Najlepsze płyty 2011

7 Styczeń 2012 § 2 komentarzy

W kontekście minionych 12 miesięcy w muzyce przede wszystkim trzeba wspomnieć o najwybitniejszej rzeczy, jaka w tym czasie się ukazała, czyli o „SMiLE” The Beach Boys. Wbrew temu co pisze Pitchfork, nie jest to żadne „best new reissue”, ale pierwsze wydanie oryginalnego albumu, więc zasadnym było pytanie o obecność tegoż w zestawieniu płytowym. Koniec końców trochę głupio określać mianem najlepszego longplaya 2011 r. nagrania z 1967, no i już u zarania dekady zepsulibyśmy sobie zabawę za kilka lat, gdy będziemy wybierać topowy krążek tego dziesięciolecia. Po prostu nic większego od „SMiLE” na niemal 100% się nie pojawi. Więcej o dziele Briana Wilsona napisałem przy okazji ostatniego numeru „Electric Nights”, zapraszam do czytania. 2011 przyniósł z mojej perspektywy dwa wyraźne odwroty – autor jednej z dwóch płyt 2010 r., mocarnego „Causers Of This”, zmieniając brzmienie zszedł z podium oznaczonego „geniusz” na „dobry”. Obok Toro Y Moi zaledwie poprawnie zaprezentował się też Panda Bear. Wreszcie wspomnijmy o artystach, którzy dosłownie otarli się o pierwszą dziesiątkę – Peaking Lights, PJ Harvey (pierwsi i druga ustąpili miejsca innym w ostatniej chwili), James Blake i Kurt Vile.

10. Thundercat „The Golden Age Of Apocalypse”

Po kooperacji niezłego głosu i pokręconego basu (Thundercat) oraz proroka muzyki XXI w. (Flying Lotus) oczekiwałem rzeczy kosmicznych, co wcale nie dziwi, gdy spojrzeć na wynik ich dotychczasowej współpracy. Tak kosmicznych, że pierwszy kontakt z „The Golden Age Of Apocalypse” pozostawił uczucie niedosytu. Niesłusznie. Ostatni owoc ich współpracy nie pozostawia złudzeń, że to tutaj dzieje się przyszłość, że potencjał Stephena i Stevena (to się dobrali), a szczególnie tego drugiego, jest w tej chwili nie do zmierzenia, wszystko jest możliwe. „The Golden Age Of Apocalypse” pomimo swojego zatrważającego tytułu mógłby mieć na okładce ogromne, czerwone serce. Ten album to jedna wielka walentynka, płyta przepełniona miłością, ale nie w amerykański (choć nagrali ją Jankesi), kiczowaty sposób – to zaskakująco dojrzałe, jak na wiek twórców, refleksyjne dzieło. Pewnie w każdych czasach taki miód na serce jest potrzebny, tyle że współcześnie jakby jeszcze bardziej. Zdecydowanie czarna muzyka przyszłości.

9. The Field „Looping State Of Mind”

Nie zgadzam się z poglądem mówiącym, że „Looping State Of Mind” to wejście Axela Willnera na nowe, wymagające większej koncentracji ścieżki. Tak naprawdę jest to album równie przystępny, co „Yesterday And Today” z 2009 roku. Generalna idea stojąca za jego muzyką jest kontynuowana, nadal główną oś utworów stanowią chwytliwe pętle, a średnia długość kompozycji to jakieś 7 minut. Szwed odbija w końcowych częściach swoich utworów w inne loopy, pojawiają się też przykryte ścieżkami sample wokalne rodem jakby z tradycji… czarnoskórych artystów (to tylko skojarzenie, nie wnikałem, skąd je faktycznie wytrzasnął). Eksperci określają muzykę The Field tyleż jednoznacznymi, co zaciemniającymi obraz łatkami – minimal techno, ambient techno czy microhouse (ostatnie chyba jednak przestrzelone). To nie jest istotne. Bardziej liczy się od tego fakt, iż słysząc coś od Willnera, nawet bez podpowiadającego nazwę wykonawcy okna w playerze, wiemy, kto jest autorem kompozycji.

