Zagraniczne rozmaitości (13) – Julia Holter, Forest Swords, Fire! Orchestra, Thundercat

19 Grudzień 2013 § Dodaj komentarz

Na zakończenie 2013 zagraniczne rozmaitości również z „13” w tytule. Zanim umieszczę na blogu listy roczne, chciałbym nadrobić zaległości i powiedzieć o płytach, o których od kilku miesięcy opowiedzieć mi się nie udało, a które znalazły się w puli krążków do zestawienia najlepszych longplayów. 90% miejsc jest już raczej zajętych, o Daft Punk, tu nie pasujących, było poprzednio, Wam pozostawiam domysły, co z tego znajdzie się w finalnej dziesiątce. Każdy z wymienionych albumów zasługiwał na osobne potraktowanie, mowa o unikatowych zjawiskach, ale nie ma co kryć – w tym roku pisaniu o muzyce z racji innych aktywności musiałem poświęcić mniej miejsca.

Julia Holter Loud City SongJulia Holter „Loud City Song”

Kto wie, być może to jest właśnie przyszłość muzyki niezależnej? Pierwszy przyczółek w zeszłym roku zdobyli już Grizzly Bear, a Julia Holter przeprowadziła na „Loud City Song” regularny desant, gdzie barwy alternatywy przemieszały się z barwami muzyki poważnej, bo o ten zabieg konkretnie mi chodzi. Weźmy charakterystyczną właśnie dla klasyki cudowną ornamentykę dla wokalu Julii na początku „World”. Weźmy budzącą respekt masywność „Maxim’s I”, spójrzmy na naturalnie narzucające się nawiązanie do klasycznych pianistów lub kompozytorów w postaci „He’s Running Through My Eyes” czy wyostrzmy słuch na ciche orkiestracje w „Maxim’s II”. Z drugiej strony mamy elementy kierujące nas raczej w stronę jazzu jak w drugiej połowie „City Appearing” czy „In The Green Wild”, piosenki popularnej (zwiewne „This Is A True Heart”) i ambientu („Hello Stranger”). Maniera aktorska w śpiewie Julii Holter może irytować przez swoją dosłowność, ale też trzeba przyznać, że do utworów zebranych na „Loud City Song” pasuje idealnie, zresztą Amerykanka nie przesadza z jej stosowaniem. Na koniec anegdota – rok temu, przy okazji pozablogowego podsumowania, słuchałem poprzedniego longplaya artystki, „Ekstasis”. Jako że ogólnego materiału do przerobienia w postaci płyt miałem sporo, po pierwszym zapoznaniu się z twórczością Holter, uznałem ją za nudną i oceniłem nieentuzjastycznie. „Cóż więcej można dodać, wszyscy widzieliśmy przebieg meczu, musimy teraz wyciągnąć wnioski”.

Forest Swords - EngravingsForest Swords „Engravings”

Nie byle jaka to sztuka mieć po dwóch EP-kach, na wysokości debiutanckiego longplaya, unikatowy w skali muzycznego świata i rozpoznawalny wizerunek. I jakkolwiek pretensjonalnie by to nie zabrzmiało, ten w wykonaniu Forest Swords kieruje nasze wyobrażenia jednoznacznie do Kraju Kwitnącej Wiśni, w czasy samurajskie. Nic dziwnego, stojący za projektem angielski (sic!) producent Matthew Barnes myśli obrazami – jest zawodowym grafikiem, który sztuki wizualne wymienia wśród swoich inspiracji, a gdy dodać do tego orientalne wstawki w jego utworach, (spójny) design okładek czy mistyczny klimat spowijający kompozycje, nie pozostaje wiele miejsca na własną interpretację. Ale w tym przypadku, to się chwali, tym bardziej, że koncept jest frapujący, a w świecie, w którym wydaje się, że nagrano już wszystko, świeży. Słuchając dumnego „The Weight Of Gold”, pociągniętego zamaszystymi fakturami rodem z konsol 8-bitowych „Ljoss” czy wirujących ostrz w „Irby Tremor”, można wysnuć obawę, iż projekt Anglika chwyta, póki działa efekt nowości, jego hermetyczność jednak może stać się w przyszłości bronią obosieczną. No i co gorsza – ile klonów Matthew Barnesa będziemy wkrótce słuchać? To zmartwienie dnia jutrzejszego, póki co mgła spowiła las z mieczami, warto podjąć jeden z nich i sprawdzić, co się pod nim znajduje.

