Najlepsze płyty 2013

3 stycznia 2014 § Dodaj komentarz

coollogo_com-22166803

Gdy myślę o minionych dwunastu miesiącach, różne rzecz przychodzą mi do głowy. Tylko początkowo udało mi się zrealizować ideę „schowania się” – komentowania w nietypowy sposób, niekoniecznie w pierwszej osobie, co pomogłoby mi złapać trochę oddechu i spojrzeć na blogowanie z innej perspektywy, a czytelnikowi pozostawić więcej miejsca na własną refleksję. Bezpośrednio z tym związany pomysł, by zagraniczni słuchacze wypowiadali się na temat polskich płyt (im bardziej rdzennych, tym lepiej), po nieudanym starcie samoistnie wypadł z obiegu. Ale za to wspólnymi siłami w ramach Music Alliance Pactu udawało nam się promować nasz kraj na niwie międzynarodowej – dziękuję wszystkim, którzy się zaangażowali. Patrząc na tegoroczne statystyki, rzuca się w oczy dominacja biało-czerwonych. Można toczyć debaty „oryginalny wkład rodzimych muzyków vs. uniformizacja”, ale nie da się zaprzeczyć, że po latach odstawania, artystycznie dogoniliśmy Zachód. Gorzej jest z wymiarem promocyjnym i czysto zarobkowym, bo tutaj prawie jak w polskim dziennikarstwie muzycznym. Co do tego ostatniego – znikamy, tzn. osoby z mojego pokolenia, więc być może niedługo o płytach i piosenkach lepiej będzie prowadzić rozmowy na GG, skoro i tak coraz bardziej piszemy dla siebie samych? W każdym razie pytanie o aspekt misyjny pozostaje aktualne, choć da się też na ten problem spojrzeć z pozytywnej strony. Mam na myśli to, że dziennikarze muzyczny nie są potrzebni, bo słuchacze mając coraz bardziej bogate gusta edukują się sami. Czyli coś dobrego jednak udało nam się zrobić. W świecie, w którym ilość propozycji kulturalno-rozrywkowych wyrasta ponad możliwości percepcyjne człowieka, a liczba aktywności dnia codziennego podaje nam ofertę „życia na cały etat”, sam zastanawiam się, w którym miejscu znajdę się niedługo. Póki co dzięki dla każdego, kto w jakiś sposób był ze mną w 2013 r. poprzez moje pisanie – czytając, komentując, dyskutując pozablogowo czy po prostu dobrze życząc.

ASAP Rocky - Long Live ASAP10. A$AP Rocky „LONG.LIVE.A$AP”

Świetne flow, nieortodoksyjność Rocky’ego jako rapera objawiająca się np. w podśpiewywaniu, mistrzowskie podkłady (poza tym od Skrillexa), interesujący zestaw gości, dość duża rozpiętość inspiracji i ostateczne kupienie sobie alternatywnego słuchacza występem Florence Welch w wersji deluxe longplaya. To mogłaby być naprawdę mocna płyta, która tym samym pofrunęłaby dużo wyżej w zestawieniu. Czemu się więc tak nie stało? Bo A$AP Rocky zbyt często formułuje przekaz o wartości zbliżonej do zera. Oczywiście, jestem w stanie pojąć, że dla ziomków z Harlemu, gdzie wychował się Mayers, jego teksty mogą być silną stroną „LONG.LIVE.A$AP”, ale ja osobiście pozwalam sobie nie utożsamiać się ze zgromadzoną tutaj hedonką. Szkoda, bo raper o imieniu nota bene Rakim wydaje się nie być pozbawionym inteligencji gościem i kiedy staje się refleksyjny jak w „Phoenix”, pokazuje, że jest w stanie nagrywać dużo większe rzeczy.

Sally Shapiro Somewhere Else9. Sally Shapiro „Somewhere Else”

Lepiej późno, niż wcale. Nie zrobiłem tego w 2006 roku, nie zrobiłem w 2009, więc dopiero w 2013 longplay Szwedki wylądował na liście najlepszych płyt w skali dwunastu miesięcy. To zdeczka niesamowite, że czas płynie, a od Sally Shapiro nadal bije dziewczęcość. W ten sposób kolejna już fala słuchaczy może odkryć bezpretensjonalny synthpop w wykonaniu wokalistki i Johana Agebjörna, duetu, który jak wiemy, nie koncertuje, co czyni go zjawiskiem unikatowym. „Ale po co?”, spytacie moje dziadki. Choćby po to, żeby odkryć, że słuszna jest intuicja stojąca za poglądem, iż korzeni chillwave’u należy szukać w Italo disco, o czym można się przekonać słuchając „I Dream With An Angel Tonight” i „Sundown”. Bo „What Can I Do”, „Starman”, „This City’s Local Italo Disco DJ Has A Crush On Me”, „If It Doesn’t Rain” wpadają w ucho, a „All My Life” to już rasowy banger. Bo wreszcie za sprawą krążka „Somewhere Else” można uwierzyć, że Sally czas się nie ima, a skoro jej pierwsze wydawnictwa przypadają także na naszą młodość, może i nam uda się załapać. Choćby na te przeszło 40 min. i tylko iluzorycznie.

