Najlepsze płyty 2013

3 stycznia 2014 § Dodaj komentarz

coollogo_com-22166803

Gdy myślę o minionych dwunastu miesiącach, różne rzecz przychodzą mi do głowy. Tylko początkowo udało mi się zrealizować ideę „schowania się” – komentowania w nietypowy sposób, niekoniecznie w pierwszej osobie, co pomogłoby mi złapać trochę oddechu i spojrzeć na blogowanie z innej perspektywy, a czytelnikowi pozostawić więcej miejsca na własną refleksję. Bezpośrednio z tym związany pomysł, by zagraniczni słuchacze wypowiadali się na temat polskich płyt (im bardziej rdzennych, tym lepiej), po nieudanym starcie samoistnie wypadł z obiegu. Ale za to wspólnymi siłami w ramach Music Alliance Pactu udawało nam się promować nasz kraj na niwie międzynarodowej – dziękuję wszystkim, którzy się zaangażowali. Patrząc na tegoroczne statystyki, rzuca się w oczy dominacja biało-czerwonych. Można toczyć debaty „oryginalny wkład rodzimych muzyków vs. uniformizacja”, ale nie da się zaprzeczyć, że po latach odstawania, artystycznie dogoniliśmy Zachód. Gorzej jest z wymiarem promocyjnym i czysto zarobkowym, bo tutaj prawie jak w polskim dziennikarstwie muzycznym. Co do tego ostatniego – znikamy, tzn. osoby z mojego pokolenia, więc być może niedługo o płytach i piosenkach lepiej będzie prowadzić rozmowy na GG, skoro i tak coraz bardziej piszemy dla siebie samych? W każdym razie pytanie o aspekt misyjny pozostaje aktualne, choć da się też na ten problem spojrzeć z pozytywnej strony. Mam na myśli to, że dziennikarze muzyczny nie są potrzebni, bo słuchacze mając coraz bardziej bogate gusta edukują się sami. Czyli coś dobrego jednak udało nam się zrobić. W świecie, w którym ilość propozycji kulturalno-rozrywkowych wyrasta ponad możliwości percepcyjne człowieka, a liczba aktywności dnia codziennego podaje nam ofertę „życia na cały etat”, sam zastanawiam się, w którym miejscu znajdę się niedługo. Póki co dzięki dla każdego, kto w jakiś sposób był ze mną w 2013 r. poprzez moje pisanie – czytając, komentując, dyskutując pozablogowo czy po prostu dobrze życząc.

ASAP Rocky - Long Live ASAP10. A$AP Rocky „LONG.LIVE.A$AP”

Świetne flow, nieortodoksyjność Rocky’ego jako rapera objawiająca się np. w podśpiewywaniu, mistrzowskie podkłady (poza tym od Skrillexa), interesujący zestaw gości, dość duża rozpiętość inspiracji i ostateczne kupienie sobie alternatywnego słuchacza występem Florence Welch w wersji deluxe longplaya. To mogłaby być naprawdę mocna płyta, która tym samym pofrunęłaby dużo wyżej w zestawieniu. Czemu się więc tak nie stało? Bo A$AP Rocky zbyt często formułuje przekaz o wartości zbliżonej do zera. Oczywiście, jestem w stanie pojąć, że dla ziomków z Harlemu, gdzie wychował się Mayers, jego teksty mogą być silną stroną „LONG.LIVE.A$AP”, ale ja osobiście pozwalam sobie nie utożsamiać się ze zgromadzoną tutaj hedonką. Szkoda, bo raper o imieniu nota bene Rakim wydaje się nie być pozbawionym inteligencji gościem i kiedy staje się refleksyjny jak w „Phoenix”, pokazuje, że jest w stanie nagrywać dużo większe rzeczy.

