Najlepsze płyty 2013: reszta stawki

30 grudnia 2013 § Dodaj komentarz

coollogo_com-4113367

Wprawdzie w tytule stoi „najlepsze płyty”, ale na początek skorzystajmy w pewnym sensie z obecności drugiego członu i wspomnijmy o tych, których zabraknie. Nie będzie krążków faworytów z ostatnich lat – The Field (dwa razy pierwsza dziesiątka), Deerhunter (również), Washed Out, Buriala, Janelle Monáe, These New Puritans, rodziny Waglewskich, Vampire Weekend oraz Toro Y Moi. Różnie udały się powroty wielkich nazw, nie ostali się więc My Bloody Valentine, Dawid Bowie, Queens Of The Stone Age, Edyta Bartosiewicz, Myslovitz, Prefab Sprout, Autechre, Arctic Monkeys, a co do ostatniego longplaya Franz Ferdinanda, gości z absolutnej czołówki niemal dekadę(!) temu, to przez moment zapomniałem, że… w ogóle słuchałem ich płyty. Lepsze wrażenie pozostawili The Dismemberment Plan, ale oni również nie załapali się do puli. Co do debiutantów, niestety Crab Invasion (mimo wielkiego potencjału) i Rebeka spisali się poniżej oczekiwań, a co do wydawnictw Fismolla, Dawida Podsiadły, AlunaGeorge i Disclosure, nie wiem, o co aż tyle hałasu, to wszystko w muzyce już było.

Znacznie lepiej poradzili sobie nasi Armando Suzette, BOKKA i XXANAXX. Projekt Mateusza Tondery, któremu przyglądam się od prawie dwóch lat, na EP-ce „Calendar” zaprezentował nie tylko znaną już unikatowość songwriterską na polskim podwórku, ale też regularny zespół i wysmakowane brzmienie. Zachowujące anonimowość trio BOKKA spotyka casus Andy’ego Stotta sprzed roku, czyli czułbym się trochę nie w porządku umieszczając ich self-titled za pięć dwunasta w pierwszej dziesiątce, jednocześnie jest to materiał, który zyskuje z czasem. Z kolei duet Michał Wasilewski i Klaudia Szafrańska ma świetne ucho do pisania przebojowych melodii – jeśli na swoim pierwszym longplayu powtórzą poziom z trzech piosenek z „Dissapear”, następnym razem będą czołówki rocznych notowań. Nonsense & Absurd tylko formalnie debiutuje, „Random Composing Technique Manifesto” to pierwsza artystyczna wypowiedź w takim kształcie Afrojaxa z Afro Kolektywu, tyleż zaskakująca, co niezła. Czekamy na więcej! Thundercat ciągle jest tak dobry jak na „The Golden Age Of Apocalypse”, ale dwa lata później to trochę za mało, by go uhonorować miejscem w dziesiątce. Premierowy długograj zaprezentował Matthew Barnes, znany lepiej jako Forest Swords, i jesteśmy świadkami autonomicznej wypowiedzi w muzyce elektronicznej podobnie jak osobną narrację zaproponowali Fire! Orchestra na jazzująco-krautrockowo-hałasującym „Exit!”. Ciekawą, choć trudną. Na zupełnie innym biegunie lokują się The Dodos ze swoją ciepłą, uczłowieczoną twórczością, dobitnie pokazując, że jeśli muzyka (w dużej mierze) oparta na gitarach ma w sobie duszę, w 2013 r. dało się jej słuchać. Kuriozalna sytuacja spotkała Plug&Play – z najlepszym w swoim dorobku materiałem, czyli z „Reisefieber”, nie załapali się do pierwszej dziesiątki, choć rok temu, przy wyższym poziomie konkurencji, to się udało. Sytuację trochę tłumaczy fakt, iż gdy przychodzi do ważenia jakości, łatwiej przygotować cztery bardzo dobre utwory (w tym jeden znany z 2012 r.), niż cały świetny longplay. Tak, w czołówce najlepszych płyt 2013 r. znalazły się tym razem wyłącznie same długograje.

Zagraniczne rozmaitości (13) – Julia Holter, Forest Swords, Fire! Orchestra, Thundercat

19 grudnia 2013 § Dodaj komentarz

Na zakończenie 2013 zagraniczne rozmaitości również z „13” w tytule. Zanim umieszczę na blogu listy roczne, chciałbym nadrobić zaległości i powiedzieć o płytach, o których od kilku miesięcy opowiedzieć mi się nie udało, a które znalazły się w puli krążków do zestawienia najlepszych longplayów. 90% miejsc jest już raczej zajętych, o Daft Punk, tu nie pasujących, było poprzednio, Wam pozostawiam domysły, co z tego znajdzie się w finalnej dziesiątce. Każdy z wymienionych albumów zasługiwał na osobne potraktowanie, mowa o unikatowych zjawiskach, ale nie ma co kryć – w tym roku pisaniu o muzyce z racji innych aktywności musiałem poświęcić mniej miejsca.

Julia Holter Loud City SongJulia Holter „Loud City Song”

Kto wie, być może to jest właśnie przyszłość muzyki niezależnej? Pierwszy przyczółek w zeszłym roku zdobyli już Grizzly Bear, a Julia Holter przeprowadziła na „Loud City Song” regularny desant, gdzie barwy alternatywy przemieszały się z barwami muzyki poważnej, bo o ten zabieg konkretnie mi chodzi. Weźmy charakterystyczną właśnie dla klasyki cudowną ornamentykę dla wokalu Julii na początku „World”. Weźmy budzącą respekt masywność „Maxim’s I”, spójrzmy na naturalnie narzucające się nawiązanie do klasycznych pianistów lub kompozytorów w postaci „He’s Running Through My Eyes” czy wyostrzmy słuch na ciche orkiestracje w „Maxim’s II”. Z drugiej strony mamy elementy kierujące nas raczej w stronę jazzu jak w drugiej połowie „City Appearing” czy „In The Green Wild”, piosenki popularnej (zwiewne „This Is A True Heart”) i ambientu („Hello Stranger”). Maniera aktorska w śpiewie Julii Holter może irytować przez swoją dosłowność, ale też trzeba przyznać, że do utworów zebranych na „Loud City Song” pasuje idealnie, zresztą Amerykanka nie przesadza z jej stosowaniem. Na koniec anegdota – rok temu, przy okazji pozablogowego podsumowania, słuchałem poprzedniego longplaya artystki, „Ekstasis”. Jako że ogólnego materiału do przerobienia w postaci płyt miałem sporo, po pierwszym zapoznaniu się z twórczością Holter, uznałem ją za nudną i oceniłem nieentuzjastycznie. „Cóż więcej można dodać, wszyscy widzieliśmy przebieg meczu, musimy teraz wyciągnąć wnioski”.

