Najlepsze płyty 2012: reszta stawki

27 Grudzień 2012 § Dodaj komentarz

Najlepsze płyty 2012: reszta stawki

Być może określenie „reszta stawki” nie brzmi dumnie, prawda jest jednak taka, że wszystkie wymienione tutaj płyty trafiły do puli, z której wybrałem ostateczną dziesiątkę najlepszych tegorocznych krążków. Ta już niedługo, ale póki co przyjrzyjmy się, jakie wydawnictwa ukończyły bieg na dalszych miejscach. Pod nazwami niektórych z nich, ksywkami, kryją się linki do adekwatnych wpisów.

Gdyby przydzielać lokaty, przy „Wilku chodnikowym” Bisza należałoby napisać „11”. Objawił się nam artysta detonujący kolejne stereotypowe wyobrażenia o raperach i ogólnie hip-hopie – (nad)wrażliwy, ponadprzeciętnie błyskotliwy, o szerokich horyzontach (poza muzyką – poezja, filmy, malarstwo), stawiający na oprawę dźwiękową (studyjnie) oraz instrumentarium (koncertowo) daleko wykraczające poza arsenał środków wyrazu przeciętnego polskiego składacza rymów. Zagrożenia? Jaruszewski ma skłonność do patosu, co może przynieść w przyszłości ciężki do skonsumowania emo-rap, a rozpędzony w metaforach potrafi czasami przywalić czerstwą przenośnią. Nie zmienia to faktu, że od czasów Fisza i Łony nie mieliśmy w rodzimym hip-hopie takiego debiutu. W balansowaniu pomiędzy bystrymi linijkami i przaśnością równych sobie nie miał Makaron, zresztą fan Pezeta. Da się to jednak usprawiedliwić konwencją, w jakiej poruszają się Maki i Chłopaki, gdzie indziej leży największa bolączka „Dni Mrozów”. Ta płyta po prostu zbyt długo czekała na swoją premierę, a podobne do siebie w warstwie muzycznej tracki nie mają już tej siły rażenia, co pięć lat temu, gdy trio stało się małą sensacją wśród niektórych recenzentów. Nową rewelacją być może będą Fair Weather Friends, póki co jeden potężny hit i trzy solidne piosenki oraz otoczka młodszych braci KAMP! to jeszcze za mało. Zdecydowanie liczę na więcej i bardziej od siebie, bo potencjał jest spory.

W 2012 r. ukazało się kilka płyt osobliwych. Najdziwniejsze rzeczy wyczyniali Dean Blunt i Inga Copeland, a ich zamglony pop z „Black Is Beautiful” długo liczył się w walce o pierwszą dziesiątkę. Nie mniej znaków zapytania zrodził self-titled XXYYXX, łącznie z takim, czy nie byliśmy świadkami narodzin nie spotykanej wcześniej wewnątrzelektronicznej hybrydy. Co innego nasz UL/KR – lirycznie lider formacji Błażej Król nie napisał wiele więcej, czego nie słyszeliśmy w jego poprzednich zespołach, a dźwiękowo ich goth pop jest tylko na pozór odkryciem Ameryki. Zastanawialiście się, dlaczego „UL/KR” był tak jednoznacznie chwalony przez pokolenie trzydziestoletnich krytyków muzycznych (to dobra płyta, ale nie aż tak, jak sugerują opinie na jej temat)? Autorska teza – zerknijcie, wobec jakich zjawisk oraz grup rodzimi słuchacze byli zawsze bezkrytyczni. Jako podpowiedź podaję hasło „przełom lat 70. i 80.”. Także Swans nie rzucili raczej rękawicy swoim fanom – wyzwaniem dla słuchaczy było tym razem „tylko” przebrnięcie przez niemal dwie godziny trwania „The Seer”. Niecodzienny proces tworzenia i w konsekwencji odbiór całości przyniosło „SoSoulSynergy” Soulpete’a, bo jak często zdarza się polskim artystom, by nagrali cały album w dwa dni, który dodatkowo spotyka się później z entuzjastycznym przyjęciem, również za granicą? W 2013 wypatrujcie już regularnego longplaya z obcojęzycznymi raperami. Będą nazwiska.

Za wytwórnią EtRecs w ogóle fantastyczny rok – pomyślną passę podtrzymywały kolejno nagrane wspólnie z The Electric DJ-a Vadima „Synergy”, opisany już materiał od Soulpete’a, wydane nakładem labelu „Dźwięki BDG” Oera (producenta B.O.K., grupy Bisza), produkcje Złotych Twarzy i „Spotkamy się na miejscu” Diseta, Robaka i Brusa. Jeśli ktoś miał do tej pory wątpliwości, jak się nazywa najlepszy lubelski raper (biorąc pod uwagę i teraźniejszość, i przeszłość), powinien się ich był pozbyć po usłyszeniu wspomnianej EP-ki. Jedyne nad czym Robak musi popracować, to sztuka zagryzania zębów – z jego emocjonalnym podejściem może wypalić się jeszcze przed nagraniem oczekiwanej solówki. Oh Ohio i Klake/Krojc urzekli ciepłymi kompozycjami, Lockett Pundt jako Lotus Plaza podarował nam na „Spooky Action At A Distance” archetypowego indie rocka, a w Brodskym zobaczyłem rosyjskiego Sufjana Stevensa. Sporo szumu narobiło „True” Violens i słusznie, choć to recykling dobrze znanych nam z przeszłości rozwiązań, raczej np. „Violens grają The Smiths” niż oryginalny głos. Niewykluczone, że z czasem jeszcze mocniej zapunktuje Andy Stott i jego intrygujące połączenie humanizmu z chłodem mechaniki na „Luxury Problems”.

Na koniec słów kilka o płytach, których nie było w puli, ale nagranych przez moich żelaznych faworytów, którzy tym razem srodze zawiedli. Paula i Karol odczuli na własnej skórze konsekwencje wynikające z ograniczającej estetyki, jaką są sympatyczne akustyczne piosenki. Dopóki mieli w zanadrzu świetne melodie, dopóty się bronili. Na „Whole Again” tych zabrakło i wkradła się nuda. Nudził też Flying Lotus utworami z „Until The Quiet Comes”. Zaczęło się świetnie, filmowy trailer longplaya zapowiadał, że jest szansa na przemyślany, trafiony koncept. Wyszło inaczej, amerykański muzyk po dziesiątkowej „Cosmogrammie” zszedł z niebios i okazał się zwykłym śmiertelnikiem. Jako że to nadal gość, który dopisuje swój własny rozdział w kulturze, zapominając o tej wpadce ufam w lepsze jego autorstwa jutro. O, i byli jeszcze Animal Collective. Prawdę mówiąc, zapomniałem o „Centipede Hz”.

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Najlepsze płyty 2012: reszta stawki at .

meta