inc No World8. inc. „No World”

Można odnieść wrażenie, że R’n’B i soul w drugiej połowie lat 90. skręciły w plastikowe, cukierkowe, komercyjne i zbanalizowane granie, uprzednio będąc czymś innym – faktycznie muzyką z duszą. Niewykluczone, że to mylne odczucie wynikające ze wspomnienia o tym, iż nim rozgłośniami zawładnął Timbaland, w takim MTV leciała często trudna (biorąc pod uwagę późniejszy kontekst) twórczość Sade. Refleksja, której przydałaby się weryfikacja – badacz lat 90. i tego typu dźwięków ma w tym miejscu pole do popisu. W każdym razie bracia Aged stojący za projektem inc. przywołują na „No World” ten idylliczny czas i przynajmniej dla części z nas spełniają pokładane w nich nadzieje lub część tych nadziei. Trochę szkoda, że najpiękniejszy i po prostu najlepszy fragment z ich ponownego podejścia do rynku muzycznego poznaliśmy już w zeszłym roku. Mowa oczywiście o „5 days”. Ale są jeszcze „Trust (Hell Below)”, „Lifetime” czy „Angel” i choć nie udało się muzykom z Los Angeles utrzymać najwyższego poziomu na przestrzeni całego „No World”, to Andrew wraz z Danielem udowadniają, że uduchowienie w muzyce może być cenniejsze niż prosta suma chwytliwych tracków.

Milcz Serce7. Milcz Serce „Nawyki/Kolizje”

No i przekonali się, jak to jest, gdy nie ma się parcia na szkło. Nie żeby to był jakoś mocno ciążący nad Milcz Serce zarzut – to ich życie artystyczne, ich wybory. Ktoś kto będzie chciał użyć zamiast „życie artystyczne” słowa „kariera”, znający poczynania tego zespołu, odczuje niestosowność tego określenia. Bo jaka to dziś kariera, gdy nie ma się kilka tysięcy lajków na Facebooku? Nie gra regularnie koncertów? Nie jest hajpowanym przez kolegów po fachu i branżę z lansowaniem przez nich piosenek włącznie? Rzucam te uwagi oczywiście z lekkim przekąsem, ale „to się nie może udać”, jakby ujął to Paweł Dunin-Wąsowicz. Wszystko pięknie, ale problem polega na tym, że opowiadające historię pewnego związku w czasie jednej doby „Nawyki/Kolizje” są oryginalną narracją na polskim rynku. Konsekwentnie z siebie wynikające kolejne utwory-opowieści na trackliście w swoim kolorycie muzycznym i z poetyckimi tekstami nie dają się ot tak zaklasyfikować do jakiegoś gatunku, przełknąć, a na końcu wyrzucić z pamięci tudzież do kosza na pulpicie. Tym bardziej szkoda i tym mocniej tenże rynek trochę się ośmiesza poprzez brak większego odzewu na „Nawyki/Kolizje”. Czy to coś zmieni, jeśli powiem, że debiutancki krążek Milcz Serce to jedyna rodzima propozycja w tym zestawieniu i co za tym idzie, moja płyta roku z Polski?

Julia Holter Loud City Song6. Julia Holter „Loud City Song”

Kiedyś stwierdziłem, że w momencie, gdy zacznę słuchać muzyki poważnej, będzie to oznaczało schyłek mojego zainteresowania muzyką. 2013 r. był czasem, gdy zacząłem totalnie poza swoim pisaniem sięgać po klasykę i choć nie stało się to za sprawą łączącej świat niezalu ze światem poważki Julii Holter, moja sympatia do „Loud City Song” jest w tym przypadku naturalną koleją rzeczą. Wystarczy posłuchać takich piosenek na trzecim longplayu Amerykanki jak „World”, „Maxim’s II” czy „He’s Running Through My Eyes”, by się przekonać o tym, skąd pochodzą inspiracje, a często i dosłowne nawiązania Holter. Ale na „Loud City Song” jest dużo więcej smaczków, bo co niby na nobliwym wydawnictwie robiłaby np. piosenka ewokująca podróż kabrioletem w słoneczny letni dzień wzdłuż nadmorskiego wybrzeża („This Is A True Heart”)? Recenzenci się zachwycili, ja winszuję z uznaniem i węszę nowy trend w świecie niezależnych dźwięków, choć tym razem niszowy. Wszak ilu artystów na dorobku stać dziś na taką wirtuozerię, dodatkowo zharmonizowaną z muzyczną wyobraźnią?

classixx5. Classixx „Hanging Gardens”

Nie da się ukryć, że płyta „Hanging Gardens” jest czysto użytkowym longplayem. Ale tak jak owoce mają służyć człowiekowi, tak i w tym ogrodzie znajdziemy różne okazy. Będą to eightiesy („Borderline”), wczesne ninetiesy („Jozi’s Fire”), lata 80. mieszające się z klubowymi brzmieniami przełomu XX i XXI w. („All You’re Waiting For”), późniejsze czasowo dyskoteki („Holding On”), wreszcie wynalazki ostatnich lat – Balearic („A Fax From The Beach”) oraz chillwave („Long Lost”, „Dominoes”). Dopiero po powyższej konstatacji uświadomiłem sobie, że to co z perspektywy słuchacza kojarzyć się będzie z niespójnością materiału, w oczach stojących za Classixx Michaela Davia i Tylera Blake’a może wydawać się jak najbardziej właściwe – „Hanging Gardens” pomyślane jako mieniący się różnymi barwami set DJ-ski? W przypadku gości, którzy znają życie za konsoletą, wydaje się to całkiem prawdopodobne.

