Najlepsza rzecz w życiu – wywiad z Plug&Play

1 Sierpień 2013 § Dodaj komentarz

Fot. Gosia Nierodzińska

Fot. Gosia Nierodzińska

Ewolucja. To słowo-klucz do opisania zmian w obozie Plug&Play, którzy nadal grają do tańca, ale dziś są znacznie bardziej (indie)„pop”, niż kiedyś byli (post-)„punk”. Ale też i rewolucja, bo tak to trzeba określić, gdy na wysokości kończenia prac nad najnowszym wydawnictwem, EP-ką „Reisefieber”, zespół funkcjonuje właściwie bez wydawcy i normalnej dystrybucji, by następnie trafić do szkockiego z pochodzenia Too Many Fireworks, a tym samym na serwery najważniejszych sklepów oraz serwisów streamingowych na świecie. Woda sodowa? Nie grozi im, zwłaszcza po takiej historii grupy, o której również rozmawialiśmy w pewien lipcowy wieczór przed salą prób Plug&Play, gdzie spotkałem się z Kubą Majsiejem (wokal, teksty, gitara, klawisze, programowanie), Luizą Orpik (wokal, gitara akustyczna, przeszkadzajki), Agnieszką Ozon (klawisze, wokal), Wojtkiem Papierzem (bas) i Maćkiem Stachyrą (perkusja).

Rok temu wydajecie debiutancki longplay, nakładem jednej wytwórni, na Bandcampie, z zapowiedzią, że ukaże się on też na CD. To nigdy nie następuje. Rok później ukazuje się EP-ka w barwach drugiej wytwórni, tym razem z regularną dystrybucją, m.in. na iTunes, Amazonie, Spotify. W dodatku z inaczej brzmiącym Plug&Play, jakby to był inny zespół. Jak do tego wszystkiego doszło?

Kuba: Dobrze, że to słychać, że to jest inny zespół. Dla nas to nie jest jakieś specjalne zaskoczenie, bo tak naprawdę zapowiadaliśmy, wydając pierwszy longplay, że zmiany idą i chcieliśmy je zasygnalizować paroma kawałkami. Trochę ten nowy repertuar też powstrzymaliśmy przed publikacją, żeby już tak do końca jednak nie mieszać. Więc z naszego punktu widzenia to jest dosyć systematyczna i wcale nie taka szybka ewolucja, a przynajmniej z mojego, jeśli chodzi o kompozytora. Chcieliśmy postawić pewną granicę między – że tak to nazwę – starym a nowym brzmieniem zespołu czy starym a nowym Plug&Play, ale powtórzę jeszcze raz, jest to wynik jakiegoś naturalnego procesu. Nie było w żadnym momencie jakiegoś zgrupowania i decyzji „okej, to od teraz gramy inaczej, cofamy gitary, wypychamy klawisze, dokładamy elektronikę”. My się długo do tego przygotowywaliśmy, kupowaliśmy sprzęt, próbowaliśmy nauczyć się jego obsługi po to, żeby właśnie teraz mniej więcej tak zabrzmieć. I to też nie jest nasze ostatnie słowo.

No a a propos zmiany wydawcy – jak znajduje się Szkota w Warszawie, który postanawia wydać ci płytę?

Luiza: Szkot znajduje ciebie (śmiech). Neil (Milton – przyp. mój) zgłosił się do nas sam. Troszkę się zajarał naszą muzyką, opisał nas na swoim blogu, a potem my się do niego odezwaliśmy z propozycją współpracy, której on się bardzo, bardzo chętnie podjął.

Jak wygląda z Waszej perspektywy współpraca z Neilem? Jakim jest człowiekiem, jakim współpracownikiem?

Agnieszka: Fantastycznym. Bardzo otwartym przede wszystkim, chyba nikt wcześniej nie chciał się podjąć wydania z taką radością jak on. Ma trochę szkocki akcent przez co ja, jak większość pewnie, nie do końca wszystko rozumiem. Ale powtórzę po raz dziesiąty, że jest naprawdę wspaniałym wydawcą, przede wszystkim wspaniale motywującym człowiekiem, który uwierzył, i to jest najmilsze.

