Najlepsze piosenki 2011

5 Styczeń 2012 § 3 komentarzy

To był rok zaniedbań bloga, przyznaję, ale jest pewien powód tego stanu rzeczy. Nieważne jednak, czy natłok obowiązków zawodowych, czy nie, podsumowanie ostatnich 12 miesięcy, jak szaliczek u hipstera, musi być. Przeszło pół setki piosenkowych kandydatek. Dużo. Patrząc również na to, co wyłania się z zestawienia albumowego, mogę powiedzieć, że to był bardzo, bardzo mocny rok. Być może nie miałem okazji jeszcze opisywać mocniejszego. Ubolewając nad tymi, którzy odpadli, here’s some catchy tunes, which will make your day, że tak wtrącimy niezobowiązująco ze staropolskiego.

20. Eris Is My Homegirl „Shut Your Mouth And Give Me The Panhandle”

Mówcie sobie, co chcecie, ja nadal nie mogę wyjść z szoku, że ta czwórka spalających bębenki uszne smarkaczy prawie wygrała skierowane do masowej publiki talent show i wystąpiła na sylwestrowej nocy Polastu. Widzicie oczyma wyobraźni tych szpakowatych dżentelmenów w czarnych frakach i nobliwe panie w eleganckich toaletach, gdy gościom na parkiecie zaczyna przygrywać growlujące Eris Is My Homegirl?

19. Radiohead „Lotus Flower”

Pewnie dla wielu osób to właśnie tańczący Thom Yorke będzie obrazkiem, dzięki któremu zapamiętamy 2011 rok. Rzecz jednak przede wszystkim w tym, że weterani alternatywy przestali być zbolałymi przez życie loserami (no, nie do końca) i zaczęli wyraźnie aspirować do dotrzymania kroku najciekawszym twórcom młodego pokolenia. Wszak w przypadku samego Yorke’a „Lotus” pojawił się w ostatnich 12 miesiącach nie tylko w tytule singla z „King Of Limbs”. I był jak najbardziej „Flying”.

18. James Blake „The Wilhelm Scream”

Jak donoszą nasi niestrudzeni reporterzy, scream to on miał dopiero podczas koncertu na Open’erze. Kuriozalne odczytanie przez fanki Jamesa Blake’a przesłania drugiego tracku z debiutanckiego longplaya (taki żarcik) nie powinno przesłaniać nam faktu, iż to naprawdę dobry utwór, a sam artysta nagrał jedną z najbardziej intrygujących i intymnych porcji muzyki w 2011 r. Dubstep niech zbawia kto inny.

17. Junior Boys „Banana Ripple”

Powoli można zacząć na ich widok dostawać torsji. Nie dość, że gdzieś od 2003 r. zawsze lądują w rocznych zestawieniach (czy to singlowych, czy to płytowych), to na dodatek ostatnio jakby zamieszkali w naszym kraju. Nawet Artur Rojek wybrał „Banana Ripple” na składankę promującą OFF Festival 2011 (choć album, z którego pochodzi ten utwór w sklepach był od niedawna)! Ale cóż zrobić, jak to takie dobre.

16. Foster The People „Houdini”

Oburzonym szalikowcom „Pumped Up Kicks” od razu śpieszę donieść, że singiel ów pochodzi jeszcze z 2010 r. Zresztą „Houdini” jest wcale nie gorszym earwormem, a gdy do tego dołączyć kolejny track do Fosterowego triumwiratu (mowa oczywiście o „Helena Beat”), to okaże się, iż chcąc uwzględnić wszystko od amerykańskiej grupy, musiałbym poświęcić inne, równie mocne utwory. Zawsze można założyć grupę wsparcia na Facebooku, zaraz obok Gotye i Kimbry.