Forest Swords - EngravingsForest Swords „Engravings”

Nie byle jaka to sztuka mieć po dwóch EP-kach, na wysokości debiutanckiego longplaya, unikatowy w skali muzycznego świata i rozpoznawalny wizerunek. I jakkolwiek pretensjonalnie by to nie zabrzmiało, ten w wykonaniu Forest Swords kieruje nasze wyobrażenia jednoznacznie do Kraju Kwitnącej Wiśni, w czasy samurajskie. Nic dziwnego, stojący za projektem angielski (sic!) producent Matthew Barnes myśli obrazami – jest zawodowym grafikiem, który sztuki wizualne wymienia wśród swoich inspiracji, a gdy dodać do tego orientalne wstawki w jego utworach, (spójny) design okładek czy mistyczny klimat spowijający kompozycje, nie pozostaje wiele miejsca na własną interpretację. Ale w tym przypadku, to się chwali, tym bardziej, że koncept jest frapujący, a w świecie, w którym wydaje się, że nagrano już wszystko, świeży. Słuchając dumnego „The Weight Of Gold”, pociągniętego zamaszystymi fakturami rodem z konsol 8-bitowych „Ljoss” czy wirujących ostrz w „Irby Tremor”, można wysnuć obawę, iż projekt Anglika chwyta, póki działa efekt nowości, jego hermetyczność jednak może stać się w przyszłości bronią obosieczną. No i co gorsza – ile klonów Matthew Barnesa będziemy wkrótce słuchać? To zmartwienie dnia jutrzejszego, póki co mgła spowiła las z mieczami, warto podjąć jeden z nich i sprawdzić, co się pod nim znajduje.

Fire! Orchestra - Exit!Fire! Orchestra „Exit!”

Paweł Franczak twierdzi, że świadome słuchanie muzyki poważnej potrafi wywołać fizyczne zmęczenie. Jeśli tak, to chciałoby się rzec, iż po wybrzmieniu ostatniego taktu na „Exit!”, swój T-shirt można wyżymać z potu. Płyta będąca owocem współpracy saksofonisty Matsa Gustafssona, basisty Johana Berthlinga, perkusisty Andreasa Werliina z wokalistami, szwedzkimi jazzmanami i… tekstem Arnolda de Boera z The Ex jest nie tyle już propozycją dla wytrwałych, co odpornych. Jest to zapis koncertu na awangardowej scenie Fylkingen, gdzie w styczniu 2012 r. spotkało się aż 28 muzyków razem tworzących skład Fire! Orchestra („podstawowe” Fire! to wymieniona na wstępie trójka plus goście). Efekt końcowy stanowi szokująca miejscami mieszanka free jazzu, krautrocka, atonalnych wokaliz i liryki opisującej poruszanie się po tajemniczym budynku, raz to gorączkowe, raz to dające za wygraną. Tym samym pomieszczenie staje się metaforą osaczenia i słuchacz może odnieść wrażenie, że wcale nie chodzi o wolno stojący obiekt, ale o zapis stanu paranoicznego umysłu. „Exit!” z racji swojej formy raczej nie jest pozycją, po którą sięga się często, zresztą trzeba też uczciwie zaznaczyć, iż krążek Fire! Orchestra nie ustrzegł się męczącej dłużyzny przy samym finiszu nagrania – nawet jeśli uznać końcowe wokale za odzwierciedlenie upadku w szaleństwo podmiotu lirycznego, mogłyby być one o te kilka minut krótsze, bo w pewnym momencie po prostu zaczynają nużyć. Nie zmienia to faktu, że to płyta w przeważającej części udana, choć nie dla każdego.

Thundercat - ApocalypseThundercat „Apocalypse”

Gdy pisałem o ostatnim efekcie solowej współpracy Thundercata z Flying Lotusem, stwierdziłem, że to czarna muzyka przyszłości i wszystko jest możliwe. Szkoda, że tym możliwym okazało się niezrobienie od czasów „The Golden Age Of Apocalypse” wyraźnego kroku naprzód (gdy zaś chodzi o Lotusa, „Until The Quiet Comes” było na tle longplaya „Cosmogramma” krokiem wstecz). Nie słyszę na „Apocalypse” nic, czego bym nie słyszał już na poprzednim krążku Stephena Brunera z 2011 roku, co więcej, z perspektywy dwóch płyt widać wyraźnie, że największą bolączką kaskaderskiego basisty obdarzonego anielskim wokalem jest utrzymanie na przestrzeni całego wydawnictwa spójności i wysokiego poziomu, który sam sobie wyznacza pojedynczymi utworami. Tak jak na „The Golden Age Of Apocalypse” wyróżniały się „For Love (I Come Your Friend)”, „Seasons” czy „Fleer Ultra”, tak i na „Apocalypse” można wskazać liderów. To będzie choćby największy na dzień dzisiejszy autorski przebój Thundercata, „Heartbreaks + Setbacks”, opener w postaci „Tenfold”, który brzmi jak introdukcja wielkiej płyty lub schowane pod ostatnim indeksem pożegnanie zmarłego w zeszłym roku przyjaciela, Austina Peralty, najzwyczajniej w świecie wyciskające łzy z oczu (czy można sobie wyobrazić bardziej poruszające wyznanie wiary niż to, gdy Bruner śpiewa „I know I will see you again in another life / Thank you for sharing love and your light / Though we say goodbye / We will say hallo again”?). Pozostałe utwory, w których mieszają się wątki życia, śmierci, nadziei, to poziom, którego wielu współczesnych artystów nie dosięga, ale na tle najwyżej punktujących dokonań Thundercata i Flying Lotusa, wydają się zwyczajnymi. Mówimy o dwóch wizjonerach, stąd moje kręcenie nosem.

Cały rok w szesnaście minut

3 grudnia 2013 § Dodaj komentarz

Armando Suzette

>>Armando Suzette „Calendar”<<

Jeśli nie Oxford, to co?” – tytuł programu telewizyjnego TVP z lat 90. wskoczył mi do głowy, gdy myślałem o najnowszej EP-ce Armando Suzette. Trochę prowokacyjnie (marketing, marketing), z góry, przyznaję się, ale jednocześnie przecież wiedziałem, z kim mam do czynienia i czego mogę się spodziewać po „Calendar”. Fakty potwierdziły przewidywania. Nie znam drugiego takiego kompozytora w Polsce jak Mateusz Tondera. Brzmienie, estetyka, teksty, aranżacje, w których partycypował już cały zespół Armando Suzette i wspomniany songwriting czynią z krakowskiego składu zjawisko na naszej scenie literalnie unikatowe. Zastosowanie zróżnicowanego metrum w obrębie pojedynczych utworów, repetycje linii melodycznych, rozmontowane granice pomiędzy odmiennymi gatunkami muzycznymi, narracja wokalna – połączenie tradycyjnego śpiewu z właściwie opowiadaniem, storytellingiem, przepastna barwa głosu Mateusza (od białej alternatywy po czarnych piosenkarzy), harmonie wokalne, niegłupi przekaz i humor sąsiadujący z powagą, ukryta przebojowość, ciepła, popowa produkcja – Armando Suzette to już nie jest jakiś tam lo-fi avant-pop dla muzycznych ekscentryków, ale profesjonalnie się prezentujący, domknięty koncepcyjnie projekt, który można bez obawy, a nawet z pewną dumą puścić swoim rodzicom. Nie uciekną.