Sally Shapiro Somewhere Else9. Sally Shapiro „Somewhere Else”

Lepiej późno, niż wcale. Nie zrobiłem tego w 2006 roku, nie zrobiłem w 2009, więc dopiero w 2013 longplay Szwedki wylądował na liście najlepszych płyt w skali dwunastu miesięcy. To zdeczka niesamowite, że czas płynie, a od Sally Shapiro nadal bije dziewczęcość. W ten sposób kolejna już fala słuchaczy może odkryć bezpretensjonalny synthpop w wykonaniu wokalistki i Johana Agebjörna, duetu, który jak wiemy, nie koncertuje, co czyni go zjawiskiem unikatowym. „Ale po co?”, spytacie moje dziadki. Choćby po to, żeby odkryć, że słuszna jest intuicja stojąca za poglądem, iż korzeni chillwave’u należy szukać w Italo disco, o czym można się przekonać słuchając „I Dream With An Angel Tonight” i „Sundown”. Bo „What Can I Do”, „Starman”, „This City’s Local Italo Disco DJ Has A Crush On Me”, „If It Doesn’t Rain” wpadają w ucho, a „All My Life” to już rasowy banger. Bo wreszcie za sprawą krążka „Somewhere Else” można uwierzyć, że Sally czas się nie ima, a skoro jej pierwsze wydawnictwa przypadają także na naszą młodość, może i nam uda się załapać. Choćby na te przeszło 40 min. i tylko iluzorycznie.

inc No World8. inc. „No World”

Można odnieść wrażenie, że R’n’B i soul w drugiej połowie lat 90. skręciły w plastikowe, cukierkowe, komercyjne i zbanalizowane granie, uprzednio będąc czymś innym – faktycznie muzyką z duszą. Niewykluczone, że to mylne odczucie wynikające ze wspomnienia o tym, iż nim rozgłośniami zawładnął Timbaland, w takim MTV leciała często trudna (biorąc pod uwagę późniejszy kontekst) twórczość Sade. Refleksja, której przydałaby się weryfikacja – badacz lat 90. i tego typu dźwięków ma w tym miejscu pole do popisu. W każdym razie bracia Aged stojący za projektem inc. przywołują na „No World” ten idylliczny czas i przynajmniej dla części z nas spełniają pokładane w nich nadzieje lub część tych nadziei. Trochę szkoda, że najpiękniejszy i po prostu najlepszy fragment z ich ponownego podejścia do rynku muzycznego poznaliśmy już w zeszłym roku. Mowa oczywiście o „5 days”. Ale są jeszcze „Trust (Hell Below)”, „Lifetime” czy „Angel” i choć nie udało się muzykom z Los Angeles utrzymać najwyższego poziomu na przestrzeni całego „No World”, to Andrew wraz z Danielem udowadniają, że uduchowienie w muzyce może być cenniejsze niż prosta suma chwytliwych tracków.

Milcz Serce7. Milcz Serce „Nawyki/Kolizje”

No i przekonali się, jak to jest, gdy nie ma się parcia na szkło. Nie żeby to był jakoś mocno ciążący nad Milcz Serce zarzut – to ich życie artystyczne, ich wybory. Ktoś kto będzie chciał użyć zamiast „życie artystyczne” słowa „kariera”, znający poczynania tego zespołu, odczuje niestosowność tego określenia. Bo jaka to dziś kariera, gdy nie ma się kilka tysięcy lajków na Facebooku? Nie gra regularnie koncertów? Nie jest hajpowanym przez kolegów po fachu i branżę z lansowaniem przez nich piosenek włącznie? Rzucam te uwagi oczywiście z lekkim przekąsem, ale „to się nie może udać”, jakby ujął to Paweł Dunin-Wąsowicz. Wszystko pięknie, ale problem polega na tym, że opowiadające historię pewnego związku w czasie jednej doby „Nawyki/Kolizje” są oryginalną narracją na polskim rynku. Konsekwentnie z siebie wynikające kolejne utwory-opowieści na trackliście w swoim kolorycie muzycznym i z poetyckimi tekstami nie dają się ot tak zaklasyfikować do jakiegoś gatunku, przełknąć, a na końcu wyrzucić z pamięci tudzież do kosza na pulpicie. Tym bardziej szkoda i tym mocniej tenże rynek trochę się ośmiesza poprzez brak większego odzewu na „Nawyki/Kolizje”. Czy to coś zmieni, jeśli powiem, że debiutancki krążek Milcz Serce to jedyna rodzima propozycja w tym zestawieniu i co za tym idzie, moja płyta roku z Polski?

