more than 10 years. Joel Hamilton produced his most recent EP, Anima, from which Cielo Adentro („Heaven Inside”) is taken. It evokes marked influences of acts such as Caifanes from Mexico or Robi Draco Rosa from Puerto Rico, with deep lyrics and an emotive sound.

DENMARK: All Scandinavian
The Savage RoseSoldier On The Run
On Love And Freedom, The Savage Rose’s 21st album since their eponymous debut in 1968, the legendary rock outfit stage love and politics on an amazing backdrop of hauntingly soulful rock – just as they did when they were a young band – taken to magical heights by frontwoman Annisette’s breathtaking vocal and a performance I could never do justice to in words. Because it’s anniversary time on MAP, here’s a mindbogglingly exclusive download of Soldier On The Run.

DOMINICAN REPUBLIC: La Casetera
Janio LoraMi Nueva Edad
For this MAP special edition, singer-songwriter and dreamer Janio Lora has recorded a new demo. Produced by Argentinian composer Pablo Dacal, Mi Nueva Edad blends elegant tango melodies with poignant lyrics as a preview of what to expect from Janio’s upcoming album.

ECUADOR: Plan Arteria
Da PawnCasi Siempre
A band’s music lasts over time when its songs become part of a generation’s culture. Da Pawn, one of the revelations of this year, reworks a popular single by the important electronic indie-pop band Can Can into a beautiful folk-rock song. This track is taken from the free download album Malas Influencias (Remixes y Reversiones), which celebrates the 10th anniversary of Can Can.

ENGLAND: The Guardian Music Blog
Dan CrollFrom Nowhere (Ben Gomori’s Staring You In The Eye Remix)
Dan Croll is a Liverpool Institute For Performing Arts graduate who doesn’t like The Beatles, a folkie who’s gone electronic, and a bespectacled boffin who is no softie – in fact, he could have played rugby for England until an accident waylaid his plans. Instead he’s the new golden boy of indie Afro-tinged synth’n’b. From Nowhere is his debut single, a catchy slice of electro-pop with a breezy vocal about losing control and a hook designed to lodge in your skull.

FINLAND: Glue
Statues Made Of MatchsticksIf I Didn’t Comb My Hair
Folk trio Statues Made Of Matchsticks joins the 50th MAP post celebration with an exclusive song recorded at their rehearsal room this month. If I Didn’t Comb My Hair features the band’s signature laid-back acoustic sounds and a sweet pop melody to create a perfect sunset-on-front-porch kind of song.

FRANCE: Yet You’re Fired
Colours In The StreetPaper Child
Colours In The Street’s members are still in high school but have acquired a big following with only two years behind them thanks to delightful pop songs with strong English influences and a very thorough sense of composition. Having won several contests with only the few songs from their first EP, Euphory, they decided to push further and have been recording a second EP, Paper Child, due out on December 15, from which this song is taken. Watch them playing an acoustic set in a bathroom here.

GERMANY: Coltran
Touchy MobSeven Hills (Afternoon Touchymap version)
I’m very proud to present an exclusive recording by my favourite German artist Ludwig Plath aka Touchy Mob, who was first featured on MAP in February 2011. He has reworked his song Seven Hills with guitar, bass and rattle – resulting in something he calls ‚fuzzybuzzy’. I love his velvet voice and how his attention to detail and songwriting skills make my hair stand on end.

GREECE: Mouxlaloulouda
Le PageIleana
Le Page is a secret worth knowing about. They are clearly ready to step out from the shadows and play timeless music intended for dreamers and romantics. Their new digital single feels like the product of careful, thoughtful growth, bringing in new influences while maintaining the group’s core sound. It makes an indelible mark. Shimmering, beguiling and evocative, Ileana is a song that boldly merges the subtle and the overt. It will haunt you for many days to come.

ICELAND: Rjóminn
Biggi HilmarsWar Hero
War Hero is the second single from Biggi’s upcoming solo album All We Can Be. It is a rearrangement of Ponds, one of Biggi’s most sought-after compositions, which has been featured on numerous films, TV series and commercials around the globe. Biggi wrote the lyrics and dedicated the song to his sister Agusta, who had been fighting cancer for years. She is the War Hero.

INDONESIA: Deathrockstar
Harlan BoerKiri Kanan
Harlan Boer is a humble singer who writes simple yet sophisticated lyrics and infuses them in melodic, acoustic arrangements. Kiri Kanan is a glorious indie-pop tune.

IRELAND: Nialler9
OwensieDistance Of Her Love
Distance Of Her Love is possibly the first song that could be called an Irish bossa nova tune, but that description doesn’t tell the whole story. Lilting bright guitar with a Brazilian slant and Michael Owens’ threadbare falsetto lead the way on a song about a mother’s faraway son, while the mournful brass underscores the lyrical sentiment. It’s taken from Owensie’s confident second album Citizens.