Wśród Waszych obecnych inspiracji wymieniacie takie zespoły jak Metronomy, Foals, Yeasayer. Jednocześnie grupy, które były kamieniem węgielnym polskiej sceny indierockowej, pozawieszały działalność, wśród debiutanckich kapel królują klawisze. Czy to znaczy, że niezależna muzyka gitarowa w Polsce umarła?

Kuba: Banalną odpowiedzią jest pewnie przytoczenie sinusoidy i tego, że tak samo grającym, jak i słuchającym, pewne konwencje i akcenty zaczynają się w pewnym momencie przejadać. I zarówno oczekiwanie, jak i sama podaż pewnych brzmień, spotykają się na inaczej rozłożonych akcentach. Wydaje mi się, że aranżując kawałki, grając je na próbach czy komponując, tak naprawdę pisze się podobne piosenki, które mogłyby z powodzeniem jakoś zabrzmieć na gitarach, i kwestia tylko, w co je obleczesz – pracując nad utworem, myśląc o nim. Myślę, że to jest problem tak naprawdę mody, bo są szlagiery muzyki rozrywkowej czy ogniskowej, które można scoverować na miliard sposobów, od funku po disco polo, zinstrumentalizować klasycznie itd. Takie proste „Hej sokoły” lub „Płonie ognisko” zawsze będą tą samą piosenką, tylko w pewnym momencie jakaś część publiczności chętniej przyjmie ten utwór w nowej odsłonie, bo ma dość grania np. szantowego. Ale melodia cały czas jest ta sama, kompozycja jest ta sama i ona dalej stanowi najważniejszą część muzyki, danej piosenki. Ważne jest to, na co my zwracamy uwagę – ja nie zakładam, że „gitarowa publiczność” wyginęła, to są ludzie, którzy np. w danym momencie nie wychylają głów, tylko po prostu spokojnie słuchają sobie takiej muzyki (śmiech). Tak naprawdę nawet w niezalu są mody, które są wyznaczane również przez media – niezależne, oddolne itd., ale bardzo dużo w tym jest roboty recenzentów i dziennikarzy, którym się nudzi i mają ochotę odkryć coś nowego, zaskoczyć kolegów oraz czytelników. Mówią: „teraz pokażemy wam to”, drugi podchwyci, trzeci podchwyci, i nagle robi się z tego moda, która trwa np. dwa sezony. Tak to troszeczkę widzę po tylu latach (śmiech).

Maciek, Ty jesteś dostarczycielem zespołów typu Foals do grupy. Jak z Twojej perspektywy wyglądają zmiany na polskiej scenie muzycznej i zmiany w Plug&Play?

Maciek: To jest błędne założenie, bo akurat zespół Foals podrzucił mi Kuba (śmiech).

Ja słyszałem, że Ty.

Maciek: Nie, on mi przekazał pierwszą płytę, ja się potem zajarałem i słucham ich mocno, chyba najmocniej z nas wszystkich. Co do zmian, myślę, że tak jak Kuba powiedział – jest to kwestia mody i trendów. Ja teraz zarzucam różne brzmienia elektroniczne na perkusję, wcześniej tego nie robiłem. Ale również gram w innym zespole, w którym nie używam takich bajerów, także to nie jest tak, że to do końca zginęło, tylko czasem zbiera się lepiej, a czasem gorzej elektronikę. No i my teraz to łączymy, i tak wychodzi, jak wyszło (śmiech).

Luiza: Myślę, że trochę zelżała napina na muzę. Młode zespoły, które bardzo się napinały wcześnie, żeby brzmieć groźnie i zimno, teraz pozwalają sobie na wpuszczanie również kobiet do zespołu (śmiech Agnieszki) i lżejszych brzmień typu fajnych klawiszy, jakiś przeszkadzajek. Nie kojarzy się już to ludziom z jakimś faux pas, tylko są to poszukiwania, w których zarówno my, jak i nasi odbiorcy się odnajdują.

A jak się jest kobietą w takim zespole jak Plug&Play, który kiedyś był kiedyś właśnie takim ostrym i zimnym?