Julia Holter Loud City Song6. Julia Holter „Loud City Song”

Kiedyś stwierdziłem, że w momencie, gdy zacznę słuchać muzyki poważnej, będzie to oznaczało schyłek mojego zainteresowania muzyką. 2013 r. był czasem, gdy zacząłem totalnie poza swoim pisaniem sięgać po klasykę i choć nie stało się to za sprawą łączącej świat niezalu ze światem poważki Julii Holter, moja sympatia do „Loud City Song” jest w tym przypadku naturalną koleją rzeczą. Wystarczy posłuchać takich piosenek na trzecim longplayu Amerykanki jak „World”, „Maxim’s II” czy „He’s Running Through My Eyes”, by się przekonać o tym, skąd pochodzą inspiracje, a często i dosłowne nawiązania Holter. Ale na „Loud City Song” jest dużo więcej smaczków, bo co niby na nobliwym wydawnictwie robiłaby np. piosenka ewokująca podróż kabrioletem w słoneczny letni dzień wzdłuż nadmorskiego wybrzeża („This Is A True Heart”)? Recenzenci się zachwycili, ja winszuję z uznaniem i węszę nowy trend w świecie niezależnych dźwięków, choć tym razem niszowy. Wszak ilu artystów na dorobku stać dziś na taką wirtuozerię, dodatkowo zharmonizowaną z muzyczną wyobraźnią?

classixx5. Classixx „Hanging Gardens”

Nie da się ukryć, że płyta „Hanging Gardens” jest czysto użytkowym longplayem. Ale tak jak owoce mają służyć człowiekowi, tak i w tym ogrodzie znajdziemy różne okazy. Będą to eightiesy („Borderline”), wczesne ninetiesy („Jozi’s Fire”), lata 80. mieszające się z klubowymi brzmieniami przełomu XX i XXI w. („All You’re Waiting For”), późniejsze czasowo dyskoteki („Holding On”), wreszcie wynalazki ostatnich lat – Balearic („A Fax From The Beach”) oraz chillwave („Long Lost”, „Dominoes”). Dopiero po powyższej konstatacji uświadomiłem sobie, że to co z perspektywy słuchacza kojarzyć się będzie z niespójnością materiału, w oczach stojących za Classixx Michaela Davia i Tylera Blake’a może wydawać się jak najbardziej właściwe – „Hanging Gardens” pomyślane jako mieniący się różnymi barwami set DJ-ski? W przypadku gości, którzy znają życie za konsoletą, wydaje się to całkiem prawdopodobne.

Daft Punk - Random Access Memories4. Daft Punk „Random Access Memories”

Ciekawe, czy „Random Access Memories” doczeka się rehabilitacji przez część polskiej branży, tak jak „Discovery” zrehabilitował Pitchfork (ocena 6.4 na 10 w momencie premiery w 2001 r., trzecie miejsce na liście najlepszych płyt pierwszej dekady XXI w. pod koniec 2009)? Bo ostatnia płyta Daft Punk jest przypadkiem osobliwym – pokochana przez tzw. zwykłych słuchaczy i wysoko oceniania przez zagranicznych recenzentów (przez część naszych również), dezawuowana w rodzimym indie światku. W tym miejscu zasadnym będzie spytać o to, czego tak naprawdę oczekiwała część osób po artystach, którzy niegdyś dosyć nieskromnie bazowali na cudzej twórczości? To był casus chwalonego przecież „Discovery”, podskórnie niepokojąco pulsuje też pytanie drugie – czy gdyby pominąć wartość nostalgiczną longplaya z 2001 r. (wiadomo, dla części z nas tamte piosenki kojarzą się z czasami szkolnymi lub wczesnymi latami studiów), to czy… Tymczasem „Random Access Memories” jest wielce udanym materiałem, którego wymiar być może nieświadomie ujął wypowiadający się na początku czwartego utworu na trackliście Giorgio Moroder: „I want to do an album with the sounds of the fifties, the sounds of the sixties, of seventies and then a sound of the future”. Co prawda nie mam poczucia, że usłyszeliśmy na czwartym longplayu Daft Punk przyszłość, ale jako pokłon oddany całej dotychczasowej muzyce, „Random Access Memories” sprawdza się znakomicie, a nawet wzrusza.

teslaboy3. Tesla Boy „The Universe Made Of Darkness”

