Koniec

20 stycznia 2014 § 6 Komentarzy

papa

Wpadłem się pożegnać, to by było na tyle, jeśli chodzi o moje pisanie. Zasadniczy powód jest taki, że odczuwałem potrzebę zrobienia większej ilości miejsca w moim życiu – nie da się być jednocześnie dobrym dziennikarzem i dobrym …, dobrym … i dobrym …, gdzie w wykropkowane miejsca wstawcie inne aktywności wymagające czasu, pracy, wiedzy oraz zdrowia. Jako że formalnie wszystko się zaczęło pod koniec 2004 r. (choć systematyczność przyszła później wraz z tym muzycznym zaangażowaniem), oczywiście chodziło mi po głowie, by sięgnąć okrągłej rocznicy. Uważam jednak, że 7,5 roku zajmowania się głównie muzyką wystarczy, tym bardziej, iż nie chodziło przecież o zwykłe słuchanie i pisanie, tylko wieloletnie poświęcenie większej części swojego życia tej, a nie innej profesji. I był to czas intensywny. Przewinęło się przez niego wiele wydarzeń, parę redakcji, kilka tysięcy godzin spędzonych przed ekranem monitora i dużo, naprawdę dużo nerwów, by efekt końcowy, który trafiał do Was w postaci recenzji, artykułu, relacji czy wywiadu, był jak najlepszy (jestem skrupulatny, więc wiem, co mówię). Powodów w tle było więcej – o części słyszeliście na łamach tego bloga. Coraz mniej inspirujący stan współczesnej muzyki, niedojrzałość polskiego rynku dziennikarstwa muzycznego i tracący w dobie internetu sens służebności pisania bez wątpienia ułatwiły podjęcie tej decyzji.

Odnosząc się do nich po kolei – pewien płomień sam się wypala, ożywiają go zjawiska świeże, unikatowe, zachwycające poziomem lub głębią artystyczną. Jednak dziś o takie bardzo trudno. Pewne nowe otwarcia działy się za naszego życia i przez to nabraliśmy poczucia, że tak będzie zawsze. My tu się zastanawiamy nad dekadami w muzyce, tymczasem kto powiedział, że nie przeżywamy teraz ogólnej zapaści ludzkiej kreatywności na polu sztuki? Co do rynku mediów, to ten mainstreamowy w Polsce w wielu miejscach się pogrąża (w paru na szczęście ciągle trzyma poziom!), a ten muzyczny, zwłaszcza prasowy, nigdy mainstreamem się nie stał. To zawsze była nisza i z tej niszy w ostatnich latach, mniej lub bardziej, wypisywały się kolejne ważne nazwiska. Ambrożewski, Sajewicz, Słomka, Waśko, Kowalczyk, Maćkowski, Tomporowski, Błaszczyk, Kiela, Hanusiak, Tomaszewski, Warna-Wiesławski, Franczak, Iwański, Wierzchowski, Białogrzywy, Macherzyński, Szczęśniak, Kubik… Tych osób było całkiem sporo, więc niech wybaczą mi ci, których nieintencjonalnie pominąłem. Jeśli chodzi wreszcie o służebność, raz jeszcze chcę podkreślić, że dla dziennikarza ważniejszy od niego samego zawsze powinien być jego czytelnik. Pokusa narcyzmu, zwłaszcza w rodzimym środowisku muzycznym jest, a przynajmniej kiedyś była, duża, ale jeśli pisanie ma być pewnym dobrem, musi mieć uporządkowaną hierarchię wartości. Tu nie chodzi o pewność siebie, bo pewność siebie zakłada pokorę. Po prostu gdy kończy się służba, kończy się też dziennikarstwo.

Cieszę się, że zazwyczaj każdy mój kolejny krok był krokiem naprzód. Wreszcie osiągnąłem rejony sufitu, stając się w pewnym momencie redaktorem naczelnym pisma i serwisu internetowego. Na rodzimym gruncie ciężko znaleźć coś, co jest wyżej. Możliwość kreowania, w wysokim stopniu autorska, własnej gazety to marzenie chyba każdego piszącego dziennikarza. Razem stworzyliśmy coś na ugorze, zupełnie od zera i bez hołubienia przez otoczenie. To już był sukces, a przecież od tego momentu zaczęła się kariera tytułu, którego zawartość merytoryczna była dla mnie powodem do dumy. Dziękuję Mojemu Teamowi – wiem, że mieliśmy swoje ograniczenia, a rozgrywki trwały za krótko, ale osiągnęliście w nich super wynik. Powodem do zadowolenia jest dla mnie też to, że nie spotykałem się właściwie nigdy z tak częstym internetowym pluciem. Owszem, niszowość tego bloga zrobiła swoje, ale przecież nie do bloga ograniczała się moja działalność, dyskusje zaś i spory były. I gdy mogę kręcić nosem na za mały odzew ze strony czytelników, a ktoś inny wytykać mi ich brak, przypominam sobie konkretne twarze i nazwiska, które poznałem dzięki mojemu pisaniu i dziś są to moi, dalsi lub bliżsi znajomi, możliwe nawet, że i przyjaciele. Wam też dziękuję – za uwagę, rozmowy i życzliwość. Poza tym czasami spotykałem się z wyrazami szacunku za to, co robię, co jest jedną z największych nagród, jakie może dostać dziennikarz.

Co teraz? Życie ponoć nie znosi próżni, a moje wzywa w innym miejscu. Do zobaczenia tam!

