Dlaczego w Polsce nie ma dziennikarstwa muzycznego?

2 Marzec 2013 § 21 komentarzy

dziennikarstwo muzyczne w Polsce

Osoby zaglądające na mojego bloga pewnie zauważyły, że w tym roku zmieniłem dotychczasowe formy publikacji na inne. Przyświecała temu konkretna myśl.

Nie mam poczucia, że internet potrzebuje kolejnej recenzji, tekstów w starym stylu.

Okoliczności się zmieniły, przez co zmienił się rynek. Zauważyli to czytelnicy dając dziennikarzom wyraźny sygnał, który na końcu objawił się w postaci spadających nakładów prasy, trudności ze sprzedażą powierzchni reklamowej czy małej ilości czasu spędzanej na stronach internetowych, na których lądują dłuższe artykuły. Dziennikarstwo wymaga przemyślenia na nowo i ewentualnie (bo pojawia się pytanie, czy w ogóle jest jeszcze potrzebne?) w dalszej kolejności zreformowania, nadmiar bodźców świata 24 godz. online przytłacza, więc postanowiłem odrobinę się wycofać, zostawiając więcej przestrzeni dla osobistej refleksji czytelnika i udowadniając przy okazji, że niekoniecznie trzeba zawsze eksponować siebie, by nie wypaść z obiegu. Niestety moi koledzy po fachu uważają inaczej. „Wszyscy piszą, nikt nie czyta”. I prawie nikt nie zadaje sobie pytania, po co i jak piszą?

Te uwagi były potrzebne, żeby dalej podjąć bardziej szczegółową, krytyczną refleksją odnośnie rodzimych dziennikarzy muzycznych czy dokładniej – ludzi, którym odbiorcy przypisują taki status. W pierwszych kilku punktach skupiam się na samych żurnalistach, pod koniec zaś odnoszę do sytuacji na rynku. Dziennikarza definiuję jako osobę, która zawodowo (więc w wersji optymalnej – odpłatnie) zajmuje się przetwarzaniem pozyskanych przez siebie informacji, dostarczając je odbiorcom w formie newsowej, publicystycznej lub synkretycznej (reportaże; uwaga na marginesie – wymieńcie trzy ostatnie polskie reportaże muzyczne, z jakimi się spotkaliście). Do tej charakterystyki dorzucam subiektywną myśl, że chodzi o kogoś, kto świadomie podejmuje etos służby – to ja jestem dla czytelnika, nie czytelnik dla mnie, a już na pewno nie ja dla samego siebie. Siłą rzeczy szukając odpowiedzi na pytanie, „dlaczego w Polsce nie ma dziennikarstwa muzycznego?”, skupię się bardziej na wycinku internetowym, niezależnym, z tego względu, że znam go najlepiej. Co nie znaczy, iż opisane zjawiska nie mają miejsca w dziennikarstwie prasowym, radiowym i telewizyjnym, także tym mainstreamowym.

1. Braki warsztatowe. Wypada zacząć od podstaw. Wstydliwe fakty są takie, że wielu z popularnych writerów prezentując w tradycyjnej redakcji popisy znane z ich internetowej działalności, wyleciałoby z nich prędziutko. Brak wiedzy co do tego, czym jest 5W, piramidalny układ informacji, czym różni się komentarz od felietonu itd. Można być niezłym eseistą muzycznym czy recwriterem, ale to nie znaczy jeszcze, że się jest dziennikarzem.

2. Niedostatki wiedzy pozamuzycznej. Pitchfork, Resident Advisor i kanały RSS innych popularnych serwisów, Rate Your Music, Last.fm, kilka blogów (szczególnie mp3), newslettery od zespołów, rekomendacje znajomych. Zwykle do tego zestawu dochodzą popularne seriale, gry komputerowe, ewentualnie książki, może sport. Jeśli coś jeszcze, to dobrze ukrywane przed światem, gdyż nie objawia się w publikowanych treściach. Nie wiem, jak można być dobrym dziennikarzem muzycznym interesując się tylko lub w 90% wyłącznie muzyką, życie znając głównie z ekranu komputerowego.

