Zagraniczne rozmaitości (11) – Lightning Bolt, Lotus Plaza, The Sea and Cake

28 Listopad 2012 § Dodaj komentarz

Oczyszczania przedpola przed rocznym podsumowaniem ciąg dalszy. O ile w poprzednim odcinku zająłem się elektroniką, o tyle w tym przyjrzymy się krążkom gitarowym, ale w szerokim tego pojęcia znaczeniu. Jest więc ekstremalny noise, ale też easy listening w wykonaniu jednego z moich ulubionych zespołów, a pośrodku tradycyjne amerykańskie indie.

Lightning Bolt „Oblivion Hunter”

Pierwsze spotkanie z promującym tę EP-kę singlem, z „King Candy”, jak to jeszcze niedawno modnie było mówić, „poraziło mnie”. Replay, replay, replay. Plemienne bębny przechodzące w metaliczny, wściekły stukot, sprzęgająca gitara, chory wokal Briana Chippendale’a i wpadająca w ucho melodia. Wielce udana zapowiedź całości, na którą składają się raczej luźno zebrane kawałki duetu z Rhode Island, niż regularna, pomyślana jako spójny koncept płyta. „King Candy” otwiera tracklistę „Oblivion Huntera”, a za moment, już pod indeksem drugim, słuchacz dostaje poprawkę w postaci być może jeszcze bardziej przebojowego kawałka, osadzonego na fajowskiej pętli „Baron Wasteland”. Samo Lightning Bolt wiadomo – noise, w którym jedni słyszą popowe melodie, a drudzy rzeczy podpadające pod jazz, „Oblivion Hunter” palety zagrań zespołu za bardzo nie poszerza (bo i jako takie, a nie inne, zbiorcze wydawnictwo, poszerzyć nie mogło). Niestety po znakomitym starcie, muzycy zaczynają trochę nudzić. Co prawda hałas nie pozwala się nam zdrzemnąć (choć mi zdarzyło się kiedyś przysnąć przy ich znakomitym krążku z 2003 r., przy „Wonderful Rainbow” – autentycznie!), ale z tego hałasu niewiele wynika, faktycznie zapuszczamy się w rejony zagubionych przez lata tracków. Stąd tak miłą odmianę stanowi akustyczna, cicha(!), ale prowadzona nerwowym pulsem miniaturka „The Soft Spoken Spectre”. „Oblivion Hunter” to raczej rzecz dla fanów, co niech nie przysłania faktu, że ciągle wierzę w kółeczko wokół zespołu w wykonaniu publiki podczas występu na żywo podczas OFF Festivalu w 2013 roku.

Lotus Plaza „Spooky Action At A Distance”

Zaczyna się fenomenalnie. Marzycielskie, ambientowe intro w postaci „Untitled” od razu wprowadza słuchacza w odpowiedni nastrój. Passę podtrzymuje też już regularny kawałek, gitarowe „Strangers” i w zasadzie wraz z rozwijaniem się narracji drugiej płyty w dorobku Lotus Plaza, nie można znaleźć nic, co zasługiwałoby na mocną krytykę, mimo że mamy wrażenie powtarzalności. Lockett Pundt, drugi obok Bradforda Coxa ważny człowiek w Deerhunterze, przygotował sympatyczny, bez zbędnego kombinowania i udawania, że jest inaczej krążek bogato zainspirowany amerykańskim indie lat 90. Dużo przesterów, sporo przestrzennych wokali, chwytliwe linie melodyczne, porcja marzeń, odrobina psychodelicznych przypraw. To wszystko już znamy, ale czy w tym akurat przypadku należy z tego czynić zarzut? Moim zdaniem nie, „Spooky Action At A Distance” raczej nie ma ambicji walki o listy sprzedażowe, roczne podium, choć nie wątpię, że ogólnie wiele alternatywnych zestawień uwzględni ten album. Pundt przygotował dziesięć solidnych tracków, „Piłka Nożna” pewnie nagrodziłaby go tytułem „Ligowca roku”, a większe cuda muzyk wyczynia na co dzień w Deerhunter. Swoją drogą to aż wstyd, że ta grupa nie pojawiła się dotąd w Polsce w wiadomym miejscu i ostatnie zdanie z notki o Lightning Bolt dotyczy także ich.

The Sea and Cake „Runner”

Wierzysz w istnienie równoległych światów? Chicagowski kwartet to jedyny zespół na kuli ziemskiej, któremu wybaczam granie tej samej piosenki od dobrych paru lat. Jasne, bierze się to z fanowania, ale też tego, że odkąd The Sea and Cake osiedli na spokojnych wodach wieki temu (choć po prawdzie nigdy za specjalnie nie szaleli), stylistyczne wolty nie są tym, czego oczekujemy od tej grupy. Zwyczajnie nie pasują do nieinwazyjnych, uspakajających, łagodnych zagrywek Prewitta, McEntire’a, Claredidge’a i anielskiego wokalu Prekopa. Po amerykańskich artystach spodziewamy się raczej ewolucyjnych, bardzo nieśmiałych kroków do przodu niż burzenia i budowania na gruzach. To oczywiście nie świadczy o skromnych umiejętnościach wymienionych – chyba nie trzeba przypominać o wirtuozerskim pochodzeniu całej czwórki, przytaczać takie nazwy jak Tortoise, odrabiać lekcję z historii post-rocka, a dokładniej nadmienić, kto robił za ojców chrzestnych tego gatunku? No więc jest sobie „Runner”, dziesiąta już płyta w dyskografii The Sea and Cake i rzeczona stabilizacja. Najjaśniej świeci tu cudowny, promujący całość singiel „Harps”, ale kilka kroków za nim podąża zagrane bardzo w ich stylu „On And On”, ciekawie pomyślane pod względem kompozycyjnym „Invitations” czy przywołujące na myśl „You Beautiful Bastard” z longplaya „Oui”, zamykające płytę „The Runner”. Każdy kto zna ich twórczość, nawet jeśli nie słuchał jeszcze ich najnowszego wydawnictwa, wie już, czego się spodziewać. Kto nie zna, powinien czym prędzej nadrobić braki, bo The Sea and Cake to jedni z najczęściej pomijanych współczesnych klasyków. Po prawdzie „Runner” jawi się propozycją ciut słabszą od tych wydanych przez grupę na przestrzeni ostatnich paru lat (o kultowym „Nassau” czy „Oui” nie wspominając), ale szalikowcy głośno o takich rzeczach nie dyskutują.

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Zagraniczne rozmaitości (11) – Lightning Bolt, Lotus Plaza, The Sea and Cake at .

meta