Robotę wykonują tutaj kontrapunkty, jak choćby wtedy, gdy w stonowanym „All Hallows Eve” Tondera zupełnie poważnie podejmuje wątek przemijania, by utwór zwieńczyć radosną kodą „All and all we’re going to lie on the same cemetery and it makes me glad makes me smile / In this special novembery way…”. Wątek braku i odnalezienia w Świątecznym „Advent Mists” sąsiaduje na trackliście z zabawnym „Music School (Spring Dilemma)”, w którym podmiot liryczny tłumaczy swojej mamie, że zamiast lekcji w szkole muzycznej woli spędzić czas z przyjaciółmi i pojeździć na rowerze (sama konstrukcja kompozycji wywołuje uśmiech na twarzy, ale nie będę już tak do końca zdradzał szczegółów). Wśród inspiracji dla powstania „Calendar” zespół wymienił m.in. „Everything In Its Right Place” Radiohead i na dobrą sprawę nie wiem, czy gdy Tondera przeciągliwym, yorke’owym głosem wyśpiewuje w melancholijnym „September” słowo „Autumn”, znowu sobie nie żartuje. Zresztą z nawiązań słyszalnych na EP-ce można by natrzaskać kilka hashtagów, bo czy harmonia wokalna lidera Armando Suzette z Gosią Zielińską we wspomnianym „September” nie kojarzy się z Dirty Projectors? Z kolei wilsonowe organy w „Advent Mists” odsyłają nas wprost do „Pet Sounds”. Pięć, tak jak członków grupy, piosenek, przeszło kwadrans muzyki, cztery pory roku. Krakowscy artyści na swoim facebookowym fan page’u napisali „Cześć. Oto „Calendar”. Pracowaliśmy nad nim dwa lata. Trwa niewiele ponad 16 minut. Możemy obiecać tylko jedno – nie ma wypełniaczy”. Nie wiem, czy więcej w tym wpisie było puszczenia oka, czy asertywnej deklaracji, ale biorąc pod uwagę to drugie, mogę potwierdzić – nie ściemniali.

Polskie rozmaitości (8) – Nonsense & Absurd, XXANAXX

11 listopada 2013 § Dodaj komentarz

Tym razem proponuję przyjrzeć się nowym tworom w biało-czerwonych barwach, choć akurat w przypadku tych projektów muzycznych odniesień należy szukać poza granicami Polski. Pierwszy to debiut tylko formalny i nieoczywisty – tego pana już dobrze znamy, ale trudno było przewidzieć, że jego studyjne solowe przedsięwzięcie przybierze formę obecną na mini albumie Nonsensu i Absurdu. Z kolei duet XXANAXX wkroczył na rodzimy rynek w stylu, który błyskawicznie przeniósł ich z pola „next big thing” na po prostu „big thing”.

Nonsense & Absurd „Random Composing Technique Manifesto”

Absurd NonsenseKolejny przykład na to, że najciekawsze rzeczy dzieją się zazwyczaj na obrzeżach muzycznego show businessu. Michał Hoffmann to przede wszystkim wokalista i autor tekstów zmieniającego się na naszych oczach Afro Kolektywu. Mniej już jednak osób wie, że jest on także pracownikiem Programu Trzeciego Polskiego Radia, co nie jest w przypadku opisywania „Random Composing Technique Manifesto” bez znaczenia. Można sobie wyobrazić, pomijając samo osłuchanie Hoffmanna, jak w radiowym otoczeniu chłonie on tysiące dźwiękowych strzępków, a następnie wynosi je na taśmach (plikach mp3?), by z tych mikrosampli kleić utwory Nonsensu. Najlepsze jest w tym wszystkim spostrzeżenie, iż uboższe o tę informację ucho (nie tylko) laika nie wyłapałoby w ogóle tego faktu – kompozycje zebrane na „Random…” brzmią w niektórych partiach jak zagrane na żywo, mają swój energiczny puls, bardziej ż y j ą właśnie, niż przypominają pracę układacza elektronicznych puzzli. Świetną ilustracją tej tezy jest perła w całym zestawie, czyli „Transmitting Live From CabeÇa”, gdzie iberyjskie nawijki, skąpany w południowym słońcu bas i anielski kobiecy zaśpiew przenoszą nas wprost na jedyny do tej pory longplay The Avalanches. Niewiele wspomnianemu kawałkowi ustępuje reszta – rozrywany od środka swoją żywiołowością „Oh Long Johnson”, prowadzony chwytliwą partią fortepianu i eteryczną saksofonu „The Last Of The Famous Freaks”, opierający się na kontrapunkcie „Social Suicide”, downtempowy „Me So Unhappy” i cyfrowy „Dots Everywhere Dub”. Bardzo dobra propozycja od DRAW Records, której talia asów składa się tej jesieni jeszcze z debiutu Crab Invasion, nowych nagrań Newest Zealand, Microexpressions, Armando Suzette, zaś za jokera robi longplay supergrupy Manhattan. Licytują mocno!

XXANAXX „Disappear”

XXANAXXOkej, U Know Me Records to zacna marka na polskiej scenie, medialny szum wokół wokalistki XXANAXX Klaudii Szafrańskiej, przecieranie szlaków w NOD i u boku Wojciecha Waglewskiego przez drugą połówkę zespołu Michała Wasilewskiego też pewnie pomogły, ale żeby aż tak? Żeby duet, która dopiero rozpoczął działalność i ma na koncie tylko EP-kę z trzema jedynie autorskimi piosenkami (plus remiksy) grał już supporty przed Hurts, Austrą i skupiał wokół siebie liczną grupę sympatyków? Tak, ale jakie to piosenki i jaki to duet! Niezależenie od tego, czy weźmiemy pod uwagę melancholijne „Broken Hope”, roztkliwiające wyznanie uczucia, które zrodziło się między dwójką osób w „Got U Under” czy otwierające EP-kę „Disappear”, XXANAXX wprowadzają swoje elektroniczne utwory do puli najlepszych polskich tracków, które ukazały się na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy. W ogóle, wszędzie, niezależnie od gatunków. Decydują o tym (cóż bardziej banalnego i istotnego w muzyce) przebojowe melodie, ale też i ciepły wokal Klaudii, wymuskane produkcje Michała oraz smak. Poza tym wspomniana dwójka wizerunkowo prezentuje się świetnie i w ich przypadku nie ma miejsca odwrócenie proporcji, jak to często w przypadku rozpoznawalnych artystów bywa, kiedy opakowanie jest lepsze od treści. Oczywiście, można powiedzieć, że stylistyka XXANAXX jest w globalnej skali na tyle już znana, że aż przewidywalna, ale nie da się jednocześnie ukryć, iż są oni gotowym (jakkolwiek źle to brzmi w odniesieniu do ludzi, artystów) produktem. Jeśli tak ma wyglądać „mainstreamowe indie” obstawiające sloty headlinerów dużych festiwali oraz radiowe playlisty popularnych stacji, mogę tylko krzyknąć „nareszcie!”. Swoim potencjałem XXANAXX na pewno do tego stanu rzeczy pretendują, poczekajmy na planowany na 2014 r. longplay – on zweryfikuje, czy wytypowaliśmy trafnie.

*

9 września 2013 § 8 komentarzy

Fot. Stuart Miles

Fot. Stuart Miles

Dużo złego potrafią narobić błędne mity i przekonania. W ostatnim odcinku „Must be the music. Tylko muzyka” Kora Jackowska powiedziała grupie Bluejay, skądinąd sympatycznemu zespołowi, coś takiego: „Grajcie wszędzie, gdzie was zechcą, grajcie za darmo”. Nie chcę się czepiać słówek. Wiadomo – program oglądany przez kilka milionów widzów, czerwona lampka w kamerze, taśma leci, emocje, a dawna wokalistka Maanamu była niesiona entuzjazmem wywołanym przez występem młodych muzyków z Brzeska. Gdy jednak odłożyć te tłumaczenia, trudno o gorszą radę, jakiej można udzielić początkującym artystom. Zwłaszcza przez artystkę o takim statusie. Nie wiem, jak to jest możliwe, by w 2013 r. nadal funkcjonował pogląd mówiący o tym, że osoby na początku swojej muzycznej drogi powinny się otrzaskiwać za (ewentualnie) dobre słowo? Wyobraźmy sobie sytuację czysto teoretyczną, która pewnie nigdy nie zaistnieje – nagle w Polsce wszystkie zespoły, poza tym liderowanym przez Korę, postanawiają, z racji ciężkiej sytuacji na rynku, koncertować za darmo. Analogicznie do rynku pracy i „prospołecznych” zajęć łapanych przez studentów, w nadziei, że zostaną w przyszłości zauważeni, dostaną upragniony etat. Co by to oznaczało dla zespołu Jackowskiej?

