Muzyka bezniszowa – wywiad z Remkiem Zawadzkim (Afro Kolektyw, Newest Zealand, Rita Pax, Excessive Machine, Emma Dax)

17 Lipiec 2013 § Dodaj komentarz

Sylwetkę Remka Zawadzkiego i projekty, w których udziela się stołeczny artysta, przedstawiam w drugim wpisie. Tutaj głos zabiera sam Remek, który opowiada o tym, na jakim etapie znajdują się jego kolejne zespoły, czy muzyk w naszym kraju jest w stanie utrzymać się z grania koncertów, jaki jest poziom osłuchania Polaków i co to jest muzyka bezniszowa.

Potrafisz wymienić z pamięci wszystkie płyty, w których powstawaniu brałeś udział?

Mógłbym to zrobić przez to, że dopiero co tę dyskografię spisałem i w miarę pamiętam, ale i mogę tego nie robić (śmiech). Kiedyś poukładałem sobie alfabetycznie te projekty, nie jest ich jakoś aż tak dużo, bo chyba osiem płyt, może dziewięć, dziesięć.

Pewnie niewiele osób o tym wie, ale Twój fonograficzny debiut dotyczył hip-hopu, i nie chodzi mi w tym momencie o Afro Kolektyw.

Nie, nie. Była taka składanka „Pomysł goni pomysł”, wydało ją Camey Records, jakieś dziesięć lat temu. Ja tam robiłem tak zwane bity, na spółkę z kolegą. To znaczy ja robiłem swoje, kumpel znany jako Teka swoje, no i do tego dogrywali się różni raperzy, m.in. do tych moich Onar, Jano, Siła Dźwięku i Małolat z Ciechem, a do jego numeru Emade, z takim tekstem, że to jest ostatni numer, w którym rapuje. I rzeczywiście chyba, aż do tego ostatniego Fisza czy na ostatnim Tworzywie coś rapował, ale przez te dziesięć lat zdaje się, że faktycznie nigdzie.

Szersza publika poznała Ciebie jednak dzięki Afro Kolektywowi. Pamiętasz, jak zaczęła się Twoja współpraca z tym zespołem?

To jest dosyć zabawna historia, skąd ja się wziąłem w Afro Kolektywie, może nie taka, że boki zrywać, ale… Z chłopakami znałem się wcześniej – z gitarzystą, basistą, trochę z Hoffmannem (wokalistą Afro Kolektywu – przyp. mój). Znałem też ten zespół i myślałem sobie, że fajnie byłoby w nim grać, no ale Artur (Chaber – przyp. mój) grał tam na bębnach. Potem przy okazji płyty „Połącz kropki” robiliśmy wspólnie z Marianem Chibowskim, ówczesnym basistą Afro, jakieś tam rzeczy, muzykę, i się okazało, że część z tych szkiców weszła na longplay. Wobec czego chłopaki z Afro uznali, że skoro współtworzę krążek, to powinienem być w zespole (śmiech). Zadzwonił do mnie 1 stycznia Michał Szturomski i powiedział, że będę grał. Na co ja: „Ty, ale na czym? Przecież na perkusji gra Artur”. On mówi: „nie wiem, wymyśl coś sobie”. W ten sposób znalazły się w Afro Kolektywie instrumenty perkusyjne. Co też jest fajną opcją, bo zacząłem grać na czymś innym niż perkusja, więc był to jakiś rozwój. Generalnie jednak wzięło się od tego, że robiłem numery.

W tym samym czasie zadebiutował Twój inny zespół, Excessive Machine. Jakie są plany odnośnie jego działalności? Na przestrzeni lat wydaliście jedną EP-kę, dwa single, parę remiksów i byliście niejako najmowani do składów bardziej rozpoznawalnych muzyków.

Plany są takie jak każdego „młodego” zespołu bez płyty (śmiech). Chcielibyśmy ją nagrać, co nam zawsze umyka od lat, właśnie dlatego, że ktoś nas łapie do grania ze sobą i wtedy się skupiamy na współpracy z tym kimś, a na własne rzeczy trochę nie starcza czasu. Plus dochodzi do tego wątek finansowy, bo fajnie byłoby mieć jakiś budżet na płytę, a z tym też jest kłopot. Natomiast mamy napisane piosenki i w zasadzie wystarczy je zarejestrować. Chcielibyśmy to zrobić. Teraz jesteśmy po koncertach z Rita Pax, pograliśmy razem, jesteśmy w formie, więc może po prostu trzeba siąść, zagrać parę prób i to zarejestrować. Mam nadzieję, że się uda, bo byłoby szkoda, żeby ten materiał zupełnie przepadł, jest tam parę fajnych rzeczy (śmiech). W naszych głowach. A co dalej, zobaczymy.