3. Ego. Lubimy czuć się lepsi od innych i zupełnie nie przeszkadzają nam w tym wtopy z punktów numer 1 i 2. Czy może właśnie niedociągnięcia w obrębie umiejętności oraz wiedzy powodują, że tak się napinamy? Co najśmieszniejsze, można odnieść wrażenie, że sztucznie rozdęte ego rodzimych writerów opiera się tylko i wyłącznie na… ilości przesłuchanej muzyki. Komuś kto nie daje wiary temu, że w polskim światku około- i dziennikarskim istnieje problem braku pokory (widzenia siebie we właściwej mierze, dostrzegania mocnych oraz słabych punktów), wypadałoby życzyć zadania zrobienia czegoś konstruktywnego z większą grupą wspomnianych osób. Niewątpliwie inteligentnych, często miłych w prywatnym kontakcie, ale za klawiaturą zamieniających się w jakieś swoje alter ego. Poczucie „kim ty jesteś, żebym miał ciebie posłuchać?” wliczone w atrakcje, a że środowisko jest zmaskulinizowane (gdzie mężczyzna zawsze ustawia sobie relację z drugą osobą poprzez hierachizowanie), bywa ciekawie.

4. Luka pokoleniowa. Obecnie w Polsce pomiędzy dziennikarzami w wieku mniej więcej 20-25 a 40-50 funkcjonuje ogromna dziura. Naturalną koleją rzeczy najwięcej kultury pochłaniamy w czasie studiów, co świetnie przed paroma miesiącami pokazała ankieta Pitchforka, a dorosłość przynosi ustatkowanie, także gustów muzycznych. Oczywiście są od tego zjawiska wyjątki, generalnie jednak to młodość jest czasem trzymania ręki na pulsie, podczas gdy w dojrzałości bardziej się smakuje, niż ściga. Teraz – jako że dziennikarz muzyczny nieśledzący na bieżąco wydarzeń jest jak nieuzupełniający swojej wiedzy chirurg (może wyrządzić szkody drugiej stronie), a w warunkach polskich po zakończeniu studiów mało kto utrzymuje się z takiej pracy, pojawia się wspomniana przepaść oddzielająca młodych od starych wyjadaczy, którzy kariery rozpoczęli jeszcze w odmiennych warunkach ustrojowych. Teoretycznie dwadzieścia parę lat to najlepszy czas, karty jeszcze nie są zgrane, writerzy ciągle interesują się aktualnymi trendami, a już (zakładając, że przez ostatnie lata intensywnie publikowaliśmy, chłonęliśmy) pojawił się pewien zaczątek wiedzy. Tylko już pisać nie ma komu.

5. Zatomizowanie środowiska. Ten punkt bardziej dotyczy dziennikarzy zajmujących się szeroko pojętą muzyką niezależną, choć zjawisko jest odbiciem trendu na skalę dużo większą, zahacza o mainstream i największe marki. W naszym kraju alternatywę animuje, czyli organizuje koncerty, finansuje wydawanie płyt, rozpowszechnia informacje zawodowo, kilkaset tych samych twarzy od lat, ze śladowym corocznym przyrostem nowych postaci. W tym mieszczą się też (głównie) internetowi writerzy. Jeśli jest ich garstka, to postawione przeze mnie w następujący sposób pytanie o skuteczność oddziaływania na otoczenie i przyciąganie osób z zewnątrz będzie retoryczne – lepszy jest wielogłos solistów czy efekt synergii?

6. Brak konkurencji (merytorycznej) dla najlepszych. Paradoksalnie wykwit serwisów niezależnych nie spowodował zaostrzenia konkurencji w znaczeniu rynkowym – tzn. żeby ludzie chcieli moich usług, muszę być jeszcze lepszy niż rywal. Celowo użyłem słowa „lepszy”, a nie „skuteczniejszy”, bo przecież ten sam produkt można opakować w efektowniejszą lub (w skrajnym przypadku) bardziej krzykliwą i prowokacyjną formę, odwoływać się do niskich instynktów, stosować rozmaite fortele itd. To wszystko jednak będzie pyrrusowym zwycięstwem, bo niezwiązanym z faktycznym podniesieniem poziomu merytorycznego dziennikarza. Dlaczego mimo większej obecnie ilości podmiotów całość zlewa się w jeden średniej lub słabej jakości obraz i najlepsi mogą ciągle spać spokojnie? W dużej mierze przez to, o czym mowa w kolejnym punkcie…

7. Charyzmy nie sieją. Znany trener Fabio Capello na pytanie, jak to robi, że zdobywa zawsze u swoich piłkarzy taki respekt, odpowiedział kiedyś: „szacunku się nie zyskuje, szacunek się ma”. Cóż, można wyćwiczyć najlepszy warsztat dziennikarski, ale z tym nieuchwytnym błyskiem po prostu się chyba rodzi. Moim zdaniem, od czasów ojców-założycieli rodzimego środowiska niezależnego writingu, nie pojawił się nikt lub prawie nikt tej miary. Nazwiska znacie.