Reklamy

Control + Alt + Backspace

24 września 2013 § 3 Komentarze

Fot. Keerati, <a href="http://www.freedigitalphotos.net" target="_blank">FreeDigitalPhotos.net</a></p><p>

Fot. Keerati, FreeDigitalPhotos.net 

Jakiś czas temu Sebastian Niemczyk napisał na Screenagers esej „We don’t control the controls”. Obszerne, odnoszące się do różnych dziedzin (popkultura, muzyka, media, ekonomia, socjologia) opracowanie nawet nie sili się na uchwycenie mnogości opisywanych zjawisk w jedną, spójną strukturę. Z jednej strony więc rację mają ci, którzy zarzucają mu brak sfocusowania („co autor chciał mi przekazać?”). Problem by się rozwiązał, gdyby fragment zakończenia umieścić na początku: „Jest to bardziej ogólnikowy wstęp, zarysowanie tematu i zaproszenie do dalszej dyskusji niż wyczerpanie tematu. Chciałem w nim zarysować sytuację uczestnika kultury muzycznej i przyległości w roku 2013: w jakim punkcie jesteśmy i dlaczego się w nim znaleźliśmy”. Z drugiej jednak strony, można całość obronić argumentem, iż forma nawiązuje do podjętej przez autora problematyki. Postmodernizm nie jest moją narracją, nie sposób się odnieść do wszystkich zagadnień, a bardziej szczegółowe ujęcie zainteresowałoby pewnie jedynie tylko dwie strony – czytelnictwo webowe nie znosi długich, trudnych tekstów. Dlatego postanowiłem się ustosunkować tylko do części wątków, tych, które interesują mnie najbardziej. Tym samym, wraz z replikami innych osób, wychodzi nam powoli taka hipertekstowa… hiperdyskusja. Co ciekawe, gdy Sebastian podsyłał mi link do „We don’t control…”, stwierdził, że zawiera się w nim również odpowiedź na mój komentarz, który z kolei ja podrzuciłem jemu parę miesięcy temu.

1. Nie bałbym się prób ujęcia rzeczywistości w kategoriach ekonomicznych, o ile matematyka nie jest jedyną (i) wartościującą miarą, jaką przykładamy do otaczającego nas środowiska, z nami samymi na czele. Jak słusznie zauważa Niemczyk, „Model ekonomiczny, (…) jest uproszczoną reprezentacją wycinka świata, skupiającą się na pewnych jego elementach, wykorzystując pewny punkt widzenia”. Opisowa funkcja, która się z tym modelem wiąże, jest bardzo pomocna. W tym kontekście tok rozumowania zaciemnia inny fragment: „Stosowanie rozwiązań o naturze czarnej skrzynki, do osiągnięcia korzyści jedynie w jednym wymiarze (w tym wypadku kilku statystycznych wskaźników) jest trochę przerażające”. Rozumiem, że odnosi się on już do kolejnego akapitu, czyli…

2. …potencjalnego kalkulowania muzyków przy tworzeniu dzieła. Fragment „Ciekawe jak artyści zareagują na streamingową rewolucję? Racjonalnym odruchem, w sensie ekonomicznym, byłoby skrócenie długości piosenek i zwiększenie ich ilości. Więcej pieniędzy za taką samą długość albumu. Ile tu pola do optymalizacji w przyszłości!” bardzo frapujący (i z gorzką puentą). Mi ostatnio towarzyszyła inna obawa, jeśli chodzi o wpływ nowych mediów na artystów i proces komponowania. Otóż znamienita ich część funkcjonuje w tym samym otoczeniu, co my, odbiorcy. Skoro wielu z nas przytłacza ilość danych do przetworzenia, nie mamy często czasu na refleksję, kontemplację, postulowane w dyskusji „powolne słuchanie”, to jak te same zjawiska muszą się odbijać na twórcach i jakości ich muzyki? „Spirit Of Eden” w 2014 r.? Może się jeszcze zdarzyć. Może.

3. Ciekawa jest refleksja, że nigdy nie płaciliśmy za wytwory kultury, a tylko za dostęp do tychże, gdzie tym dostępem w dobie nowych (jeszcze nowych?) mediów jest miesięczny abonament za internet, koszt laptopa, oprogramowania itd. Zastanawiam się, czy z psychologicznego (osobowościowego) punktu widzenia wszystko się jednak nie zgadza? Richard Pipes w znakomitych rozważaniach we „Własności jako instytucji” (książka „Własność a wolność”) zaważa, że „zachłanność jest powszechna zarówno wśród ludzi, jak i wśród zwierząt, oraz że obejmuje ona znacznie więcej niż tylko pragnienie panowania nad przedmiotami fizycznymi, będąc silnie związana z ludzką osobowością, co wzmacnia poczucie tożsamości oraz kompetencji”. Wg Pipesa np. atak na rzeczy z kręgu posiadania (wykonywaną pracę, wyznawane poglądy polityczne, ubranie jako indywidualny gust) odbieramy podobnie jak agresję fizyczną wobec nas samych. W tym sensie Avey Tare miał rację – jesteśmy rzeczami, którymi się otaczamy. Wybór konta na Spotify, a nie iTunes, Ubuntu zamiast Windowsa, tabletu, o ile przeżywany świadomie, zastępujący kolekcję płyt CD na półce i jako część naszego „ja”?

4. Co do „ceny rynkowej muzyki nieuchronnie prowadzącej do zera” generalnie zgoda. Poza dużymi graczami, sprzedaż nagrań współcześnie może być jedynie uzupełnieniem wpływów z koncertów (o co w Polsce też jest trudno), zamkniętych imprez lub użyczenia swojego wizerunku komercyjnym podmiotom. Formułując takie tezy, pewnie podświadomie myślimy o środowisku niezależnym, i to tym non (low) profit, które rządzi się swoimi prawami, no ale ono jest nam najbliższe.