W 2009 r. pewnie nawet Kuba Ambrożewski, który odkrywał Tesla Boy dla Polski, nie przypuszczał, że parę lat później honoru wysmakowanego popu będzie bronić kwartet z Moskwy, a o Tigercity słuch zaginie. Tam jednak gdzie Amerykanie serwowali gatunkowy blend spod znaku Halla & Oatesa (soul, R’n’B, funk, rock, electropop), Rosjanie idą dalej. „The Universe Made Of Darkness” to nie tylko silnie wyeksponowane syntezatory, nie tylko przyprawy z wymienionych wyżej gatunków – to także muzyka ilustracyjna, którą można by uznać za rzecz rodem z oldschoolowych filmowych soundtracków („Saturn – Interlude”), a na sam koniec regularna dyskoteka wyrwana z lat 90. I choć głównym walorem longplaya Tesla Boy jest to, że ma on po prostu sprawiać przyjemność, to słuchając uważnie zamykającego krążek „1991” odkrywamy, że panowie chcą nam jeszcze coś pouczającego przekazać. A to już wartość dodana.

st-lucia-when-the-night2. St. Lucia „When The Night”

Obecność na mojej liście debiutanckiego longplaya urodzonego w RPA muzyka jest nie tylko oddaniem jemu samemu, co należne za to, co znalazło się na niebywale równym i zwyczajnie dobrym „When The Night”. To także zaakcentowanie tego, że 2013 był dla mnie rokiem zachwycania się wybornym songwritingiem z okresu wczesnej solowej kariery Phila Collinsa, i to właśnie stojący za projektem St. Lucia Jean-Philip Grobler sprawił, że zainteresowałem się bliżej tematem. Naturalne wynikanie – wszak piosenki takie jak „Elevate”, „When The Night”, „The Way You Remeber Me”, „The Night Comes Again” brzmią jak żywcem wyjęte z epoki kremowych garniturów i koszul Jamesa „Sonny’ego” Crocketta oraz Ricardo „Rico” Tubbsa, a gdy do tych wszystkich syntezatorów, funków i saksofonów dodać Afropop w „Wait For Love”, wzruszenie „All Eyes On You” oraz tańce z „September” i „Too Close”, bogactwo smaków zebranych na płycie „When The Night” może zakręcić w głowie. Na nasze wielkie szczęście na drugi dzień obędzie się bez jej bólu, więc powroty będą tym milsze.

Justin Timberlake "The 20/20 Experience"1. Justin Timberlake „The 20/20 Experience”

Zaraz, tyle odliczania i na końcu wygrywa pop?!”. Zanim zamknięcie ze zdegustowaniem klapy od swoich laptopów, pozwólcie, że wytłumaczę wszystko precyzyjnie. Racjonalnie rzecz ujmując, matematycznie „The 20/20 Experience” to jednocześnie najrówniejsza i najbardziej przebojowa płyta 2013 roku. Emocjonalnie – od razu do mnie trafiła, w dużej mierze za sprawą idealnie wyważonego połączenia dorobku czarnej muzyki i popu, a jak wiadomo, gdy emocje biorą górę, wszelkie rachuby są odłożone na później. Tak się jednak składa, że w przypadku trzeciego longplaya amerykańskiego artysty oba wspomniane wymiary się zgadzają, więc zwycięzca mógł być tylko jeden (choć pod koniec wyścigu zbliżył się do niego St. Lucia). Pewną rysą na formie JT w 2013 r. jest druga część „The 20/20 Experience” – gdy już myśleliśmy, że wreszcie nauczył się trzymać wysoko zawieszoną poprzeczkę na przestrzeni całego materiału, kojarzona przez niego samego z wydaną u schyłku zimy płytą odsłona jesienna jest niepotrzebnym nikomu – ani nam, ani jemu – zdarzeniem. Nie da się też ukryć, że znacznie lepiej „The 20/20 Experience” odczytuje się jako manifestację szczęśliwej miłości, którą osiągnął Timberlake, niż jako zbanalizowaną narrację klubowego bawidamka, która też gdzieś się przewija. Na końcu jednak i tak zostajemy z piosenkami i z tym, że część z nas ruszy w tany przy „Suit & Tie”, „Don’t Hold The Wall” i „Let The Groove Get In”, część będzie zachwycać się wysmakowanym brzmieniem „Strawberry Bubblegum”, „Pusher Love Girl” i „That Girl”, a część zwyczajnie się popłacze przy „Mirrors”. Tyle wystarczyło, by w 2013 r. zdobyć złoty medal.