8. Brak współpracy z innymi podmiotami na rynku. Słyszeliście kiedyś o tym, by jakiś polski dziennikarz muzyczny zamieszczał na swoim blogu reklamy? Oczywiście nie dzieje się to bez powodu (zobacz punkt 9), ale fakt faktem, że zwykle krąg podmiotów, z którymi się styka, zamyka się w zbiorze: inni dziennikarze (w dyskusjach), czytelnicy (oddając im gotową publikację), zespoły (w celu pozyskania egzemplarza płyty do recenzji), niezależne wytwórnie (płyty do recenzji lub wymiana informacji). Komercyjnych podmiotów czy przykładów współpracy ponadbranżowej brak. Co gorsza, nawet kontakt z wymienionymi wcześniej sprowadza się zazwyczaj do powierzchownej wymiany dóbr. Środowisko niezależne w Polsce przypomina archipelag tysiąca wysepek, pomiędzy którymi nie ma ani łączności, ani chyba nawet potrzeby tejże… Jakiś czas temu było głośno o akcji „Wspieraj niezal”. Przygotowali ją szefowie dwóch polskich labeli, Thin Man Records i Wytwórni Krajowej. W ilu miejscach w internecie o niej przeczytaliście?

9. Brak profesjonalizacji. Powiedzmy sobie wprost – największe polskie portale niezależne to przedsięwzięcia non-profit, a dziennikarstwo muzyczne jest w naszym kraju w większości przypadków zajęciem nieodpłatnym. Co z kolei skutkuje klasycznym rozdarciem: realizować swoje marzenia, pisać i psuć rynek darmową pracą, czy mając na uwadze dobro środowiska (wróć do punktu 5), czyli zarazem własne w perspektywie bliżej nieokreślonej przyszłości, twardo odmawiać zleceń za friko? Tu można by doszukiwać się usprawiedliwień dla dziennikarskich win, o których mowa była wcześniej, gdyby nie fakt, że w analogicznej sytuacji znajduje się… większość omawianych przez nich artystów. Słaby poziom, niszowość zjawiska powodują, że wolny rynek i bilon omijają świat dziennikarstwa muzycznego szerokim łukiem. Dziennikarz czuje się niedoceniony, ma świadomość dewaluowania się jego zawodu, nie inwestuje w siebie. Koło się zamyka.

10. Zmiany na rynku mediów. Na koniec spójrzmy szerzej. Do tego, że rynek dziennikarski zmienił się znacznie, nie trzeba chyba nikogo obecnie przekonywać. Mam wrażenie, że rodzimi wydawcy tego nie zauważają lub nie chcą zauważać. Niekoniecznie ze złej woli – może brakuje recept i przyjęte strategie zakładają „trwanie do czasu”, może żadnych większych strategii nie ma, są one tworzone ad hoc (co po już pobieżnym przyjrzeniu się np. polskiej prasie mainstreamowej wydaje się wielce prawdopodobne)? Może jeszcze za wcześnie na wdrożenie rozwiązań przyjętych na bardziej dojrzałych rynkach, gdzie powzięto już kroki zmierzające ku reformie starego ładu? Punkty odniesienia więc są, a przede wszystkim jest nadzieja związana z faktem, iż po chwilowym spadku czytelnictwa wraz z upowszechnieniem się internetu, świat e-readerów przyniósł na mitycznym Zachodzie jego renesans. Ludzie chcą dziennikarstwa, ambitnych treści, ale w innej już formie. Wymaga to krytycznego namysłu ze strony wydawców i samych dziennikarzy. Nie można do świata cyfrowego dalej adaptować rozwiązań rodem ze świata analogowego. Co to wszystko mówi o dziennikarstwie muzycznym? Ma szansę się odrodzić (a w Polsce dopiero n a r o d z i ć), ale gdy się to stanie, będzie miało już inne oblicze.