5. „Przeszliśmy z sytuacji, w której rynek rozpoznawał potrzeby i próbował je zaspokoić, do miejsca, gdzie rynek przewiduje, kreuje i je zaspakaja”. Odpalam któregoś dnia Spotify, wyskakuje plansza „>>Get Lucky<< Daft Punk – dawno nie słuchałeś tego utworu. Chcesz posłuchać go teraz?”. Przypominam sobie opracowanie Niemczyka. Uśmiecham się.

Już pobieżna refleksja uświadamia, że gdybym chciał zapuścić ten kawałek Daft Punk, to właśnie z taką intencją włączałbym Spotify. Ale taka niepozorna zachęta streamingowego serwisu odkopuje pewne doświadczenie (przyjemności) z odmętów pamięci i wywołuje potrzebę jej zaspokojenia. Proste jak liczenie do trzech? Oczywiście, ale ile razy w ciągu dnia dajemy się złapać na tę zagrywkę w różnych okolicznościach nie mając nawet świadomości jej występowania?

6. Sebastian Niemczyk wspomina o tym, iż teksty na komercyjnych portalach powstają nie po to, by tłumaczyć świat, informować, ale żeby reklamodawca oferujący redakcji pieniądze dostał przestrzeń na swoją działalność promocyjną („nie dlatego, żeby czytelnicy przeczytali artykuł, tylko po to, żebyśmy obejrzeli reklamę i przelecieli wzrokiem przez tekst”). W zjawisku widzi raczej drogę jednokierunkową, będzie tylko gorzej, jeśli chodzi o jakość treści, a bardziej wysublimowani autorzy, choć mogą obrać drogę wartościowszego pisania, nie mają większych szans w rywalizacji z tym procesem. Teoretycznie tak. Zastanówmy się jednak nad pewnym mechanizmem znanym z rynków komercyjnych. Chodzi mi o sytuację, w której obok prywatnego usługodawcy A działa nonprofitowy usługodawca B, po usługodawcy oczekuje się nieobniżania kosztów (czyli i często jakości usługi), a na tę ostatnią skłonność nie wpływają tak silnie zachowania konkurencyjne. Np. działalność niektórych placówek zdrowia znajduje tutaj zastosowanie. Wytworzone nadwyżki taka firma B inwestuje choćby w jakość instrumentów, za pomocą których świadczy usługi klientom. W wielu przypadkach konsument wybierze tą drugą, a firma A nie dość, że będzie musiała obniżyć cenę, jaką życzy sobie za zrealizowanie usługi, koszty swojego funkcjonowania, to jeszcze stanie przed zadaniem odzyskania straconego klienta. Czy ten przykład nie da się zastosować per analogiam do sytuacji mediów? Pomyślmy zwłaszcza o niezależnych, niedochodowych serwisach muzycznych oferujących specjalistyczną wiedzę na tle muzycznych redakcji komercyjnych portali.

Przyjęło się mówić, że media dostarczają niskie treści, bo takich chcą odbiorcy, a że odbiorcy podbijają słupki oglądalności, klikalności, czytelnictwa niskich treści, to dziennikarze muszą je dostarczać. Takie zamknięte koło. Ja jednak coraz mniej zgadzam się z tą tezą. Mówiąc brutalnie – odbiorca masowy jest w pewnym stopniu „ślepy”, tzn. wielu z nas przyjmuje przekazy medialne na poziomie bezrefleksyjnym i na pewno można takiego odbiorcę sobie wychować, wytworzyć w nim konkretne zapotrzebowanie. Także do konsumowania ambitniejszych przekazów.

7. Świetny ustęp o Facebooku jako alternatywnym (właściwym!) świecie zacytuję cały – jako ostrzeżenie, do refleksji, także ponownie własnej: „A gdyby tak zbudować analogię między zasadami obowiązującymi w serwisach, a rzeczywistością? Ktoś stworzył nowe państwo, nazwijmy to Fejsland albo Gugland, jakkolwiek. Zaprasza do nich obywateli z całego świata. Fejsland zbudował drogi, drogowskazy, miejsca, w których można postawić swoje domy, przestrzeń dla firm, inicjatyw, które informują o swojej działalności. Zbudował też swoją pocztę, dzięki której obywatele mogą wymieniać się listami. Powstały kluby dyskusyjne, w których możemy w zamkniętych gronach wymieniać się treściami. Prowadzi powszechny spis ludności i panoramę firm. I wszystko to obywatele Fejslandu mają za darmo. Za każdym razem muszą tylko dotrzeć do tego Fejslandu, a każda podróż musi się odbyć za pośrednictwem Producenta Sprzętu i Dostawcy Internetu. Jednak kiedy już przekroczą granice Fejslandu, pracują za darmo i konsumują za darmo. Wszystko, co obywatele stworzą, należy do Fejslandu. A kapitał szerokim strumieniem płynie do władz Fejslandu od Obcych Mocarstw w zamian za przemielenie wszystkich danych, jakie obywatele pozostawiają w państwie, a następnie otapetowanie ścian domów obywateli treściami pochodzącymi od Obcych Mocarstw. Władza Fejslandu nie dzieli się z obywatelami zyskiem, który osiągnęła dzięki pracy setkom milionów osób. Pobiera jedynie 100% podatek od obywateli za utrzymywanie i udostępnienie infrastruktury”.

I jeszcze równie dające do myślenia post-scriptum: „Zależność między spadkiem wpływów z reklam w oldskulowych mediach a wzrostem przychodów u dwóch nowych gigantów internetowych wygląda na korelację zupełną ujemną – jednym tak samo spada, jak drugim rośnie”.