Newest Zealand to z kolei Twoje zderzenie się z wyrazistą osobowością, jaką niewątpliwie jest Borys Dejnarowicz. Łatwo się pracuje, gdy jeden jest liderem, a drugi producentem i pewnie każdy ma swoje zdanie na temat, jak powinien brzmieć zespół?

Ja póki co produkowałem tylko singiel i zrobiliśmy kiedyś jeden cover. Może trochę się tego obawiałem, ale Borys jest niemarudny, wie, czego chce. Ja też jestem niemarudny i jeżeli to jest czyjś utwór, wiadomo, że chodzi o to, by ten ktoś był zadowolony – nie muszę wpychać we wszystko swojego ego albo swoich pomysłów. Ważne jest w tym wypadku zadowolenie autora. Nie pamiętam, żeby były jakiekolwiek problemy przy współpracy nad tym singlem, mam nadzieję, że uda nam się zrealizować płytę.

Twoje ostatnie muzyczne dziecko to Rita Pax, grupa, w której spotkała się Paulina Przybysz z Sistars i Pinnaweli, Kasia Piszek z zespołu Moniki Brodki i wspomniane już Excessive Machine. Paulina wspominała w jednej ze swoich wypowiedzi, że znacie się wszyscy od dziecka. Praca w studiu musiała być świetną zabawą, coś jak spotkanie po latach przyjaciół przy piwie.

Oj zdecydowanie tak. Było to powiedzmy, że ponad piętnaście dni, bo najpierw dwa tygodnie codziennych prób, może nie non stop, ale typu od 11 do 17 przez pięć dni, potem weekend i następne pięć dni. Potem etap nagrywania płyty, faktycznie było to przy piwie, piliśmy na tych próbach Radlery, bo odbywały się one na kacu (śmiech). Nawet chcieliśmy się przez moment nazwać The Radlers. Potem etap miksów, siedzieliśmy po parę godzin z Jackiem Antosikiem zgrywając materiał, żeby wszystko wyszło tak, jak byśmy wspólnie chcieli. Więc rzeczywiście był to bardzo dobry okres, i dla nas, myślę, że tu mogę za wszystkich powiedzieć, bo zgodziłem się z Pauliną w tym temacie – wiadomo, że ważna jest płyta i to, jak zostanie odebrana, ale najważniejszy jest właśnie ten wspólnie spędzony czas, który jest bardzo fajny towarzysko. Że jest super, że się dogadujemy, dobrze bawimy. Teraz byliśmy trzy dni na koncertach i też było super – mamy zdjęcia z lasu, skakaliśmy na trampolinie, może to brzmi jak bzdury, ale jest sympatyczne. Są śmieszne rozmowy, bo komuś się przypomina co chwilę: „a pamiętasz taką nauczycielkę, a pamiętasz jak zrobiła to?”, „a nasza podstawówka to z Waszą wygrała w piłkę nożną”. Dużo jest gadania o dzieciństwie, o znajomych z dzieciństwa, jest to jakoś tam nacechowane taką dziecinnością.

Aktualnie produkujesz debiutancki longplay Crab Invasion. Pamiętam, jak na konferencji „Muzyka a biznes” powiedziałeś muzykom tej grupy, że ich piosenki są do bani. Są do bani, bo są zbyt skomplikowane, w domyśle – polski słuchacz tego nie kupi. Co zdecydowało, że postanowiłeś podjąć się zadania wyprodukowania ich płyty?

Oj kurczę, nie pamiętam, żebym powiedział, że piosenki Crab Invasion są do bani, przecież nie są. Chyba, że zrobiłem to w formie jakiegoś żartu, albo takiego mojego standardowego cynicznego wygłupiania się?

Tak tak, żartu.