Daft Punk - Random Access Memories4. Daft Punk „Random Access Memories”

Ciekawe, czy „Random Access Memories” doczeka się rehabilitacji przez część polskiej branży, tak jak „Discovery” zrehabilitował Pitchfork (ocena 6.4 na 10 w momencie premiery w 2001 r., trzecie miejsce na liście najlepszych płyt pierwszej dekady XXI w. pod koniec 2009)? Bo ostatnia płyta Daft Punk jest przypadkiem osobliwym – pokochana przez tzw. zwykłych słuchaczy i wysoko oceniania przez zagranicznych recenzentów (przez część naszych również), dezawuowana w rodzimym indie światku. W tym miejscu zasadnym będzie spytać o to, czego tak naprawdę oczekiwała część osób po artystach, którzy niegdyś dosyć nieskromnie bazowali na cudzej twórczości? To był casus chwalonego przecież „Discovery”, podskórnie niepokojąco pulsuje też pytanie drugie – czy gdyby pominąć wartość nostalgiczną longplaya z 2001 r. (wiadomo, dla części z nas tamte piosenki kojarzą się z czasami szkolnymi lub wczesnymi latami studiów), to czy… Tymczasem „Random Access Memories” jest wielce udanym materiałem, którego wymiar być może nieświadomie ujął wypowiadający się na początku czwartego utworu na trackliście Giorgio Moroder: „I want to do an album with the sounds of the fifties, the sounds of the sixties, of seventies and then a sound of the future”. Co prawda nie mam poczucia, że usłyszeliśmy na czwartym longplayu Daft Punk przyszłość, ale jako pokłon oddany całej dotychczasowej muzyce, „Random Access Memories” sprawdza się znakomicie, a nawet wzrusza.

teslaboy3. Tesla Boy „The Universe Made Of Darkness”

W 2009 r. pewnie nawet Kuba Ambrożewski, który odkrywał Tesla Boy dla Polski, nie przypuszczał, że parę lat później honoru wysmakowanego popu będzie bronić kwartet z Moskwy, a o Tigercity słuch zaginie. Tam jednak gdzie Amerykanie serwowali gatunkowy blend spod znaku Halla & Oatesa (soul, R’n’B, funk, rock, electropop), Rosjanie idą dalej. „The Universe Made Of Darkness” to nie tylko silnie wyeksponowane syntezatory, nie tylko przyprawy z wymienionych wyżej gatunków – to także muzyka ilustracyjna, którą można by uznać za rzecz rodem z oldschoolowych filmowych soundtracków („Saturn – Interlude”), a na sam koniec regularna dyskoteka wyrwana z lat 90. I choć głównym walorem longplaya Tesla Boy jest to, że ma on po prostu sprawiać przyjemność, to słuchając uważnie zamykającego krążek „1991” odkrywamy, że panowie chcą nam jeszcze coś pouczającego przekazać. A to już wartość dodana.

st-lucia-when-the-night2. St. Lucia „When The Night”

Obecność na mojej liście debiutanckiego longplaya urodzonego w RPA muzyka jest nie tylko oddaniem jemu samemu, co należne za to, co znalazło się na niebywale równym i zwyczajnie dobrym „When The Night”. To także zaakcentowanie tego, że 2013 był dla mnie rokiem zachwycania się wybornym songwritingiem z okresu wczesnej solowej kariery Phila Collinsa, i to właśnie stojący za projektem St. Lucia Jean-Philip Grobler sprawił, że zainteresowałem się bliżej tematem. Naturalne wynikanie – wszak piosenki takie jak „Elevate”, „When The Night”, „The Way You Remeber Me”, „The Night Comes Again” brzmią jak żywcem wyjęte z epoki kremowych garniturów i koszul Jamesa „Sonny’ego” Crocketta oraz Ricardo „Rico” Tubbsa, a gdy do tych wszystkich syntezatorów, funków i saksofonów dodać Afropop w „Wait For Love”, wzruszenie „All Eyes On You” oraz tańce z „September” i „Too Close”, bogactwo smaków zebranych na płycie „When The Night” może zakręcić w głowie. Na nasze wielkie szczęście na drugi dzień obędzie się bez jej bólu, więc powroty będą tym milsze.

