To auto już nie pojedzie

20 Sierpień 2013 § 1 komentarz

The Car Is On Fire

Mówiliśmy o tym w kuluarach, bo ciężko było nie mówić (nie zauważyć). Ale co innego otrzymywanie sygnałów, że taki właśnie będzie finał, a co innego oficjalna notka. Po 11. latach wspólnego grania The Car Is On Fire zakończyli działalność. Przez głowę przewijają się różne obrazki, wspomnienia… Chwilę po tym, gdy przeczytałem ten komunikat, puściłem sobie „What Life’s All About” i „Oh, Joe” z kulminacyjnego punktu ich kariery, płyty „Lake & Flames”. Nie powiem, łezka w oku się zakręciła.

W końcu to byli jedni z nas – dla niektórych koledzy z podwórka, dla innych trochę dalsi znajomi, z którymi miało się zawiązane porozumienie mentalne – grający „po prostu” fajne piosenki; błyskotliwe indie, którego w Polsce przed nimi nie grał nikt, inteligentny pop, jak zwał, tak zwał. Ważne, że te utwory towarzyszyły naszemu najbardziej entuzjastycznemu poznawaniu archiwów światowej i rodzimej muzyki, uczestniczeniu w kulturze, dorastaniu, a jednocześnie zaczynali tak dawno, że na swoich prawach przecierali szlaki. Jak odległe to były czasy, niech świadczy o tym fakt, że kwartet z Warszawy usłyszałem po raz pierwszy (w 2004? 2005?), gdy w telewizji(!) leciał klip do „Cranks”. Taneczna linia basu skonfrontowana z jazgotliwą gitarą była zdecydowanie czymś, co trafiało do serca dwudziestolatka chłonącego wówczas zjawiska typu The Hives czy Hot Hot Heat (gdy największym dla nas odkryciem było to, że przy muzyce gitarowej można wyskoczyć na parkiet). I choć z self-titled debiutu wybijało się równie tylko, też zresztą singlowe, „Miniskirt”, panowie Dejnarowicz, Szabrański, Czubak i Halicz stali się gośćmi z mojej bajki. Pamiętam mojego pierwszego Open’era w 2006 r. i wystającego ponad swój zestaw perkusyjny Krzysztofa Halicza z szerokim uśmiechem na twarzy na koniec występu TCIOF na małej scenie. Po latach śmiałem się, że koncertami tej czwórki rozpoczynam festiwale (analogicznie Open’er 2009 i OFF 2011).

Czy w tamten wyjątkowo gorący dzień grali coś z „Lake & Flames”? Musieli, wszak płyta wyszła parę miesięcy potem, w listopadzie. Co to było za zaskoczenie i zmiana! Już podbity na bogato elektroniką singiel „Can’t Cook (Who Cares?)” wprowadził niemałą konsternację wśród słuchaczy. Ale kto spodziewał się, że ta grupka smarkaczy, po doświadczeniach ze zwykłym post-punkiem, przygotuje tak kompleksowe, dojrzałe, trudne do zaszufladkowania gatunkowego dzieło? Do dziś nie doczekaliśmy się w Polsce płyty o statusie, w wymiarze międzynarodowym, „OK Computer”, jednakowoż „Lake & Flames” spokojnie może uchodzić za rodzimy odpowiednik tamtej płyty Radiohead. Największe osiągnięcie polskiej alternatywy? Chyba bardzo bym nie polemizował. Takie utwory jak „Neyorkewr”, „North By Northwest”, wspomniane już „Oh, Joe” i „Can’t Cook…” czy „Red Rocker” wyznaczały horyzont myślenia o muzyce alternatywnej, a „The Car Is on Fire Early Morning Internazionale”, „Ex Sex Is (Not) the Best (Title)” i „Love.” były bangerami, przy których wyłączaliśmy analizowanie, a uruchamialiśmy kończyny. Tamta jesień 2006 i późniejsza zima to także pierwszy koncert TCIOF w moim rodzinnym mieście, na którym publice zabroniono skakać (pomieszczenie groziło zawaleniem), gdzie początkujący dziennikarz muzyczny zrezygnował z wywiadu z chłopakami, za to przeprowadził skrupulatną relację (odtwarzanie setlisty z notatnikiem w ręku i Jackiem Szabrańskim przy boku), wreszcie bezdyskusyjny triumf „Lake & Flames” w rocznych podsumowaniach.

