Wciąż nam się udaje sprawić, że ludzie się będą dobrze bawili – AM Radio (wywiad)

25 Czerwiec 2013 § Dodaj komentarz

AM Radio

Kalendarz nie kłamie – na wywiad z AM Radio umówiłem się, owszem, przed imprezą, którą mieli zagrać w lubelskim Domu Kultury, ale jednocześnie w pierwszy dzień lata. Trudno o lepszą symbolikę. Antek Regulski i Michał „I Say Mikey” Torzecki, weterani warszawskiej sceny klubowej, emanują poprzez swoje sety oraz sposób bycia niesamowitym ciepłem, które zresztą sprawia, że aż chce się ich poznać osobiście. Rozmawialiśmy niedługo po organizowanym przez chłopaków wydarzeniu „Jak kiedyś”, więc zaczęliśmy od tego wątku i pionierskich czasów indie w Polsce, by dalej przeskoczyć do teraźniejszości, prognoz na przyszłość, a zakończyć opowieścią o prawdziwej przyjaźni, którą zadzierzgnęli wiele lat temu Antek i Michał.

Tydzień temu graliście na imprezie „Jak kiedyś”, zbierającej postacie, składy DJ-skie z legendarnej Jadłodajni Filozoficznej. Jak było?

Antek: To była naprawdę świetna impreza, nie tylko frekwencyjnie, ale też dla nas to było ważne wydarzenie dlatego, że spotkały się osoby, których nie widzieliśmy od trzech, czterech lat?, kiedy Jadłodajnia spłonęła. Było bardzo dużo znajomych twarzy, które nie przychodziły na nasze imprezy z różnych przyczyn i tego wieczoru się pojawiły, i czuć było miłość w powietrzu, wszyscy byli bardzo zadowoleni. Chyba najlepszą recenzją, jaką dostaliśmy z tego wydarzenia było to, że napisał do nas szef Placu Zabaw, Powiększenia oraz Planu B, który stwierdził, że jeden z barmanów powiedział, iż już nigdy więcej na imprezie AM Radio nie chce stać za barem, bo jest dużo fajnych dziewczyn, za fajna muzyka, żeby marnować swój czas za kijami nalewając piwo, wolałby się bawić. Ja byłem zachwycony tą imprezą.

Michał: Nie no myślę, że w ogóle organizowaliśmy to z tego powodu, że właśnie tak jak Antek mówił, rzadko już widujemy dużą ilość tych osób, z którymi spędzaliśmy tamte lata Jadłodajni Filozoficznej, no bo dorośli (śmiech) i ogólnie porozpadały się naturalnie te towarzystwa. Ale zabookowaliśmy też paru DJ-i, którzy już tak naprawdę zazwyczaj nie funkcjonują za często jako DJ-e i także takie osoby, z którymi nie gramy tak często normalnie, i to było fajne, bo było prościej to zrobić właśnie pod tym pretekstem. Właściwie chyba to była pierwsza taka impreza, którą my zorganizowaliśmy, a przez wiele lat byliśmy…

Antek: …wydaje mi się, że to była w ogóle pierwsza tego typu impreza wracająca do źródeł Jadłodajni i…

Michał: …z oficjalną nazwą tego miejsca itd. No bo Indie Vintage Party nie są oficjalnie imprezą z nazwą Jadłodajni i one się odbywają dosyć regularnie, a tutaj my jako byli rezydenci tego klubu zrobiliśmy to względnie oficjalnie, i było fajnie. Pojawił się też były główny menadżer Marcin Majewski…

Antek: …właśnie to chciałem powiedzieć, że dla nas to było bardzo ważne, żeby był też menadżer Jadłodajni, który generalnie już nie chodzi na imprezy i nie uczestniczy już w życiu klubowym, a przyszedł na tę imprezę i było takie miłe spotkanie ze wszystkimi ludźmi, z którymi byliśmy kiedyś sobie bardzo bliscy i spędzaliśmy mnóstwo czasu razem. Duży sukces, może kiedyś do powtórzenia, natomiast jeśli się nawet nie uda tego powtórzyć, to i tak było warto.

