Koniec

20 Styczeń 2014 § 6 komentarzy

papa

Wpadłem się pożegnać, to by było na tyle, jeśli chodzi o moje pisanie. Zasadniczy powód jest taki, że odczuwałem potrzebę zrobienia większej ilości miejsca w moim życiu – nie da się być jednocześnie dobrym dziennikarzem i dobrym …, dobrym … i dobrym …, gdzie w wykropkowane miejsca wstawcie inne aktywności wymagające czasu, pracy, wiedzy oraz zdrowia. Jako że formalnie wszystko się zaczęło pod koniec 2004 r. (choć systematyczność przyszła później wraz z tym muzycznym zaangażowaniem), oczywiście chodziło mi po głowie, by sięgnąć okrągłej rocznicy. Uważam jednak, że 7,5 roku zajmowania się głównie muzyką wystarczy, tym bardziej, iż nie chodziło przecież o zwykłe słuchanie i pisanie, tylko wieloletnie poświęcenie większej części swojego życia tej, a nie innej profesji. I był to czas intensywny. Przewinęło się przez niego wiele wydarzeń, parę redakcji, kilka tysięcy godzin spędzonych przed ekranem monitora i dużo, naprawdę dużo nerwów, by efekt końcowy, który trafiał do Was w postaci recenzji, artykułu, relacji czy wywiadu, był jak najlepszy (jestem skrupulatny, więc wiem, co mówię). Powodów w tle było więcej – o części słyszeliście na łamach tego bloga. Coraz mniej inspirujący stan współczesnej muzyki, niedojrzałość polskiego rynku dziennikarstwa muzycznego i tracący w dobie internetu sens służebności pisania bez wątpienia ułatwiły podjęcie tej decyzji.

Odnosząc się do nich po kolei – pewien płomień sam się wypala, ożywiają go zjawiska świeże, unikatowe, zachwycające poziomem lub głębią artystyczną. Jednak dziś o takie bardzo trudno. Pewne nowe otwarcia działy się za naszego życia i przez to nabraliśmy poczucia, że tak będzie zawsze. My tu się zastanawiamy nad dekadami w muzyce, tymczasem kto powiedział, że nie przeżywamy teraz ogólnej zapaści ludzkiej kreatywności na polu sztuki? Co do rynku mediów, to ten mainstreamowy w Polsce w wielu miejscach się pogrąża (w paru na szczęście ciągle trzyma poziom!), a ten muzyczny, zwłaszcza prasowy, nigdy mainstreamem się nie stał. To zawsze była nisza i z tej niszy w ostatnich latach, mniej lub bardziej, wypisywały się kolejne ważne nazwiska. Ambrożewski, Sajewicz, Słomka, Waśko, Kowalczyk, Maćkowski, Tomporowski, Błaszczyk, Kiela, Hanusiak, Tomaszewski, Warna-Wiesławski, Franczak, Iwański, Wierzchowski, Białogrzywy, Macherzyński, Szczęśniak, Kubik… Tych osób było całkiem sporo, więc niech wybaczą mi ci, których nieintencjonalnie pominąłem. Jeśli chodzi wreszcie o służebność, raz jeszcze chcę podkreślić, że dla dziennikarza ważniejszy od niego samego zawsze powinien być jego czytelnik. Pokusa narcyzmu, zwłaszcza w rodzimym środowisku muzycznym jest, a przynajmniej kiedyś była, duża, ale jeśli pisanie ma być pewnym dobrem, musi mieć uporządkowaną hierarchię wartości. Tu nie chodzi o pewność siebie, bo pewność siebie zakłada pokorę. Po prostu gdy kończy się służba, kończy się też dziennikarstwo.

Cieszę się, że zazwyczaj każdy mój kolejny krok był krokiem naprzód. Wreszcie osiągnąłem rejony sufitu, stając się w pewnym momencie redaktorem naczelnym pisma i serwisu internetowego. Na rodzimym gruncie ciężko znaleźć coś, co jest wyżej. Możliwość kreowania, w wysokim stopniu autorska, własnej gazety to marzenie chyba każdego piszącego dziennikarza. Razem stworzyliśmy coś na ugorze, zupełnie od zera i bez hołubienia przez otoczenie. To już był sukces, a przecież od tego momentu zaczęła się kariera tytułu, którego zawartość merytoryczna była dla mnie powodem do dumy. Dziękuję Mojemu Teamowi – wiem, że mieliśmy swoje ograniczenia, a rozgrywki trwały za krótko, ale osiągnęliście w nich super wynik. Powodem do zadowolenia jest dla mnie też to, że nie spotykałem się właściwie nigdy z tak częstym internetowym pluciem. Owszem, niszowość tego bloga zrobiła swoje, ale przecież nie do bloga ograniczała się moja działalność, dyskusje zaś i spory były. I gdy mogę kręcić nosem na za mały odzew ze strony czytelników, a ktoś inny wytykać mi ich brak, przypominam sobie konkretne twarze i nazwiska, które poznałem dzięki mojemu pisaniu i dziś są to moi, dalsi lub bliżsi znajomi, możliwe nawet, że i przyjaciele. Wam też dziękuję – za uwagę, rozmowy i życzliwość. Poza tym czasami spotykałem się z wyrazami szacunku za to, co robię, co jest jedną z największych nagród, jakie może dostać dziennikarz.