Zagraniczne rozmaitości (13) – Julia Holter, Forest Swords, Fire! Orchestra, Thundercat

19 grudnia 2013 § Dodaj komentarz

Na zakończenie 2013 zagraniczne rozmaitości również z „13” w tytule. Zanim umieszczę na blogu listy roczne, chciałbym nadrobić zaległości i powiedzieć o płytach, o których od kilku miesięcy opowiedzieć mi się nie udało, a które znalazły się w puli krążków do zestawienia najlepszych longplayów. 90% miejsc jest już raczej zajętych, o Daft Punk, tu nie pasujących, było poprzednio, Wam pozostawiam domysły, co z tego znajdzie się w finalnej dziesiątce. Każdy z wymienionych albumów zasługiwał na osobne potraktowanie, mowa o unikatowych zjawiskach, ale nie ma co kryć – w tym roku pisaniu o muzyce z racji innych aktywności musiałem poświęcić mniej miejsca.

Julia Holter Loud City SongJulia Holter „Loud City Song”

Kto wie, być może to jest właśnie przyszłość muzyki niezależnej? Pierwszy przyczółek w zeszłym roku zdobyli już Grizzly Bear, a Julia Holter przeprowadziła na „Loud City Song” regularny desant, gdzie barwy alternatywy przemieszały się z barwami muzyki poważnej, bo o ten zabieg konkretnie mi chodzi. Weźmy charakterystyczną właśnie dla klasyki cudowną ornamentykę dla wokalu Julii na początku „World”. Weźmy budzącą respekt masywność „Maxim’s I”, spójrzmy na naturalnie narzucające się nawiązanie do klasycznych pianistów lub kompozytorów w postaci „He’s Running Through My Eyes” czy wyostrzmy słuch na ciche orkiestracje w „Maxim’s II”. Z drugiej strony mamy elementy kierujące nas raczej w stronę jazzu jak w drugiej połowie „City Appearing” czy „In The Green Wild”, piosenki popularnej (zwiewne „This Is A True Heart”) i ambientu („Hello Stranger”). Maniera aktorska w śpiewie Julii Holter może irytować przez swoją dosłowność, ale też trzeba przyznać, że do utworów zebranych na „Loud City Song” pasuje idealnie, zresztą Amerykanka nie przesadza z jej stosowaniem. Na koniec anegdota – rok temu, przy okazji pozablogowego podsumowania, słuchałem poprzedniego longplaya artystki, „Ekstasis”. Jako że ogólnego materiału do przerobienia w postaci płyt miałem sporo, po pierwszym zapoznaniu się z twórczością Holter, uznałem ją za nudną i oceniłem nieentuzjastycznie. „Cóż więcej można dodać, wszyscy widzieliśmy przebieg meczu, musimy teraz wyciągnąć wnioski”.

Forest Swords - EngravingsForest Swords „Engravings”

Nie byle jaka to sztuka mieć po dwóch EP-kach, na wysokości debiutanckiego longplaya, unikatowy w skali muzycznego świata i rozpoznawalny wizerunek. I jakkolwiek pretensjonalnie by to nie zabrzmiało, ten w wykonaniu Forest Swords kieruje nasze wyobrażenia jednoznacznie do Kraju Kwitnącej Wiśni, w czasy samurajskie. Nic dziwnego, stojący za projektem angielski (sic!) producent Matthew Barnes myśli obrazami – jest zawodowym grafikiem, który sztuki wizualne wymienia wśród swoich inspiracji, a gdy dodać do tego orientalne wstawki w jego utworach, (spójny) design okładek czy mistyczny klimat spowijający kompozycje, nie pozostaje wiele miejsca na własną interpretację. Ale w tym przypadku, to się chwali, tym bardziej, że koncept jest frapujący, a w świecie, w którym wydaje się, że nagrano już wszystko, świeży. Słuchając dumnego „The Weight Of Gold”, pociągniętego zamaszystymi fakturami rodem z konsol 8-bitowych „Ljoss” czy wirujących ostrz w „Irby Tremor”, można wysnuć obawę, iż projekt Anglika chwyta, póki działa efekt nowości, jego hermetyczność jednak może stać się w przyszłości bronią obosieczną. No i co gorsza – ile klonów Matthew Barnesa będziemy wkrótce słuchać? To zmartwienie dnia jutrzejszego, póki co mgła spowiła las z mieczami, warto podjąć jeden z nich i sprawdzić, co się pod nim znajduje.