ITALY: Polaroid
Crimea XEssential
Crimea X is the project of Jukka Reverberi, from cult indie band Giardini Di Mirò, and DJ Rocca (Maffia Soundsystem). They play cosmic disco with krautrock and Marxist influences. If space stations have radios, they’ll definitely be playing some Crimea X on repeat. In February 2013, Crimea X will release their second album, Another, produced by Bjørn Torske (Smalltown Supersound), and Essential is a MAP exclusive preview.

JAPAN: Make Believe Melodies
For Tracy HydeShady Lane Sherbert
Over the past year, Japan has been experiencing a boom in indie-pop music, with artists from every corner of the country embracing twee sounds. New Tokyo trio For Tracy Hyde are similarly enchanted, but unlike a lot of their peers they incorporate more experimental touches into their music. Shady Lane Sherbert brings in a sprinkling of chillwave, but does so in a way that keeps the song bouncy.

MALTA: Stagedive Malta
BeangrowersRanchero
For more than a decade, Beangrowers have been Malta’s indie ambassadors, having released albums and played tours on both sides of the Atlantic. The female-fronted trio can always be counted on to deliver quirky, off-the-wall but nonetheless catchy numbers. With all three members living in different countries for the past couple of years, the good news is that they have now regrouped and a new EP is in the works.

MEXICO: Red Bull Panamérika
NiñovanPequeño Folk
Apparently the beautiful Baja California landscapes are inspiring enough to write and record simple, innocent folk songs. At least that’s what we imagine while listening to Niñovan, a boy/girl duo from the coastal city of Ensenada. Karina Niño and Efraín de la Rocha released their first album, Pequeño Folk, this year and won a place in this month’s MAP through an open announcement we recently made at Panamérika. Their song Pequeño Folk (translated as „Little Folk”) puts the emphasis on the infantile aura of this project, projected even in their own name („niño” means „child” in Spanish), and perfectly sums up their ideas and imagination.

NETHERLANDS: Subbacultcha!
Vox Von BraunDig A Hole
Vox Von Braun are the undisputed chroniclers of the seedier aspects of Dutch provincial life. Habitual stoners, gonzo wannabes and possibly the laziest and unluckiest of outfits, you’re more likely to see them mooching about all-night bars in Groningen than performing anywhere near you. But there’s strength in adversity: this most charming of bands harness their kitchen sink romance to one of the most beautiful, crystalline walls of sound you’ll encounter. And for such a horizontal bunch they have influential fans: the new LP was mixed by Black Rebel Motorcycle Club and recorded in Brighton by Matt Thwaites from The Electric Soft Parade. MAP exclusive track Dig A Hole features Brenda of bozo poets Spilt Milk, with their second LP, Rich & On Wheels, out in December.

PERU: SoTB
Francois PeglauLife Is Indefinable
This month the Music Alliance Pact turns 50 and, to celebrate, we bring you an unreleased song recorded by Francois Peglau especially for the landmark. Life Is Indefinable is dedicated to his newborn son and has a beautiful acoustic warmth and much tenderness. The London-based Peruvian is working on his second album. You can watch the video for his latest single Everybody Loves Me, filmed in New York, here.

POLAND: Łukasz Kuśmierz Weblog
Plug&PlayCities I’ll Never Go To
Plug&Play is changing. Having been on the Polish alternative scene for about six years, they’re moving from post-punk/dance-punk origins to more sophisticated song structures, a good example of which is Cities I’ll Never Go To. The lyrics of this track are a metaphorical journey through different cities all over the world. Since we’re on MAP check if your hometown is one of them.

PORTUGAL: Posso Ouvir Um Disco?
BallaA Casa (Wall Of Sound Mix)
For this very special 50th post/month, multi-instrumentalist and producer Armando Teixeira, one of the most talented Portuguese composers, offers MAP and its followers an exclusive new mix for A Casa, one of his tracks from Balla’s new album, Canções. The original version as well as the full album are available for free from his website.

PUERTO RICO: Puerto Rico Indie
Los Niños EstelaresSatya Yuga Está Por Comenzar (Sesión Archipiélago)
Clearly the product of an internet age, Los Niños Estelares unleashed their brand of heartfelt and biting satire on an unsuspecting Puerto Rican populace four years ago via YouTube. Half a million views later, the duo is back with Satya Yuga Está Por Comenzar, a direct sequel to their most popular song. Fernando Castro-Álvarez barely catches his breath as he lays out the path to righteousness through internal struggle, while Darío Constaín keeps things simple on the guitar, allowing the lyrics to take center stage. This special live take, a preview of the band’s upcoming fourth album, was recorded for Puerto Rico Indie’s Archipiélago video series and is available exclusively for download here.