Michał: Nie no myślę, że jak najbardziej kiedyś do powtórzenia, tylko za jakiś czas, szczególnie, że my jednego wieczoru nie chcieliśmy zabookować wszystkich, z którymi graliśmy kiedyś, no bo wiadomo, że każdy by zagrał wtedy po 15 minut, więc pojawiły się trzy pojedyncze osoby i jeden skład. Na ten rok będziemy chcieli zaprosić jakby drugą połowę innych osób, które kiedyś się przewijały.

Antek: I miło było pograć stare kawałki, które już bardzo rzadko gramy, fajnie było powrócić do tych wszystkich rockowych korzeni, też tych pierwszych remiksów indie, które kiedyś nam się podobały, a teraz mamy już rzadziej okazje je puszczać.

Dużo w tłumie wyłapaliście twarzy osób, które wtedy przewijały się przez te imprezy?

Michał: Tak, myślę że nawet większość w ogóle wbiła się za DJ-kę z nami (śmiech) i był fun, bo tam jest dość dużo miejsca z tyłu. Plac Zabaw i Barka są dwoma takimi miejscami, które cieszą się największą popularnością i tam imprezy zazwyczaj liczą po 500-600 osób jeszcze o 5 rano, kiedy normalnie inne kluby są już dawno zamknięte, a więc w ciągu nocy jest czasem tysiąc osób naraz. Trudno, żeby była tam jakaś większość tych osób, wiadomo pojawiło się tak strasznie dużo ludzi, ale fajne było to, że ci, którzy przyszli, kręcili się wokół DJ-ki, wszyscy się napiliśmy razem, pogadaliśmy sobie potem chwilę.

Antek: Myślę że takim miernikiem jest to, co się dzieje na Facebooku dzień później. Mieliśmy strasznie dużo wpisów od ludzi, którzy dawno nie chodzili na imprezy albo dawno nie byli na takiej imprezie i pisali, że fajnie było znowu spotkać się w tym towarzystwie. Trochę zwracałem też uwagę właśnie na ludzi z dawnych czasów i widziałem bardzo dużo osób, które nie chodzą już na imprezy, a pojawiły się tego dnia, nie mówię, że specjalnie dla nas, ale specjalnie dla tej całej idei.

Michał: Dla ducha.

Antek: Dobrze, dla ducha (śmiech). Niech Ci będzie.

A co miały imprezy „kiedyś”, czego nie mają imprezy „dziś”? Lub czego nie miały?

Michał: Cały nasz cykl „Jak kiedyś” rozpoczął się już za czasów Powiększenia i polegało to na tym, że na samym początku, jak byliśmy najpierw rezydentami Saturatora na Pradze, a później Jadłodajni, to mieliśmy tendencję też do grania dużo takich rzeczy trochę od czapy, po prostu tego, na co mieliśmy ochotę, czyli nasze imprezy były taką jedną wielką mieszanką – skupialiśmy się w dużej mierze na indie rocku, na remiksach itd., ale późno w nocy puszczaliśmy hip-hop i tak naprawdę jakieś totalne po prostu piosenki, mamy taki numer typu, że Fleetwood Mac „Everywhere” zawsze zapodajemy. Później, jak zaczęliśmy grać po Jadłodajni, w innych miejscach, gdy staliśmy się rezydentami Mono i Kamieniołomów, to zaczęliśmy puszczać więcej house’u, dlatego że po prostu to dużo lepiej przechodziło w tym klubie i wiele osób, które pojawiały się na naszych pierwszych imprezach, bardziej właśnie takich w stylu rockowym, alternatywnym itd., było niezadowolonych naturalnie (śmiech). Stwierdziliśmy więc, że jak jesteśmy w tym Powiększeniu znowu, które ma mocniejsze rockowe korzenie, to nazwiemy tę imprezę specjalnie w ten sposób i wróciliśmy, odgrzebaliśmy dużo bardzo takich kawałków, których już nie graliśmy aż tak często i zaczęliśmy je puszczać znowu. Na samym początku w Powiększeniu to się w ogóle spotkało z gigantycznym sukcesem – naprawdę bardzo, bardzo dużo osób przychodziło cały czas, i tak trochę trzymamy się tej idei. Teraz czasami gramy trochę więcej współczesnych rzeczy, czasami więcej starych, zależenie od wieczoru i jakie osoby przychodzą.