Justin Timberlake "The 20/20 Experience"1. Justin Timberlake „The 20/20 Experience”

Zaraz, tyle odliczania i na końcu wygrywa pop?!”. Zanim zamknięcie ze zdegustowaniem klapy od swoich laptopów, pozwólcie, że wytłumaczę wszystko precyzyjnie. Racjonalnie rzecz ujmując, matematycznie „The 20/20 Experience” to jednocześnie najrówniejsza i najbardziej przebojowa płyta 2013 roku. Emocjonalnie – od razu do mnie trafiła, w dużej mierze za sprawą idealnie wyważonego połączenia dorobku czarnej muzyki i popu, a jak wiadomo, gdy emocje biorą górę, wszelkie rachuby są odłożone na później. Tak się jednak składa, że w przypadku trzeciego longplaya amerykańskiego artysty oba wspomniane wymiary się zgadzają, więc zwycięzca mógł być tylko jeden (choć pod koniec wyścigu zbliżył się do niego St. Lucia). Pewną rysą na formie JT w 2013 r. jest druga część „The 20/20 Experience” – gdy już myśleliśmy, że wreszcie nauczył się trzymać wysoko zawieszoną poprzeczkę na przestrzeni całego materiału, kojarzona przez niego samego z wydaną u schyłku zimy płytą odsłona jesienna jest niepotrzebnym nikomu – ani nam, ani jemu – zdarzeniem. Nie da się też ukryć, że znacznie lepiej „The 20/20 Experience” odczytuje się jako manifestację szczęśliwej miłości, którą osiągnął Timberlake, niż jako zbanalizowaną narrację klubowego bawidamka, która też gdzieś się przewija. Na końcu jednak i tak zostajemy z piosenkami i z tym, że część z nas ruszy w tany przy „Suit & Tie”, „Don’t Hold The Wall” i „Let The Groove Get In”, część będzie zachwycać się wysmakowanym brzmieniem „Strawberry Bubblegum”, „Pusher Love Girl” i „That Girl”, a część zwyczajnie się popłacze przy „Mirrors”. Tyle wystarczyło, by w 2013 r. zdobyć złoty medal.

Najlepsze piosenki 2013

2 stycznia 2014 § Dodaj komentarz

coollogo_com-13724504

Patrzę na listę moich ulubionych utworów w 2013 r. i mam ambiwalentne odczucia. Nie, nie chodzi o ich poziom – wszystkie prezentują wysoki. Ale mam świadomość, że poza złotym medalem i obecnością na podium polskiego reprezentanta (wybór rozstrzygał się między srebrem a brązem), wszystkie miejsca są negocjowalne, ba, dobór artystów do ostatnich lokat także. Myślę też o faworytach, którzy jak się okazuje, nie są raz na zawsze przypisani do finałowej dwudziestki i mogą poza nią wylecieć wskutek ustępowania innym pod względem biegłości songwriterskiej. Tak było w tym roku. Wreszcie niepokoi fakt, że te (podkreślam) świetne z osobna piosenki w znakomitej większości bazują na muzycznym recyklingu, które to zjawisko trzeba potraktować szerzej i odnieść do współczesnych dzieł w ogóle. Jeśli jakiś czytelnik udowodni, że to jedynie moje starzenie się oraz pogoń za dobrze znanym ułożyły tę listę, skutek okaże się przyczyną. Mam jednak poczucie, że „my tu na Zachodzie” zabrnęliśmy w ślepy zaułek i w 2013 r. nie chodziło o pisanie nowych rozdziałów, ale przede wszystkim miało nam być przyjemnie. Zasadność tej tezy może każdy zweryfikować samodzielnie klikając w ten link lub odnośniki w tytułach poszczególnych piosenek.

20. Sally Shapiro „I Dream With An Angel Tonight”

Sally Shapiro_fot. Linnea Helmersson

fot. Linnea Helmersson

Kolejny po prostu sympatyczny kawałek od Szwedki? Nie do końca. Z niosącym się morską bryzą motywem, który pojawia się w trzeciej minucie, nostalgiczne „I Dream With An Angel Tonight” zajmuje miejsce łącznika pomiędzy Italo disco a chillwavem.

19. Ifi Ude „ArkTika”

Ifi Ude

Czwarty kawałek na debiutanckiej płycie Polko-Nigeryjki na tle pozostałych kompozycji tam zebranych dobitnie uświadamia, jak bardzo potrzebny jest jej dobry producent. Gdy talent kompozytorski spotyka się z wyczuciem producenckim artystki, stać ją na dużo.

18. Deerhunter „Monomania”

Deerhunter_fot. Robert Semmer

fot. Robert Semmer

I jest czarny koń podsumowania. Tym razem Bradford, Lockett i spółka mieli się nie załapać, w ogóle, na żadną z dwóch najważniejszych list. Ale gdy przyszedł czas układania tej piosenkowej, neurotyczna, tonącą w gitarowym rzężeniu końcówka „Monomanii”, rzecz najbardziej wybijająca się od pierwszego odsłuchu na piątym-szóstym longplayu Deerhuntera, zabrała całą kompozycję na miejsce 18. Nadal potrafią wywołać ciarki.

