Najlepsze płyty 2010

30 Grudzień 2010 § 4 komentarzy

 

Na pewno ostatnie dwanaście miesięcy w muzyce to nie był czas, który można by określić tylko jednym słowem. Zdarzały się chwile smutne, przedwcześnie odeszły postacie ważne dla świata dźwięków – Guru z Gang Starra i Mirek Olszówka. Ciężko cieszyć się z faktu, iż rozpadł się jeden z promowanych na blogu (i nie tylko tu) zespołów, czyli Kolorofon. Ale nadal zdecydowana większość grup, które chwaliłem istnieje i ma się dobrze. Polska wyrasta na hegemona w Europie Środkowo – Wschodniej jeśli chodzi o wielkie festiwale związane z muzyką niezależną, o czym świadczy nie tylko wybór publiczności, również tej zagranicznej, która w wakacje przyjeżdża właśnie do naszego kraju, ale i pozytywne recenzje oraz wyróżnienia, jak nagroda dla gdyńskiego Open’era za najlepszy masowy festiwal przyznana w Groningen podczas gali The European Festiwal Awards. Czy wkrótce do Heinekena, OFF Festivalu lub Audiorivera dołączą lubelskie Kody (Lou Reed nie dojechał, ale byli m.in. Laurie Anderson, John Zorn czy Philip Glass) albo Electric Nights? Zobaczymy. To był też czas zmian na blogu – od września jest zupełnie nowy motyw, pojawiły się nowe dodatki, w tym tłumaczenie recenzji, komenatarzy i artykułów na 23 języki. Ok. 2 tysięcy średnio odwiedzin na miesiąc to dobry wynik zważywszy na fakt, że na blogu pojawiają się niszowe treści, a miejsc w sieci, w których można poczytać o muzyce jest mnóstwo. Miłym dowodem uznania dla mojej pracy było zaproszenie na Blog Forum Gdańsk jako reprezentanta blogosfery pośród ponad 100 innych wyselekcjonowanych przez organizatorów. Może w 2011 r. (jeśli ktoś jeszcze będzie chciał mnie w ogóle tam zaprosić) uda się dotrzeć, bo zdaje się, że z ludzi piszących o muzyce nie było przy pierwszej edycji nikogo. No i najważniejsze – rok 2010 należał do bardzo dobrej muzyki czego dowodem jest zawartość albumów, które znajdziecie na poniższej liście najlepszych płyt.

10. Paula i Karol „Overshare”

Ciężko było ich nie polubić, w końcu nie każdy zespół wysyła krążek w kopercie z narysowanymi odręcznie karykaturalnymi autoportretami z dopiskiem „miłego słuchania”. Nie recenzencka próżność jednak spowodowała, iż Paula i Karol stali się jedną z tych grup, którym naprawdę, ale to naprawdę życzę sukcesu. To ich bezpretensjonalne piosenki i sposób bycia, które wnoszą serdeczność w relacje międzyludzkie i wywołują przedziwne wrażenie jakoby z głośników słychać naszych starych, dobrych kumpli, a nie dwójkę osób, których może nawet osobiście nie poznaliśmy. To też i poziom tych akustycznych utworów wskazujący na ogromną muzykalność Pauli Bialskiej i Karola Sztrzemiecznego, a  także erudycję, smak oraz wyczucie, co można jeszcze przekazać odbiorcy, a co byłoby już przesadą. Wyróżnienie dla „Overshare” to też i nagroda za poprzedzającą album EP-kę „Goodnight Warsaw”.

9. Janelle Monáe „The ArchAndroid”

Nie oszalałem na punkcie tego albumu jak wielu recenzentów na świecie. Więcej, otwarcie krytykowałem mielizny środkowej części „The ArchAndroid”. Janelle Monáe trafia ze swoim longplayem na listę, bo moją sympatię budzi to, iż młoda, czarnoskóra artystka porywa się (i to u progu swojej kariery) na tytaniczną pracę polegającą na stworzeniu muzyki będącej wypadkową tak różnych kiedyś tradycji, jak hip hop, art rock, R’n’B, muzyka klasyczna, pop i jeszcze parę innych. Niby nie jest wielkim odkryciem, że to właśnie czarni twórcy często wypychali ten rodzaj sztuki na wyższy level, ale i tak wielki szacunek musi budzić odwaga Monáe, poza tym jest to też zastrzyk nadziei na to, że w świecie, który nieustannie się zmienia wszystko jest w zasięgu naszych rąk. W końcu autorka „The ArchAndroid” stworzyła swoje dzieło nie gdzie indziej, ale na terenie państwa, gdzie jeszcze całkiem niedawno istniała segregacja rasowa. Ci, którzy kiedyś byli prześladowani teraz są wynoszeni na piedestał. A już abstrahując od powyższych przyczyn, „Cold War”, „Locked Inside”, „Faster”, „Wondaland” to po prostu świetne piosenki.