Antek: Mi się wydaje, że to co różniło te starsze imprezy od dzisiejszych, to było to, że my zaczynaliśmy 9 lat temu, prawie 10 – na te eventy przychodziło bardzo dużo naszych znajomych, którzy mieli podobny pomysł na muzykę i na to, by się nie zamykać w jakiś ramach, nie bolało ich to, że obok hip-hopu leciał indie pop albo elektronika. Teraz ci ludzie dorośli, założyli rodziny i jest ich trochę mniej na naszych imprezach. Nam chyba brakowało czegoś takiego, żebyśmy mieli wspólny język z publiką. Bez podlizywania się – np. pierwsza impreza rok temu w Domu Kultury była dla nas, dla mnie przynajmniej, bardzo miłą niespodzianką, dlatego że tutaj graliśmy stare rzeczy, które strasznie lubimy, zupełnie nie staraliśmy się ustawić pod publikę, m.in. dlatego, że nie znaliśmy jej, a właściwie wszystko spotykało się z takim super przyjęciem, i stąd nasza duża sympatia do tego klubu i ludzi, którzy tutaj przychodzą. Choć nie znamy się bezpośrednio, wydaje mi się, że mamy wspólny mianownik.

Michał: Na pewno ze wszystkich klubów w Polsce tutaj czujemy się najlepiej. I klimat, i ludzie, i właśnie odbiór muzyki najbardziej nam pasuje – jest niepretensjonalnie, są sympatyczni ludzie i my zawsze też mieliśmy takie podejście, że staraliśmy się grać pozytywnie, względnie być na czasie, ale ogólnie najbardziej trzymać się tego, co lubimy, i ten powrót z „Jak kiedyś” polegał w dużej mierze na tym, że na samym początku, jak zaczynaliśmy, graliśmy głównie piosenki. Bo w ogóle fakt, że my się staliśmy DJ-ami to był gigantyczny przypadek. Polegało to na tym, że w jakimś momencie chodziliśmy na imprezy klubowe raczej właśnie z house’ami, z electro, mniej więcej 10 lat temu, jak to wszystko było popularne, kluby typu Piekarnia były na topie, no i nagle weszły te imprezy właśnie indiepopowe, które zaczynały się bardzo wcześnie, względnie wcześnie się kończyły, tak o 2-3, dlatego że ludzie byli padnięci od szalonych tańców do rocka. Był tylko jeden skład, który na samym początku grał tę muzykę, Sick Sick Individuals, i oni robili te eventy raz na miesiąc mniej więcej, czasami nawet raz na dwa miesiące, z różnych powodów. No i my stwierdziliśmy, że w sumie mamy dużo tej muzyki, obaj od dłuższego czasu ogólnie się nią interesowaliśmy i mieliśmy jakieś tam zbiory, więc uznaliśmy, że póki to nie są house’y, tylko rock, którego i tak nie da się za bardzo miksować, możemy dla znajomych zorganizować jakąś imprezę. I tak to się mniej więcej zaczęło. A z biegiem lat, jak to przeszło z indie w jakieś indie remiksy, to siłą rzeczy jakoś się nauczyliśmy miksować (śmiech). Udało się! Wiadomo, że najłatwiej się jednak miksuje wszystko, co ma po prostu beat, cztery na cztery, jakieś house’y, electro itd. Jako DJ-e wiele osób ma tak, że zaczyna grać więcej tego typu rzeczy, dlatego że jesteś w stanie to zmiksować, zrobić z tego jedną całość. Za to dla znajomych, którzy na początku przychodzili dla tych piosenek, nie było to specjalnie ważne (śmiech). My staraliśmy się złożyć jakiś taki bardzo spójny set, zmiksowany, a dla nich to się stawało momentami monotonne jakby naturalnie. Więc „Jak kiedyś” to był taki powrót do korzeni, do grania takiego, że robimy to dla funu.