17. BOKKA „K&B”

BOKKA_fot. Darek Ozdoba

fot. Darek Ozdoba

BOKKA wywołuje u niektórych osób efekt wyparcia. Zarzuca się im wtórność, mierny poziom songwriterski, szydzi i przemilcza fakt, że wreszcie jakiś polski wykonawca (pomijając recenzję płyty Jacaszka „Glimmer”, dystrybuowanej przez amerykańskie Ghostly, i post-OFF-owy zbiorczy feature o rodzimych artystach) pojawił się na Pitchforku, nawet jeśli ów serwis stracił już na jakości, a obecność BOKKI, zresztą z innym numerem niż „K&B”, szybko można uzasadnić trafieniem w redaktorski gust. Co z tego, skoro moje miejsce 17. jest niesamowicie nośnym kawałkiem i co ważne, nie odstaje spektakularnie poziomem od reszty debiutanckiej płyty tria? Jeśli to jest powód do krytyki, to zdecydowanie mam ciekawsze zajęcia niż angażowanie się w taką dyskusję…

16. Karri „Hurry Up”

fot. Klaudia Bis

fot. Klaudia Bis

Hurry Up” funkcjonuje trochę jako druga strona tego samego, skandynawsko-labelowego medalu co „K&B” – tam gdzie BOKKA wygrywa wyrazistością i szturmowaniem głośników, Kari wybiera rozłożenie akcentów, pastelowość, kruchość i piękno. Jak się okazuje, nawet w takiej sytuacji można przemycić całkiem chwytliwy refren.

15. Tesla Boy „1991”

Tesla Boy

Tytuł mówi sam za siebie. „1991” można potraktować jako kompozycję napisaną z przymrużeniem oka, hołd dla epoki parkietowych przebojów z wokalami czarnych piosenkarek lub jako najzupełniej adekwatny, inteligentny dowcip i komentarz do słów, które tu padają: „Don’t look behind / Your lfe will never, never be the same again / You’ve got to believe it”. Wyszedł hit, co ciekawe, songwritersko średnio korespondujący z tym, co przygotowali Tesla Boy na pozostałych trackach na „The Universe Made Of Darkness”.

14. Plug&Play „Brand New Day”

fot. Gosia Nierodzińska

fot. Gosia Nierodzińska

Najbardziej radykalny przykład zmian w obozie Plug&Play. „Brand New Day” ciężko uznać po prostu za przejaw inspiracji tymi, którymi zespół Kuby Majsieja faktycznie się inspiruje, czyli Foals i Yeasayer – ten kawałek idzie dużo dalej. Delikatnie zarysowana gitara, klawiszowe plamy, męsko-damski wokalny dialog, solówka na saksofonie i tematyka dotyczące małych szczęść dnia codziennego. Wiemy, że na świecie post-punkowcy dekady lat 80. przesiadali się na bardziej popowe brzmienia, ale w Polsce w ostatnich latach w obrębie nowofalowego gatunku tak zdecydowanie nie skręcił nikt.

13. Crab Invasion „Dart”

Crab Invasion

Można dyskutować, czy większym na dzień dzisiejszy przebojem Crab Invasion jest ukłon w stronę polskich eightiesów w „Caps”, czy bardziej taneczne i bliższe nam epokowo „Dart”. Ja wolę przyjąć, że ich największe singlowe dokonanie dopiero przed nimi, tym bardziej, że debiutanckim longplayem „Trespass” kwartet potwierdził swoją wysoką erudycję muzyczną. Pod tym względem wśród krajowych debiutantów nie mają sobie równych, a „Dart” kroczy na czele stawki.

12. Justin Timberlake „Strawberry Bubblegum”

fot. Tom Munro

fot. Tom Munro

Zaskoczenie? Nie dla mnie. Od początku to właśnie „Strawberry Bubblegum” z całego „The 20/20 Experience” robiło za utwór zdecydowanie mi najbliższy i warty listy rocznej. Choć mówimy o płycie złożonej z samych przebojów, to klawisze w klimacie Junior Boys plus jazzująco-funkujący jam w końcówce sprawiają, że nie „Suit&Tie”, nie „Mirrors”, ale właśnie numer czwarty na trackliście wydanej w marcu płyty Justina Timberlake’a ją tutaj reprezentuje.

11. Nonsense & Absurd„Transmitting Live From Cabeça”

Nonsense & Absurd

Kto by się spodziewał, że obdarzony zjadliwym, a często zwyczajnie koszarowym poczuciem humoru Afrojax przygotuje płytę zupełnie serio – bazującą na mikrosamplach, stylistycznie eklektyczną i najzwyczajniej bardzo dobrą? Prowadzona sennym „nananananana”, relaksująca „transmisja na żywo z Cabeça” (wyrażenie mogące oznaczać zarówno głowę, jak i miejsce geograficzne w którejś z byłych portugalskich kolonii) stanowi osłodę dla wszystkich fanów The Avalanches ciągle czekających na następcę „Since I Left You”. Zawijajcie dmuchane koła.

10. CHVRCHES „Lies”

fot. Eliot Hazel

fot. Eliot Hazel

Gdy piszesz utwory niebędące wyrafinowanymi kompozytorsko, cała rzecz rozgrywa się w melodii. Jeśli nie chwyta, słuchacza tym bardziej będą raziły banalne środki wyrazu. Akurat w przypadku „Lies” wszystko się zgadza i po wielu miesiącach singla CHVRCHES nadal słucha się nieźle, dokładnie odwrotnie niż irytującego z biegiem czasu „Recover”.