Powyższy szkic jest zaproszeniem do szerszej dyskusji. Tytuł to oczywiście prowokacja – są w Polsce osoby, takie jak np. Mariusz Herma, Andrzej Cała czy Paweł Franczak, które wykonują świetną robotę i należy ich uznać za przykłady bardzo dobrych dziennikarzy muzycznych. To jednak wyjątki od smutnej reguły. Może nie ma czym się przejmować? Może, zgodnie z logiką rynku, skoro nie ma obecnie w naszym kraju na takich ludzi zapotrzebowania, jest to sprawiedliwa proporcja i nietaktem byłoby domaganie się bardziej znaczącej pozycji dla wszystkich tych, którzy zawodowo zajmują się muzyką?

Czy TOBIE dziennikarz muzyczny jest potrzebny?

Tagged: ,

§ 21 Responses to Dlaczego w Polsce nie ma dziennikarstwa muzycznego?

  • Bardzo wnikliwa analiza, Łukaszu. Piszesz z perspektywy profesjonalisty, co w moim rozumieniu oznacza taką osobę, która zarabia na pisaniu o muzyce albo planuje zarabianie. Moja perspektywa jest inna, bo nie mam takiej ambicji, ale muzyka jest ważną częścią mojego codziennego życia. Nie zgodzę się co do jakościowej różnicy między pisaniem na papier a pisaniem na blogi. Twoja konstatacja bierze się po prostu z tego, że w sieci znajdzie się na pewno dużo shitu, ale przecież wiemy dobrze, że są też prawdziwe perełki. Znam sporo blogerów, którzy mogliby pisać za pieniądze do prasy papierowej, ale nie chcą tego robić, bo obawiają się utraty niezależności. Blogosfera jest wymarzony miejscem do rozwoju nieskrępowanej krytyki muzycznej, tutaj czytelnicy oceniają, co jest dobrze napisane, obiektywne, profesjonalne. Dobre blogi przetrwają, słabe umrą, albo nie będą czytane, po prostu. A prasa papierowa umrze na pewno. Kto by chciał czekać miesiąc na recenzję nowej płyty, skoro dzień po premierze ma tutaj dziesiątki recenzji, opinii, dyskusji fanowych? Dlatego, odpowiadając na prowokacyjne pytanie: nie, nie jest mi potrzebny profesjonalista-dziennikarz muzyczny, zdecydowanie wystarczą mi blogi takie jak Twój czy Jacka Świądera. Papieroych recenzji nie czytam, poza tymi w Lampie.

    • Przemysław Nowak pisze:

      Radku, w tym co piszesz jest oczywiście dużo prawdy. Ale – świadomie lub nie – spłyciłeś trochę problem dziennikarstwa muzycznego do warstwy recenzji bieżących pozycji na rynku muzycznym. A przecież dziennikarstwo muzyczne, co słusznie zauważył już na wstępie Łukasz, to coś znacznie więcej. To felietony muzyczne, reportaże, wnikliwe i przekrojowe analizy, podsumowania i zestawienia, czasem niemal naukowe rozprawki na tematy muzyczne i okołomuzyczne. Masz rację pisząc o tym, że nikt już dzisiaj nie będzie na recenzję czekał miesiąc, ale na dobrze opracowany i dopracowany materiał dziennikarski pewnie znaleźliby się amatorzy. Na brytyjskim rynku jest sporo muzycznych tytułów, które jakoś dają sobie radę, w tym co najmniej kilka obejmuje muzykę alternatywną. Na naszym poletku nie ma ani jednego.