Luiza: Na początku czułam się jak taki słodki rodzynek (śmiech), ale potem dołączyła do nas Agnieszka. Szczerze mówiąc lubimy to podkreślać, ale jest to trochę napompowane – nie czuję się kobietą w zespole, tylko członkiem zespołu. Który może wnieść coś innego, czyli np. lżejszy i troszkę może czasami bardziej infantylny wokal.

Agnieszka: Myślę, że podobnie tak jak powiedziała Lu jest z klawiszami (śmiech). Trochę infantylności, nie jest to typowo męskie granie. W którym często technicznie podupadam, ale Kuba mnie ratuje, ile może. Nie w sensie techniki grania, ale kultury techniki (śmiech). Tak jak Lu powiedziała – bycie kobietą w Plug&Play jest trochę napompowane, jesteśmy wszyscy członkami zespołu.

Luiza: Wydaje mi się, że dość sprytnie się tym bawimy z Agnieszką. Często jest to przesadzone jak np. mój wokal w „Brand New Day” lub jakieś słodkie dośpiewywanie, ale tworzymy razem muzykę i czujemy, na co możemy sobie pozwolić, a na co nie.

Agnieszka: No i nadaje to jakieś tam naszej indywidualności, wkładamy część siebie.

Skąd to złagodzenie kursu w Waszych piosenkach?

Kuba: To szło co najmniej dwutorowo. Luiza doszła do zespołu w momencie, gdy był on w kolejnym personalnym kryzysie – odszedł od nas jeden z muzyków, odpowiedzialny za spory kawałek brzmienia i wykonywania aranżacji. To był dobry moment, żeby otworzyć się na coś zupełnie nowego i pomyśleć sobie, że skoro już jesteśmy w pewnym sensie rozluźnieni – to się może nie rozpada, ale zaczyna orbitować na coraz szerszych promieniach – to zaprosiłem ją do śpiewania, żeby trochę poeksperymentować. Bo to w pewnym momencie zaczynało trochę wyglądać tak, że będziemy przez jakiś czas nie grać, ale pogrywać, czasem się spotykać, żeby podtrzymywać życie w zespole, nie wiadomo było, czy to przetrwa. Więc wszczepiliśmy sobie coś zupełnie nietypowego. I to jest jedna sprawa. A druga sprawa to jest to, że zaczynałem już pisać piosenki, w których szukałem wokali w wyższych rejestrach, sam próbowałem dośpiewywać falsety, próbowałem też zmuszać do tego niektórych członków zespołu, co nie bardzo wychodziło – otworzyć się od razu na wokal wieloletniemu instrumentaliście jest ciężkie, więc w wersjach demo śpiewała moja dziewczyna, która pokazywała mi, jak to mniej więcej może wyglądać. No i stopniowo Lulu wdrażała się w to, wykonując te partie, okazało się, że całość brzmi bardzo fajnie, więc każda kolejna kompozycja już była otwarta. Nie tak, że ścieżka wokalu żeńskiego była jedynie doklejona, tak jak np. to było na nagraniach do „Why So Close?”, gdzie na bieżąco w studiu układaliśmy drugie głosy, śpiewaliśmy je na szybko, a potem nagrywaliśmy od razu. Teraz utwór zawierał specjalnie to miejsce, w określonych częstotliwościach. Mamy nawet piosenki – które mamy nadzieję, że niedługo zaczniemy wykonywać – dialogowe między mężczyzną a kobietą, wspólnie z tekstem. Czyli jest to już pełnoprawna część zespołu.

Ty już przyszedłeś do nowego Plug&Play, chyba nawet nie pamiętasz za bardzo starego. Wniosłeś miękki basowy feeling. Jak się odnajdywałeś w zespole, który wszedł w etap wspomnianych zmian?

Wojtek: To nie jest do końca tak, że przyszedłem, gdy graliśmy już miększą muzykę. Jak pojawiłem się na pierwszej próbie i robiliśmy ze mną pierwszy materiał na koncert do Berlina, jakoś ponad rok temu, to były to w większości numery z „Why So Close?” plus może trzy-cztery z poprzednich EP-ek. Może pojawiły się dwa z nowych. Po kilku próbach zorientowałem się, w którą stronę to zmierza, i Kuba po prostu zapytał się mnie, czy to mi odpowiada. Odpowiedziałem, że jak najbardziej, jestem człowiekiem raczej otwartym na wszelkie style muzyczne. Kto mnie zna, wie o tym. Gdybym się nie odnajdywał, to bym tu nie grał, podziękowałbym grzecznie, pewnie utrzymywał kontakt ze wszystkimi członkami.