9. Wampire „The Hearse”

fot. Holga

fot. Holga

Niejaki Ariel Rosenberg oddał ostatnio trochę pole odjechanego lo-fi popu, ale zagospodarował je już duet z Portland. A także post-punku i ambientu, bo to wszystko udało się upchnąć w, o dziwo, przebojowym i spójnym „The Hearse”. Nie najgorsza propozycja na parkiet, choć na pewno jedna z najekscentryczniejszych.

8. The Preatures „Is This How You Feel?”

The Preatures

Młodzi artyści odkrywają Fleetwood Mac. W przypadku Australijczyków z The Preatures jest to soft-rockowy songwriting, damski wokal tudzież damsko-męskie dialogi wokalne rodem z poprzedniej epoki, stylizacja, a nawet odpowiednie zabiegi w wideoklipie i gitarowe solo. Pytanie o oryginalność nie jest całkowicie bezzasadne, ale schodzi ono na drugi plan, gdy „Is This How You Feel?” już leci z głośników, a za taką inspirację wypada powinszować – kto nie lubi autorów „Everywhere”?

7. We draw A „Tears From The Sun”

fot. Wiktor Konopacki

fot. Wiktor Konopacki

Następni artyści z Polski, którzy przede wszystkim eksponują swoją twórczość, a nie personalia, i zarazem kolejny mocny typ z wytwórni Brennnessel (w tym roku reprezentowanej na moich listach singlowych przez Rebekę, Fair Weather Friends i opisywany duet z Wrocławia). Pierwiastek emocjonalny zawarty w „Tears From The Sun”, w bądź co bądź elektronicznej muzyce, sprawia, że naprawdę dociekliwy i biegły odbiorca mógłby teoretycznie skojarzyć We draw A z poprzednim projektem Peve’a Lety’ego, czyli Indigo Tree. Jako ciekawostkę dodam, że najbardziej póki co rozpoznawalny singiel We draw A polubili w australijskiej części Music Alliance Pact i to właśnie z Antypodów spłynęły wieści, iż polski utwór był w październiku 2013 r. tym ulubionym wśród słuchaczy – dokładnie rok po tym, gdy KAMP! po MAP-owej publikacji wylądowali na piątym miejscu The Hype Machine.

6. Classixx feat. Nancy Whang „All You’re Waiting For”

Classixx

Classixx w „All You’re Waiting For” udanie nawiązują do stylistyki klubowego retro, a „Hey, wait a minute, just a minute, I was ready for the flight / Got my bags packed waiting on the driver curve / So just a minute, take a minute for the change-up / I’m all set to go, set to go” wyśpiewane przez Nancy Whang to niemal sing-along, być może najbardziej chwytliwy pre-chorus zakończonego roku, element rozpoznawczy singla z „Hanging Gardens”, a później następuje jeszcze nie gorszy refren. W 2013 r. nie było większego przeboju, jeśli chodzi o archetypową dyskotekę, co wydaje się pewną logiczną konsekwencją – Michael David i Tyler Blake są przecież nie tylko producentami, ale i DJ-ami.

5. Haim „Falling”

Haim

Doprawdy The Preatures w „Is This How…” wydają się nieśmiało podnosić rękę mówiąc „halo, zauważcie nas”, gdy porównać tę piosenkę z eksplodującym „Falling”. Myli się jednak ten, kto sądzi, że siostry Haim od razu wykładają wszystkie karty na stół. Alana, Danielle, Este (plus Morgan Meyn Nagler) dokładają kolejne elementy układanki z dużym smakiem – np. wejście basu na wysokości 1:07 sprawia, że aż robi mi się ciepło na sercu, a jesteśmy już po fragmencie, w którym zespół zaserwował refren w bardzo powściągliwy sposób, bombastyczność zachowując na kolejne pojawienie się chwytliwej części każdego przeciętnego singla. Zarówno The Preatures, jak i Haim, na tegorocznych płytach nie ustrzegły się słabości, więc w australijsko-amerykańskim pojedynku na soft-rockową spuściznę po Fleetwood Mac wskazałbym na remis ze wskazaniem – na piosenki symbolicznie wygrały Haim.

4. St. Lucia „Elevate”

St Lucia

St Lucia_opis

3. The Car Is On Fire feat. Iza Lach „A Man With A Soul Of A Dog”

TCIOF feat. Iza Lach

W minionym roku The Car Is On Fire, nieoceniony zespół dla polskiej muzyki alternatywnej, zakończył działalność. Jest coś symbolicznego w tym, że w „A Man With A Soul Of A Dog”, ostatnim jak dotąd utworze zasłużonej kapeli, wokalnie udziela się wschodząca gwiazda krajowej sceny Iza Lach. Inni z przekąsem zauważą, że symboliczne dla końcowej fazy funkcjonowania TCIOF jest również to, iż wspomniany kawałek powstawał przez dwa lata, zaś w ostatnich miesiącach „Płonący Samochód” był prowadzony głównie przez Jakuba Czubaka. Co ciekawe, gdyby piosenka ujrzała światło dzienne w momencie zarejestrowania wokalu artystki, w lutym 2011 r., to raczej warszawianie lansowaliby Izę Lach niż na odwrót. Dwa-trzy lata później to nazwisko łodzianki powinno być pociągowym znakomitego singla z wymiennym wokalem Czubaka („He’ll take you anywhere you want / He likes to dance, he doesn’t talk”) i Lach („He’s always the best, his legs are restless, I’m having time of my life”) oraz roztańczonym basem Krzysztofa Nowickiego. Jak odchodzić, to tylko w takim stylu.