      • lukaszkusmierz pisze:

        Mimo że przyjmujecie inną optykę, da się Wasze wypowiedzi spiąć wspólną myślą. Tam gdzie Radek piszesz o śmierci prasy, a Ty Przemek mówisz o bardziej wnikliwych artykułach, ja powiem o kwartalnikach. Mam wrażenie, że jeśli dziennikarstwo papierowe zaliczy dzwon, to fachowe kwartalniki mogą być ostatnią ostoją „starego ładu” i mogłyby sobie spokojnie funkcjonować. Zdaje się, że coś takiego starało się u nas robić „Glissando”. Tu jednak dotykamy szerszego problemu – proporcji. O ile w USA opłaca się (celowo używam tego określenia) prowadzenie takiego Pitchforka, o tyle w kraju kilka razy mniejszym od Stanów Zjednoczonych, jakim jest Polska, tożsamych odbiorców będzie o dokładnie taką liczbę mniej. Co z kolei powoduje problem z pozyskaniem reklamodawców i sponsorów. Inna sprawa, czy prawie 40 milionowy kraj nie posiada jednak większego potencjału co do ambitniejszej muzyki (odbioru i sprzedaży) niż ma to miejsce dziś? Moim zdaniem posiada.

    • Begbie Edward Rockwell pisze:

      „Znam sporo blogerów, którzy mogliby pisać za pieniądze do prasy papierowej, ale nie chcą tego robić, bo obawiają się utraty niezależności.”

      Hmm, raczej dlatego, że więcej zarobią oddając butelki niż za tekst. Nie ma motywacji.

  • Justyna pisze:

    tytuly brytyjskie daja sobie rade, poniewaz istnieje tu rynek muzyczny… nie poletko, RYNEK.. przez duze R Y N E i w koncu K. chetnie wypowiem sie pozniej w tym temacie, poniewaz z punktu widzenia osoby, ktora 1. studiowala w Polsce dziennikarstwo muzyczne (tak, tak, DSW we Wroclawiu) i 2. mieszka i pracuje obecnie w Londynie (nie, nie zmywak. agencja talentow i cos na ksztalt lokalnego SAWP) mam sporo do dodania! plus, ciesze sie, ze w koncu ktos poruszyl ten problem… bo takowy istnieje, tylko jakos brak osob, ktore potrafia jasno i otwarcie sformulowac konstruktywna krytyke. autorowi dziekuje i pozdrawiam!
    JK

    • Cześć Justyna, możesz do mnie skrobnąć maila na blacklabpictures@gmail.com ? Mieszkamy w Londynie od kilku miesięcy a nie mam pojęcia na co fajnego muzycznie zwracać uwagę w Londynie :)

    • mh pisze:

      Tytuły brytyjskie wcale nie dają rady. Nakłady zmniejszyły się z setek tysięcy do kilkudziesięciu, a i to wyłącznie dzięki pokoleniu 40+. Rozmawiałem trzy tygodnie temu z redaktorem „Uncut” i przyznawał wprost, że strategię mają jasną: pociągnąć jeszcze dekadę albo dwie na fanach Neila Younga i Boba Dylana, a kiedy wymrą… my będziemy już na emeryturze. Doskonale wiedzą, że nie będą płacić za krytykę muzyczną osoby, które nie płacą za samą muzykę.

      Po drugie, bazę czytelników „Uncut”, „NME” czy „Mojo” wielokrotnie powiększa rynek globalny. Tytuły te leżą na półkach salonów prasowych w Polsce, Szwecji czy Japonii. Tego nie powtórzy ani Polska, ani kraje z bardziej rozwiniętym rynkiem (RYNKIEM) muzycznym – ktoś tu czyta magazyny niemieckie czy francuskie? To nie tylko kwestia języka. Jeśli mamy się porównywać, to proponuję Hiszpanię, Argentynę czy Koreę Południową. A nie jedną z dwóch największych potęg w dziejach muzyki popularnej – czy popkultury w ogóle.

      • Bardzo trafne spostrzeżenie: „nie będą płacić za krytykę muzyczną osoby, które nie płacą za samą muzykę”.

        Ja sam byłem takim gazetofilem muzycznym…gdy miałem 17-20 lat. Kupowałem Teraz/Tylko Rocka, NME, Brum, Twoją Szmatę. Ale gdy pojawił się internet to jakoś nagle i te gazety zaczęły znikać i mnie brakło czasu by je czytać. Mam wrażenie że muzyka spowszechniała tak samo jak inne branże arystyczne, coś autentycznego i szczerego zastępowane jest przez produkt, który nakręca spiralę braku czasu na spokojną kontemplację. Nie pamiętam kiedy ostatnio miałem czas na przesłuchanie ze słuchawkami całej płyty Radiohead, kiedy miałem czas na normalne pogrzebanie w necie by coś fajnego, nowego poszukać. I to nie dlatego że jestem zajęty, ale dlatego, że atakowany jestem taką ilością przeróżnych medialnych przeszkadzajek nagradzających mój układ nagrody i zajewających mnie wodospadem endorfin, że po prostu płynę po tych bzdurach póki się nie otrząsnę. I zauważam to wśród 80% moich znajomych. Coś strasznego jak sobie człowiek zda w końcu sprawę ile czasu się traci. A dziennikarstwo muzyczne? Żeby znaleźć coś wartościowego to trzeba przebić się przez setki marnych blogów.