Czy w związku ze zmianą brzmienia szykują się też zmiany w setlistach koncertowych? Czy np. pozbędziecie się w ogóle starych kawałków?

Kuba: Ten proces już chyba praktycznie nastąpił. Jeżeli przejrzymy naszą setlistę, to nawet z „Why So Close?” nie wiem, czy zostało więcej niż trzy-cztery kawałki? Gramy „Dying With Emily”, „Alice From The Stars”, „You Are My Radio”, „Cpt. Welfare” i nie wiem, czy cokolwiek więcej?

Maciek: Gramy jeszcze „Ready For Rapture”.

Kuba: Ale „Rapture” ostatnio wypadł, nawet chyba nie łapie się na bis. „Let’s Get No Hope” jest numerem rezerwowym, najprawdopodobniej na koncercie na trzecich urodzinach Solca nastąpi premiera kolejnego utworu, który najpewniej wyprze jeden z utworów z „Why So Close?”, w kolejce czeka jeszcze kilka, które za chwilę będziemy mieli już ukończone. Ja mam dłuższy staż, więc na pewno nie będę tęsknił za tymi piosenkami, bo wykonywałem je przez lata. Dla mnie to już po prostu jest najwyższy czas, żeby to wszystko zakończyć. Wydaje mi się, że najbardziej znaczącym momentem dla tego odcięcia był moment, kiedy przestaliśmy grać takie kawałki jak „Pogo Dancer”. Utwory, które nas może nie stygmatyzowały, ale były znakiem rozpoznawczym. Wyrzucenie ich z setu, nieumieszczenie na płycie, było wyraźnym powiedzeniem, że to już jest naprawdę zmiana.

Nie będziecie tęsknić za starymi piosenkami?

Agnieszka: Chyba nie. Ja nie gram tych piosenek od lat, ale mimo wszystko bardziej się odnajduję w stylistyce, która teraz powstała. Oczywiście kiedyś – byłam wtedy jeszcze w liceum – zawzięcie słuchałam starego repertuaru. Ale kiedy już tutaj przyszłam i już w to wszystko całą sobą weszłam, to dziś zdecydowanie nowe rzeczy o wiele bardziej mi odpowiadają i są bliższe mojemu sercu, mojej duszy.

Kuba: Na pewno też gdybyśmy się zdecydowali grać stare numery, to one nie brzmiałyby już tak, jak kiedyś.

Wojtek: Jeżeli kiedyś przyjdzie nam grać trzygodzinne koncerty (śmiech pozostałych). Nie wiem, co na to reszta składu (śmiech)? Jeżeli ktoś będzie chciał tego kiedyś słuchać, to z chęcią wrócimy z większą ilością starszych numerów.

Luiza: Wydaje mi się, że dość ważną kwestią jest podkreślenie, że to nie jest sztuczna zmiana. I stąd też wynika nasza mniejsza ochota grania tych starych numerów – nowe utwory powstawały w tym składzie, który widzisz, wspólnie je tworzyliśmy, wspólnie nad nimi pracowaliśmy, i z pełną odpowiedzialnością mogą powiedzieć, że są też moimi piosenkami. A wcześniej to jednak było troszkę odtwarzanie rzeczy innych muzyków. Stąd ten entuzjazm co do nowości.

Kuba: Mi się też łatwiej pracuje z nowymi utworami, z nowymi osobami. Zawsze każdy patrzył na mnie jako na ambasadora starego Plug&Play właśnie poprzez te numery, więc za każdym razem każdy z większym respektem łypał, czy dobrze wykonuje daną partię, którą wykonywał wcześniej Wojtek (Bernatowicz, były basista i klawiszowiec Plug&Play – przyp.mój), Maciek (Bernatowicz, były basista zespołu – przyp. mój), Michał (Branicki, pierwszy perkusista i współzałożyciel Plug&Play – przyp. mój) itd. Także pozwala to fajnie zdemokratyzować prace i w ten sposób każdy włoży więcej od siebie.