15. KAMP! „Cairo”

Jak tam Twoja magisterka?” a „Kiedy ukaże się Wasza płyta?”. Nie tylko klawiszowa elegancja (choć kiczowatość samej sali, w której ma miejsce akcja videa z czasem boli), klasa i tańczący Eryk Lubos. Thom Yorke ma poważnego konkurenta, nawet jeśli ten pierwszy nie śpiewa.

14. Washed Out „Amor Fati”

Właściwie mógłbym tutaj powtórzyć opis z „Cairo”. Ale u Ernesta Greena mamy w miejsce niedookreślonego podnoszący na duchu tekst piosenki i od razu wiesz, że nawet jeśli dziś dziewczyna Cię rzuciła, a dodatkowo ulubiona drużyna piłkarska znowu sprzedała mecz, jutro wzejdzie słońce i nie takie dziewczyny będą prosić Cię o numer telefonu. No i że Washed Out jest więcej niż pewniakiem na któryś z polskich festiwali z datą już 2012.

13. Die Flöte „Clappy Song”

W zasadzie krakowianie powinni dostać burę za nazbyt oczywistą inspirację, bo jeśli w natłoku 14250193249 kapel chcesz, by to właśnie Twoją zauważono, idź własną drogą. W zasadzie, gdyż nieśpieszny start utworu, chórki, maniera wokalisty, melodia zwrotki oraz oczywiście „I’ve paid fifteen zlotych for a kotlet” i jestem kupiony, i nie pamiętam przewin, i wybaczam trzymając kciuki ku górze.

12. PJ Harvey „The Last Living Rose”

Zanim internetowi besserwiserzy z meszkiem pod nosem będą zżymać się, że geriatria wkroczyła właśnie na salony, życzę wszystkim gimnazjalistom z RYM-a takiego żaru, werwy i kreatywnej złości (buntu) w wieku, w którym jest teraz Polly Jan Harvey. Czego najlepszym przykładem „Last Living Rose”.

11. Muzyka Końca Lata „Całowanie”

Cielak i Wiśnia”, „Dokąd”, „2001-2007”, „PKP Anielina”, „Dworcowa” i oczywiście „Całowanie”. Chyba mamy króla polowania. Teraz tylko trzeba coś wybrać, o ile nie chcesz, by w podsumowaniu rocznym co chwilę pisać „Muzyka Końca Lata”. Rozbudowana struktura, zmieniające się barwy, sekcja dęta (gościnnie Contemporary Noise Sextet) – „Całowanie” w początkach obcowania z trzecim longplayem MKL-u nazwałem „progresywnym popem”. Tym bardziej było miło, że wybrali później ten kawałek na singiel. Chociaż raz w życiu dziennikarz muzyczny się nie mylił.

10. Friendly Fires „Hawaiian Air”

Kazik śpiewał coś o tym, że w Polsce jest wiecznie śnięta pogoda, dlatego rodacy chodzą tacy podminowani. Tak, to pewnie stąd.

9. Peaking Lights „Amazing & Wonderful”

Klaustrofobiczny, parzący czerwonym słońcem w głowę, transowy klimat tego utworu (podobnie jak i całej płyty „936”) jest nie do przecenienia – to gotowy scenariusz na koncert przy okazji letniego (koniecznie!) festiwalu w świetle dnia (koniecznie![2]). W dodatku Peaking Lights pewnie ciągle są do wyciągnięcia za grosze, choć po zeszłorocznym albumie zrobiło się wokół nich głośniej. Po takim gigu już tylko Deaf Dub & Blind.

8. Cool Kids of Death „Karaibski”

Ale Wam ściem nawciskali. Że niby jakaś „Generacja nic”, że niby hymn pokolenia. TO jest hymn naszego pokolenia! I choć początkowo pisałem tak z przymrużeniem oka, nerwowy uśmiech towarzyszący tej czynności przyległ do mnie na stałe ilekroć myślę o „Ile tak się da, na baczność nawet spać?”, „W głowie ciągle miga Tetris na czternastym poziomie” i powracających w refrenie słowach „Ręka do góry kto chce mieć lepszy czas na setkę / Kto palec trzyma wciąż na wciśniętym klawiszu FF”. Istotne jest też zerwanie CKOD z imagem kolejnych pogrobowców Joy Division i śmiałe wychylenie w stronę klawiszowego, roztańczonego popu.