8. Czy Mirosław Konkel czytał tekst Sebastiana? Lub przynajmniej Huxleya? Zabawne, że niemal w tym samym czasie, w dwóch różnych medialnych miejscach, przy końcu rozważań obaj podzielili się dokładnie tą samą refleksją – być może nasz największy wróg ma dziś uśmiechnięte oblicze (Konkel cytujący Neila Postmana) i jesteśmy kontrolowani przez zadawanie przyjemności (Huxley przywoływany przez Niemczyka)? No i zabawne, że dokładnie to samo, co czyni nas samotnym, może redukować poczucie zagubienia (jeszcze raz Konkel).

9. Autor eseju „We don’t control the controls” zastanawia się, czy możemy ogłosić triumf hiperreczywistości nad rzeczywistością (posiłkując się danymi z Wysp, gdzie przeciętny Brytyjczyk spędza 56% swojego dziennego czasu w świecie ekranów)? Zastanawia się też, gdzie lokuje się granica przebywania online lub po prostu przed wyświetlaczem, takim czy innym, oraz zadaje na samym końcu niepozorne pytanie – „a co jeśli zacznie spadać?”. Potencjalna próba odpowiedzi na to ostatnie wydaje mi się niezwykle intrygująca. Ktoś?

10. I tak, zgadzam się z jedną z końcowych konkluzji tekstu: „Wszystkie środki, które zostały zaprzęgnięte do rozbierania, analizowania i opisywania muzyki są fantastyczne, jednak kiedy za wszelką cenę będziemy próbowali odnosić, tłumaczyć, racjonalizować, tym bardziej odzieramy ją z jej własnej historii, mocy, życia, fabuły, emocji, którą zapisali w niej twórcy. Każda dekonstrukcja jest w pewnym sensie destrukcyjna”.

Oczywiście wszystkie z omawianych przez nas problemów problemami są, gdy zawęzić perspektywę jedynie do „tu i teraz”. Daleki jestem od ich obśmiewania, bo w końcu mają one wyraźny wpływ na jakość naszego życia, ale jednocześnie nie da się ukryć, że są to bolączki Pierwszego Świata. W ostateczności zawsze można wyciągnąć wtyczkę z kontaktu.

*

9 września 2013 § 8 Komentarzy

Fot. Stuart Miles

Fot. Stuart Miles

Dużo złego potrafią narobić błędne mity i przekonania. W ostatnim odcinku „Must be the music. Tylko muzyka” Kora Jackowska powiedziała grupie Bluejay, skądinąd sympatycznemu zespołowi, coś takiego: „Grajcie wszędzie, gdzie was zechcą, grajcie za darmo”. Nie chcę się czepiać słówek. Wiadomo – program oglądany przez kilka milionów widzów, czerwona lampka w kamerze, taśma leci, emocje, a dawna wokalistka Maanamu była niesiona entuzjazmem wywołanym przez występem młodych muzyków z Brzeska. Gdy jednak odłożyć te tłumaczenia, trudno o gorszą radę, jakiej można udzielić początkującym artystom. Zwłaszcza przez artystkę o takim statusie. Nie wiem, jak to jest możliwe, by w 2013 r. nadal funkcjonował pogląd mówiący o tym, że osoby na początku swojej muzycznej drogi powinny się otrzaskiwać za (ewentualnie) dobre słowo? Wyobraźmy sobie sytuację czysto teoretyczną, która pewnie nigdy nie zaistnieje – nagle w Polsce wszystkie zespoły, poza tym liderowanym przez Korę, postanawiają, z racji ciężkiej sytuacji na rynku, koncertować za darmo. Analogicznie do rynku pracy i „prospołecznych” zajęć łapanych przez studentów, w nadziei, że zostaną w przyszłości zauważeni, dostaną upragniony etat. Co by to oznaczało dla zespołu Jackowskiej?

Rozumiem, że ten problem nie dotyczy muzyków znajdujących się na początku łańcucha pokarmowego, tudzież – czują się na tyle pewnie. Ale tych z dalszych rzędów jak najbardziej tak, to oni najmocniej dostają rykoszetem, gdy event menadżerowie nie chcą płacić (hej, artyści lubią odwoływać się do wspólnotowych idei – pamiętajcie o tym, gdy ktoś kiedyś wysunie równie trafioną radę). Ostatnio zawrzało, gdy po raz kolejny okazało się, iż polscy wykonawcy zostali zepchnięci w line-upie OFF Festivalu na godziny popołudniowe. O kwestie finansowe i organizacyjne popytajcie ich sami. Pikanterii dodaje oczywiście fakt, że katowicka impreza funkcjonuje w dużej mierze dzięki publicznym środkom, które jednakowoż służą do obłaskawiania zagranicznych, często przebrzmiałych gwiazd, a rodzime pełnią rolę tła. Jak w piłce nożnej – wychowanków traktuje się najgorzej. Echa relacji Pitchforka z festiwalu odbywającego się w Dolinie Trzech Stawów (i uprzedni rwetes lokalnego środowiska), w której korespondentka zajęła się „tymi niechcianymi z Polski” (bo to oni, jak się okazuje, są atrakcją dla zagranicznych słuchaczy), pozwalają mieć nadzieję, że organizatorzy OFF-a pójdą po rozum do głowy. Ale czy podobnie postąpią właściciele klubów? Często przedstawiciele miejskich lokali autentycznie stają na rzęsach, by interes się kręcił i wykazują się dobrymi chęciami w relacjach z muzykami. Nie będą jednak nigdy pracować za darmo. Czemu więc oczekują tego samego od artystów, którzy napędzają im obrót w barze i na bramce?