To jest wyniesione głównie z Afro Kolektywu, „smutny i nudny”, taka sfrustrowana postawa, że nic się nie uda i że muzyka jest niepotrzebna, co trochę jest jakąś tam półprawdą, a z drugiej strony jest nam w jakiś sposób niezbędna. A jak mówiłem o Crab Invasion, to już pomyślałem o tym w trakcie prac. Zresztą chłopaki doskonale wiedzą, że to są skomplikowane piosenki, co nie znaczy, że złe, po prostu wymagające – dla niektórych to plus. Zdałem sobie sprawę, że kolejny projekt, w którym biorę udział, nie bardzo ma niszę, w związku z tym wymyśliłem określenie, że jest to muzyka „bezniszowa”. Crab Invasion czy Newest Zealand jest to trochę muzyka bezniszowa, nie ma jeszcze nawet wyrobionej niszy w Polsce. Niestety, bo nie ma przez to też trochę odbiorców, musi ich dopiero uformować. A dlaczego się podjąłem współpracy? Po prostu chłopaki zaproponowali mi, żeby zrobić razem „Caps”, w tej chwili nie pamiętam nawet, czemu akurat do mnie się z tym zgłosili, posłuchałem demo i bardzo mi się spodobało. Kubę (Sikorę – przyp. mój) poznałem na pierwszym koncercie ZaStarego – podszedłem i powiedziałem, że to jest bardzo fajne co robi, i dopiero potem się dowiedziałem, że Kuba gra też w Crab Invasion. Zrobiliśmy razem dwa single i mamy nadzieję szybko dokończyć płytę.

Jak oceniasz poziom osłuchania Polaków? Jest dla kogo grać ambitniejszą muzykę? Jacek Szabrański stwierdził jakiś czas temu, że problemem Polski jest cykliczna ucieczka z naszego kraju ludzi wrażliwych i inteligentnych, czy to gdy mówimy o stanie wojennym, czy o ostatniej emigracji zarobkowej.

Jacek Szabrański jest z wykształcenia socjologiem, zresztą bardzo dobrym, on podejrzewam bardziej panuje nad kwestią oceny kraju czy świata, ja jestem bardziej zamknięty w tym, co robię. Wydaje mi się, że sytuacja się zmienia, tzn. jeszcze parę lat temu było coś takiego, że poziom zespołów był wyższy niż poziom odbiorców, że było więcej dobrej muzyki niż gotowych do słuchania jej osób. Teraz ciężko jest mi powiedzieć, bo z jednej strony trudno jest zaciągnąć ludzi na koncert, a z drugiej jednak przyszła jakaś taka fala muzyki typu Brodka czy Mela Koteluk i ludzie zaczęli płacić za bilety, występy. Słyszałem, że na koncercie Dawida Podsiadło pojawiło się 800 osób, na Ritę Pax tego samego dnia też przyszło pewnie z 500-600, więc zainteresowanie muzyką ambitniejszą się pojawia. Z tego co wiem, w 1500m2 do wynajęcia, jak jest weekend, impreza taneczna, gwiazda z zagranicy, jest pełno ludzi. Zdaje się, że jest jakieś tam szaleństwo na Fismolla, Skubas też poszedł całkiem nieźle, więc to osłuchanie jest chyba coraz większe. Myślę, że ono będzie rosło przez to, że są rzeczy typu Spotify czy Deezer, które podsyłają nową muzykę. Tylko że ja to odnoszę oczywiście do dużych ośrodków miejskich, powiedzmy, że to jest ta muzyka, w której siedzę, nie wiem, jak wygląda osłuchanie w temacie disco polo czy hip-hopu, wiem, że tych słuchaczy jest dużo, dużo więcej niż tych od ambitnej muzyki. Ale chyba Polacy się troszkę wyrabiają, bo mają sporo dobrej muzyki naokoło.

A z czego wynika Twoim zdaniem problem frekwencyjny na koncertach? Z powodu przesytu, gdy mówimy o Warszawie, czy jest tak, jak mówił na „Muzyka a biznes” Borys Dejnarowicz, że na Open’era jedzie się dla szpanu, dla samego wyjazdu, a nie koncertów?

