Dziki Zachód

12 Czerwiec 2013 § 2 komentarzy

JEFEndOfTheTrail

Zanim w Łodzi zaczęto organizować koncerty na kilkanaście tysięcy widzów takich wykonawców jak Muse, w latach 2008-2009 odbyły się dwie edycje Pepsi Music Vena Festival. Wówczas niemałe wydarzenie – to na Venie, w przeddzień wielkomiejskiej mody na indie, grali w Polsce Primal Scream, Klaxons, Happy Mondays, The (International) Noise Conspiracy czy Frankmusik, ale organizatorzy rozbili się o frekwencję i dziś o tym festiwalu ani widu, ani słychu. W tych samych latach funkcjonowała Rafineria, najpierw w Redzie, a potem w Poznaniu, która za cel miała promocję niezalowych artystów z Polski (choć na drugiej edycji pojawiły się też zagraniczne gwiazdy jak Juvelen). Ponownie narzekano na skromną publiczność, część winy zwalając na darmowe juwenalia odbywające się w terminie ostatniej do dziś odsłony Rafinerii. Lubelski Electric Nights Festival przeszedł pod względem artystycznym podobną drogę – debiut w 2010 r. to czołówka polskiego indie, ale już 2011 przynosi The Legendary Pink Dots, Noblesse Oblige, Wires Under Tension czy Museum (i lepszą frekwencję). Tyle że wraz z upadkiem firmy fundatora zwija się wszystko, i festiwal, i cykliczne koncerty klubowe, i magazyn muzyczny, którego wspominałem w poprzednim wpisie.

W swoich najlepszych czasach Electric Nights Magazine rywalizował z Niezalem Codziennym, dziś obu już nie ma. Niezal miał już moment mocnego tąpnięcia, gdy z serwisu informacyjno-publicystycznego został przemianowany na bloga, ale niedawno zniknął także ten ostatni, koniec końców w pewnym momencie serwis, który generował być może największą ilość ruchu ze wszystkich rodzimych serwisów niezależnych. Od czterech lat nie ma jedynej jak dotąd gazety skupiającej całe środowisko najlepszych polskich niezal writerów, czyli pisma „PULP”, które zniknęło chwilę po pożarze klubu wydawcy magazynu, Jadłodajni Filozoficznej. O Jadło za chwilę, bo w tym miejscu chciałbym zauważyć, że próbę czasu najlepiej przetrwały te najstarsze media z przymiotnikiem „alternatywny”, czyli Screenagers i Porcys, choć nigdy nie doczekały się profesjonalizacji w znaczeniu rynkowym. Jednocześnie mógłbym wymienić ze dwie dziesiątki bardzo dobrych dziennikarzy muzycznych czy krytyków, którzy zrezygnowali z regularnego pisania o muzyce. A następców nie widać (bo i poniekąd tych następców w obecnej, post-boomowej rzeczywistości oczekiwać trudno).

Jadłodajnię Filozoficzną do dziś wspominają muzycy związani z alternatywą. Trudno się dziwić – dla wielu było to miejsce debiutu i zarazem matecznik, klub promujący polski niezal. Nieboszczyków na mapie klubowej można by pewnie wyliczać długo – w Lublinie zwija się właśnie odpowiednik warszawskiego Jadło, Opium, które organizowało koncerty i niezależne imprezy taneczne długo przed tym, gdy młodsze stażem miejscówki zrobiły z tego popularne hipster party, Sen Pszczoły próbuje się podnieść po pożarze (znowu!), a ostatnio Cafe Kulturalna odsunęła od swojej głowy topór publicznej instytucji, co nie byłoby możliwe bez zbiorowego protestu jej bywalców. I te kluby dalej będą znikać. Ostatnio PopUp sygnalizował, jakim problemem są publiczne dotacje dla dużych festiwali i jak polski rynek wygląda osobliwie na tle dojrzałych rynków zachodnich, bo w przeciwieństwie do tych ostatnich, u nas głównie bazuje się na ministerialnych czy gminnych środkach, co koniec końców uderza w prywatnych właścicieli (zjawiska takie jak zawyżanie gaż zagranicznych artystów, „po co mam płacić tyle za bilet, skoro mam w mieście koncert za darmo?” itd.). Oczywiście równie niebezpieczne jest uzależnienie istnienia danego kulturalnego zjawiska od gestu indywidualnego filantropa, ale w przypadku własnych pieniędzy każdy ma prawo do rozdysponowania nimi wedle własnego uznania, jasnym jest, że najzdrowszym modelem pozostaje nie wydawać więcej niż się zarabia. Zarabia, a nie dostaje z politycznej „góry”.