Jeden z dziennikarzy popularnego serwisu dostał pewnego razu zaproszenie w charakterze telewizyjnego eksperta. Gdy zapytał, ile dostanie za występ przed kamerą, sytuacja zrobiła się niezręczna dla zapraszającego. Publicysta skwitował wydarzenie zdaniem: „za darmo to wolę się nudzić”. Unikam tego portalu jak ognia, nie odpowiada mi styl uprawianego tam dziennikarstwa, ale w tym przypadku muszę pogratulować celności spostrzeżenia. Oczywiście, każdy muzyk sam decyduje o swojej karierze. Możecie wybrać postawę wspomnianego studenta-wolontariusza i liczyć, że „a nuż, a kiedyś”. Tylko zastanówcie się mocno, ile lat jeszcze będzie Wam się chciało pakować graty po full time pracy w korporacji, ruszać w trasę, z której nie skapną żadne pieniądze, i czy taki tryb życia nie zabije Waszej pasji? No i w żadnym wypadku nie narzekajcie na stawki, a ogólniej – na polski rynek. W końcu to Wy go tworzycie.

*Tytułu brak. Nikt za niego nie zapłacił.

To auto już nie pojedzie

20 sierpnia 2013 § 1 komentarz

The Car Is On Fire

Mówiliśmy o tym w kuluarach, bo ciężko było nie mówić (nie zauważyć). Ale co innego otrzymywanie sygnałów, że taki właśnie będzie finał, a co innego oficjalna notka. Po 11. latach wspólnego grania The Car Is On Fire zakończyli działalność. Przez głowę przewijają się różne obrazki, wspomnienia… Chwilę po tym, gdy przeczytałem ten komunikat, puściłem sobie „What Life’s All About” i „Oh, Joe” z kulminacyjnego punktu ich kariery, płyty „Lake & Flames”. Nie powiem, łezka w oku się zakręciła.

W końcu to byli jedni z nas – dla niektórych koledzy z podwórka, dla innych trochę dalsi znajomi, z którymi miało się zawiązane porozumienie mentalne – grający „po prostu” fajne piosenki; błyskotliwe indie, którego w Polsce przed nimi nie grał nikt, inteligentny pop, jak zwał, tak zwał. Ważne, że te utwory towarzyszyły naszemu najbardziej entuzjastycznemu poznawaniu archiwów światowej i rodzimej muzyki, uczestniczeniu w kulturze, dorastaniu, a jednocześnie zaczynali tak dawno, że na swoich prawach przecierali szlaki. Jak odległe to były czasy, niech świadczy o tym fakt, że kwartet z Warszawy usłyszałem po raz pierwszy (w 2004? 2005?), gdy w telewizji(!) leciał klip do „Cranks”. Taneczna linia basu skonfrontowana z jazgotliwą gitarą była zdecydowanie czymś, co trafiało do serca dwudziestolatka chłonącego wówczas zjawiska typu The Hives czy Hot Hot Heat (gdy największym dla nas odkryciem było to, że przy muzyce gitarowej można wyskoczyć na parkiet). I choć z self-titled debiutu wybijało się równie tylko, też zresztą singlowe, „Miniskirt”, panowie Dejnarowicz, Szabrański, Czubak i Halicz stali się gośćmi z mojej bajki. Pamiętam mojego pierwszego Open’era w 2006 r. i wystającego ponad swój zestaw perkusyjny Krzysztofa Halicza z szerokim uśmiechem na twarzy na koniec występu TCIOF na małej scenie. Po latach śmiałem się, że koncertami tej czwórki rozpoczynam festiwale (analogicznie Open’er 2009 i OFF 2011).

Czy w tamten wyjątkowo gorący dzień grali coś z „Lake & Flames”? Musieli, wszak płyta wyszła parę miesięcy potem, w listopadzie. Co to było za zaskoczenie i zmiana! Już podbity na bogato elektroniką singiel „Can’t Cook (Who Cares?)” wprowadził niemałą konsternację wśród słuchaczy. Ale kto spodziewał się, że ta grupka smarkaczy, po doświadczeniach ze zwykłym post-punkiem, przygotuje tak kompleksowe, dojrzałe, trudne do zaszufladkowania gatunkowego dzieło? Do dziś nie doczekaliśmy się w Polsce płyty o statusie, w wymiarze międzynarodowym, „OK Computer”, jednakowoż „Lake & Flames” spokojnie może uchodzić za rodzimy odpowiednik tamtej płyty Radiohead. Największe osiągnięcie polskiej alternatywy? Chyba bardzo bym nie polemizował. Takie utwory jak „Neyorkewr”, „North By Northwest”, wspomniane już „Oh, Joe” i „Can’t Cook…” czy „Red Rocker” wyznaczały horyzont myślenia o muzyce alternatywnej, a „The Car Is on Fire Early Morning Internazionale”, „Ex Sex Is (Not) the Best (Title)” i „Love.” były bangerami, przy których wyłączaliśmy analizowanie, a uruchamialiśmy kończyny. Tamta jesień 2006 i późniejsza zima to także pierwszy koncert TCIOF w moim rodzinnym mieście, na którym publice zabroniono skakać (pomieszczenie groziło zawaleniem), gdzie początkujący dziennikarz muzyczny zrezygnował z wywiadu z chłopakami, za to przeprowadził skrupulatną relację (odtwarzanie setlisty z notatnikiem w ręku i Jackiem Szabrańskim przy boku), wreszcie bezdyskusyjny triumf „Lake & Flames” w rocznych podsumowaniach.