Rozumiem, że ten problem nie dotyczy muzyków znajdujących się na początku łańcucha pokarmowego, tudzież – czują się na tyle pewnie. Ale tych z dalszych rzędów jak najbardziej tak, to oni najmocniej dostają rykoszetem, gdy event menadżerowie nie chcą płacić (hej, artyści lubią odwoływać się do wspólnotowych idei – pamiętajcie o tym, gdy ktoś kiedyś wysunie równie trafioną radę). Ostatnio zawrzało, gdy po raz kolejny okazało się, iż polscy wykonawcy zostali zepchnięci w line-upie OFF Festivalu na godziny popołudniowe. O kwestie finansowe i organizacyjne popytajcie ich sami. Pikanterii dodaje oczywiście fakt, że katowicka impreza funkcjonuje w dużej mierze dzięki publicznym środkom, które jednakowoż służą do obłaskawiania zagranicznych, często przebrzmiałych gwiazd, a rodzime pełnią rolę tła. Jak w piłce nożnej – wychowanków traktuje się najgorzej. Echa relacji Pitchforka z festiwalu odbywającego się w Dolinie Trzech Stawów (i uprzedni rwetes lokalnego środowiska), w której korespondentka zajęła się „tymi niechcianymi z Polski” (bo to oni, jak się okazuje, są atrakcją dla zagranicznych słuchaczy), pozwalają mieć nadzieję, że organizatorzy OFF-a pójdą po rozum do głowy. Ale czy podobnie postąpią właściciele klubów? Często przedstawiciele miejskich lokali autentycznie stają na rzęsach, by interes się kręcił i wykazują się dobrymi chęciami w relacjach z muzykami. Nie będą jednak nigdy pracować za darmo. Czemu więc oczekują tego samego od artystów, którzy napędzają im obrót w barze i na bramce?

Jeden z dziennikarzy popularnego serwisu dostał pewnego razu zaproszenie w charakterze telewizyjnego eksperta. Gdy zapytał, ile dostanie za występ przed kamerą, sytuacja zrobiła się niezręczna dla zapraszającego. Publicysta skwitował wydarzenie zdaniem: „za darmo to wolę się nudzić”. Unikam tego portalu jak ognia, nie odpowiada mi styl uprawianego tam dziennikarstwa, ale w tym przypadku muszę pogratulować celności spostrzeżenia. Oczywiście, każdy muzyk sam decyduje o swojej karierze. Możecie wybrać postawę wspomnianego studenta-wolontariusza i liczyć, że „a nuż, a kiedyś”. Tylko zastanówcie się mocno, ile lat jeszcze będzie Wam się chciało pakować graty po full time pracy w korporacji, ruszać w trasę, z której nie skapną żadne pieniądze, i czy taki tryb życia nie zabije Waszej pasji? No i w żadnym wypadku nie narzekajcie na stawki, a ogólniej – na polski rynek. W końcu to Wy go tworzycie.

*Tytułu brak. Nikt za niego nie zapłacił.

To auto już nie pojedzie

20 sierpnia 2013 § 1 komentarz

The Car Is On Fire

Mówiliśmy o tym w kuluarach, bo ciężko było nie mówić (nie zauważyć). Ale co innego otrzymywanie sygnałów, że taki właśnie będzie finał, a co innego oficjalna notka. Po 11. latach wspólnego grania The Car Is On Fire zakończyli działalność. Przez głowę przewijają się różne obrazki, wspomnienia… Chwilę po tym, gdy przeczytałem ten komunikat, puściłem sobie „What Life’s All About” i „Oh, Joe” z kulminacyjnego punktu ich kariery, płyty „Lake & Flames”. Nie powiem, łezka w oku się zakręciła.

W końcu to byli jedni z nas – dla niektórych koledzy z podwórka, dla innych trochę dalsi znajomi, z którymi miało się zawiązane porozumienie mentalne – grający „po prostu” fajne piosenki; błyskotliwe indie, którego w Polsce przed nimi nie grał nikt, inteligentny pop, jak zwał, tak zwał. Ważne, że te utwory towarzyszyły naszemu najbardziej entuzjastycznemu poznawaniu archiwów światowej i rodzimej muzyki, uczestniczeniu w kulturze, dorastaniu, a jednocześnie zaczynali tak dawno, że na swoich prawach przecierali szlaki. Jak odległe to były czasy, niech świadczy o tym fakt, że kwartet z Warszawy usłyszałem po raz pierwszy (w 2004? 2005?), gdy w telewizji(!) leciał klip do „Cranks”. Taneczna linia basu skonfrontowana z jazgotliwą gitarą była zdecydowanie czymś, co trafiało do serca dwudziestolatka chłonącego wówczas zjawiska typu The Hives czy Hot Hot Heat (gdy największym dla nas odkryciem było to, że przy muzyce gitarowej można wyskoczyć na parkiet). I choć z self-titled debiutu wybijało się równie tylko, też zresztą singlowe, „Miniskirt”, panowie Dejnarowicz, Szabrański, Czubak i Halicz stali się gośćmi z mojej bajki. Pamiętam mojego pierwszego Open’era w 2006 r. i wystającego ponad swój zestaw perkusyjny Krzysztofa Halicza z szerokim uśmiechem na twarzy na koniec występu TCIOF na małej scenie. Po latach śmiałem się, że koncertami tej czwórki rozpoczynam festiwale (analogicznie Open’er 2009 i OFF 2011).

Czy w tamten wyjątkowo gorący dzień grali coś z „Lake & Flames”? Musieli, wszak płyta wyszła parę miesięcy potem, w listopadzie. Co to było za zaskoczenie i zmiana! Już podbity na bogato elektroniką singiel „Can’t Cook (Who Cares?)” wprowadził niemałą konsternację wśród słuchaczy. Ale kto spodziewał się, że ta grupka smarkaczy, po doświadczeniach ze zwykłym post-punkiem, przygotuje tak kompleksowe, dojrzałe, trudne do zaszufladkowania gatunkowego dzieło? Do dziś nie doczekaliśmy się w Polsce płyty o statusie, w wymiarze międzynarodowym, „OK Computer”, jednakowoż „Lake & Flames” spokojnie może uchodzić za rodzimy odpowiednik tamtej płyty Radiohead. Największe osiągnięcie polskiej alternatywy? Chyba bardzo bym nie polemizował. Takie utwory jak „Neyorkewr”, „North By Northwest”, wspomniane już „Oh, Joe” i „Can’t Cook…” czy „Red Rocker” wyznaczały horyzont myślenia o muzyce alternatywnej, a „The Car Is on Fire Early Morning Internazionale”, „Ex Sex Is (Not) the Best (Title)” i „Love.” były bangerami, przy których wyłączaliśmy analizowanie, a uruchamialiśmy kończyny. Tamta jesień 2006 i późniejsza zima to także pierwszy koncert TCIOF w moim rodzinnym mieście, na którym publice zabroniono skakać (pomieszczenie groziło zawaleniem), gdzie początkujący dziennikarz muzyczny zrezygnował z wywiadu z chłopakami, za to przeprowadził skrupulatną relację (odtwarzanie setlisty z notatnikiem w ręku i Jackiem Szabrańskim przy boku), wreszcie bezdyskusyjny triumf „Lake & Flames” w rocznych podsumowaniach.