7. Kobiety „We Are The Mutants”

Polska pany! W 2011 nikt nikogo nie musiał specjalnie holować, rodzime zespoły same wywalczyły sobie miejsca w rocznych podsumowaniach. Sytuacja trójmiejskich Kobiet różni się jednak od kilku wymienionych przy okazji tej listy grup. Oni mieli już hity wiele lat wstecz (nawet pokolenie naszych rodziców wie, jak leci „Marcello”), to zasłużona kapela, która jednak nigdy nie doczekała się sławy równej poziomowi artystycznemu i chwytliwości swoich utworów. Coś drgnęło przy okazji ich ostatniej płyty „Mutanty” i nawet jeśli nadal kierownicy biur artystycznych miast nie zastanawiają się, czy na koncert plenerowy zaprosić Krzysztofa Cugowskiego, czy jednak Nawrockiego i ekipę, „dziewczyna o twarzy z mangi” na dobre zagościła w naszych głośnikach. Tajemnicą poliszynela jest fakt, iż „We Are The Mutants” to takie (biorąc pod uwagę tylko Facebooka) „Somebody That I Used To Know” indie światka. To się nazywa dopiero „zero-jedynkowy wirus”.

6. Bullion „Magic Was Ruler”

Boom boom, bang bang, look out kid. Bo dostaniesz zaraźliwym hookiem. Co tam hookiem, kilkoma hookami. Bo mogło Cię ominąć kilka najbardziej miodnych muzycznie minut w 2011 r. Bo po prawdzie… są na to duże szanse. Bullion nie jest koniem krwi arabskiej w stajni potężnej wytwórni, np. Universal lub EMI. Nie jest też jednym z tych wykonawców ze specjalistycznych for dla muzycznych freaków, który wygrał los na loterii i podarował swój utwór reklamie nowego Peugeota. Co z tego skoro raz puścisz „Magic Was Ruler” i po chwili do niego wrócisz. I znowu go puścisz. I znowu. I znowu. I znowu. I znowu.

5. Neon Indian „Fallout”

Masz hamak w pokoju? To masz już też soundtrack do niego. Jeśli nie masz, to znajdziesz kilka w konkurencyjnych cenach na Allegro. „Fallout” to jednak nie tylko definicja beztroskiego byczenia się w słońcu (dlatego szef kuchni poleca jednak otwarte przestrzenie, niż cztery ściany własnego m2), ale też odpowiedź na pytanie, czym jest chillwave. Co w sumie na jedno wychodzi. Gdybym słuchał zbyt głośno muzyki, sąsiedzi szczerze nienawidziliby Neon Indian – „Fallout” gościł w lecie u mnie na repeacie w dawkach zdecydowanie wymiotnych.

4. Gatto Fritto „Invisible College”

Gatto Fritto był jednym z tych osesków, którzy nastręczyli niezłego bólu głowy. Jego self-titled longplay przyniósł tyle kandydatów do listy piosenek roku, że do końca wahałem się, co ostatecznie z niego wybrać. Równie dobrze w tym miejscu mogło (i było!) pojawić się „My Etheric Body”, bo chyba żaden inny kawałek z „Gatto Fritto” nie zachęca do sięgnięcia po całość, jak wspomniany. Dlaczego więc ostatecznie „Invisible College”? Bo to prezentacja potencjału artysty, te przeszło 11 min. zawiera więcej pomysłów i fajnych momentów, niż niejeden longplay.