To jakim liderem jest Kuba?

Agnieszka: Siedzi obok mnie, więc mogę powiedzieć tylko, że wspaniałym (śmiech).

Kuba: Jest respekt.

Agnieszka: Jest respekt, zdecydowanie.

Wojtek: Jeżeli pytasz o próby i głos odnośnie aranżów, to jasne jest, że Kuba ma decydujące zdanie, to są jego kompozycje.

Agnieszka: Ale to nie wynika też ze sztucznego respektu, ale takiego prawdziwego, od serca.

Wojtek: Ale tak jak już Kuba wspomniał wcześniej – w zespole panuje demokracja.

Luiza: Jakim liderem jest Kuba?… Myślę, że naturalnym, to jest dobre słowo. Kuba jest naturalnym liderem – to on pisze numery, ale to nie jest tak, że Kuba napisze utwór i my musimy go wykonać. Np. jeden z numerów, bardzo znienawidzony (śmiech), na szczęście póki co nie trafił na naszą setlistę i mam nadzieję, że tak zostanie. Na początku to pewnie wyglądało dość sztucznie i pewnie tak było odbierane, skoro Kuba jako jedyny został ze starego składu. Ale teraz, po długim czasie już współpracy, myślę, że głosy są równe.

Maciek: Na początku, jak doszedłem do tego zespołu, więcej się kłóciliśmy o różne rzeczy, aranże, Kuba zawsze stawiał na swoim, ja musiałem podkulić ogon (śmiech). Teraz jest trochę inaczej. Myślę, że Kuba też więcej nas słucha, my słuchamy Kuby tak samo, także mamy więcej do powiedzenia niż było to wtedy, gdy ja się pojawiłem. Ale to też nie było jakieś złe skoro Kuba siedział w tej muzyce dłużej niż my, miał prawo posiadać decydujące zdanie i dawać nam wskazówki, z których my zawsze korzystaliśmy.

Luiza: Jest dużo powietrza w zespole. Proszę się o to nie martwić (śmiech reszty). Nie jesteśmy trzymani pod kloszem (śmiech).

Powoli stajecie się zespołem EP-kowym – trzy EP-ki, jeden longplay. Czy można się spodziewać, że w najbliższej przyszłości te proporcje zostaną zbalansowane?

Kuba: Mamy ochotę nagrać płytę i mamy materiał. To trochę kosztuje, ale też nie tak dużo, jak jeszcze kilka lat temu. Ceny spadły i my też zaczęliśmy pracować, więc jesteśmy w stanie finansować bieżące potrzeby. Teraz jesteśmy na pewno nieco zmęczeni procesem wydawniczym i nagraniami, ale piosenki się piszą i się robią, więc będzie trzeba jakoś je spożytkować. Pozycja EP-ki jest fajna, ponieważ ciągle szukamy swojej szansy – łatwiej jest rzucić swoje siły na cztery utwory i spróbować nimi powalczyć, bo tak naprawdę wydawnictwo ciągną – powiedzmy – trzy kawałki, które można systematycznie i dobrze ogrywając pokazać w mediach. To też wynika z tego, że staramy się pokornie przyjąć swoją pozycję na scenie i widzieć, że nie ma sensu przeznaczać tyle czasu, sił i pieniędzy na nagranie długiej płyty, jeżeli nie nastąpi odpowiedni klimat do tego, żeby ta płyta się przyjęła. Widzimy też po przykładach KAMP! czy Brodki – prawdopodobnie za tym pójdzie jeszcze trochę znanych artystów, bo wśród niezależnych to jest dalej popularna forma – że można wydać EP-kę na wakacje, która będzie zawierała przebój lata i dostatecznie podtrzyma w głowach słuchaczy świadomość istnienia danego artysty oraz osiągnie swój efekt. Tzn. będzie np. dobrym wabikiem na koncerty.

A jeśli longplay, to w songwritingu wyznaczonym przez „Reisefieber”, czy to jeszcze bardziej ewoluuje? Bo Wy znacie te piosenki, nie znają ich słuchacze.

Agnieszka: Myślę, że ewolucja cały czas ma miejsce, to nie jest tak, że już stanęliśmy i będziemy tak stać, i cały czas się tego trzymać. Po tych numerach, które teraz gramy, myślę, że ewolucja cały czas jest.