Antek: Zawsze naszym założeniem było to, że chcemy grać taką imprezę, na jaką sami byśmy chcieli przyjść. I tak jak Mikey powiedział, zmieniła się trochę muzyką, którą gramy, ale wciąż staramy się nie kierować specjalnie jakimiś trendami, nie trzymać konkretnych gatunków i właśnie na każdej imprezie puszczamy albo hip-hop, albo jakieś indie, gitarowe, pop albo stare rzeczy, bo jest to zabawa, na którą sami byśmy chcieli przyjść, nie impreza, która ma być ekskluzywnym „czymś tam”, tylko ma być po prostu dobrą imprezą dla ludzi, żeby się dobrze bawili, i tyle.

Michał: Z tym beatowym graniem chodzi mi o to, że często masz jakieś numery, które są w jakiś tempie, masz inne, które będą do nich względnie dobrze pasować, i pewnym sensie staje się to jakimś ograniczeniem. A czasami najfajniejsze momenty jednak późno w nocy są wtedy, kiedy się gra po prostu to, co masz żywnie ochotę puścić w danej chwili, i właśnie jakby ten taki randomowy pomysł, działa najlepiej – nie subtelne, ładne przejście między dwiema piosenkami, tylko lekkie zaskoczenie czymś, co puszczasz po prostu dlatego, że chcesz.

Antek: Zawsze była dla nas ważniejsza selekcja, niż sztuka DJ-ska…

Michał: …no no, to na pewno…

Antek: …jakkolwiek to brzmi profanująco. Zawsze selekcja przed skillsami DJ-skimi.

W którą stronę Waszym zdaniem pójdzie kultura klubowa w Polsce? Patrząc już nawet tak szerzej – np. duże festiwale wyprą z miejskich miejscówek koncerty i ostaną się właśnie tylko klubowe imprezy?

Michał: Nie, myślę, że wręcz przeciwnie. Moim osobistym zdaniem, nie mówię za nas obu, bo nie wiem jakieś jest nawet podejście w 100% Antka, ale uważam, że dużo częściej ostatnio koncerty mają właśnie większą wartość dla ludzi, a sztuka DJ-ska jest taka, że przez technologiczne zmiany typu ułatwienia, różne programy, które tak naprawdę mogą właściwie miksować za ciebie w tej chwili, naprawdę strasznie się namnożyło DJ-i. Muzyków jest też więcej, bo jest także łatwiej produkować muzykę itd., ale DJ-i jest naprawdę dużo i nie jest to specjalnie trudne, żeby zagrać względnie zmiksowaną imprezę przez cały wieczór bez długotrwałych doświadczeń, umiejętności. Myślę, że dużo większą siłę rażenia mają koncerty i festiwale są coraz popularniejsze, cieszą się coraz większym zainteresowaniem, rzeczy typu OFF-y, Heinekeny, Audiorivery rosną w siłę z roku na rok chyba nie?

Może ja doprecyzuję. Chodzi mi o to, że ostatnio pojawił się taki bardzo popularny temat, że większość tych festiwali, poza Open’erem, chociaż on też ma jakieś tam środki publiczne, jest dotowana. I gdzieś jest taki, nie chcę powiedzieć, że żal, lecz „ale” właścicieli klubów, menadżerów, którzy muszą siłą rzeczy konkurować z tymi środkami poprzez swoje prywatne pieniądze. Czy przez pryzmat tego, nie będzie tak, że te koncerty będą znikać, a będzie więcej takich imprez? To jest trudny temat.