8. Kobiety „Mutanty”

Dobijali się przez lata do tego mainstreamu, dobijali i… nadal się dobijają. „Jeżeli jesteśmy rzeczywiście klasykami polskiej alternatywy, w co raczej wątpię, gdyż jestem z natury sceptykiem, to jesteśmy klasykami biednymi, niepoczytnymi, dla wtajemniczonych, a tego ja nie chcę” – bycie Grzegorzem Nawrockim z zespołu Kobiety musi być frustrujące. I niech niczyjej czujności nie uśpi pojawienie się tej grupy w 2011 r. w dużych mediach. W końcu mówimy o niedocenianiu artystów, którzy na jednej płycie potrafią bezkolizyjnie zmieścić avant pop, rock, muzykę rodem z westernów, rozmach aranżacyjny, chwytliwość, dowcip, ironię i ckliwość. Bywa, że na granicy kiczu czy rymów częstochowskich, ale to wszystko rodzima, zjadliwa przecież krytyka muzyczna zgodnym chórem przemilcza. Czy może być inaczej, skoro co kilka lat Kobiety dostarczają nam złote wersy i stające się klasykami rodzimej alternatywy przeboje? „We Are The Mutants”, „Tak pięknie nie kłamał nikt”, „Łajka” czy „Guru” już czekają w kolejce do tego zacnego towarzystwa.

7. Washed Out „Within And Without”

EP-ka była lepsza”? Zgoda co do tego, iż wcześniejsze wydawnictwa Ernesta Greena są najeżone przebojami, z którymi konkurować w 2011 r. mogły zaledwie „Amor Fati”, „Eyes Be Closed” i może „You And I”. Trzeba jednak pamiętać o tym, że były to miejscami hity o podejrzanej proweniencji, zaś pierwszy longplay Amerykanina to już nie chillwave’owa demówka nagrana w zaciszu własnego domu, tylko regularna praca w profesjonalnym studiu, z kontraktem od legendarnego Sub Pop w kieszeni. W obrębie brzmienia Washed Out dokonała się też drobna, chyba nie zawsze zauważana korekta. Pluszowy sound „Within And Without” zaowocował najbardziej zmysłową płytą minionego roku. Greene nie kłamie – pisząc taką właśnie muzykę, nie przemyca pod neutralnym określeniem wulgarności lub przesady. To stwarza nadzieję, że jeszcze nie wszystkim w „tych Stanach” odbiło. Pewnie też i z tego powodu debiutancki album Washed Out był nie tylko w moim przypadku jedną z najczęściej lub dosłownie najczęściej słuchaną płytą w 2011 r. Mam to na piśmie!

6. Neon Indian „Era Extraña”

Po The Rapture na pierwszym miejscu zestawienia piosenkowego chyba drugie takie zaskoczenie. Mam w końcu świadków na to, jak sceptycznie podchodziłem do zespołu Alana Palomo, zresztą nadal nie wymieniłbym Neon Indian w pierwszej trójce chillwave’u. Chociaż… Sami zainteresowani raczej nie aspirują do bycia częścią tego nurtu. Pamiętam zabawną sytuacją z zeszłorocznego OFF-a, gdy podczas próby Neon Indian na Leśnej wysyłałem gorączkowo sms-a o mniej więcej takiej treści – „oni rozstawiają się z instrumentami!”. Pewnie oczekiwałem pojawienia się na scenie jednego gościa, który stanie za laptopem, klawiszem, nałoży jakiś (lub nie) efekt na wokal i zagra tak swój koncert. W dodatku za wiele poza kicającym Meksykaninem z tego gigu nie zapamiętałem, a przecież wtedy (YouTube nie kłamie!) kwartet zagrał piosenki, którymi tak strasznie się jarałem odsłuchując później „Era Extraña”. Na samym wejściu szansę na pojawienie się na tej liście drugiego longplaya Neon Indian były w 2011 r. równie wielkie, co na to, że PZPN sam się zreformuje. Potem jednak wkręciłem się w m.in. „Fallout”, Halogen (I Could Be A Shadow)” czy „Hex Girlfriend”, z siedziby Związku wypłynęły taśmy prawdy, a reszta jest już historią.