Co teraz? Życie ponoć nie znosi próżni, a moje wzywa w innym miejscu. Do zobaczenia tam!

Dlaczego w Polsce nie ma dziennikarstwa muzycznego?

2 Marzec 2013 § 21 komentarzy

dziennikarstwo muzyczne w Polsce

Osoby zaglądające na mojego bloga pewnie zauważyły, że w tym roku zmieniłem dotychczasowe formy publikacji na inne. Przyświecała temu konkretna myśl.

Nie mam poczucia, że internet potrzebuje kolejnej recenzji, tekstów w starym stylu.

Okoliczności się zmieniły, przez co zmienił się rynek. Zauważyli to czytelnicy dając dziennikarzom wyraźny sygnał, który na końcu objawił się w postaci spadających nakładów prasy, trudności ze sprzedażą powierzchni reklamowej czy małej ilości czasu spędzanej na stronach internetowych, na których lądują dłuższe artykuły. Dziennikarstwo wymaga przemyślenia na nowo i ewentualnie (bo pojawia się pytanie, czy w ogóle jest jeszcze potrzebne?) w dalszej kolejności zreformowania, nadmiar bodźców świata 24 godz. online przytłacza, więc postanowiłem odrobinę się wycofać, zostawiając więcej przestrzeni dla osobistej refleksji czytelnika i udowadniając przy okazji, że niekoniecznie trzeba zawsze eksponować siebie, by nie wypaść z obiegu. Niestety moi koledzy po fachu uważają inaczej. „Wszyscy piszą, nikt nie czyta”. I prawie nikt nie zadaje sobie pytania, po co i jak piszą?

Te uwagi były potrzebne, żeby dalej podjąć bardziej szczegółową, krytyczną refleksją odnośnie rodzimych dziennikarzy muzycznych czy dokładniej – ludzi, którym odbiorcy przypisują taki status. W pierwszych kilku punktach skupiam się na samych żurnalistach, pod koniec zaś odnoszę do sytuacji na rynku. Dziennikarza definiuję jako osobę, która zawodowo (więc w wersji optymalnej – odpłatnie) zajmuje się przetwarzaniem pozyskanych przez siebie informacji, dostarczając je odbiorcom w formie newsowej, publicystycznej lub synkretycznej (reportaże; uwaga na marginesie – wymieńcie trzy ostatnie polskie reportaże muzyczne, z jakimi się spotkaliście). Do tej charakterystyki dorzucam subiektywną myśl, że chodzi o kogoś, kto świadomie podejmuje etos służby – to ja jestem dla czytelnika, nie czytelnik dla mnie, a już na pewno nie ja dla samego siebie. Siłą rzeczy szukając odpowiedzi na pytanie, „dlaczego w Polsce nie ma dziennikarstwa muzycznego?”, skupię się bardziej na wycinku internetowym, niezależnym, z tego względu, że znam go najlepiej. Co nie znaczy, iż opisane zjawiska nie mają miejsca w dziennikarstwie prasowym, radiowym i telewizyjnym, także tym mainstreamowym.

1. Braki warsztatowe. Wypada zacząć od podstaw. Wstydliwe fakty są takie, że wielu z popularnych writerów prezentując w tradycyjnej redakcji popisy znane z ich internetowej działalności, wyleciałoby z nich prędziutko. Brak wiedzy co do tego, czym jest 5W, piramidalny układ informacji, czym różni się komentarz od felietonu itd. Można być niezłym eseistą muzycznym czy recwriterem, ale to nie znaczy jeszcze, że się jest dziennikarzem.

2. Niedostatki wiedzy pozamuzycznej. Pitchfork, Resident Advisor i kanały RSS innych popularnych serwisów, Rate Your Music, Last.fm, kilka blogów (szczególnie mp3), newslettery od zespołów, rekomendacje znajomych. Zwykle do tego zestawu dochodzą popularne seriale, gry komputerowe, ewentualnie książki, może sport. Jeśli coś jeszcze, to dobrze ukrywane przed światem, gdyż nie objawia się w publikowanych treściach. Nie wiem, jak można być dobrym dziennikarzem muzycznym interesując się tylko lub w 90% wyłącznie muzyką, życie znając głównie z ekranu komputerowego.