Fire! Orchestra - Exit!Fire! Orchestra „Exit!”

Paweł Franczak twierdzi, że świadome słuchanie muzyki poważnej potrafi wywołać fizyczne zmęczenie. Jeśli tak, to chciałoby się rzec, iż po wybrzmieniu ostatniego taktu na „Exit!”, swój T-shirt można wyżymać z potu. Płyta będąca owocem współpracy saksofonisty Matsa Gustafssona, basisty Johana Berthlinga, perkusisty Andreasa Werliina z wokalistami, szwedzkimi jazzmanami i… tekstem Arnolda de Boera z The Ex jest nie tyle już propozycją dla wytrwałych, co odpornych. Jest to zapis koncertu na awangardowej scenie Fylkingen, gdzie w styczniu 2012 r. spotkało się aż 28 muzyków razem tworzących skład Fire! Orchestra („podstawowe” Fire! to wymieniona na wstępie trójka plus goście). Efekt końcowy stanowi szokująca miejscami mieszanka free jazzu, krautrocka, atonalnych wokaliz i liryki opisującej poruszanie się po tajemniczym budynku, raz to gorączkowe, raz to dające za wygraną. Tym samym pomieszczenie staje się metaforą osaczenia i słuchacz może odnieść wrażenie, że wcale nie chodzi o wolno stojący obiekt, ale o zapis stanu paranoicznego umysłu. „Exit!” z racji swojej formy raczej nie jest pozycją, po którą sięga się często, zresztą trzeba też uczciwie zaznaczyć, iż krążek Fire! Orchestra nie ustrzegł się męczącej dłużyzny przy samym finiszu nagrania – nawet jeśli uznać końcowe wokale za odzwierciedlenie upadku w szaleństwo podmiotu lirycznego, mogłyby być one o te kilka minut krótsze, bo w pewnym momencie po prostu zaczynają nużyć. Nie zmienia to faktu, że to płyta w przeważającej części udana, choć nie dla każdego.

Thundercat - ApocalypseThundercat „Apocalypse”

Gdy pisałem o ostatnim efekcie solowej współpracy Thundercata z Flying Lotusem, stwierdziłem, że to czarna muzyka przyszłości i wszystko jest możliwe. Szkoda, że tym możliwym okazało się niezrobienie od czasów „The Golden Age Of Apocalypse” wyraźnego kroku naprzód (gdy zaś chodzi o Lotusa, „Until The Quiet Comes” było na tle longplaya „Cosmogramma” krokiem wstecz). Nie słyszę na „Apocalypse” nic, czego bym nie słyszał już na poprzednim krążku Stephena Brunera z 2011 roku, co więcej, z perspektywy dwóch płyt widać wyraźnie, że największą bolączką kaskaderskiego basisty obdarzonego anielskim wokalem jest utrzymanie na przestrzeni całego wydawnictwa spójności i wysokiego poziomu, który sam sobie wyznacza pojedynczymi utworami. Tak jak na „The Golden Age Of Apocalypse” wyróżniały się „For Love (I Come Your Friend)”, „Seasons” czy „Fleer Ultra”, tak i na „Apocalypse” można wskazać liderów. To będzie choćby największy na dzień dzisiejszy autorski przebój Thundercata, „Heartbreaks + Setbacks”, opener w postaci „Tenfold”, który brzmi jak introdukcja wielkiej płyty lub schowane pod ostatnim indeksem pożegnanie zmarłego w zeszłym roku przyjaciela, Austina Peralty, najzwyczajniej w świecie wyciskające łzy z oczu (czy można sobie wyobrazić bardziej poruszające wyznanie wiary niż to, gdy Bruner śpiewa „I know I will see you again in another life / Thank you for sharing love and your light / Though we say goodbye / We will say hallo again”?). Pozostałe utwory, w których mieszają się wątki życia, śmierci, nadziei, to poziom, którego wielu współczesnych artystów nie dosięga, ale na tle najwyżej punktujących dokonań Thundercata i Flying Lotusa, wydają się zwyczajnymi. Mówimy o dwóch wizjonerach, stąd moje kręcenie nosem.

Tagged: , , , , , , , , , , , , ,

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Zagraniczne rozmaitości (13) – Julia Holter, Forest Swords, Fire! Orchestra, Thundercat at .

meta