Pamiętam moje lekkie rozczarowanie, że po wspomnianym występie przy wspólnym stoliku barowym przypadło mi miejsce obok Szabrańskiego (sorry Jacek! Teraz już mogę się przyznać, może mi wybaczysz), a nie epatującego pewnością siebie lidera Borysa Dejnarowicza, z którym w ten sposób ciężko było rozmawiać. Wtedy nie mogłem wiedzieć, że zrządzeniem losu zainwestowałem czas w dyskusję z za moment frontmanem TCIOF, a Borys odejdzie z zespołu. Pamiętacie ten szok? Świetny drugi longplay, Fryderyk, bezpośredni występ przed Sonic Youth na Open’erze, a grupę opuszcza jej charakterystyczna (i niewyparzona, przyznajmy) twarz. Tu miejsce na małą dygresję i bolesną prawdę – The Car Is On Fire był zespołem, który notował wysokie mierniki w różnych kategoriach, ale wokal niemal zawsze u nich mocno kulał. Poza jednym, pewnie nawet niezauważonym dla szerzej publiki momentem w ich dziejach. Niedługo potem jak Dejnarowicz został redaktorem naczelnym magazynu „PULP”, za mikrofonem zastąpił go multiinstrumentalista Michał Pruszkowski. To, co wyciekło do nas za sprawą redaktora JR z serwisu S w postaci nagrań w wersji mp2, czyli kawałki „Easy On The Eye”, „Oh Girl You See”, „Sing” i wczesnych wersji „Ombarrops!” oraz „We’re Going Fine Minerva” („Going” zmieniło się potem na „Doing”, sam utwór też) ukazywało zespół wreszcie z bardzo dobrym głosem wiodącym i fantastycznym, jeszcze się rozwijającym songwritingiem. Nie wiem, czy byłem w tym odczuciu odosobniony, ale wtedy wydawało mi się, że trzecia płyta to kwestia czasu.

Niestety czekaliśmy na nią jeszcze cały rok. W międzyczasie The Car Is On Fire wystąpili na paru polskich i zagranicznych festiwalach, w tym, obok projektu Pati Yang FlyKKiler, na Glastonbury, co było niemałą sensacją (przypominam – jednak „całe wieki” przed wyjazdami naszych na Primaverę, SXSW czy The Great Escape), ich dotychczasowa dyskografia została wydana w Japonii, zaś z zespołu, ze szkodą dla tegoż, odszedł Pruszkowski. Przed wydaniem krążka „Ombarrops!” naszą wyobraźnię rozpalał fakt, że muzycy wyjechali do Chicago, gdzie album produkował sam John McEntire z The Sea And Cake i Tortoise. Być może duże oczekiwania, ale też niewątpliwie słabszy poziom całości oraz zbytnie studyjne przytemperowanie TCIOF spowodowało, że „Ombarrops!” spotkało się ze słabszym odzewem niż „Lake & Flames”, mimo przebojowych momentów (tytułowe „Ombarrops!”, „Swedish Samba, Swedish Love”, „A Song Like No Other”, „Cherry Cordial”, „We’re Doing Fine, Minerva”). Potem była trasa po Japonii, wydanie swojego dorobku w USA, na Wyspach i w Niemczech, występ na The Great Escape, grupa rozrosła się do pięciu osób, a jesienią 2010 rozmawiałem z Jackiem Szabrańskim przy okazji pierwszej edycji Electric Nights Festival w Lublinie (co się odwlecze, to nie uciecze), na której The Car Is On Fire grali w charakterze headlinera. Coś jeszcze? No tak, bezbłędny singiel „Lazy Boy” z 2011 r., który jako pierwszy rodzimy kawałek wygrał zestawienie najlepszych piosenek roku na Screenagers (Porcys przez lata konsekwentnie pomijał wpisy o TCIOF, jako że członkowie zespołu byli zaangażowani w tworzenie tego serwisu). Jak się okazało, ich ostatni przed rozpadem.

The car is on fire and there’s no driver at the wheel” – pamiętacie jeszcze, kojarzycie, skąd wzięła się nazwa stołecznego zespołu? Wszystko wskazuje na to, że paradoksalnie to właśnie fakt, iż muzycy The Car Is On Fire dziś pewnie trzymają ręce na swoich kierownicach, każdy z osobna, spowodował ich rozejście się. Nie wiem, czy zagrają jeszcze pożegnalny koncert. Jeśli jednak tak by się stało, warto tego wydarzenia nie przegapić. W końcu żegnamy jednych z ostatnich pionierów boomu muzyki niezależnej w Polsce. Być może najlepszych.

Dziki Zachód

12 czerwca 2013 § 2 Komentarze

JEFEndOfTheTrail

Zanim w Łodzi zaczęto organizować koncerty na kilkanaście tysięcy widzów takich wykonawców jak Muse, w latach 2008-2009 odbyły się dwie edycje Pepsi Music Vena Festival. Wówczas niemałe wydarzenie – to na Venie, w przeddzień wielkomiejskiej mody na indie, grali w Polsce Primal Scream, Klaxons, Happy Mondays, The (International) Noise Conspiracy czy Frankmusik, ale organizatorzy rozbili się o frekwencję i dziś o tym festiwalu ani widu, ani słychu. W tych samych latach funkcjonowała Rafineria, najpierw w Redzie, a potem w Poznaniu, która za cel miała promocję niezalowych artystów z Polski (choć na drugiej edycji pojawiły się też zagraniczne gwiazdy jak Juvelen). Ponownie narzekano na skromną publiczność, część winy zwalając na darmowe juwenalia odbywające się w terminie ostatniej do dziś odsłony Rafinerii. Lubelski Electric Nights Festival przeszedł pod względem artystycznym podobną drogę – debiut w 2010 r. to czołówka polskiego indie, ale już 2011 przynosi The Legendary Pink Dots, Noblesse Oblige, Wires Under Tension czy Museum (i lepszą frekwencję). Tyle że wraz z upadkiem firmy fundatora zwija się wszystko, i festiwal, i cykliczne koncerty klubowe, i magazyn muzyczny, którego wspominałem w poprzednim wpisie.

