OFF 2011 – reminiscencje

23 Sierpień 2011 § Dodaj komentarz

[zamiast zdjęcia głównego]

Dziwny to był festiwal. Pod względem towarzyskim – mistrzowski. Podobną ilość znajomych zebranych w jednym miejscu spotkałem pewnie kiedyś przy okazji jakiejś domówki, przy czym nigdy nie byłem na domówce na kilkanaście tys. osób z całej Polski i świata. Natomiast pod względem muzycznym tegoroczny OFF Festival sponsorował termin „solidne rzemieślnictwo”. I spoko, tyle że dla mnie to zaledwie punkt wyjścia – od koncertów oczekuję wartości dodanej, czegoś, co sprawia, że występ na żywo to coś więcej niż odegranie piosenek z płyty. Od razu jednak zaznaczam, że bardzo rzadko trafia się taka sytuacja. Na szczęście jeden koncert w szczególności był jej definicją. Oto (jak to się mówi) „offowa trójeczka”.

3. Primal Scream – „Screamadelica” live

Głównie za danie profesjonalnego, rock’n’rollowego show i możliwość usłyszenia jednej z najukochańszych płyt wszech czasów na żywo. Paradoksalnie to jednocześnie minusy tego występu. Wszak „Screamadelica” wcale nie muzyką gitarową stoi, ale tanecznymi brzmieniami, zaś profeska w takim wydaniu (występ dokładnie niemal wyliczony do trzeciego miejsca po przecinku) zabija właściwie szanse na dzianie się rzeczy wiekopomnych. No i skoro w pewnym momencie Primale postanowili odpuścić skrupulatne, utwór po utworze odgrywanie swojej legendarnej płyty, to osobiście wolałbym rzeczy z „XTRMNTR” od rockowych, w duchu The Rolling Stones bangerów. Niestety, widać, że obecnie bliżej Wyspiarzom do gitar niż bpm-ów i klawiszy.

2. Ariel Pink’s Haunted Graffiti

Siedzę przy stoliku w legendarnej już niemal karczmie, jest ciepło, mam jeszcze prawie całe piwo, za oknem nadal ulewa próbuje zniszczyć ostatni dzień festiwalu, tymczasem już zaczyna się jeden z koncertów, dla których w ogóle przyjechałem na OFF-a. Walka rozum kontra serce trwała niemal dobre pół godziny, po tym czasie następuje szybki transfer pod Scenę Leśną, chociaż na drugie 30 minut występu Ariela Rosenberga i jego zespołu. Tyle wystarczyło, by umieścić go na podium. Przede wszystkim zaskoczyło doskonałe brzmienie – wspomniana scena sprawiała wrażenie co prawda najlepiej nagłośnionej ze wszystkich w Dolinie Trzech Stawów, ale to przecież koncert ekipy lo-fi, ostatnią rzeczą, jaką bym się spodziewał to ta, że akustycy przy konsolecie dadzą z siebie wszystko (po powrocie z Katowic okazało się co prawda, że Ariel studiował inżynierię dźwięku, mógł ich trochę przycisnąć, ale nadal jestem pod wrażeniem). To świetne brzmienie nie przeszkodziło jednak w tym, by do całości wkradł się pierwiastek szaleństwa – co chwila przez głośniki przechodził jazgot sprzężeń, lider zespołu wymachiwał kończynami we wszelkie możliwe kierunki i oczywiście „wyśpiewywał” te swoje niezrównoważone frazy. Profesjonalizm, który nie zabił spontaniczności – zupełnie inaczej niż podczas koncertu Primal Scream. Dlatego miejsce drugie.

1. Matthew Dear (Live Band)

Dzieje mojej bytności na występie gościa z Detroit były skomplikowane. Na ostatniej prostej nawet nie wybierałem się do namiotu Trójki i gdybym tylko udało mi się znaleźć chętnych do odwiedzenia wspomnianej wyżej karczmy, nie znalazłbym się tam w ogóle. Z braku jednak innych zajęć poszedłem i… doświadczyłem koncertu festiwalu. Oto przyjeżdża artysta, który zaczynał od grania różnych odmian klubowych brzmień i daje wraz ze swoim zespołem show na gitarę, trąbkę, perkusję, wokal oraz hipnotyzującą osobowość. Mroczny książę parkietu w swoim białym garniturze, czarnej koszuli porywa mnie i wielu innych festiwalowiczów do pląsów w rytm transowej, tanecznej, ale „żyjącej” muzyki. Ręka do góry, ile osób z tłumu znało utwory Deara przed tym koncertem? Myślę, że niewiele, a efekt końcowy był taki, iż publiczność nie chciała wypuścić artysty, który z kolei poruszony tak gorącym przyjęciem kłaniał się jej w pas. Co najlepsze – mając w pamięci ten absolutnie fantastyczny gig i słuchając już po nim ostatniej płyty Amerykanina („Black City”) są tacy, którzy nie boją się jej skrytykować. Najwidoczniej na naszych oczach stało się to, co dotąd znaliśmy tylko z klasycznej bajki o brzydkim kaczątku. Nawet wokal Matthew Deara uległ przeobrażeniu. W studiu niski i nieefektowny – na żywo wysoki, o zupełnie innej barwie, pełen pasji i desperacji. Po tym występie ludzi wychowani na zupełnie innej muzyce i obecnie słuchający często totalnie innych artystów mówili jednym głosem. Lub raczej niezwykle ożywieni zagadywali siebie nawzajem, piętrząc pochwały na temat tego, co przed chwilą doświadczyli. Tak, tym właśnie jest wartość dodana, której poszukuję.

Tagged: , , ,

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading OFF 2011 – reminiscencje at .

meta