3. Bon Iver „Perth”

Czy piękno może być wstrząsające? Wygląda na to, że tak. Nie wiem, czy sukces Justina Vernona wziął się z potrzeby istnienia takiej postaci w coraz szybciej pędzącej codzienności, czy z autentycznego zachwycenia się słuchaczy umiejętnościami singer-songwriterskimi artysty, ale wiemy już, że nawet na końcu świata można zawładnąć masową wyobraźnią (o ile ten koniec świata jest w Stanach Zjednoczonychdopowiedzą sceptycy). SamoPerthsączy się dość nieinwazyjnie, choć te bezkresne przestrzenie back wokali i prowadzenie głównego wokalu przez Vernona zapalają lampkęto nie jest zwykły folkowy smęt. Na wysokości 2:32 następuje szarpnięcie cugli i przemarsz armii zaciężnej po naszych jelitach. Boli, ściska i uwiera, ale wracamy. No i jak pięknie, refleksyjniePerthwycisza się przechodząc wMinnesota, WI

2. BattlesIce Cream(feat. Matias Aguayo)

Ja te wszystkie swoje proroctwa będę spisywał, bo potem nikt mi nie wierzy. Mówiłem „pewnie ktoś zły, niedobry weźmie niedługo ten kawałek do reklamy” i proszę! Widziałem niedawno bodaj na ESPN, jest i FIFA 2012. Z drugiej strony ciężko było nie przewidzieć takich losów „kwadratowego popu” od Battles. O pardon, powinienem powiedzieć „math rocka”. Czy jakoś tak. W każdym razie jeśli chcecie poprzez perfidny podstęp wpłynąć na gust muzyczny młodszego brata, wiecie, co mu kupić w prezencie. Nawet jeśli Święta już były i wiadomo gdzieś od czasów neandertalczyków, że Pro Evolution Soccer bije wszystkie inne piłki dostępne na rynku na głowę.

1. The Rapture „How Deep Is Your Love?”

I jest zwycięzca… niespodziewany. Ciężko powiedzieć, ile razy podchodziłem do „Echoes” w czasach, gdy indie w Polsce to był co najwyżej kraj na takim półwyspie, próbując zrozumieć entuzjastyczne oceny dziennikarzy. Z drugiej strony była wkrętka w niektóre single nowojorczyków. „In The Grace Of Your Love” nie wypatrywałem, na „How Deep Is Your Love?” nie rzuciłem się, gdy tylko wyszło, jak paru moich znajomych. Szczerze przyznaję, że były w 2011 r. kawałki, które powracały w moich głośnikach znacznie częściej, więc casus „My Girls” z 2009 r. się nie powtórzył. W tym miejscu jednak pozorna absurdalność tego wyboru się kończy. „How Deep Is Your Love?” rozpisane na papierze wyraźnie zasługuje na miejsce pierwsze zestawienia piosenkowego. Liczymy – natychmiastowo chwytający klawisz, niezła melodia zwrotki i spoko wokal (ile uszy nie wytrzymało „House Of Jealous Lovers”?), miodne wejście perkusji i późniejszy groove, brutalnie nośny refren, tytułowe „how deep is your love?” chwilę przed końcówką utworu, finał z saksofonem i jakiś taki dramatyzm całości. Co ważne, chłodna kalkulacja swoją drogą, emocjonalnie The Rapture także oszałamiają. Nie, w 2011 r. nie było nic lepszego w tej kategorii.

 

 

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

§ 3 Responses to Najlepsze piosenki 2011

  • P pisze:

    Cześć,
    pozwolę sobie jeszcze dopisać Ghostpoet’a oraz nowe dziecko Pana Skinnera The D.O.T.

  • Dominiczkka pisze:

    Fajnie, że doceniłeś „How Deep Is Your Love”. Ogólem płyta nie wypada za dobrze, ale ten kawałek naprawdę wchodzi do głowy na długo. Dodałabym jeszcze „The Runner” Boxer Rebellion, mój faworyt w tym roku.

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Najlepsze piosenki 2011 at .

meta