W swoich najlepszych czasach Electric Nights Magazine rywalizował z Niezalem Codziennym, dziś obu już nie ma. Niezal miał już moment mocnego tąpnięcia, gdy z serwisu informacyjno-publicystycznego został przemianowany na bloga, ale niedawno zniknął także ten ostatni, koniec końców w pewnym momencie serwis, który generował być może największą ilość ruchu ze wszystkich rodzimych serwisów niezależnych. Od czterech lat nie ma jedynej jak dotąd gazety skupiającej całe środowisko najlepszych polskich niezal writerów, czyli pisma „PULP”, które zniknęło chwilę po pożarze klubu wydawcy magazynu, Jadłodajni Filozoficznej. O Jadło za chwilę, bo w tym miejscu chciałbym zauważyć, że próbę czasu najlepiej przetrwały te najstarsze media z przymiotnikiem „alternatywny”, czyli Screenagers i Porcys, choć nigdy nie doczekały się profesjonalizacji w znaczeniu rynkowym. Jednocześnie mógłbym wymienić ze dwie dziesiątki bardzo dobrych dziennikarzy muzycznych czy krytyków, którzy zrezygnowali z regularnego pisania o muzyce. A następców nie widać (bo i poniekąd tych następców w obecnej, post-boomowej rzeczywistości oczekiwać trudno).

Jadłodajnię Filozoficzną do dziś wspominają muzycy związani z alternatywą. Trudno się dziwić – dla wielu było to miejsce debiutu i zarazem matecznik, klub promujący polski niezal. Nieboszczyków na mapie klubowej można by pewnie wyliczać długo – w Lublinie zwija się właśnie odpowiednik warszawskiego Jadło, Opium, które organizowało koncerty i niezależne imprezy taneczne długo przed tym, gdy młodsze stażem miejscówki zrobiły z tego popularne hipster party, Sen Pszczoły próbuje się podnieść po pożarze (znowu!), a ostatnio Cafe Kulturalna odsunęła od swojej głowy topór publicznej instytucji, co nie byłoby możliwe bez zbiorowego protestu jej bywalców. I te kluby dalej będą znikać. Ostatnio PopUp sygnalizował, jakim problemem są publiczne dotacje dla dużych festiwali i jak polski rynek wygląda osobliwie na tle dojrzałych rynków zachodnich, bo w przeciwieństwie do tych ostatnich, u nas głównie bazuje się na ministerialnych czy gminnych środkach, co koniec końców uderza w prywatnych właścicieli (zjawiska takie jak zawyżanie gaż zagranicznych artystów, „po co mam płacić tyle za bilet, skoro mam w mieście koncert za darmo?” itd.). Oczywiście równie niebezpieczne jest uzależnienie istnienia danego kulturalnego zjawiska od gestu indywidualnego filantropa, ale w przypadku własnych pieniędzy każdy ma prawo do rozdysponowania nimi wedle własnego uznania, jasnym jest, że najzdrowszym modelem pozostaje nie wydawać więcej niż się zarabia. Zarabia, a nie dostaje z politycznej „góry”.

Nie ma już zespołu Kolorofon, który nagrał przynajmniej dwa wielkie przeboje rodzimej piosenki, nie żyje Kawałek Kulki, bardzo możliwe, że podobny los spotkał grupy Renton i Pawilon, milczą autorzy fenomenalnego debiutu Gasoline, cisza u Iowa Super Soccer, Wilson Square mieli wydać swój longplay rok temu, a na krążek Homosapiens słuchacze czekają jeszcze dłużej. Ostatni album Cool Kids Of Death był być może zamknięciem ich dyskografii, który to wątek przewinął się zresztą w wywiadzie w ostatnim (sic!) numerze „Electric Nights”. Wreszcie ci, bez których nie ma historii polskiego niezalu, czyli The Car Is On Fire – nikt oficjalnie nie ogłosił zakończenia ich działalności, ale gitary zostały zawieszone na kołku. Warto w tym miejscu, kończąc wyliczankę w całym powyższym wpisie, przytoczyć wypowiedź jednego z liderów wspomnianych TCIOF, Jacka Szabrańskiego, jaka padła w rozmowie muzyka z portalem FYH!. Dotyczy ona pewnego wycinka rzeczywistości, ale moim zdaniem dobrze obrazuje zjawisko, które starałem się przedstawić: „Czasem komentatorzy piszący o współczesnym Internecie stosują barwną metaforę Dzikiego Zachodu. W jej myśl, przenosząc coraz większą część naszej aktywności do sieci zyskujemy – podobnie jak dawni imigranci próbujący podbić Nowy Ląd – możliwość działania w świecie o gigantycznym, niezbadanym do końca potencjale. Jednocześnie jednak narażamy się na dyskomfort funkcjonowania w rzeczywistości, która jeszcze nie wykształciła do końca swoich reguł. Ta analogia wydaje się naprawdę niezła. Pionierzy już odkryli nieznane przestrzenie, już kolejne pokolenie osadników zagospodarowuje nowe parcele. Co jakiś czas jednak najęta przez sąsiada horda wpada na nasze ranczo i kradnie konie, a na drogach czają się bandy niebezpiecznych rzezimieszków. W naturalny sposób następnym krokiem będzie napisanie wspólnego prawa, które uporządkuje warunki wzajemnego współistnienia w tym nowym świecie”.