2. Daft Punk feat. Pharrell Williams „Get Lucky”

Daft Punk

Get Lucky” zrobiło bardzo wiele, by być nie do przyjęcia przez „true” i „niezal” słuchaczy. Można tak to ująć, że w ciągu paru miesięcy utwór przebył drogę od magazynów Columbia Records do facebookowych walli, iPodów przeciętnych słuchaczy, popularnych stacji radiowych, reklamowych dżingli, klubów, mijanych na ulicy aut i mieszkań oraz na scenę miejskiego Sylwestra. Tyle że nikt powiedział, że to jest niezalowy blog w wydaniu fundamentalistycznym, a pewien Francuz portretując właśnie „Get Lucky” w łebski sposób ujął symboliczny wymiar ostatniego longplaya Daft Punk.

1. Autre Ne Veut „Play By Play”

fot. Dave Mead

fot. Dave Mead

Ciekawe, że mój piosenkowy lider z 2013 r. jest utworem kontrastującym ze zeszłorocznym zwycięzcą. Podczas gdy Grimes wygrała dzięki prostym zabiegom songwriterskim, Autre Ne Veut (także solowy wykonawca) zniósł kilka pudeł z pomysłami, inspiracjami i konkretnymi rozwiązaniami technicznymi na singiel. Fenomen „Play By Play” świetnie ujęła na Screenagers Marta Słomka, która swoją drogą rok temu również wskazała na kompozycję Kanadyjki: „Ashin robi wszystko, by pozostać w szatach ekscentryka i outsidera – wije się, łka, miauczy, kaleczy swój wokal konsoletowymi suwakami, żongluje płynnością bitu. W sposób celowy czy nie, osadza skrajnie intymne emocje: zazdrość, lęk, uzależnienie od drugiej osoby i chorobliwą miłość, w ramy ekstrawertycznego rozmachu utworu (…) „Play By Play” od intro do ostatniej sekundy sunie na najwyższych obrotach, jakby miał być ostatnim numerem, jaki Autre Ne Veut kiedykolwiek nagra”. Wiele więcej nie wniosę, mogę tylko się podpisać i dopowiedzieć, że „Play By Play” brzmi nie tylko jak potencjalnie utwór graniczny autorstwa Arthura „Autre Ne Veut” Ashina. Jeśli to ostatnie tego typu zestawienie na tym blogu, to jest to najlepszy akcent finałowy, kompozycja totalna, fajerwerki na 31 grudnia, połyskujące konfetti, napisy końcowe.

Najlepsze piosenki 2013: ławka rezerwowych

28 grudnia 2013 § Dodaj komentarz

coollogo_com-9318188

Podsumowania czas zacząć… O ile rok temu w przypadku najlepszych piosenek dokonywałem wyboru z ponad 70 utworów, o tyle tym razem przybyło ich następne dwie dziesiątki. Na rozgrzewkę przed daniem głównym zamieszczam jednak nie wszystko jak leci, ale zaplecze w postaci 40 kompozycji – do odsłuchania oddzielnie (linki znajdują się pod tytułami utworów) lub jako jedna playlista z tych zasobów, które są dostępne na Spotify. Tym razem jeszcze kolejność alfabetyczna.

A$AP Rocky „Phoenix”

Ballet School „Heartbeat Overdrive”

Better Person „I Wake Up Tired”

Classixx „Holding On”

Colin Stetson „High Above A Grey Green Sea”

Dorgas „Egocêntrica”

Eric Shoves Them In His Pockets „Storms”

Fair Weather Friends „Fake Love”

Forest Swords „The Weight Of Gold”

Furia Futrzaków „Noc wystarczyć ma na dłużej”

How How „Pinkery The Knight”

inc. „Trust (Hell Below)”

James Blake „Retrograde”

Justin Timberlake „Mirrors”

Justin Timberlake (feat. Jay-Z) „Suit & Tie”

Kiev Office „Jerzy Pilch”

Kixnare „Gucci Dough”

Łagodna Pianka „Lody huśtawkowe”

Milcz Serce „22.22”

Miracles Of Modern Science „Dear Pressure”

Newest Zealand „Mutual Love”

Pissed Jeans „Bathroom Laughter”

Plug&Play „Like Analog Tapes”

Rebeka „Unconscious”

Sally Shapiro „All My Life”

Skalpel „If Music Was That Easy”

Sorry Boys „The Sun”

Sportsman (feat. Linnea Jönsson) „Rally”

St. Lucia „The Way You Remember Me”

St. Lucia „Wait For Love”

St. Lucia „When The Night”

Swimming „Triplebrie”

Tesla Boy „Dream Machine”

Tesla Boy „M.C.H.T.E”

The Dodos „Death”

The Dodos „The Current”

The Virgins „Flashbacks, Memories, And Dreams”

Thundercat „Heartbreaks + Setbacks”

XXANAXX „Broken Hope”

XXANAXX „Got U Under”

Czy tak można?