Antek: Tak, to jest trudny temat dlatego, że bardzo zależy od klubu i sposobu rozegrania tej całej sytuacji, ponieważ np. w Warszawie właściwie jest tak, że klub nie daje ci pieniędzy na import. Jeśli chcesz go zrobić, to jest kwestia twoja jako DJ-a – to nie jest tak, że klub ci sponsoruje, klub mówi „okej, zrobimy tę imprezę, natomiast to ty musisz załatwić tę gwiazdę” i…

Michał: …musisz załatwić na to pieniądze.

Antek: I ty z własnych pieniędzy załatwiasz kogoś.

Michał: Albo robisz to samodzielnie, albo masz sponsora. Już bardzo rzadko DJ w dzisiejszych czasach jest DJ-em solo, są też po prostu promotorami.

Antek: To o czym powiedziałeś – DJ już teraz czy też skład DJ-ski nie jest tylko składem DJ-skim i nie zajmuję się wyłącznie puszczaniem muzyki, tylko właśnie, kwestia zorganizowania np. importu albo zorganizowania innego DJ-a, samemu znalezienia sponsora, zapłacenia DJ-owi itd. W Warszawie są tacy właściele klubów jak np. Bshosa z 1500m2 do wynajęcia, który jest też DJ-em, w związku z tym on ma świadomość tego, co się dzieje i on też sam inwestuje jako klub, natomiast w większości przypadków jednak jest tak, że to DJ, a nie szef danej miejscówki, odpowiada finansowo. Jeśli impreza będzie klapą, to raczej DJ umoczy, niż właściciel klubu, bo on i tak trochę zarobi na alkoholu itd. Natomiast to, o co pytasz… Nie wiem, mi się wydaje, że jeśli chodzi o importy muzyczne, my jesteśmy w trochę innym świecie, dlatego że importy muzyczne, które przyciągają ludzi, to jest głównie techno. Właśnie to co robi Bshosa 1500 – to jest wierna publika, która przychodzi na rzeczy typu wiesz, Gesaffelstein, zaprosisz kolesi, którzy robią techno i tam rzeczywiście są ludzie. Osoby, które my byśmy chcieli zapraszać, myślę że by się nie sprzedały. Mieliśmy w zeszłe wakacje Szwedów z The Embassy, mamy generalnie dość dużą słabość…

Michał: …był jeden z DJ-ów z Air France, zespołu, który się już rozpadł…

Antek: …i ta impreza nie była udana komercyjnie. Ludzie nie rozumieli tej muzyki, nie do końca się im podobała, chcieli bitu, chcieli „pierd…cia”.

Michał: To jest bardzo dobry argument dla tego, jak zdystansowany może być stosunek ogólnie właścicieli klubów. Myślę że nawet w dużej mierze w większości alternatywnych klubów w tej chwili – publika, która przychodzi, jest tak różna, jest tak dużo różnych stylów muzycznych, że jest bardzo, bardzo trudno trafić z jakimś bookingiem, czy to by był koncert, czy DJ, tak żeby wszyscy w danym momencie wiedzieli, kto to jest i rozumieli, za jakiś normalne pieniądze. Wiadomo, że są takie osoby, które…

Antek: …Mikey, bo to jakby nie jest to, o czym my mówimy teraz, to nie jest muzyka stricte klubowa. To jest muzyka okołoklubowa, natomiast muzyka klubowa typu właśnie techno, electro itd., wciąż przyciąga ludzi i to wciąż się sprzedaje, bo to są osoby, którzy są z tą muzyką od 10 lat.

Michał: Ale też nie tak dobrze, jak kiedyś. Hej, „jak kiedyś” (śmiech).

Antek: No nie.