    • Dynamitri pisze:

      Cześć, jestem dziennikarzem muzycznym i blogerem polskim i angielskim, studiowałem dziennikarstwo w Londynie, mieszkam tu od 6 lat. Jak możesz – odezwij się do mnie przez fan-page’a, dobrze byłoby nawiązać kontakt z kimś rzeczowym tu, na miejscu :) pozdrawiam serdecznie!

  • Pablo Renato pisze:

    W jakiekolwiek narodziny/odrodzenie dziennikarstwa muzycznego nie wierzę.
    Dla recenzji miejsca wiele nie widzę: muzyki na świecie jest tak dużo, że większości ludzi nie starcza ani czasu, ani ochoty, by jej słuchać, a co dopiero czytać o niej cudze opinie. Poza tym: muzyka jest na wyciągniecie ręki, nie trzeba do niej przekonywać/odradzać, skoro czytelnik usłyszy, zanim przeczyta. Dlatego też nie dziwię się np., że zmieniłeś kierunek na blogu.
    Jeśli chodzi o przekrojowe teksty, reportaże, sylwetki:” może i są potrzebne i może byłyby czytane przez jakąś garstkę fanów, ale na ich napisanie zawsze trzeba czasu i pieniędzy. Tych zaś z blogowania i pisania do serwisów nie będzie, bo skąd (przecież nie od reklamodawców).
    Trzeba też warsztatu, jak wspomniałeś, a do tego konieczna jest albo solidna szkoła pisania w postaci profesjonalnego medium (nie mówię, że tylko papierowego) z redaktorami, korektą, doświadczonymi kolegami/koleżankami, albo jakiegoś niespotykanego talentu samouka i setek godzin spędzonych przy klawiaturze za kompletne friko.
    Tyle że nie znam nikogo, kto potrafiłby napisać takie rzeczy i nie zamarzył z czasem o wypłacie za swoją harówkę.
    Zostaje zatem tylko miejsce na newsy, ale akurat te są zapewniane przez agencje PR, a jak nie: to będą pisać je programy komputerowe. Właściwie już takie eksperymenty przeprowadzono, tyle że w sporcie.
    Miłego!

  • jacekswiader pisze:

    chaotycznie napisałeś, ale masz swój point. brakuje tu tematu szkolnej edukacji muzycznej i coś tam ze sobą mieszasz, np. gdy piszesz, że czytelnicy dają sygnał dziennikarzom przez to, że jest problem ze sprzedażą powierzchni reklamowych.

    pytanie, czy są tu jakieś niewiadome. trochę osób słucha, mniej czyta (też trzeba mieć czas), sporo pisze. można jedną ręką brać płyty z torrenta, a drugą wyciągać po hajs za pisanie. tylko kto miałby za to płacić?

    tak jak z muzykami – nie ma powodu, żeby ktokolwiek utrzymywał się z pisania o muzyce. nie ma też powodu, żeby utalentowani ludzie pracowali za darmo. dlatego na jakimś etapie zaczynają zajmować się czymś, co przynosi pieniądze. rządzi wolny rynek, są tego wady i zalety, nudziarze wyginą, a „prawdziwi pasjonaci” będą pisać za friko, dopóki się nie okaże, że nie są prawdziwi. kolejni będę już robić coś innego. nie chodzi o to, że „rynek czegoś tam się zmienia”, tylko że każdy bierze to, czego potrzebuje (i co jest w stanie wchłonąć, jak napisano wyżej). młodsi potrzebują czego innego niż starsi i tak jest OK. jeśli tego nie dostaną, to zrobią sobie sami, a gdy im się znudzi, znajdą „prawdziwą pracę”. z nimi czy bez nich wciąż będzie nowa muzyka.