Pamiętam moje lekkie rozczarowanie, że po wspomnianym występie przy wspólnym stoliku barowym przypadło mi miejsce obok Szabrańskiego (sorry Jacek! Teraz już mogę się przyznać, może mi wybaczysz), a nie epatującego pewnością siebie lidera Borysa Dejnarowicza, z którym w ten sposób ciężko było rozmawiać. Wtedy nie mogłem wiedzieć, że zrządzeniem losu zainwestowałem czas w dyskusję z za moment frontmanem TCIOF, a Borys odejdzie z zespołu. Pamiętacie ten szok? Świetny drugi longplay, Fryderyk, bezpośredni występ przed Sonic Youth na Open’erze, a grupę opuszcza jej charakterystyczna (i niewyparzona, przyznajmy) twarz. Tu miejsce na małą dygresję i bolesną prawdę – The Car Is On Fire był zespołem, który notował wysokie mierniki w różnych kategoriach, ale wokal niemal zawsze u nich mocno kulał. Poza jednym, pewnie nawet niezauważonym dla szerzej publiki momentem w ich dziejach. Niedługo potem jak Dejnarowicz został redaktorem naczelnym magazynu „PULP”, za mikrofonem zastąpił go multiinstrumentalista Michał Pruszkowski. To, co wyciekło do nas za sprawą redaktora JR z serwisu S w postaci nagrań w wersji mp2, czyli kawałki „Easy On The Eye”, „Oh Girl You See”, „Sing” i wczesnych wersji „Ombarrops!” oraz „We’re Going Fine Minerva” („Going” zmieniło się potem na „Doing”, sam utwór też) ukazywało zespół wreszcie z bardzo dobrym głosem wiodącym i fantastycznym, jeszcze się rozwijającym songwritingiem. Nie wiem, czy byłem w tym odczuciu odosobniony, ale wtedy wydawało mi się, że trzecia płyta to kwestia czasu.

Niestety czekaliśmy na nią jeszcze cały rok. W międzyczasie The Car Is On Fire wystąpili na paru polskich i zagranicznych festiwalach, w tym, obok projektu Pati Yang FlyKKiler, na Glastonbury, co było niemałą sensacją (przypominam – jednak „całe wieki” przed wyjazdami naszych na Primaverę, SXSW czy The Great Escape), ich dotychczasowa dyskografia została wydana w Japonii, zaś z zespołu, ze szkodą dla tegoż, odszedł Pruszkowski. Przed wydaniem krążka „Ombarrops!” naszą wyobraźnię rozpalał fakt, że muzycy wyjechali do Chicago, gdzie album produkował sam John McEntire z The Sea And Cake i Tortoise. Być może duże oczekiwania, ale też niewątpliwie słabszy poziom całości oraz zbytnie studyjne przytemperowanie TCIOF spowodowało, że „Ombarrops!” spotkało się ze słabszym odzewem niż „Lake & Flames”, mimo przebojowych momentów (tytułowe „Ombarrops!”, „Swedish Samba, Swedish Love”, „A Song Like No Other”, „Cherry Cordial”, „We’re Doing Fine, Minerva”). Potem była trasa po Japonii, wydanie swojego dorobku w USA, na Wyspach i w Niemczech, występ na The Great Escape, grupa rozrosła się do pięciu osób, a jesienią 2010 rozmawiałem z Jackiem Szabrańskim przy okazji pierwszej edycji Electric Nights Festival w Lublinie (co się odwlecze, to nie uciecze), na której The Car Is On Fire grali w charakterze headlinera. Coś jeszcze? No tak, bezbłędny singiel „Lazy Boy” z 2011 r., który jako pierwszy rodzimy kawałek wygrał zestawienie najlepszych piosenek roku na Screenagers (Porcys przez lata konsekwentnie pomijał wpisy o TCIOF, jako że członkowie zespołu byli zaangażowani w tworzenie tego serwisu). Jak się okazało, ich ostatni przed rozpadem.

The car is on fire and there’s no driver at the wheel” – pamiętacie jeszcze, kojarzycie, skąd wzięła się nazwa stołecznego zespołu? Wszystko wskazuje na to, że paradoksalnie to właśnie fakt, iż muzycy The Car Is On Fire dziś pewnie trzymają ręce na swoich kierownicach, każdy z osobna, spowodował ich rozejście się. Nie wiem, czy zagrają jeszcze pożegnalny koncert. Jeśli jednak tak by się stało, warto tego wydarzenia nie przegapić. W końcu żegnamy jednych z ostatnich pionierów boomu muzyki niezależnej w Polsce. Być może najlepszych.

Najlepsza rzecz w życiu – wywiad z Plug&Play

1 sierpnia 2013 § Dodaj komentarz

Fot. Gosia Nierodzińska

Fot. Gosia Nierodzińska

Ewolucja. To słowo-klucz do opisania zmian w obozie Plug&Play, którzy nadal grają do tańca, ale dziś są znacznie bardziej (indie)„pop”, niż kiedyś byli (post-)„punk”. Ale też i rewolucja, bo tak to trzeba określić, gdy na wysokości kończenia prac nad najnowszym wydawnictwem, EP-ką „Reisefieber”, zespół funkcjonuje właściwie bez wydawcy i normalnej dystrybucji, by następnie trafić do szkockiego z pochodzenia Too Many Fireworks, a tym samym na serwery najważniejszych sklepów oraz serwisów streamingowych na świecie. Woda sodowa? Nie grozi im, zwłaszcza po takiej historii grupy, o której również rozmawialiśmy w pewien lipcowy wieczór przed salą prób Plug&Play, gdzie spotkałem się z Kubą Majsiejem (wokal, teksty, gitara, klawisze, programowanie), Luizą Orpik (wokal, gitara akustyczna, przeszkadzajki), Agnieszką Ozon (klawisze, wokal), Wojtkiem Papierzem (bas) i Maćkiem Stachyrą (perkusja).

Rok temu wydajecie debiutancki longplay, nakładem jednej wytwórni, na Bandcampie, z zapowiedzią, że ukaże się on też na CD. To nigdy nie następuje. Rok później ukazuje się EP-ka w barwach drugiej wytwórni, tym razem z regularną dystrybucją, m.in. na iTunes, Amazonie, Spotify. W dodatku z inaczej brzmiącym Plug&Play, jakby to był inny zespół. Jak do tego wszystkiego doszło?

Kuba: Dobrze, że to słychać, że to jest inny zespół. Dla nas to nie jest jakieś specjalne zaskoczenie, bo tak naprawdę zapowiadaliśmy, wydając pierwszy longplay, że zmiany idą i chcieliśmy je zasygnalizować paroma kawałkami. Trochę ten nowy repertuar też powstrzymaliśmy przed publikacją, żeby już tak do końca jednak nie mieszać. Więc z naszego punktu widzenia to jest dosyć systematyczna i wcale nie taka szybka ewolucja, a przynajmniej z mojego, jeśli chodzi o kompozytora. Chcieliśmy postawić pewną granicę między – że tak to nazwę – starym a nowym brzmieniem zespołu czy starym a nowym Plug&Play, ale powtórzę jeszcze raz, jest to wynik jakiegoś naturalnego procesu. Nie było w żadnym momencie jakiegoś zgrupowania i decyzji „okej, to od teraz gramy inaczej, cofamy gitary, wypychamy klawisze, dokładamy elektronikę”. My się długo do tego przygotowywaliśmy, kupowaliśmy sprzęt, próbowaliśmy nauczyć się jego obsługi po to, żeby właśnie teraz mniej więcej tak zabrzmieć. I to też nie jest nasze ostatnie słowo.

