Zagraniczne rozmaitości (12) – The Dodos, Deerhunter

5 Wrzesień 2013 § Dodaj komentarz

Dwa zespoły funkcjonujące w zbliżonym okresie, z identyczną liczbą longplayów na koncie, reprezentujące archetypowy indie rock, oba z Ameryki, oba… na „D”, wydające swoje najnowsze płyty w bieżącym roku. Ale efektem końcowy nie jest jednakowy, i o dziwo to ci mniej rozpoznawalni wychodzą z tej konfrontacji zwycięsko.

The Dodos - CarrierThe Dodos „Carrier”

Z perspektywy czasu tytuł trzeciej płyty („Time To Die”) zespołu Merica Longa i Logana Kroebera okazał się proroczy. Rok temu w czasie snu w wieku zaledwie 26 lat odszedł Chris Reimer, muzyk kanadyjskiej grupy Women, w tamtym czasie także trzeci członek The Dodos. Long w materiałach prasowych wspomina wpływ, jaki wywarł na niego przedwcześnie zmarły artysta, nie tylko, jeśli chodzi o komponowanie, ale ogólne myślenie o muzyce, cierpliwość pozwalającą piosence się rozwinąć, pozbawiony znamion osądzania entuzjazm dla dźwięku. I na „Carrier” znajdziemy więcej raczej tego typu elementów odnoszących się do Reimera niż kwestii, która, wydawać by się mogło, powinna wybić się na pierwszy plan, czyli opłakiwania przyjaciela. Prawdę mówiąc ci liryczni Dodos całkiem konkretnie kopią tyłki! Weźmy jedną wielką afirmację życia, czyli najbardziej przebojowy na płycie „The Current”, podbite fanfarami „Substance”, galopujący rytm „Stranger” lub kolejne gitarowe puzzle singla „Confidence”. Coś podobnego zrobili na ostatnim longplayu Grizzly Bear – bez odwoływania się do „łatwej” energii, jaką dałoby się uzyskać naparzając noise rocki, kilka razy tak szarpnęli cuglami, że można było wylądować na glebie. Zresztą nowojorska kapela to właściwy punkt odniesienia, gdy myślimy o „Carrier”, podobnie jak amerykańska spuścizna indie początku XXI w., ale bardziej ta spod znaku The Shins, niż np. The Strokes, że pozostaniemy w NY. Owszem, bywa refleksyjnie, jak w przepięknym „Death”, bywa onirycznie („The Ocean”), ale daleko od niedojrzałej ckliwości. Przeglądając noty recenzentów, wobec natłoku muzycznych premier, łatwo wydane nakładem Polyvinyl Records „Carrier” pominąć, a mówimy o zespole, który już u zarania był nietypowy – znajomość afrykańskich polirytmii, granie w metalowych zespołach, i który puścił w obieg jeden z lepszych krążków w tym roku.

Deerhunter - MonomaniaDeerhunter „Monomania”

Gdzieś tam krąży opinia, że wcielenie Deerhuntera na „Monomanii” jest jakoby jakimś innym niż na ostatnich płytach, bardziej noise’owym. Bez przesady. Taka kolej rzeczy mogłaby sugerować, że Bradford Cox, Lockett Pundt, Moses Archuleta i dwóch nowych kolegów w zespole na piątym longplayu („Weird Era Cont.” została jednak dorzucona jako dodatek do „Microcastle”, ja liczę te płyty łącznie) Deerhunter odznaczają się jakiegoś rodzaju czupurnością. Tymczasem od „Halcyon Digest” muzycy wyraźnie złagodnieli i dziś należy traktować ich po prostu jako popularny amerykański band, który robi za headlinera modnych festiwali. Co jeszcze nie jest zarzutem – do ich piosenkowego wcielenia trudno się było przyczepić, ja sam wspomniany krążek z 2010 r. wymieniłem w zestawieniu najlepszych tego typu wydawnictw w tamtym okresie. „Monomania” to już jednak inna bajka. Podstawowy problem polega na niemal całkowitym braku elementu zaskoczenia. Gdy odpalają się kolejne indeksy na płycie, ja wiem, co się wydarzy – że wokal Coxa będzie przesterowany, że lirycznie będzie się odkrywał, czasem skrzypnie gitara, ale generalnie wszystko będzie płynęło swoim spokojnym, melodyjnym, chwytliwym nurtem, zaś gdy swoją kompozycję zaprezentuje Pundt, będzie ona brzmiała jakby wyjęta z jednego i tego samego katalogu pt. „stateczne, przyjemne indie z charakterystyczną progresją akordową” („The Missing”). Jedynie tytułowy utwór wyrywa z letargu. Już sam wstęp budzi czujność, i choć następująca po nim część może sugerować, iż wszystko rozwinie się znanym torem, Cox poświęca aż trzy ostatnie minuty (z pięciu całej kompozycji) na gitarowo-wokalne szaleństwo, sylabizowania i kolejnych wybuchów przesterów. Nie można było tak na całym longplayu? By zabrzmieć precyzyjnie – całości słucha się w porządku, poza nieprzystającym do reszty title trackiem znajdziemy wybijające się momenty („Neon Junkyard”, „T.H.M.”), ale „Monomania” jest najsłabszą długogrającą propozycją Deerhuntera od lat. To już było i następnym razem chyba nie przejdzie.

Tagged: , , , , , , , , , , , , , ,

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Zagraniczne rozmaitości (12) – The Dodos, Deerhunter at .

meta