6 kwietnia 2013 § 1 komentarz

Justin Timberlake "The 20/20 Experience"

Rodzima dyskusja wokół trzeciej studyjnej płyty Justina Timberlake’a „The 20/20 Experience” poszła w przewidywalną stronę. Gdy na serwisach niezależnych zaczęły pączkować przychylne oceny, spotkały się one z burzliwą ripostą ze strony czytelników – raz wyrażali oni zdziwienie (poniekąd dające się zrozumieć) faktem, iż dane medium w ogóle zajmuje się recenzowaniem Timberlake’a, częściej jednak komentarze przybierały kąśliwy, agresywny, a niekiedy nawet wulgarny charakter. Czy z popu może pochodzić cokolwiek dobrego? Przecież to nie jest muzyka na poważnie, a skoro tak, to dany jej wytwór, np. konkretny krążek, jest z pewnością słaby, co z kolei upoważnia do zdyskredytowania samego autora (fałszywy = kiepski = głupi). Pokusa wcale nie mniejszej zajadłości towarzyszyła także obrońcom „The 20/20 Experience”. Jeśli problemem jest dla ciebie lubienie czegoś co nosi etykietę „pop”, to wiadomo – przestarzałe podejście, rockizm, ciemnogród. W tej całej burzy prawie nikt nie zadał podstawowego pytania: czy ta płyta jest dobra?

Przeświadczenie o tym, że artysta kojarzony ze światem popkultury nie może nagrać czegoś na poziomie, więcej – czegoś, co w y p a d a mi lubić, jest tak głęboko zakorzenione w polskiej (pod)świadomości, jak socjalne oczekiwania rodaków (państwo ma mi zapewnić bezpłatną edukację, służbę zdrowia, emeryturę, zabezpieczyć stanowisko pracy itp.). Za tym idzie zaraz cały system wyparcia wytworów „fałszywego popu” – w opozycji rzecz jasna do „prawdziwej”, czyli „lepszej”, muzyki gitarowej czy hip-hopu. Nie chcę w tym miejscu przeprowadzać wnikliwych studiów nad mentalnością rodzimego słuchacza i np. dociekać, na ile na taki sposób postrzegania rzeczywistości wpłynął fakt, iż jednym z nośników prawdy w zakłamanym systemie PRL-u były piosenki rockowe. Bo paradoks polega na tym, że złote dziecko, a teraz już dorosły mężczyzna, tego zepsutego i komercyjnego popu nagrał rzecz na ciekawszym i ambitniejszym artystycznie poziomie niż niejeden niezalowiec (czyt. ten lepszy) ze Sceny Leśnej katowickiego OFF-a.

Gdyby wystudzić emocje, krytycy „The 20/20 Experience”, czy ściśle rzecz biorąc – samej postaci Justina Timberlake’a, odnotowaliby, skąd wzięły się zachwyty recenzentów. Zauważyliby, że to płyta faktycznie szalenie ambitna jak na świat muzyki częściej (przyznajmy) prostych środków wyrazu. Że średnia długość kompozycji na tym longplayu wynosi 7 minut, a w ich obrębie zmieniają się dźwiękowe tematy. Że to jego najrówniejsza płyta. Że pochodzący z Memphis artysta zrezygnował z modelu dwa, trzy zabójczo chwytliwe single ciągnące resztę stawki na rzecz zatopienia się w bardziej skomplikowany songwriting. Że złożył na niej hołd amerykańskiej popkulturze in extenso – to nie tylko już timberlake’owy pop i hip-hop, ale i soul, klasyczny funk, a nawet muzyka poważna („Tunnel Vision”) i hollywoodzki rozmach rodem z gali rozdania Oscarów (zwróćcie uwagę nie tylko na smoking i fryzurę Justina, ale i skrzące się blichtrem smyki w „Pusher Love Girl” czy otwierające fanfary w „Suit & Tie”). Że to niezwykle sensualistyczny krążek, i nie chodzi wyłącznie o zmysłowość kojarzoną zwykle z męsko-damską relacją, „Let The Groove Get In” i końcówka „Don’t Hold The Wall” to przecież właściwie podkłady taneczne. Że nawet fani alternatywy znajdą tu coś dla siebie – juniorboysowe „Strawberry Bubblegum” najlepszym tego przykładem. Że to szalenie osobista płyta, właściwie list miłosny, więc nawet jeśli takie „Mirrors” muzycznie odkurza czasy prosperity boysbandów, to tekstowo, biorąc także pod uwagę „The 20/20 Experience” jako całość, nie można pozostać nieporuszonym. Że te 70 minut świetnych dźwięków doczeka się jeszcze w tym roku swojej drugiej części.

Czy jedna z głównych postaci popu „mogła” nagrać bardzo dobrą płytę? W tym roku nie słyszałem lepszej.

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Justin Timberlake at .