No a a propos zmiany wydawcy – jak znajduje się Szkota w Warszawie, który postanawia wydać ci płytę?

Luiza: Szkot znajduje ciebie (śmiech). Neil (Milton – przyp. mój) zgłosił się do nas sam. Troszkę się zajarał naszą muzyką, opisał nas na swoim blogu, a potem my się do niego odezwaliśmy z propozycją współpracy, której on się bardzo, bardzo chętnie podjął.

Jak wygląda z Waszej perspektywy współpraca z Neilem? Jakim jest człowiekiem, jakim współpracownikiem?

Agnieszka: Fantastycznym. Bardzo otwartym przede wszystkim, chyba nikt wcześniej nie chciał się podjąć wydania z taką radością jak on. Ma trochę szkocki akcent przez co ja, jak większość pewnie, nie do końca wszystko rozumiem. Ale powtórzę po raz dziesiąty, że jest naprawdę wspaniałym wydawcą, przede wszystkim wspaniale motywującym człowiekiem, który uwierzył, i to jest najmilsze.

Wśród Waszych obecnych inspiracji wymieniacie takie zespoły jak Metronomy, Foals, Yeasayer. Jednocześnie grupy, które były kamieniem węgielnym polskiej sceny indierockowej, pozawieszały działalność, wśród debiutanckich kapel królują klawisze. Czy to znaczy, że niezależna muzyka gitarowa w Polsce umarła?

Kuba: Banalną odpowiedzią jest pewnie przytoczenie sinusoidy i tego, że tak samo grającym, jak i słuchającym, pewne konwencje i akcenty zaczynają się w pewnym momencie przejadać. I zarówno oczekiwanie, jak i sama podaż pewnych brzmień, spotykają się na inaczej rozłożonych akcentach. Wydaje mi się, że aranżując kawałki, grając je na próbach czy komponując, tak naprawdę pisze się podobne piosenki, które mogłyby z powodzeniem jakoś zabrzmieć na gitarach, i kwestia tylko, w co je obleczesz – pracując nad utworem, myśląc o nim. Myślę, że to jest problem tak naprawdę mody, bo są szlagiery muzyki rozrywkowej czy ogniskowej, które można scoverować na miliard sposobów, od funku po disco polo, zinstrumentalizować klasycznie itd. Takie proste „Hej sokoły” lub „Płonie ognisko” zawsze będą tą samą piosenką, tylko w pewnym momencie jakaś część publiczności chętniej przyjmie ten utwór w nowej odsłonie, bo ma dość grania np. szantowego. Ale melodia cały czas jest ta sama, kompozycja jest ta sama i ona dalej stanowi najważniejszą część muzyki, danej piosenki. Ważne jest to, na co my zwracamy uwagę – ja nie zakładam, że „gitarowa publiczność” wyginęła, to są ludzie, którzy np. w danym momencie nie wychylają głów, tylko po prostu spokojnie słuchają sobie takiej muzyki (śmiech). Tak naprawdę nawet w niezalu są mody, które są wyznaczane również przez media – niezależne, oddolne itd., ale bardzo dużo w tym jest roboty recenzentów i dziennikarzy, którym się nudzi i mają ochotę odkryć coś nowego, zaskoczyć kolegów oraz czytelników. Mówią: „teraz pokażemy wam to”, drugi podchwyci, trzeci podchwyci, i nagle robi się z tego moda, która trwa np. dwa sezony. Tak to troszeczkę widzę po tylu latach (śmiech).

Maciek, Ty jesteś dostarczycielem zespołów typu Foals do grupy. Jak z Twojej perspektywy wyglądają zmiany na polskiej scenie muzycznej i zmiany w Plug&Play?

Maciek: To jest błędne założenie, bo akurat zespół Foals podrzucił mi Kuba (śmiech).

Ja słyszałem, że Ty.

Maciek: Nie, on mi przekazał pierwszą płytę, ja się potem zajarałem i słucham ich mocno, chyba najmocniej z nas wszystkich. Co do zmian, myślę, że tak jak Kuba powiedział – jest to kwestia mody i trendów. Ja teraz zarzucam różne brzmienia elektroniczne na perkusję, wcześniej tego nie robiłem. Ale również gram w innym zespole, w którym nie używam takich bajerów, także to nie jest tak, że to do końca zginęło, tylko czasem zbiera się lepiej, a czasem gorzej elektronikę. No i my teraz to łączymy, i tak wychodzi, jak wyszło (śmiech).

Luiza: Myślę, że trochę zelżała napina na muzę. Młode zespoły, które bardzo się napinały wcześnie, żeby brzmieć groźnie i zimno, teraz pozwalają sobie na wpuszczanie również kobiet do zespołu (śmiech Agnieszki) i lżejszych brzmień typu fajnych klawiszy, jakiś przeszkadzajek. Nie kojarzy się już to ludziom z jakimś faux pas, tylko są to poszukiwania, w których zarówno my, jak i nasi odbiorcy się odnajdują.

A jak się jest kobietą w takim zespole jak Plug&Play, który kiedyś był kiedyś właśnie takim ostrym i zimnym?

Luiza: Na początku czułam się jak taki słodki rodzynek (śmiech), ale potem dołączyła do nas Agnieszka. Szczerze mówiąc lubimy to podkreślać, ale jest to trochę napompowane – nie czuję się kobietą w zespole, tylko członkiem zespołu. Który może wnieść coś innego, czyli np. lżejszy i troszkę może czasami bardziej infantylny wokal.

Agnieszka: Myślę, że podobnie tak jak powiedziała Lu jest z klawiszami (śmiech). Trochę infantylności, nie jest to typowo męskie granie. W którym często technicznie podupadam, ale Kuba mnie ratuje, ile może. Nie w sensie techniki grania, ale kultury techniki (śmiech). Tak jak Lu powiedziała – bycie kobietą w Plug&Play jest trochę napompowane, jesteśmy wszyscy członkami zespołu.

Luiza: Wydaje mi się, że dość sprytnie się tym bawimy z Agnieszką. Często jest to przesadzone jak np. mój wokal w „Brand New Day” lub jakieś słodkie dośpiewywanie, ale tworzymy razem muzykę i czujemy, na co możemy sobie pozwolić, a na co nie.

Agnieszka: No i nadaje to jakieś tam naszej indywidualności, wkładamy część siebie.

Skąd to złagodzenie kursu w Waszych piosenkach?