3. Ego. Lubimy czuć się lepsi od innych i zupełnie nie przeszkadzają nam w tym wtopy z punktów numer 1 i 2. Czy może właśnie niedociągnięcia w obrębie umiejętności oraz wiedzy powodują, że tak się napinamy? Co najśmieszniejsze, można odnieść wrażenie, że sztucznie rozdęte ego rodzimych writerów opiera się tylko i wyłącznie na… ilości przesłuchanej muzyki. Komuś kto nie daje wiary temu, że w polskim światku około- i dziennikarskim istnieje problem braku pokory (widzenia siebie we właściwej mierze, dostrzegania mocnych oraz słabych punktów), wypadałoby życzyć zadania zrobienia czegoś konstruktywnego z większą grupą wspomnianych osób. Niewątpliwie inteligentnych, często miłych w prywatnym kontakcie, ale za klawiaturą zamieniających się w jakieś swoje alter ego. Poczucie „kim ty jesteś, żebym miał ciebie posłuchać?” wliczone w atrakcje, a że środowisko jest zmaskulinizowane (gdzie mężczyzna zawsze ustawia sobie relację z drugą osobą poprzez hierachizowanie), bywa ciekawie.

4. Luka pokoleniowa. Obecnie w Polsce pomiędzy dziennikarzami w wieku mniej więcej 20-25 a 40-50 funkcjonuje ogromna dziura. Naturalną koleją rzeczy najwięcej kultury pochłaniamy w czasie studiów, co świetnie przed paroma miesiącami pokazała ankieta Pitchforka, a dorosłość przynosi ustatkowanie, także gustów muzycznych. Oczywiście są od tego zjawiska wyjątki, generalnie jednak to młodość jest czasem trzymania ręki na pulsie, podczas gdy w dojrzałości bardziej się smakuje, niż ściga. Teraz – jako że dziennikarz muzyczny nieśledzący na bieżąco wydarzeń jest jak nieuzupełniający swojej wiedzy chirurg (może wyrządzić szkody drugiej stronie), a w warunkach polskich po zakończeniu studiów mało kto utrzymuje się z takiej pracy, pojawia się wspomniana przepaść oddzielająca młodych od starych wyjadaczy, którzy kariery rozpoczęli jeszcze w odmiennych warunkach ustrojowych. Teoretycznie dwadzieścia parę lat to najlepszy czas, karty jeszcze nie są zgrane, writerzy ciągle interesują się aktualnymi trendami, a już (zakładając, że przez ostatnie lata intensywnie publikowaliśmy, chłonęliśmy) pojawił się pewien zaczątek wiedzy. Tylko już pisać nie ma komu.

5. Zatomizowanie środowiska. Ten punkt bardziej dotyczy dziennikarzy zajmujących się szeroko pojętą muzyką niezależną, choć zjawisko jest odbiciem trendu na skalę dużo większą, zahacza o mainstream i największe marki. W naszym kraju alternatywę animuje, czyli organizuje koncerty, finansuje wydawanie płyt, rozpowszechnia informacje zawodowo, kilkaset tych samych twarzy od lat, ze śladowym corocznym przyrostem nowych postaci. W tym mieszczą się też (głównie) internetowi writerzy. Jeśli jest ich garstka, to postawione przeze mnie w następujący sposób pytanie o skuteczność oddziaływania na otoczenie i przyciąganie osób z zewnątrz będzie retoryczne – lepszy jest wielogłos solistów czy efekt synergii?

6. Brak konkurencji (merytorycznej) dla najlepszych. Paradoksalnie wykwit serwisów niezależnych nie spowodował zaostrzenia konkurencji w znaczeniu rynkowym – tzn. żeby ludzie chcieli moich usług, muszę być jeszcze lepszy niż rywal. Celowo użyłem słowa „lepszy”, a nie „skuteczniejszy”, bo przecież ten sam produkt można opakować w efektowniejszą lub (w skrajnym przypadku) bardziej krzykliwą i prowokacyjną formę, odwoływać się do niskich instynktów, stosować rozmaite fortele itd. To wszystko jednak będzie pyrrusowym zwycięstwem, bo niezwiązanym z faktycznym podniesieniem poziomu merytorycznego dziennikarza. Dlaczego mimo większej obecnie ilości podmiotów całość zlewa się w jeden średniej lub słabej jakości obraz i najlepsi mogą ciągle spać spokojnie? W dużej mierze przez to, o czym mowa w kolejnym punkcie…

7. Charyzmy nie sieją. Znany trener Fabio Capello na pytanie, jak to robi, że zdobywa zawsze u swoich piłkarzy taki respekt, odpowiedział kiedyś: „szacunku się nie zyskuje, szacunek się ma”. Cóż, można wyćwiczyć najlepszy warsztat dziennikarski, ale z tym nieuchwytnym błyskiem po prostu się chyba rodzi. Moim zdaniem, od czasów ojców-założycieli rodzimego środowiska niezależnego writingu, nie pojawił się nikt lub prawie nikt tej miary. Nazwiska znacie.