Nie ma już zespołu Kolorofon, który nagrał przynajmniej dwa wielkie przeboje rodzimej piosenki, nie żyje Kawałek Kulki, bardzo możliwe, że podobny los spotkał grupy Renton i Pawilon, milczą autorzy fenomenalnego debiutu Gasoline, cisza u Iowa Super Soccer, Wilson Square mieli wydać swój longplay rok temu, a na krążek Homosapiens słuchacze czekają jeszcze dłużej. Ostatni album Cool Kids Of Death był być może zamknięciem ich dyskografii, który to wątek przewinął się zresztą w wywiadzie w ostatnim (sic!) numerze „Electric Nights”. Wreszcie ci, bez których nie ma historii polskiego niezalu, czyli The Car Is On Fire – nikt oficjalnie nie ogłosił zakończenia ich działalności, ale gitary zostały zawieszone na kołku. Warto w tym miejscu, kończąc wyliczankę w całym powyższym wpisie, przytoczyć wypowiedź jednego z liderów wspomnianych TCIOF, Jacka Szabrańskiego, jaka padła w rozmowie muzyka z portalem FYH!. Dotyczy ona pewnego wycinka rzeczywistości, ale moim zdaniem dobrze obrazuje zjawisko, które starałem się przedstawić: „Czasem komentatorzy piszący o współczesnym Internecie stosują barwną metaforę Dzikiego Zachodu. W jej myśl, przenosząc coraz większą część naszej aktywności do sieci zyskujemy – podobnie jak dawni imigranci próbujący podbić Nowy Ląd – możliwość działania w świecie o gigantycznym, niezbadanym do końca potencjale. Jednocześnie jednak narażamy się na dyskomfort funkcjonowania w rzeczywistości, która jeszcze nie wykształciła do końca swoich reguł. Ta analogia wydaje się naprawdę niezła. Pionierzy już odkryli nieznane przestrzenie, już kolejne pokolenie osadników zagospodarowuje nowe parcele. Co jakiś czas jednak najęta przez sąsiada horda wpada na nasze ranczo i kradnie konie, a na drogach czają się bandy niebezpiecznych rzezimieszków. W naturalny sposób następnym krokiem będzie napisanie wspólnego prawa, które uporządkuje warunki wzajemnego współistnienia w tym nowym świecie”.

Większość, jeśli nie wszystkie przywołane przeze mnie kamienie milowe polskiego niezalu, istniały dzięki prywatnym finansom i nakładom sił. Jestem jedną z ostatnich osób, która będzie narzekać na zasady rządzące wolnym rynkiem – zdrowa konkurencja jest zawsze lepsza, niż sztuczne zrównywanie, nieodpowiadający rzeczywistym potencjałom poszczególnych zjawisk lub jednostek siłowy egalitaryzm. Może mi być tylko szkoda, że to ciągle jest obiecująca, długa droga, a my wystąpiliśmy w roli karczujących busz, natomiast śmietankę spije, na gotowe przyjdzie już kto inny. Bo nie wiem, czy jesteśmy obecnie na etapie „pisania wspólnego prawa”, bardziej rezonują w tym kontekście inne słowa Jacka i przede wszystkim puenta: „Generalnie wszystko jest w ciągłym ruchu. Wszystkie zjawiska mają swój etap narodzin, wzrostu, rozkwitu, potem umierają, a w ich miejsce pojawiają się nowe. Nic nie jest stałe, po prostu rzeczywistość, o której rozmawiamy na naszych oczach, formuje się na nowo, następnie zaś będzie musiała się ustabilizować. My zaś powinniśmy znaleźć sposoby skutecznego współdziałania adekwatne do nowych warunków”.

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

§ 2 Responses to Dziki Zachód

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Dziki Zachód at .

meta