Michał: I pod tym względem myślę, że ogólnie jest problem dla promotorów itd. Jak są duże festiwale, każdy znajdzie coś dla siebie, a w przypadku pojedynczej imprezy, moim zdaniem w Warszawie akurat jest właściwie jeden klub, który radzi sobie cały czas jeszcze bardzo dobrze z dużymi bookingami, właśnie techno i house, to jest 1500m2, większość innych miejscówek już się w dużej mierze poddała – na jakieś urodziny ściągają kogoś większego, ale generalnie raczej się inwestuje w lokalnych DJ-i, którzy mają swoją publikę, mają swój świat promocyjny i wiedzą, że tamte osoby, nie tylko jako DJ-e, ale jako promotorzy, ściągną ludzi na daną imprezę. I się już bookuje dodatkowo jakieś ciekawostki zazwyczaj z kraju albo jakieś importy mniejsze, nie aż takie drogie, na imprezy bardziej jako bonus, niż główny event. Jest to oczywiście zawsze reklamowane i przedstawiane jako główny event, ale bardzo często nie jest to główna rzecz, która ściąga ludzi już w tej chwili.

Antek: Warszawa w ogóle jest dość kapryśnym miastem oczywiście. Nie mówię o niej dlatego, że mi się wydaje, że to jest najważniejsze miejsce, tylko jest to miasto, o którym wiem, ponieważ tam mieszkam. I raczej w stolicy jest tak, że oprócz kilku miejscówek, ludzie przychodzą raczej do klubu, tam są ich znajomi, niż na to, kto tam gra. I tak naprawdę czy to jest gość typu Moullinex, czy Viceroy, czy ktokolwiek, ludzie mają to gdzieś, bo i tak nie znają najczęściej tej osoby.

Michał: Gdy kosztuje więcej niż dychę, to wolą pójść do jakiegoś klubu, gdzie płacą 10 zł albo nic, napić ze znajomymi. To jest oczywiście bardzo przykre, ale to polega na przesycie rynku – jest strasznie dużo knajp, strasznie dużo stylów muzycznych i nie ma głównego nurtu, który prowadzi wszystkich i jest to bardzo podzielone. W Warszawie jest bardzo, bardzo dużo różnych miejsc, bardzo dużo różnych rzeczy się dzieje i to, że ktoś przyjedzie, też już w tej chwili nie jest aż taką atrakcją, jaką było 5 lat temu. By porównać – ja przed powrotem do Polski wychowywałem się w Nowym Jorku i tam było tak, że nie co tydzień, ale w każdy dzień tygodnia właściwie, od środy do niedzieli, odbywały się naprawdę grube koncerty, i pamiętam, że często stałem na jakimś koncercie, gdzie gra ktoś, kto by tutaj ściągnął tłumy i by było niewyobrażalnie fajnie, a tam po prostu wszyscy stali i się patrzyli, no bo dzień jak co dzień tak naprawdę. I szkoda, ale tak trochę jest – jak jest za dużo dobrego, to się tego nie docenia.

Wasza znajomość sięga czasów jeszcze przed AM Radio. Długo się już znacie?

Antek: My się znaliśmy przed AM Radio, nie wiem, 3 lata?

Michał: Wiesz co, ja wróciłem do Polski w 1999… I myślę, że my się poznaliśmy rok po albo coś takiego.

Na jakieś imprezie? W jakich okolicznościach?

Michał: Nie, przez moją…

Antek: …nie, jak najbardziej na imprezie. Poznaliśmy się na imprezie, która się odbywała na Muranowie… (śmiech) Nie wiem, czy tutaj będę chciał wchodzić w szczegóły. Rozmawialiśmy w jakiejś grupie i się okazało, że ja byłem na wymianie w Stanach, w liceum.

Michał: A to była ta domówka, gdzie tam mafia miała wbić (śmiech)?

Antek: Nie. Zaczęliśmy gadać o tym, że ja byłem w Stanach i…

Michał: A, u tej siostry ciotecznej, tak?

Antek: Nie mam pojęcia, kto to był. No gdzieś na Muranowie, no.

Michał: Aha (śmiech).