Kuba: To szło co najmniej dwutorowo. Luiza doszła do zespołu w momencie, gdy był on w kolejnym personalnym kryzysie – odszedł od nas jeden z muzyków, odpowiedzialny za spory kawałek brzmienia i wykonywania aranżacji. To był dobry moment, żeby otworzyć się na coś zupełnie nowego i pomyśleć sobie, że skoro już jesteśmy w pewnym sensie rozluźnieni – to się może nie rozpada, ale zaczyna orbitować na coraz szerszych promieniach – to zaprosiłem ją do śpiewania, żeby trochę poeksperymentować. Bo to w pewnym momencie zaczynało trochę wyglądać tak, że będziemy przez jakiś czas nie grać, ale pogrywać, czasem się spotykać, żeby podtrzymywać życie w zespole, nie wiadomo było, czy to przetrwa. Więc wszczepiliśmy sobie coś zupełnie nietypowego. I to jest jedna sprawa. A druga sprawa to jest to, że zaczynałem już pisać piosenki, w których szukałem wokali w wyższych rejestrach, sam próbowałem dośpiewywać falsety, próbowałem też zmuszać do tego niektórych członków zespołu, co nie bardzo wychodziło – otworzyć się od razu na wokal wieloletniemu instrumentaliście jest ciężkie, więc w wersjach demo śpiewała moja dziewczyna, która pokazywała mi, jak to mniej więcej może wyglądać. No i stopniowo Lulu wdrażała się w to, wykonując te partie, okazało się, że całość brzmi bardzo fajnie, więc każda kolejna kompozycja już była otwarta. Nie tak, że ścieżka wokalu żeńskiego była jedynie doklejona, tak jak np. to było na nagraniach do „Why So Close?”, gdzie na bieżąco w studiu układaliśmy drugie głosy, śpiewaliśmy je na szybko, a potem nagrywaliśmy od razu. Teraz utwór zawierał specjalnie to miejsce, w określonych częstotliwościach. Mamy nawet piosenki – które mamy nadzieję, że niedługo zaczniemy wykonywać – dialogowe między mężczyzną a kobietą, wspólnie z tekstem. Czyli jest to już pełnoprawna część zespołu.

Ty już przyszedłeś do nowego Plug&Play, chyba nawet nie pamiętasz za bardzo starego. Wniosłeś miękki basowy feeling. Jak się odnajdywałeś w zespole, który wszedł w etap wspomnianych zmian?

Wojtek: To nie jest do końca tak, że przyszedłem, gdy graliśmy już miększą muzykę. Jak pojawiłem się na pierwszej próbie i robiliśmy ze mną pierwszy materiał na koncert do Berlina, jakoś ponad rok temu, to były to w większości numery z „Why So Close?” plus może trzy-cztery z poprzednich EP-ek. Może pojawiły się dwa z nowych. Po kilku próbach zorientowałem się, w którą stronę to zmierza, i Kuba po prostu zapytał się mnie, czy to mi odpowiada. Odpowiedziałem, że jak najbardziej, jestem człowiekiem raczej otwartym na wszelkie style muzyczne. Kto mnie zna, wie o tym. Gdybym się nie odnajdywał, to bym tu nie grał, podziękowałbym grzecznie, pewnie utrzymywał kontakt ze wszystkimi członkami.

Czy w związku ze zmianą brzmienia szykują się też zmiany w setlistach koncertowych? Czy np. pozbędziecie się w ogóle starych kawałków?

Kuba: Ten proces już chyba praktycznie nastąpił. Jeżeli przejrzymy naszą setlistę, to nawet z „Why So Close?” nie wiem, czy zostało więcej niż trzy-cztery kawałki? Gramy „Dying With Emily”, „Alice From The Stars”, „You Are My Radio”, „Cpt. Welfare” i nie wiem, czy cokolwiek więcej?

Maciek: Gramy jeszcze „Ready For Rapture”.

Kuba: Ale „Rapture” ostatnio wypadł, nawet chyba nie łapie się na bis. „Let’s Get No Hope” jest numerem rezerwowym, najprawdopodobniej na koncercie na trzecich urodzinach Solca nastąpi premiera kolejnego utworu, który najpewniej wyprze jeden z utworów z „Why So Close?”, w kolejce czeka jeszcze kilka, które za chwilę będziemy mieli już ukończone. Ja mam dłuższy staż, więc na pewno nie będę tęsknił za tymi piosenkami, bo wykonywałem je przez lata. Dla mnie to już po prostu jest najwyższy czas, żeby to wszystko zakończyć. Wydaje mi się, że najbardziej znaczącym momentem dla tego odcięcia był moment, kiedy przestaliśmy grać takie kawałki jak „Pogo Dancer”. Utwory, które nas może nie stygmatyzowały, ale były znakiem rozpoznawczym. Wyrzucenie ich z setu, nieumieszczenie na płycie, było wyraźnym powiedzeniem, że to już jest naprawdę zmiana.

Nie będziecie tęsknić za starymi piosenkami?

Agnieszka: Chyba nie. Ja nie gram tych piosenek od lat, ale mimo wszystko bardziej się odnajduję w stylistyce, która teraz powstała. Oczywiście kiedyś – byłam wtedy jeszcze w liceum – zawzięcie słuchałam starego repertuaru. Ale kiedy już tutaj przyszłam i już w to wszystko całą sobą weszłam, to dziś zdecydowanie nowe rzeczy o wiele bardziej mi odpowiadają i są bliższe mojemu sercu, mojej duszy.

Kuba: Na pewno też gdybyśmy się zdecydowali grać stare numery, to one nie brzmiałyby już tak, jak kiedyś.

Wojtek: Jeżeli kiedyś przyjdzie nam grać trzygodzinne koncerty (śmiech pozostałych). Nie wiem, co na to reszta składu (śmiech)? Jeżeli ktoś będzie chciał tego kiedyś słuchać, to z chęcią wrócimy z większą ilością starszych numerów.

Luiza: Wydaje mi się, że dość ważną kwestią jest podkreślenie, że to nie jest sztuczna zmiana. I stąd też wynika nasza mniejsza ochota grania tych starych numerów – nowe utwory powstawały w tym składzie, który widzisz, wspólnie je tworzyliśmy, wspólnie nad nimi pracowaliśmy, i z pełną odpowiedzialnością mogą powiedzieć, że są też moimi piosenkami. A wcześniej to jednak było troszkę odtwarzanie rzeczy innych muzyków. Stąd ten entuzjazm co do nowości.

Kuba: Mi się też łatwiej pracuje z nowymi utworami, z nowymi osobami. Zawsze każdy patrzył na mnie jako na ambasadora starego Plug&Play właśnie poprzez te numery, więc za każdym razem każdy z większym respektem łypał, czy dobrze wykonuje daną partię, którą wykonywał wcześniej Wojtek (Bernatowicz, były basista i klawiszowiec Plug&Play – przyp.mój), Maciek (Bernatowicz, były basista zespołu – przyp. mój), Michał (Branicki, pierwszy perkusista i współzałożyciel Plug&Play – przyp. mój) itd. Także pozwala to fajnie zdemokratyzować prace i w ten sposób każdy włoży więcej od siebie.

To jakim liderem jest Kuba?

Agnieszka: Siedzi obok mnie, więc mogę powiedzieć tylko, że wspaniałym (śmiech).

Kuba: Jest respekt.

Agnieszka: Jest respekt, zdecydowanie.

Wojtek: Jeżeli pytasz o próby i głos odnośnie aranżów, to jasne jest, że Kuba ma decydujące zdanie, to są jego kompozycje.

Agnieszka: Ale to nie wynika też ze sztucznego respektu, ale takiego prawdziwego, od serca.

Wojtek: Ale tak jak już Kuba wspomniał wcześniej – w zespole panuje demokracja.