Większość, jeśli nie wszystkie przywołane przeze mnie kamienie milowe polskiego niezalu, istniały dzięki prywatnym finansom i nakładom sił. Jestem jedną z ostatnich osób, która będzie narzekać na zasady rządzące wolnym rynkiem – zdrowa konkurencja jest zawsze lepsza, niż sztuczne zrównywanie, nieodpowiadający rzeczywistym potencjałom poszczególnych zjawisk lub jednostek siłowy egalitaryzm. Może mi być tylko szkoda, że to ciągle jest obiecująca, długa droga, a my wystąpiliśmy w roli karczujących busz, natomiast śmietankę spije, na gotowe przyjdzie już kto inny. Bo nie wiem, czy jesteśmy obecnie na etapie „pisania wspólnego prawa”, bardziej rezonują w tym kontekście inne słowa Jacka i przede wszystkim puenta: „Generalnie wszystko jest w ciągłym ruchu. Wszystkie zjawiska mają swój etap narodzin, wzrostu, rozkwitu, potem umierają, a w ich miejsce pojawiają się nowe. Nic nie jest stałe, po prostu rzeczywistość, o której rozmawiamy na naszych oczach, formuje się na nowo, następnie zaś będzie musiała się ustabilizować. My zaś powinniśmy znaleźć sposoby skutecznego współdziałania adekwatne do nowych warunków”.

Historia

29 Maj 2013 § 5 Komentarzy

Electric Nights Magazine

Radiohead, The Beach Boys, Primal Scream, Myslovitz, Prince, Bon Iver, très.b, Ariel Pink’s Haunted Graffiti, Kurt Vile, Talk Talk, Fleet Foxes, John Coltrane, Amy Winehouse, Paula i Karol, Disco Inferno, Kapela ze wsi Warszawa, Ścianka, Dan Deacon, Aaliyah, Toro Y Moi, James Blake, Atari Teenage Riot, Sufjan Stevens, The Zombies, David Bowie, My Bloody Valentine, M83, De La Soul, Syd Barett, The Cure, Panda Bear, How to Dress Well, Brodka, Actress, The Legendary Pink Dots, Awesome Tapes From Africa, The Field, Fonovel, Wires Under Tension, Katy B, The Shins, Julia Marcell, Kobiety, Steven Wilson, Lenny Valentino, Jamie Woon, Ballady i Romanse, Queens Of The Stone Age, TV On The Radio, Arcade Fire, Red Hot Chili Peppers, The Smashing Pumpkins, Destroyer, Nerwowe Wakacje, Riverside, Napszyklat, Sinusoidal, UL/KR, Foo Fighters, Duran Duran, Bye Bye Bicycle, Florence + the Machine, Death From Above 1979, The Decemberists, Aztec Camera, The National, Band Of Horses, Blackfield, Nicolas Jaar, Tim Hecker, The Phantom, PJ Harvey, The Durutti Column, Muzyka Końca Lata, Mike Patton, Noblesse Oblige, Drekoty, Gatto Fritto, How How, The Frames, Rubber Dots, Austra, Battles, Firendly Fires, Gang Gang Dance, Lykke Li, Pati Yang, Dżamble, Danger Mouse, Microexpressions, Amon Tobin, Zomby, Deftones, Novika, Nosound, Museum, The Rapture, PCTV, Neon Indian, The Subways, Tori Amos, Tinariwen, Bombino, Jill Scott, Öszibarack, Psychocukier, Catself, Elliott Smith, Nosowska, Mastodon, Cool Kids Of Death, Coldair, Fisz/Emade, Russian Red, Sensible Soccers, Daktari, Eris Is My Homegirl i wielu, wielu innych.

Można by z tego sklecić całkiem niezły line-up, nie? W Electric Nights pisaliśmy o nich, rozmawialiśmy z nimi, relacjonowaliśmy koncerty wymienionych artystów, obejmowaliśmy patronatem, dorzucaliśmy ich albumy do naszego magazynu, część z wymienionych to redakcyjne odkrycia wybitnie z tamtego okresu. Do tego trzeba dodać też takie nazwy jak m.in. Primavera Sound, Heineken Open’er Festival, Pukkelpop, SXSW, Creepe Teepee, Orange Warsaw Festival, OFF Festival, The Boiler Room czy PKP Powiśle.

Electric Nights Magazine funkcjonował od 2011 roku do końca maja 2012. Historia istnienia fundacji (poza elektroniczną gazetą i serwisem muzycznym właściciela i sprawcy także Electric Nights Festival oraz koncertów klubowych Electric Nights Warm-up) to jeszcze dłuższa opowieść – wszak pierwsza edycja festiwalu muzyki alternatywnej odbyła się w 2010 roku. Jakiś czas temu strona magazynu, a wraz z nią archiwalne numery Electric Nights, przepadła zupełnie. Po ustaleniach z wydawcą postanowiłem ocalić od zapomnienia chociaż te ostatnie, wrzucając wszystkie na Issuu, gdzie można je przejrzeć i pobrać za darmo. Traf chciał, że wszystko odbyło się dokładnie rok po zniknięciu magazynu, co, wierzcie mi, jest zupełnym zbiegiem okoliczności. Miłego.

Pękł tysiąc

22 kwietnia 2013 § 4 Komentarze

I jeszcze trochę, skoro koncertowa pojemność Palladium wynosi 1500 osób, a bilety na występ KAMP! zostały wyprzedane. Tym samym 13 kwietnia 2013 r. zakreślamy czerwonym kółeczkiem w kalendarzu – przypominacie sobie, by jakiś inny polski zespół wywodzący się kręgów niezależnych przekroczył wcześniej barierę 1k?

Where Am I?

You are currently browsing the komentarze category at .