8. Brak współpracy z innymi podmiotami na rynku. Słyszeliście kiedyś o tym, by jakiś polski dziennikarz muzyczny zamieszczał na swoim blogu reklamy? Oczywiście nie dzieje się to bez powodu (zobacz punkt 9), ale fakt faktem, że zwykle krąg podmiotów, z którymi się styka, zamyka się w zbiorze: inni dziennikarze (w dyskusjach), czytelnicy (oddając im gotową publikację), zespoły (w celu pozyskania egzemplarza płyty do recenzji), niezależne wytwórnie (płyty do recenzji lub wymiana informacji). Komercyjnych podmiotów czy przykładów współpracy ponadbranżowej brak. Co gorsza, nawet kontakt z wymienionymi wcześniej sprowadza się zazwyczaj do powierzchownej wymiany dóbr. Środowisko niezależne w Polsce przypomina archipelag tysiąca wysepek, pomiędzy którymi nie ma ani łączności, ani chyba nawet potrzeby tejże… Jakiś czas temu było głośno o akcji „Wspieraj niezal”. Przygotowali ją szefowie dwóch polskich labeli, Thin Man Records i Wytwórni Krajowej. W ilu miejscach w internecie o niej przeczytaliście?

9. Brak profesjonalizacji. Powiedzmy sobie wprost – największe polskie portale niezależne to przedsięwzięcia non-profit, a dziennikarstwo muzyczne jest w naszym kraju w większości przypadków zajęciem nieodpłatnym. Co z kolei skutkuje klasycznym rozdarciem: realizować swoje marzenia, pisać i psuć rynek darmową pracą, czy mając na uwadze dobro środowiska (wróć do punktu 5), czyli zarazem własne w perspektywie bliżej nieokreślonej przyszłości, twardo odmawiać zleceń za friko? Tu można by doszukiwać się usprawiedliwień dla dziennikarskich win, o których mowa była wcześniej, gdyby nie fakt, że w analogicznej sytuacji znajduje się… większość omawianych przez nich artystów. Słaby poziom, niszowość zjawiska powodują, że wolny rynek i bilon omijają świat dziennikarstwa muzycznego szerokim łukiem. Dziennikarz czuje się niedoceniony, ma świadomość dewaluowania się jego zawodu, nie inwestuje w siebie. Koło się zamyka.

10. Zmiany na rynku mediów. Na koniec spójrzmy szerzej. Do tego, że rynek dziennikarski zmienił się znacznie, nie trzeba chyba nikogo obecnie przekonywać. Mam wrażenie, że rodzimi wydawcy tego nie zauważają lub nie chcą zauważać. Niekoniecznie ze złej woli – może brakuje recept i przyjęte strategie zakładają „trwanie do czasu”, może żadnych większych strategii nie ma, są one tworzone ad hoc (co po już pobieżnym przyjrzeniu się np. polskiej prasie mainstreamowej wydaje się wielce prawdopodobne)? Może jeszcze za wcześnie na wdrożenie rozwiązań przyjętych na bardziej dojrzałych rynkach, gdzie powzięto już kroki zmierzające ku reformie starego ładu? Punkty odniesienia więc są, a przede wszystkim jest nadzieja związana z faktem, iż po chwilowym spadku czytelnictwa wraz z upowszechnieniem się internetu, świat e-readerów przyniósł na mitycznym Zachodzie jego renesans. Ludzie chcą dziennikarstwa, ambitnych treści, ale w innej już formie. Wymaga to krytycznego namysłu ze strony wydawców i samych dziennikarzy. Nie można do świata cyfrowego dalej adaptować rozwiązań rodem ze świata analogowego. Co to wszystko mówi o dziennikarstwie muzycznym? Ma szansę się odrodzić (a w Polsce dopiero n a r o d z i ć), ale gdy się to stanie, będzie miało już inne oblicze.

Powyższy szkic jest zaproszeniem do szerszej dyskusji. Tytuł to oczywiście prowokacja – są w Polsce osoby, takie jak np. Mariusz Herma, Andrzej Cała czy Paweł Franczak, które wykonują świetną robotę i należy ich uznać za przykłady bardzo dobrych dziennikarzy muzycznych. To jednak wyjątki od smutnej reguły. Może nie ma czym się przejmować? Może, zgodnie z logiką rynku, skoro nie ma obecnie w naszym kraju na takich ludzi zapotrzebowania, jest to sprawiedliwa proporcja i nietaktem byłoby domaganie się bardziej znaczącej pozycji dla wszystkich tych, którzy zawodowo zajmują się muzyką?

Czy TOBIE dziennikarz muzyczny jest potrzebny?

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with dziennikarstwo muzyczne at .