Luiza: Jakim liderem jest Kuba?… Myślę, że naturalnym, to jest dobre słowo. Kuba jest naturalnym liderem – to on pisze numery, ale to nie jest tak, że Kuba napisze utwór i my musimy go wykonać. Np. jeden z numerów, bardzo znienawidzony (śmiech), na szczęście póki co nie trafił na naszą setlistę i mam nadzieję, że tak zostanie. Na początku to pewnie wyglądało dość sztucznie i pewnie tak było odbierane, skoro Kuba jako jedyny został ze starego składu. Ale teraz, po długim czasie już współpracy, myślę, że głosy są równe.

Maciek: Na początku, jak doszedłem do tego zespołu, więcej się kłóciliśmy o różne rzeczy, aranże, Kuba zawsze stawiał na swoim, ja musiałem podkulić ogon (śmiech). Teraz jest trochę inaczej. Myślę, że Kuba też więcej nas słucha, my słuchamy Kuby tak samo, także mamy więcej do powiedzenia niż było to wtedy, gdy ja się pojawiłem. Ale to też nie było jakieś złe skoro Kuba siedział w tej muzyce dłużej niż my, miał prawo posiadać decydujące zdanie i dawać nam wskazówki, z których my zawsze korzystaliśmy.

Luiza: Jest dużo powietrza w zespole. Proszę się o to nie martwić (śmiech reszty). Nie jesteśmy trzymani pod kloszem (śmiech).

Powoli stajecie się zespołem EP-kowym – trzy EP-ki, jeden longplay. Czy można się spodziewać, że w najbliższej przyszłości te proporcje zostaną zbalansowane?

Kuba: Mamy ochotę nagrać płytę i mamy materiał. To trochę kosztuje, ale też nie tak dużo, jak jeszcze kilka lat temu. Ceny spadły i my też zaczęliśmy pracować, więc jesteśmy w stanie finansować bieżące potrzeby. Teraz jesteśmy na pewno nieco zmęczeni procesem wydawniczym i nagraniami, ale piosenki się piszą i się robią, więc będzie trzeba jakoś je spożytkować. Pozycja EP-ki jest fajna, ponieważ ciągle szukamy swojej szansy – łatwiej jest rzucić swoje siły na cztery utwory i spróbować nimi powalczyć, bo tak naprawdę wydawnictwo ciągną – powiedzmy – trzy kawałki, które można systematycznie i dobrze ogrywając pokazać w mediach. To też wynika z tego, że staramy się pokornie przyjąć swoją pozycję na scenie i widzieć, że nie ma sensu przeznaczać tyle czasu, sił i pieniędzy na nagranie długiej płyty, jeżeli nie nastąpi odpowiedni klimat do tego, żeby ta płyta się przyjęła. Widzimy też po przykładach KAMP! czy Brodki – prawdopodobnie za tym pójdzie jeszcze trochę znanych artystów, bo wśród niezależnych to jest dalej popularna forma – że można wydać EP-kę na wakacje, która będzie zawierała przebój lata i dostatecznie podtrzyma w głowach słuchaczy świadomość istnienia danego artysty oraz osiągnie swój efekt. Tzn. będzie np. dobrym wabikiem na koncerty.

A jeśli longplay, to w songwritingu wyznaczonym przez „Reisefieber”, czy to jeszcze bardziej ewoluuje? Bo Wy znacie te piosenki, nie znają ich słuchacze.

Agnieszka: Myślę, że ewolucja cały czas ma miejsce, to nie jest tak, że już stanęliśmy i będziemy tak stać, i cały czas się tego trzymać. Po tych numerach, które teraz gramy, myślę, że ewolucja cały czas jest.

Jakie są Wasze oczekiwania wobec Plug&Play?

Wojtek: Chciałem to powiedzieć, przy wcześniejszym pytaniu. Czuję się dobrze w tym zespole, trochę zaczyna się wkradać taka monotonia, że cały czas jest fajnie, no. Nie myślę za bardzo o przyszłości, przychodzę grać, pracowanie z tymi ludźmi jest dla mnie wielką przyjemnością. Nie wybiegam za bardzo do przodu, skupiam się na tym, żeby równo zagrać (śmiech).

Maciek: Chciałbym wydać tego longplaya, i jeszcze kolejnego, i jeszcze kolejną EP-kę. Także robić dużo, często, jak najwięcej grać, bo to chyba wszyscy lubimy – granie koncertów jest lepsze niż prób.

Wojtek: Trzeba oddać dwa równe skoki, to jest najważniejsze.

Maciek: Tak (śmiech). Ja np. w Plug&Play gram częściej koncerty niż z innymi swoimi zespołami, więc chciałbym, żeby ich było jak najwięcej i myślę, że wszyscy mają takie podejście – żeby grać dla ludzi, a nie tylko w ciasnej sali prób.

Luiza: Pieniądze i sława (śmiech). A tak serio, to granie w tym zespole bardzo, bardzo mnie rozwija, to jest jeden z porządniejszych kopów, które dostaję ostatnio w życiu i chciałabym płynąć na tej fali – granie koncertów, tworzenie muzyki, uczenie się nowych rzeczy. To jest to, to jest to główne oczekiwanie.

Agnieszka: Nie powiem tu już niczego nowego, powtórzę to, co już stwierdzili wcześniej moi przedmówcy – granie koncertów jest fantastyczną chwilą, bo wtedy jest konfrontacja pomiędzy tym, co robimy a odbiorcami. Bo oprócz tego, że robimy to dla siebie, gramy też dla ludzi. Także koncerty, koncerty, pieniądze, sława, tak jak Lu powiedziała, i dla mnie to też jest wielki rozwój, wewnętrzny i zewnętrzny (śmiech).

Kuba: Na początku myślę, że u kogoś, kto zakłada lub gra w zespole, największym marzeniem jest utrzymywanie się z tego – połączenie swojej pasji z pracą i zarobkiem to jest najlepsze, co się może w życiu wydarzyć, jeśli chodzi o prozę życia. To jest sfera marzeń, to nie jest tak, że ja oczekuję tego od Plug&Play, bo gdybym tego oczekiwał od swojego zespołu, pewnie też bym troszeczkę inaczej postępował. Większy nacisk kładlibyśmy na marketing, dużo bardziej chcielibyśmy zaistnieć, być może zrobilibyśmy pewne ruchy, których nie wykonujemy, gdzieś byśmy się podłożyli dużo bardziej – telewizja, talent show, gdzie można by szukać swojej szansy. No ale mamy jakąś tam wyznaczoną drogę i dobrze, jak się to wydarzy po naszemu. Przypomniało mi się, jak zadałeś to pytanie, że jeden z instrumentalistów odchodzących z Plug&Play kilka lat temu powiedział mi, że bardzo go męczy i jest dla niego bardzo dyskomfortowe to, iż zaczyna być postrzegany jako muzyk Plug&Play. Że chce być człowiekiem, który jest odbierany poprzez całe swoje życie czy całą swoją aktywność, przez to, co tworzy, a nie tylko tę działkę, którą uprawia w zespole. Ja wtedy sobie uświadomiłem, że mam odwrotnie – chciałbym być człowiekiem, który byłby szeroko identyfikowany jako muzyk Plug&Play. Żeby Plug&Play dało mi tą możliwość dookreślenia siebie, bo to jest póki co największa i najlepsza rzecz, którą udało mi się zrobić w życiu. Wcale mnie ten kontekst nie męczy, wręcz przeciwnie – czuję, że mnie nobilituje, oczywiście dzięki wszystkim, z którymi mogłem i mogę to robić.

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with muzyka alternatywna at .