Damy sobie radę

28 Marzec 2013 § Dodaj komentarz

<p>Fot. ponsulak, <a href="http://www.freedigitalphotos.net" target="_blank">FreeDigitalPhotos.net</a></p>

Fot. ponsulak, FreeDigitalPhotos.net 

 

W naszym kraju co jakiś czas jak bumerang powraca dyskusja o budżetowym finansowaniu kultury. W Lublinie wybrzmiała ostatnio dalszym echem przy okazji sporu na linii artyści-rada miasta wokół okładki biuletynu informacyjnego „ZOOM”, z kolei w Poznaniu głośno było o wypowiedzi dyrektor Teatru Ósmego Dnia, Ewy Wójciak, odnośnie wyboru kardynała Bergoglio na papieża i reakcji na jej słowa lokalnych polityków. Zazwyczaj polemika bardzo szybko schodzi z poziomu argumentów na poziom emocji, a nawet szantażu emocjonalnego, stając się coraz bardziej kuriozalną (w oficjalnym stanowisku Centrum Kultury w Lublinie czytamy: „przyjęciem tego stanowiska, w którym domagacie się powstrzymania >>finansowania z budżetu miasta dzieł i imprez uderzających w dobre obyczaje, lub promujących skandaliczne treści<< niszczycie wizerunek naszego miasta, jako miasta kultury” – zaznaczenie moje; etymolodzy mogli się uśmiechnąć). Równie doskwierające, co poziom takiej „debaty”, jest traktowanie przez obie zresztą ze stron jako aksjomatu i przejście nad nim do dalszego etapu „działań wojennych” twierdzenia jakoby kultura nie mogła istnieć bez finansowego wsparcia samorządów, państwa lub Unii Europejskiej. Nie jest to prawdą. W Polsce funkcjonują, mają się dobrze takie zjawiska jak agencja koncertowa Alter Art, klub 1500m2, portal T-Mobile Music, wytwórnia Thin Man Records czy serwis streamingowy Spotify. Wszystkie kręcące się dzięki prywatnemu kapitałowi, i jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, by zakwestionować fakt ich egzystowania.

Gdy rozchodzi się o publiczne środki, trzeba pamiętać o jednym. Państwo, a co za tym idzie, także budżetowy artysta, ma dokładnie tyle pieniędzy, ile zabierze Tobie, mi z portfela za pomocą aparatu przymusu (podatków). Łatwo w tym miejscu o konstatację, iż gdyby nie zabierało lub zabierało mniej, dany obywatel mógłby chcieć tę część swoich dochodów przekazać d o b r o w o l n i e na wybrane przez s i e b i e dobro kulturalne. Środowisko artystyczne zapomina o tym, że urzędowa redystrybucja finansów zależy od składu personalnego odpowiednich władz w momencie rozdzielania środków. Władz wybranych w demokratycznych i bezpośrednich wyborach, dodajmy. Często pojawia się też wątek niezależności artysty, gdy wystarczy pobieżna refleksja, by zadać pytanie retoryczne – czy można być jednocześnie w pełni niezależnym i utrzymywanym przez podatników, których dochód rozdziela polityczny urzędnik? Tymczasem istnieje cały szereg przykładów wsparcia dla kultury, które pochodzą z pozabudżetowych źródeł. Zaletą wszystkich jest pełna dobrowolność interakcji na linii twórca-odbiorca danego dzieła lub dobra. Przykłady odniosę do środowiska, które znam najlepiej, czyli muzyki niezależnej.

1. Kupno. Podstawowa relacja na rynku. Uczestniczysz w niej za każdym razem, gdy nabywasz karnet na Open’era, bilet na koncert artysty, którego chcesz zobaczyć na żywo, kupujesz płytę CD w Media Markt czy pobierasz ją z iTunes, opłacasz miesięczny abonament w Deezerze.

2. Własna kieszeń (wytwórcy danego dobra). To z kolei w zdecydowanej ilości przypadków podstawowe źródło finansowania muzyki alternatywnej w Polsce przez muzyków. Pod ten punkt łapie się także działalność bookingowo-promocyjna pojedynczych osób (czyli nie komercyjnych agencji koncertowych). Zastanawiasz się, kto ściągnął do Twojego miasta Napszyklat? Znajdziesz tę osobę pośród tych 30 na sali.