    • lukaszkusmierz pisze:

      Nie mieszam:). Może dokonałem małego skrótu myślowego, ale w zdaniu o sprzedaży powierzchni reklamowej chodziło mi o to, że niszowość dziennikarstwa muzycznego („mało kto czyta”) i jakby zwężanie się pola jego oddziaływania w Polsce w ostatnich latach powodują, iż prywatnym firmom nie opłaca się inwestować w podmioty, po które mało kto sięga. Tu masz od razu też odpowiedź na wątpliwość postawioną na końcu drugiego akapitu Twojego komentarza. Odwróć sytuację, wymień dekoracje i niech określenie „polski dziennikarz muzyczny” zastąpi „polski dziennikarz sportowy” lub „polski publicysta polityczny”. Czujesz widoczną różnicę, nie?

      Jesteś przekonany co do tego, że problem leży w szkolnej edukacji muzycznej? Mógłbyś rozwinąć bardziej tę myśl.

  • jacekswiader pisze:

    na którymś tam miejscu, między 3. a 11., jest wychowanie muzyczne, od przedszkola do gimnazjum. kiedy dzieci śpiewają, grają, to chcąc nie chcąc też słuchają, mówią o muzyce. tak w duchu wymiany dekoracji – przypomniała mi się fotorelacja z wizyty rosłych fanów Legii w jednej z praskich szkół. szczepili tam dzieciakom miłość do klubu, zachęcali do chodzenia na mecze, rozdawali kalendarzyki. a oni przecież wiedzą, co robią :)

  • olks pisze:

    Rozumiem w pewnym stopniu sens tego tekstu, ale w pewnym już nie. Podzielę wiec swój komentarz na punkty.

    1. Odnoszę dużo tez tu postawionych do popularnych w ostatnim czasie portali muzycznych, które radzą sobie słabo, lepiej, dobrze. Ale czy autor spotkał się z przypadkiem, w których sami ich twórcy nazywali się dziennikarzami muzycznymi? Przede wszystkim padają hasła takie jak: pasja, miłość do muzyki, chęć dzielenia się czymś i bezinteresowność. Jakkolwiek są one banalne to po prostu są i nawet jeśli poziom recenzji i w ogóle tekstów zostawia wiele do życzenia to…

    2. Dlaczego (wiem, że autor tego nie robi) ich po prostu w pewien sposób krytykować? Skoro sprawia im to prawdziwą przyjemność i osiągają swoje prywatne sukcesy? Zawsze poddane jest to ludzkiej ocenie. Albo ktoś to czyta, albo nie. Prosta reguła. Chyba nie ma tu mowy o budowaniu w ludziach muzycznej świadomości. Po prostu obustronne korzyści, które wynikają z takiego „pisania.

    3. Do punktu ósmego, który łączy się z punktem trzecim. Ego ludzi prowadzących takie serwisy jest zatacza większe kręgi niż tylko pisanie. Ego nie pozwala działać na jednym froncie. Istnieje naturalna rywalizacja o ciekawszy wywiad, szybszy nius, ładniejsze zdjęcia i odwiedzoną ilość klubów. Ale czy jest to coś dziwnego? Tak jest na całym świecie.

    4. Brak profesjonalizmu? Ponownie, popularne „nowe” magazyny muzyczne nie używają określenia „profesjonalny serwis muzyczny” i sądzę, że zdają sobie sprawę z tego, ze takimi nie są. Co innego jest dążyć do profesjonalizmu, do bycia coraz lepszym. Ale czy autor oczekuje od ludzi, którzy wchodzą w robienie czegoś takiego profesjonalizmu na starcie? Takie osoby zazwyczaj nie maja zielonego pojęcia na wielu płaszczyznach funkcjonowania rynku. I tak, można to traktować jak zarzut, ale nie główny.

    .

    • lukaszkusmierz pisze:

      Sądzę że pożyteczne będzie rozróżnienie pomiędzy dziennikarzem muzycznym (od definicji dziennikarza jako takiego, którą przytaczam) a krytykiem muzycznym (tu można wymienić niezależnych internetowych recwriterów itd.) oraz pomiędzy problemem istnienia dziennikarzy muzycznych w Polsce a rynkiem dziennikarstwa muzycznego. Moim zdaniem tego ostatniego nie ma. Są tylko pojedyncze przypadki tytułów „z tego żyjących”, ale to za mało, by mówić o całym ekosystemie.