To jest dobre pytanie. Parę lat temu, wtedy, gdy jeszcze na świecie płyty sprzedawały się lepiej, zapytałem Michała Hoffmanna, dlaczego w Polsce nie kupuje się krążków, a w Anglii tak, on powiedział, że to dlatego, że w Anglii facet czy babka, jak skończą pracę o 17, idą do sklepu i kupują w poniedziałek wszystkie nowości. U nas tego nie ma, nie ma kultury chodzenia na koncerty czy w ogóle odbierania muzyki. Wynika to trochę z tego, że u nas od niedawna jest dobrobyt i ludzie są przyzwyczajeni do wydawania pieniędzy na rzeczy materialne typu ciuchy, bo zobaczmy, że są coraz lepiej ubrani, a jeszcze nie wyszli na ten wyższy poziom, bo to zdaje się jest socjologicznie patrząc wyższy poziom poświęcania pieniędzy na dobra niematerialne. Dobra dostarczające bodźców psychicznych. Wydaje mi się, że dla ludzi muzyka głównie jest formą rozrywki – jak wspomniałem, że w 1500m2 na imprezie tanecznej jest full ludzi. Więc oni w sobotę idą do tego 1500, kupują bardzo drogi bilet, bardzo drogie drinki i chcą się wytańczyć, a ze słuchaniem jest już gorzej. Faktycznie może dochodzi też trochę kwestia lifestyle’owa, że na niektóre rzeczy się idzie dla szpanu, że nie chodzi o muzykę, ale o pokazanie się, co też nie jest negatywne, bo mimo wszystko ktoś doświadcza tej muzyki. Ja nie jestem do końca fanem dużych festiwali jako uczestnik, bo grać lubię, gdyż ciężko mi tam odbierać muzykę, a dużo osób jedzie tam, bo są tam inne osoby, jest to jakaś forma bywania. Być może, być może.

Czy w takim razie taki muzyk jak Ty jest w stanie się już utrzymać w Polsce tylko z koncertów?

To też zależy, co to jest muzyk taki jak ja.

No Ty.

W moim wypadku się nie da. Zawsze trzeba robić jakieś inne rzeczy. Natomiast są wokół muzycy, którzy są w stanie osiągnąć ten status i to nie za cenę wielkich kompromisów. Ciągle jednak jest z tym kiepsko, by utrzymać się z samych koncertów, trzeba by ich grać naprawdę mnóstwo, walczyć o sponsorów. Zresztą utrzymywanie się z występów na żywo to też jest sprawa kontrowersyjna, bo co innego koncert w klubie za bilety, a co innego dni miasta, gdzie tych biletów nie ma i to jest inny sposób zarabiania na muzyce. Jest dość słabo. Np. Afro wychodzi na plus, jak gdzieś jedziemy i gramy, to mamy z tego pieniądze, ale nie są to tony hajsu. To samo można powiedzieć o wielu innych alternatywnych zespołach – wspiąwszy się na pewien poziom, jest już okej, ale to ciągle nie są jakieś kokosy, w tej chwili. Dziesięć lat temu było z tym lepiej. Teraz mówi się, że jest najgorszy okres po 1989, aczkolwiek sytuacja wreszcie zdaje się poprawiać.

Czyli na co dzień Studio 7 jest dla Ciebie jednak większym źródłem dochodu?

Trochę koncertów, coś tam wpadnie z ZAiKS-u, czekam teraz, co przyjdzie ze STOART-u, wpadnie jakaś robota, taka czy siaka, więc to jest układanka, którą się zbiera do kupy.

Gdybyś miał wskazać z młodych, dopiero na dorobku polskich zespołów te, które uważnie obserwujesz?

Na pewno Weeping Birds, ale tam gram (śmiech), chociaż dzięki temu mogę obserwować rozwój tego składu od wewnątrz. ZaStary, z którym też współpracuję, Hanimal – piękny zespół, bardzo dobry. Michał Wendeker/WNDKR – ciekaw jestem, jak tego typu muzyka sobie u nas poradzi. Czekam na publikację materiału Sowa Music, też ciekaw jestem reakcji odbiorców. Fajny singiel ostatnio wypuścił Better Person, zobaczymy co jeszcze wymyśli. Interesuje mnie również, czy Łagodna Pianka da radę odnieść masowy, że tak powiem, sukces. Staram się obserwować, sporo przegapiam mimo tego. Niezbyt dużo słucham nowych polskich rzeczy z nagrań, ale bardzo lubię chodzić na koncerty i większość twórców znam na dobrą sprawę z występów na żywo.

>>posłuchaj piosenek Remka Zawadzkiego

Tagged: , , , , , , , ,

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Muzyka bezniszowa – wywiad z Remkiem Zawadzkim (Afro Kolektyw, Newest Zealand, Rita Pax, Excessive Machine, Emma Dax) at .

meta