3. Wkład własny jednostki komercyjnej. Fajnie jest zobaczyć wielką gwiazdę na żywo, ale najpierw ktoś musiał opłacić jej stawkę za występ, podróż, nocleg, jedzenie i prywatne zachcianki, oświetleniowców, nagłośnienie, ochronę, wynajem sali itd. Komercyjne agencje koncertowe i sponsorzy tytularni wielkich festiwali nie wyczerpują tego punktu. Pojedyncze kluby w polskich miastach czy EMI, Universal, Warner i paru innych gigantów, którzy inwestują w kontrakty płytowe niezależnych muzyków, także mają tu coś do powiedzenia.

4. Filantropia. Czyli wsparcie finansowe i praca własna nieobliczona na zysk. Tak w praktyce działała Fundacja Electric Nights, w której pracowałem, a która w ten sposób dała Lublinowi dwie edycje festiwalu z zespołami wcześniej tu nieobecnymi, zaszczepiła kulturę klubowych koncertów alternatywnych, a także finansowała funkcjonowanie magazynu oraz serwisu muzyki niezależnej. Podobnie za filantropów należy uznać szefów labeli Thin Man Records, Wytwórni Krajowej i Światowej, EtRecs, FYH Records, agencji Front Row Heroes czy wszelkiej maści fundacje.

5. Sponsoring bezpośredni. Zdarza się, choć rzadko. Swego czasu zespół Muchy odbył trasę pod szyldem sieci odzieżowej House, a ich koncertowy van przerobiło MTV. By nie rozbudowywać zanadto wyliczenia, tutaj wspomnę też o imprezach branżowych. Np. Sorry Boys zagrali na pokazie znanego projektanta Macieja Zienia, a wokalistka grupy zaśpiewała w sukni jego autorstwa.

6. Crowdfunding. Formy są przeróżne, najbardziej popularna to serwis Sellaband. Dzięki niemu, a dokładnie – dobrowolnym wpłatom pojedynczych słuchaczy, swoje debiutanckie płyty wydały Julia Marcell, Catself i Natalia Safran. Aktualnie o taki sukces walczą Crab Invasion oraz Plug&Play, zaś Ifi Ude postawiła na Beesfund. Inna drogę obrali swego czasu très.b, którzy w celu zebrania pieniędzy na wydanie swojego drugiego oficjalnego longplaya przygotowali całą stronę internetową. Z kolei organizatorzy imprez Music Of The Future w momencie finansowej zapaści zwrócili się o pomoc do użytkowników portalu Polak Potrafi.

7. Działalność non-profit. Screenagers, Porcys, Niezal Codzienny, PopUp, Soulbowl, We Are From Poland, Lineout, FURS, Diggin, blogi Mariusza Hermy, Pawła Franczaka, Piotrka Kowalczyka, Andrzeja Cały, Łukasza Halickiego, Dominika Kleszki, Radio Kampus, Żak i Luz oraz wielu, wielu innych przez lata wykonało kawał dobrej roboty w zakresie informowania i krzewienia w Polsce kultury słuchania ambitnej muzyki. To także cel działania strony, na której właśnie jesteś. Nie można zapominać o wolontariuszach, którzy dla np. uczestników imprez pewnie giną w tłumie, a to oni przygotowują sale, opiekują się zespołami (w tym odgrywają ważną rolę tłumaczy) czy sprzedają wejściówki na bramce.

Jak widać, przykładów pozabudżetowego wsparcia dla kultury jest mnóstwo. Intelektualiści ponoć nie lubią kapitalizmu (choć o ironio są jego beneficjentami), więc w zrywie protestu niejeden czytający te słowa mógłby wzdrygnąć się z obrzydzeniem na próbę urynkowienia świata sztuki. Jeśli jednak tak, to musi też zrezygnować z roszczeń, by jego praca była wynagradzana pieniężnie. Opis obejmuje jedynie muzyczny wycinek kultury i ostatecznie można stwierdzić, że nie da się go przyłożyć do pozostałych gałęzi działalności artystycznej, a wiele z nich bez wsparcia publicznych środków nie utrzymałaby się w warunkach konkurencji. Pełna zgoda. Ale może właśnie tak by było sprawiedliwiej?

Tagged: , , ,

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Damy sobie radę at .

meta