Fire! Orchestra - Exit!Fire! Orchestra „Exit!”

Paweł Franczak twierdzi, że świadome słuchanie muzyki poważnej potrafi wywołać fizyczne zmęczenie. Jeśli tak, to chciałoby się rzec, iż po wybrzmieniu ostatniego taktu na „Exit!”, swój T-shirt można wyżymać z potu. Płyta będąca owocem współpracy saksofonisty Matsa Gustafssona, basisty Johana Berthlinga, perkusisty Andreasa Werliina z wokalistami, szwedzkimi jazzmanami i… tekstem Arnolda de Boera z The Ex jest nie tyle już propozycją dla wytrwałych, co odpornych. Jest to zapis koncertu na awangardowej scenie Fylkingen, gdzie w styczniu 2012 r. spotkało się aż 28 muzyków razem tworzących skład Fire! Orchestra („podstawowe” Fire! to wymieniona na wstępie trójka plus goście). Efekt końcowy stanowi szokująca miejscami mieszanka free jazzu, krautrocka, atonalnych wokaliz i liryki opisującej poruszanie się po tajemniczym budynku, raz to gorączkowe, raz to dające za wygraną. Tym samym pomieszczenie staje się metaforą osaczenia i słuchacz może odnieść wrażenie, że wcale nie chodzi o wolno stojący obiekt, ale o zapis stanu paranoicznego umysłu. „Exit!” z racji swojej formy raczej nie jest pozycją, po którą sięga się często, zresztą trzeba też uczciwie zaznaczyć, iż krążek Fire! Orchestra nie ustrzegł się męczącej dłużyzny przy samym finiszu nagrania – nawet jeśli uznać końcowe wokale za odzwierciedlenie upadku w szaleństwo podmiotu lirycznego, mogłyby być one o te kilka minut krótsze, bo w pewnym momencie po prostu zaczynają nużyć. Nie zmienia to faktu, że to płyta w przeważającej części udana, choć nie dla każdego.

Thundercat - ApocalypseThundercat „Apocalypse”

Gdy pisałem o ostatnim efekcie solowej współpracy Thundercata z Flying Lotusem, stwierdziłem, że to czarna muzyka przyszłości i wszystko jest możliwe. Szkoda, że tym możliwym okazało się niezrobienie od czasów „The Golden Age Of Apocalypse” wyraźnego kroku naprzód (gdy zaś chodzi o Lotusa, „Until The Quiet Comes” było na tle longplaya „Cosmogramma” krokiem wstecz). Nie słyszę na „Apocalypse” nic, czego bym nie słyszał już na poprzednim krążku Stephena Brunera z 2011 roku, co więcej, z perspektywy dwóch płyt widać wyraźnie, że największą bolączką kaskaderskiego basisty obdarzonego anielskim wokalem jest utrzymanie na przestrzeni całego wydawnictwa spójności i wysokiego poziomu, który sam sobie wyznacza pojedynczymi utworami. Tak jak na „The Golden Age Of Apocalypse” wyróżniały się „For Love (I Come Your Friend)”, „Seasons” czy „Fleer Ultra”, tak i na „Apocalypse” można wskazać liderów. To będzie choćby największy na dzień dzisiejszy autorski przebój Thundercata, „Heartbreaks + Setbacks”, opener w postaci „Tenfold”, który brzmi jak introdukcja wielkiej płyty lub schowane pod ostatnim indeksem pożegnanie zmarłego w zeszłym roku przyjaciela, Austina Peralty, najzwyczajniej w świecie wyciskające łzy z oczu (czy można sobie wyobrazić bardziej poruszające wyznanie wiary niż to, gdy Bruner śpiewa „I know I will see you again in another life / Thank you for sharing love and your light / Though we say goodbye / We will say hallo again”?). Pozostałe utwory, w których mieszają się wątki życia, śmierci, nadziei, to poziom, którego wielu współczesnych artystów nie dosięga, ale na tle najwyżej punktujących dokonań Thundercata i Flying Lotusa, wydają się zwyczajnymi. Mówimy o dwóch wizjonerach, stąd moje kręcenie nosem.

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Loud City Song at .