Antek: Głównie skupiło się na tym, że Michał mieszkał w Stanach długo, ja przez rok i zaczęliśmy rozmawiać o jakiś tam doświadczeniach, i potem się okazało, że mamy dość podobne zajawki muzyczne, i taki był początek tej przyjaźni.

I potem było AM Radio.

Antek: Potem się wydarzyło AM Radio, które nas związało na stałe i nierozłącznie, i (śmiech) raczej nie mamy wyboru, jesteśmy na siebie skazani.

Najlepsza cecha Michała.

Antek: Ale pytasz o osobistą, czy o DJ-sko-imprezową?

Jak najbardziej osobistą.

Antek: Jest ciepłym misiem, no (śmiech).

(Michał przytula wylewnie Antka)

A najlepsza cecha Antka?

Michał: Jak już uda się go przekonać do siebie, to jest bardzo, bardzo lojalny. Jest to dosyć ważne dla mnie jako osoby, która jest mocno towarzyska i kręci się w różnych kręgach. Myślę, że Antek jest dla mnie jakoś tam kotwicą, jest to osoba, do której mam 100% zaufanie i wiem, że jakbym miał jakąkolwiek ciężką chwilę albo coś takiego, to kwestia takiego bardzo dobrego przyjaciela. No, myślę, że to wystarczy.

Antek: Kropka.

Super, super. A największy sukces AM Radio do tej pory?

Antek: Chyba powinienem powiedzieć, że Open’er, ale tak naprawdę nie był to jakiś tam…

Michał: …nie…

Antek: …graliśmy na Open’erze w tym hangarze i to była pewnie impreza dla jednej z większych ilości ludzi, jaką graliśmy. Natomiast nie była… Okej – największym sukcesem AM Radio moim zdaniem było sprowadzenie do Polski Air France, takiego szwedzkiego zespołu, który u nas zaprezentował DJ set, który był kompletnie pogubionym DJ setem, z przerwami między piosenkami, oni byli totalnie pijani, ale było to taki moment, który nas z nimi zapoznał i pojawiła się bardzo fajna przyjaźń. To jest jedna rzecz, a druga to to, że udaje się nam przez tyle lat grać imprezy, które wychodzą, z których my jesteśmy zadowoleni i dobrze się bawimy. Nie chałtura, chałtura. Oczywiście gramy czasami jakieś tam mniejsze lub większe chałtury, ale generalnie staramy się rozkręcać imprezy, na których dobrze się bawimy i wciąż nam to sprawia przyjemność. Myślę, że to jest duży sukces po tylu latach. Że to nie jest żmudna robota i odwalanie czegoś tam, tylko coś, co wciąż nas kręci.

Michał: No, dokładnie chciałem powiedzieć, że w przypadku większości składów DJ-skich, które nie produkują muzyki i nie są znane z tego, prędzej czy później naturalnie zupełnie – myślę, że nie ma w tym nic złego – kończy się czas ich popularności po prostu dlatego, że zazwyczaj ich znajomi, wszyscy ludzie z ich pokolenia mają rodziny, i pracę, i nie znajdują czasu, by co tydzień chodzić na imprezę, może już też chęci. A nam jednak jakoś cały czas się udaje być względnie obecnymi.

Antek: Wciąż nam się udaje rozkręcić imprezę, wciąż nam się udaje sprawić, że ludzie się będą dobrze bawili. Taki było z założenia cel, tego co robimy i o co nam chodziło, i także chyba to, że jesteśmy wierni sobie – nie gramy niczego, co nie byłoby czymś, co nam się podoba, puszczamy rzeczy, co do których nawet czasami wątpimy, czy się spodobają ludziom, a jednak tak się dzieje. Wydaje mi się, że ciągłość i trwałość jest takim największym sukcesem.

Michał: No, na pewno.

Tagged: , ,

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Wciąż nam się udaje sprawić, że ludzie się będą dobrze bawili – AM Radio (wywiad) at .

meta