5. Muzyka Końca Lata „PKP Anielina”

Jak nie teraz, to kiedy? Na samo zamknięcie miłosno-sentymentalnego tryptyku do składu MKL dołączyła Ola Bilińska, zespół zaprosił gości – sekcję dętą Contemporary Noise Sextet, Karotkę z Kawałka Kulki oraz znaną m.in. z Orchid Natalię Fiedorczuk i… nagrał swoją najlepszą płytę. Zdecydowało o tym nie tylko wzbogacenie brzmienia, ale też wysoka forma songwriterska (nigdy na jednym albumie nie mieli aż tylu przebojowych momentów) i całkowite odsłonięcie się Bartka Chmielewskiego w tekstach. Nic dziwnego, że prace nad płytą przeciągały się wskutek blokady wokalnej lidera Muzyki Końca Lata. Posłuchajcie choćby drugiej zwrotki „2001-2007”. Zresztą oni nigdy nie kalkulowali i w czasach gdy polskie zespoły z kręgu indie wypływały na byciu często kopią grzywkowych kapel z Zachodu, autorzy „PKP Anieliny” czerpali z rodzimej tradycji, bo najzwyczajniej w świecie jest im bliska. Żeby nie było tak prosto – zapytajcie ich, czego słuchają w samochodzie. Paru hipsterskich bojowników zostałoby zakasowanych ze znajomości anglosaskiej alternatywy. To jedno z dwóch CD, które w 2011 r. ukazały się nakładem nowego labela Thin Man Records. Drugim były „Mutanty” Kobiet. Wow.

4. Bullion „You Drive Me To Plastic”

Nigdy nie rozumiałem histerii polskich słuchaczy wokół The Avalanches – uważam, że po „Endtroducing…..” tak ogromne jaranie się „Since I Left You” jest zwykłym zaspaniem na lekcje. Londyńczyk Nathan Jenkins jest w swojej sampleriadzie jeszcze bardziej radykalny niż wspomniani artyści. Choć w większości jego utwory bazują na dorobku innych wykonawców, życzę powodzenia w namierzaniu źródeł. Nawet jeśli wydaje się nam, że jesteśmy już blisko, czyli jak w przypadku „Slight Jig In The Sky”, całość jakoś nijak nie pobrzmiewa nawet dalekim echem Pink Floyd. Dzięki temu gdy już wkręcimy się w niebywała chwytliwość materiału zebranego na tym przeszło dwudziestominutowym (jak określa to sam Bullion) „non-LP”, nie uderzy w tył naszej głowy to znane uczucie zawodu „a, to sampel z….”. Jest do czego się bujać („Magic Was Ruler”, „Too Right”, „Pressure To Dance”), jest i wesoło (spróbujcie się nie zaśmiać po wyznaniu na początku „My Castle In England”), wreszcie muzyczny detektywi mają kilka solidnych łamigłówek do rozwiązania.

3. Destroyer „Kaputt”

Listen / I’ve been drinking” melodeklamuje na początku „Bay Of Pigs (Detail)” zamroczonym głosem Dan Bejar i gdybym nie jego „sportowy tryb życia”, uwierzyłbym, że to tylko kreacja artystyczna. „Kaputt” to jedno wielkie kolabo rozmemłanych, nie-mających-się-prawa-zmieścić-we-frazie tekstów Kanadyjczyka i sophisti-popowych instrumentalizacji, które swoją kulminację osiąga w przepięknym „Suicide Demo For Kara Walker”. Przepych kompozycyjny nie przytłacza poszczególnych utworów, dzięki czemu „Kaputt” to płyta idealna do relaksu przy szklance czegoś chłodnego, jazdy samochodem, zadumy i popłakania sobie, na randki, spacery letnim wieczorem, słowem album-orkiestra. I wiele osób mogłoby to uznać za minus gdyby nie fakt, że to dziecko przemysłu rozrywkowego nosi w sobie (jakkolwiek poważnie to nie zabrzmi) błysk sztuki.