ROMANIA: Babylon Noise
We Singing ColorsCantec De Seara
As a special gift for the MAP anniversary, our friends from We Singing Colors have prepared a simple but intense song in their familiar acoustic/electronic style. Their intimate set-up combines vocals, guitar, handmade instruments and beautiful lyrics in Romanian.

RUSSIA: Big Echo
DZAI ❤ U
After the successful launch of his Surrender EP, DZA drops a new tune, I ❤ U, on his SoundCloud. The famous Russian beatmaker twists the classic chiptune-style sound into the house playground. Big up, Sasha!

SCOTLAND: The Pop Cop
Roddy Hart & The Lonesome FireQueenstown
When I launched the Music Alliance Pact with a dozen blogs in October 2008, I never imagined it would be going as strong as it is today, with 40 countries around the world now part of the project. For this, the 50th consecutive month of MAP, I’m returning to where it all started with my first ever Scottish pick, Roddy Hart, albeit in his full-band guise. The Glaswegian has vacated the singer-songwriter path and is aiming for a Springsteen meets The National vibe with Roddy Hart & The Lonesome Fire’s self-titled album, due out in spring 2013 and produced by Danton Supple (Coldplay). From it, savour the compelling Queenstown, a MAP exclusive download.

SINGAPORE: I’m Waking Up To…
GemaBefore
Gema’s debut EP Before is a sprawling canvas of sounds, textures, layers, beats and samples that come together to form a cohesive theme of soulful disturbia. I’m somewhat afraid of what I might find inside Gema’s head. Every sound seems to have a sort of nascent meaning, which is scary because such premeditated behaviour has no place in the hands of a musician capable of carving another world straight into your skull. He’s one of the newest additions to the Syndicate stable, and we hope the marriage of the two will equal three.

SOUTH AFRICA: Musical Mover & Shaker!
Diamond ThugLipstick Stains
A smattering of synths, piercing vocals and some cutting lyrics turn Diamond Thug’s Lipstick Stains into instantly addictive listening. The trio is made up of Danilo, Dylan and Chantel, and while the project is in its infancy, given the quality of work they are producing they’ll soon be making waves.

SOUTH KOREA: Korean Indie
Hugh KeiceWe Are Islands (acoustic)
Originally from Seoul, London-based singer-songwriter Hugh Keice counts both John Mayer and Jamiroquai as influences, owning to a sound that ranges from acoustic pop to neo soul. His third EP, Slow Tree, is scheduled for release in January. He has recorded an acoustic version of his new song, We Are Islands, exclusively for MAP.

SPAIN: Musikorner
CeremoneyMorning Body
We are always pleased to hear new tracks we can dance to, and that’s exactly what Ceremoney has delivered with Morning Body. They describe their sound as post-tropipunk, probably influenced by the crossbreeding of Hispanic and British cultures you find in the Balearic Islands, where they’re from. They craft post-punk with tropical, danceable roots, which is fresh to listen to and perfect to move your body to.

SWEDEN: Ja Ja Ja
Last LynxKilling Switch
Last Lynx is a Stockholm-based band inspired by the organic 60s, howling wolves and modern electro-pop. When those worlds collide and become one, magic happens. The young quartet mixes slick guitar grooves with well thought-out electronic elements and wonderful vocals, with amazing and highly addictive results. Killing Switch is the first single off their as-yet-untitled sophomore EP, due out in early 2013 via SoFo Records.

SWITZERLAND: 78s
The MonofonesDrop Dead
The Monofones hail from Berne and play straight-edge garage rock right in your face and heart. They’ve just released their third album Super Hits. For the 50th edition of the Music Alliance Pact they have made an exclusive recording of Drop Dead, which is straightforward, raw and dirty.

TURKEY: WEARTBEAT
Seni Görmem İmkansızTarçın Gezegeni
Kadıköy, on the Asian side of Istanbul, always boasts Turkey’s most interesting new acts. The two young women who make up Seni Görmem İmkansız are BFFs who down doubles of rakı, our national drink, on stage. It actually fits when you consider their band name means „impossible to see you”, a line from an unnecessarily depressing Arabesque song from the 80s that goes instinctively well with rakı. In Tarçın Gezegeni, synths and drums take us back to that decade, with the sultanic melody of a toy melodica creating a weirdly elegant and hard-drinking piece of work.

UNITED STATES: We Listen For You
The PassReal Summer
For MAP’s 50th month of posting, electro-rock outfit The Pass have allowed us to post a web exclusive track off their new album Melt. Real Summer is a tornado of sound that builds and builds with each note. Have your ears perked from the three-minute mark to close – it’s one of the best stretches of music this year.

VENEZUELA: Música y Más
Audrey HolderCuando No Sé De Ti
Audrey Holder is a young woman from Caracas whose melodious voice is part of the Cantoría José Antonio Anzoátegui, one of Venezuela’s leading choirs. She’s preparing her first album, but here we can hear an acoustic track she recorded earlier this year.

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Plug&Play at .