Jakie są Wasze oczekiwania wobec Plug&Play?

Wojtek: Chciałem to powiedzieć, przy wcześniejszym pytaniu. Czuję się dobrze w tym zespole, trochę zaczyna się wkradać taka monotonia, że cały czas jest fajnie, no. Nie myślę za bardzo o przyszłości, przychodzę grać, pracowanie z tymi ludźmi jest dla mnie wielką przyjemnością. Nie wybiegam za bardzo do przodu, skupiam się na tym, żeby równo zagrać (śmiech).

Maciek: Chciałbym wydać tego longplaya, i jeszcze kolejnego, i jeszcze kolejną EP-kę. Także robić dużo, często, jak najwięcej grać, bo to chyba wszyscy lubimy – granie koncertów jest lepsze niż prób.

Wojtek: Trzeba oddać dwa równe skoki, to jest najważniejsze.

Maciek: Tak (śmiech). Ja np. w Plug&Play gram częściej koncerty niż z innymi swoimi zespołami, więc chciałbym, żeby ich było jak najwięcej i myślę, że wszyscy mają takie podejście – żeby grać dla ludzi, a nie tylko w ciasnej sali prób.

Luiza: Pieniądze i sława (śmiech). A tak serio, to granie w tym zespole bardzo, bardzo mnie rozwija, to jest jeden z porządniejszych kopów, które dostaję ostatnio w życiu i chciałabym płynąć na tej fali – granie koncertów, tworzenie muzyki, uczenie się nowych rzeczy. To jest to, to jest to główne oczekiwanie.

Agnieszka: Nie powiem tu już niczego nowego, powtórzę to, co już stwierdzili wcześniej moi przedmówcy – granie koncertów jest fantastyczną chwilą, bo wtedy jest konfrontacja pomiędzy tym, co robimy a odbiorcami. Bo oprócz tego, że robimy to dla siebie, gramy też dla ludzi. Także koncerty, koncerty, pieniądze, sława, tak jak Lu powiedziała, i dla mnie to też jest wielki rozwój, wewnętrzny i zewnętrzny (śmiech).

Kuba: Na początku myślę, że u kogoś, kto zakłada lub gra w zespole, największym marzeniem jest utrzymywanie się z tego – połączenie swojej pasji z pracą i zarobkiem to jest najlepsze, co się może w życiu wydarzyć, jeśli chodzi o prozę życia. To jest sfera marzeń, to nie jest tak, że ja oczekuję tego od Plug&Play, bo gdybym tego oczekiwał od swojego zespołu, pewnie też bym troszeczkę inaczej postępował. Większy nacisk kładlibyśmy na marketing, dużo bardziej chcielibyśmy zaistnieć, być może zrobilibyśmy pewne ruchy, których nie wykonujemy, gdzieś byśmy się podłożyli dużo bardziej – telewizja, talent show, gdzie można by szukać swojej szansy. No ale mamy jakąś tam wyznaczoną drogę i dobrze, jak się to wydarzy po naszemu. Przypomniało mi się, jak zadałeś to pytanie, że jeden z instrumentalistów odchodzących z Plug&Play kilka lat temu powiedział mi, że bardzo go męczy i jest dla niego bardzo dyskomfortowe to, iż zaczyna być postrzegany jako muzyk Plug&Play. Że chce być człowiekiem, który jest odbierany poprzez całe swoje życie czy całą swoją aktywność, przez to, co tworzy, a nie tylko tę działkę, którą uprawia w zespole. Ja wtedy sobie uświadomiłem, że mam odwrotnie – chciałbym być człowiekiem, który byłby szeroko identyfikowany jako muzyk Plug&Play. Żeby Plug&Play dało mi tą możliwość dookreślenia siebie, bo to jest póki co największa i najlepsza rzecz, którą udało mi się zrobić w życiu. Wcale mnie ten kontekst nie męczy, wręcz przeciwnie – czuję, że mnie nobilituje, oczywiście dzięki wszystkim, z którymi mogłem i mogę to robić.

Tagged: , , , , , , , , , , , , ,

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Najlepsza rzecz w życiu – wywiad z Plug&Play at .

meta