2. Gatto Fritto „Gatto Fritto”

Lubię takie wejścia jak „The Curse” – bez mizdrzenia się, mega przebojowe, od razu na tor wskazujący „to jest TEN album!”. Enigmatyczny producent z Wysp funduje na self-titled wycieczkę po klasykach electro, które u ludzi dorastających w latach 90. mogą wywoływać uczucie déjà vu („Hex”, „Grinding Of The Breakes”), obok tychże pojawiają się rzeczy bardziej współczesne („My Etheric Body”), formy progresywne („Invisible Collage”), ambientowe („Solar Flames Burn For You”) czy hity prosto do celu (wspomniane „The Curse” i „Lucifer Morning Star” – doszukującym się wątków diabelskich proponuję sprawdzić, czym było owa „lucifer star”). Ben Williams na swoim pierwszym longplayu Ameryki nie odkrywa, to wszystko już w elektronice słyszeliśmy, ale to trochę jak ze współczesnymi piłkarzami – ciężko wymyślić w sposobie gry coś totalnie nowego, indywidualnego, więc gdy już pojawia się ktoś prezentujący równą formę i błysk geniuszu, staje się współczesnym bohaterem futbolu. Nie wiem czy Gatto Fritto interesuje się tą dyscypliną sportu, wiem, że moim bohaterem i debiutantem roku 2011 jest. W dodatku wyborną całość opatrzono prostą, świetną okładką. Czego chcieć więcej?

1. Radiohead „The King Of Limbs”

Z Radiohead walczyłem przez lata. Całkiem świadomie omijałem tą (w moim postrzeganiu) przybijającą muzykę i chyba też nie do końca czułem, że czeka tam coś, co mogłoby mnie zainteresować. Pomijam w tym momencie pierwszy kontakt z Yorkiem i spółką, gdy jako dzieciak zobaczyłem klip do „Paranoid Android”, chodzi o czas już późniejszy. Po prawdzie „OK Computer” współcześnie wydaje się mieć większą prasę niż zawartość (miejscami literalnie – prześledźcie niektóre recenzje i zarysowane konteksty przy sprowadzających na ziemię komentarzach samych Radiohead) i gdyby nie wydarzyło się „Kid A” oraz następstwa tej reformy, zespół z Abingdon mógłby nigdy nie zagościć na mojej półce z płytami. „The King Of Limbs” trafia w czas, gdy niektórzy słuchacze już są lekko znużeni… No właśnie, czym? Tą grupą samą w sobie? Równą formą i klasą prezentowaną przez trzecią już dekadę grania, która już się tak opatrzyła, że żądnych wciąż to kolejnych bodźców i goniących za nowościami ludzi XXI w. znudziła? Właśnie wtedy, gdy piątka artystów dała na luz (i nie chodzi tylko o tańczącego Thoma Yorka) i zaczęła korespondować z tym, co w muzyce dopiero się wydarzy. Jeśli jednak ktoś widzi w kicającym do setu wokalisty Radiohead Flying Lotusie tylko… kicającego do setu wokalisty Radiohead Flying Lotusa, to jego problem. Osobom trzymającym rękę na pulsie pozostaje baczne przyglądanie się kolejnym ruchom twórców najlepszej płyty tego roku i wspomnienie słynnego tygodnia przed premierą „The King Of Limbs”. W końcu tego w muzyce jeszcze nie było.


Tagged: , , , , , , , , , ,

§ 2 Responses to Najlepsze płyty 2011

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Najlepsze płyty 2011 at .

meta