  • conradino23 pisze:

    Yo!

    Szczerze mówiąc, uważam ze sytuacje opisales dość lajtowo, ale podpisuje sie 4 konczynami pod generalnymi wnioskami.

    1.) Brak rynku reklamowego dla małych i średnich mediów muzycznych.
    2.) Dominacja dinozaurów w infosferze, którzy nie wiedza o czym piszą, ale piszą, gdyż pracują od 40 lat na etacie.
    3.) Brak konkurencji pomiędzy dziennikarzami, co wynika z braku rynku – oprócz samych czytelników nie ma sie o co ścigać :)

    Łatwo zauważyć, ze w ostatnich latach rozkwitlo jednak pisanie amatorskie i jest już dużo małych, fajnych blogów, magazynów i serwisów, które są czytane przez niszowe, ale na stałe zakotwiczone środowisko. Przyczyna jest pogłębiająca sie niszowych kreacji muzycznych, która domaga sie medialnej transmisji, której nie dokonują jednak duże media!

    To zaś prowadzi do twojego wniosku o siatce małych wysp w sieci, które pozostają od siebie w takim oddaleniu, ze nie zachodzi miedzy nimi żadna komunikacja! Świetna obserwacja w ogóle! Tez mi sie tak wydaje, gdyż często wpadam na jakieś małe strony, które maja ciekawe materiały i odkrywam, ze są znakomicie (względnie) prowadzone, a ich widoczność jest bliska zeru.

    W obecnym momencie dochodzi jednak do ważnego przełomu, gdyż amatorzy zaczynaja przewyzszac poziomem swojej ekspertyzy materiały płatne. I to wydaje mi sie kluczowe dla zrozumienia, z jakim paradoksem mamy do czynienia w świecie dziennikarstwa muzycznego i filmowego! To jest swoisty absurd rynkowy, który jednak jest możliwy ze względu na wadliwy system dystrybucji zasobów w Polsce (czy tez polskojezycznym Internecie). Z njusow należy dodać, ze Wirtualna Polska poszła niedawno pod młotek, gdyż zarobiła tak śmieszna kwotę w zeszłym roku, ze byłem zszokowany!

    Pytanie jednak, to kto ma w takim razie zarabiać? A wniosek jest taki, ze ludzie faktycznie odstawić sie od gigantów. Dodam jeszcze tylko, ze jestem ex- dziennikarzem muzycznym i lajfstajlowym, który wolał sie zając pisaniem amatorskim, gdyż tylko w ten sposób mógł rozwijać horyzonty i warsztat!

    • lukaszkusmierz pisze:

      Jesteś pewien, że w polskich mediach ktokolwiek pracuje od 40 lat na etacie?;) Owszem, rodzime inicjatywy oddolne prezentują się na ogół ciekawiej niż mainstream. Problem w tym, że nie potrafią skapitalizować swojego potencjału (czy na polskich niezależnych blogach pojawiają się reklamy inne niż Google Ads?), no i jednak także wśród masowych tytułów znajduje nazwiska, których będę bronić. Dzięki za dobre słowo.

      • conradino23 pisze:

        O sa tacy, uwierz mi, choc dawno temu powinni przejsc na emeryture, bo robia z siebie durnia piszac o muzyce!

        Male magazyny czy blogi nie sa w stanie skapitalizowac swojego contentu, bo reklamodawcom interesuja tylko wielcy gracze. Wywalaja budzet na trzy-cztery strony i pozamiatane. Do tego trzeba by bylo nowy system opracowac, do ktorego wlaczyliby sie wszyscy, a tego raczej nie widze…

  • […] światowe trendy – ale również niecodzienny wysyp dyskusji dotyczących krytyki muzycznej. Od blogowych (Łukasz Kuśmierz i oponenci) przez prasowe (Rafał Księżyk bez oponentów) […]

  • […] w rodzimym dziennikarstwie muzycznym wskazał Łukasz Kuśmierz. Ohio z okazji wznowienia jedynego albumu Ego Summit odwiedził Marek J. Sawicki. Hybrydyzacje i […]

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Dlaczego w Polsce nie ma dziennikarstwa muzycznego? at .

meta