Pamiętam moje lekkie rozczarowanie, że po wspomnianym występie przy wspólnym stoliku barowym przypadło mi miejsce obok Szabrańskiego (sorry Jacek! Teraz już mogę się przyznać, może mi wybaczysz), a nie epatującego pewnością siebie lidera Borysa Dejnarowicza, z którym w ten sposób ciężko było rozmawiać. Wtedy nie mogłem wiedzieć, że zrządzeniem losu zainwestowałem czas w dyskusję z za moment frontmanem TCIOF, a Borys odejdzie z zespołu. Pamiętacie ten szok? Świetny drugi longplay, Fryderyk, bezpośredni występ przed Sonic Youth na Open’erze, a grupę opuszcza jej charakterystyczna (i niewyparzona, przyznajmy) twarz. Tu miejsce na małą dygresję i bolesną prawdę – The Car Is On Fire był zespołem, który notował wysokie mierniki w różnych kategoriach, ale wokal niemal zawsze u nich mocno kulał. Poza jednym, pewnie nawet niezauważonym dla szerzej publiki momentem w ich dziejach. Niedługo potem jak Dejnarowicz został redaktorem naczelnym magazynu „PULP”, za mikrofonem zastąpił go multiinstrumentalista Michał Pruszkowski. To, co wyciekło do nas za sprawą redaktora JR z serwisu S w postaci nagrań w wersji mp2, czyli kawałki „Easy On The Eye”, „Oh Girl You See”, „Sing” i wczesnych wersji „Ombarrops!” oraz „We’re Going Fine Minerva” („Going” zmieniło się potem na „Doing”, sam utwór też) ukazywało zespół wreszcie z bardzo dobrym głosem wiodącym i fantastycznym, jeszcze się rozwijającym songwritingiem. Nie wiem, czy byłem w tym odczuciu odosobniony, ale wtedy wydawało mi się, że trzecia płyta to kwestia czasu.

Niestety czekaliśmy na nią jeszcze cały rok. W międzyczasie The Car Is On Fire wystąpili na paru polskich i zagranicznych festiwalach, w tym, obok projektu Pati Yang FlyKKiler, na Glastonbury, co było niemałą sensacją (przypominam – jednak „całe wieki” przed wyjazdami naszych na Primaverę, SXSW czy The Great Escape), ich dotychczasowa dyskografia została wydana w Japonii, zaś z zespołu, ze szkodą dla tegoż, odszedł Pruszkowski. Przed wydaniem krążka „Ombarrops!” naszą wyobraźnię rozpalał fakt, że muzycy wyjechali do Chicago, gdzie album produkował sam John McEntire z The Sea And Cake i Tortoise. Być może duże oczekiwania, ale też niewątpliwie słabszy poziom całości oraz zbytnie studyjne przytemperowanie TCIOF spowodowało, że „Ombarrops!” spotkało się ze słabszym odzewem niż „Lake & Flames”, mimo przebojowych momentów (tytułowe „Ombarrops!”, „Swedish Samba, Swedish Love”, „A Song Like No Other”, „Cherry Cordial”, „We’re Doing Fine, Minerva”). Potem była trasa po Japonii, wydanie swojego dorobku w USA, na Wyspach i w Niemczech, występ na The Great Escape, grupa rozrosła się do pięciu osób, a jesienią 2010 rozmawiałem z Jackiem Szabrańskim przy okazji pierwszej edycji Electric Nights Festival w Lublinie (co się odwlecze, to nie uciecze), na której The Car Is On Fire grali w charakterze headlinera. Coś jeszcze? No tak, bezbłędny singiel „Lazy Boy” z 2011 r., który jako pierwszy rodzimy kawałek wygrał zestawienie najlepszych piosenek roku na Screenagers (Porcys przez lata konsekwentnie pomijał wpisy o TCIOF, jako że członkowie zespołu byli zaangażowani w tworzenie tego serwisu). Jak się okazało, ich ostatni przed rozpadem.

The car is on fire and there’s no driver at the wheel” – pamiętacie jeszcze, kojarzycie, skąd wzięła się nazwa stołecznego zespołu? Wszystko wskazuje na to, że paradoksalnie to właśnie fakt, iż muzycy The Car Is On Fire dziś pewnie trzymają ręce na swoich kierownicach, każdy z osobna, spowodował ich rozejście się. Nie wiem, czy zagrają jeszcze pożegnalny koncert. Jeśli jednak tak by się stało, warto tego wydarzenia nie przegapić. W końcu żegnamy jednych z ostatnich pionierów boomu muzyki niezależnej w Polsce. Być może najlepszych.

Tagged: , , , , , , , ,

§ One Response to To auto już nie pojedzie

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading To auto już nie pojedzie at .

meta