8. Deerhunter „Halcyon Digest”

Wprawdzie mój gust muzyczny ciągle ewoluuje, ale skoro w 2008 r. Deerhunter zdobywał dziesiąte miejsce na liście za sprawą drugiego, bardziej piosenkowego krążka „Weird Era Cont.” ze splitu z „Microcastle”, to teraz nie umieszczenie wybitnie melodyjnego i przede wszystkim bardzo dobrego „Halcyon Digest” w zestawieniu najlepszych płyt byłoby wyrazem niekonsekwencji. Różnica między 2008 r., a 2010 polega na tym, że poprzedniego albumu, gdy powstawał ranking, nie mogłem już słuchać (co tu dużo kryć, przedawkowałem), „Halcyon Digest” zaś to dla mnie rzecz nadal świeża. Zmieniło się również to, że na nowym albumie zespół z Atlanty brzmi teraz bardzo i bardziej „amerykańsko”, niż miało to miejsce w czasach „Microcastle”. Gdy wiele polskich zespołów i fanów grania alternatywnego zapatrzonych w zachodnie indie jakby wstydziło się rodzimej tradycji muzycznej, kapela będąca synonimem tegoż indie wypuszcza materiał będący jednym wielkim hołdem dla korzeni.

7. Clive Tanaka y su orquesta „Jet Set Siempre No. 1”

Wyróżnienie dla człowieka, który próbuje jak może uniknąć zaszufladkowania. Niby dźwięki zgromadzone na „Jet Set Siempre No. 1” określa się mianem chillwave’u, ale gdy przyjrzeć się tym kompozycjom dokładniej, to terminologiomania grozi tym, że niedługo wszystko będziemy nazywać chillwavem. „International Heartbreaker” przynosi bogactwo instrumentalnej ornamentyki niespotykane w tym popularnym gatunku, „Brack Lain” w pierwszej części i „Skinjob” to tematy jakby z innej bajki, a „All Night, All Right” oraz „I Want You (So Bad)” bliżej do house’u (również mało ortodoksyjnego!). Najbardziej chillwavem pachnie singlowe „Neu Chicago” i „The Fourth Magi”, ale znowuż przy okazji pierwszego z wymienionych kawałków – czy nie jest to czasem Balearic? I czy potraficie wskazać faktyczne różnice między chillwavem a Baleraic? AAAAA. Zostawmy to. Najważniejsze, że jest „Jet Set Siempre No. 1”, powiew lata niezależnie od warunków panujących za oknem, album tak osobliwy, jak EP-ka „No Way Down” Air France, też zresztą obecna na liście najlepszych płyt (2008 r.).

6. Filip Pokłosiewicz „Demo 2010”

Wielka nadzieja polskiej sceny niezależnej. Wiecznych sceptyków pragnę uspokoić – Filip Pokłosiewicz to też człowiek, który musi popracować nad swoją osobowością, by te nadzieje kiedykolwiek spełnić, więc frakcja krytykancka może jeszcze mieć okazję do zacierania rąk, że był to przestrzelony typ. Póki co songwriter obdarzony charakterystycznym głosem i talentem do komponowania akustycznych przebojów (serio to nie są covery jakiejś zagranicznej gwiazdy?) zbyt mocno wpisuje się w hasło „muzyka niezależna – muzyka, na której nie zależy… jemu”. Oczywiście teraz przejaskrawiam, ale jest trochę tak, że kolejne zwalające z nóg linie melodyczne składające się na przejmujące, fantastyczne utwory, pochwały ze strony słuchaczy przychodzą mu za łatwo. Pokłosiewicz jedno i drugie osiąga jakby przypadkiem, a nie ciężką harówką. Dobrze, że to demo w ogóle powstało, bo najzwyczajniej w świecie MUSICIE WIEDZIEĆ, że ten gość istnieje i ma w zanadrzu takie kawałki, jak „…”, „No Man’s Music”, „Discount”, „Thin Times”, „Kangaroo” lub „01010110”. Gościu. Ty wiesz co.

5. Caribou „Swim”

Jeśli przejrzycie archiwalne listy z najlepszymi albumami, to zauważycie, że zawsze starałem się umieścić w zestawieniach coś z działki muzyki elektronicznej. Tak, „Swim” to tegoroczny zwycięzca jeśli chodzi o ten gatunek, choć przecież (być może najbardziej znany producent tanecznych brzmień wśród matematyków) Dan Snaith jest świetnym kandydatem na burzyciela stereotypów dotyczących elektroniki. I nie chodzi tylko o żywe instrumenty, o zestaw perkusyjny rozstawiany na koncertach pośrodku sceny, ale także o złożoność kompozycji, inteligencję w nich ukrytą. Nie wiem czy zapraszając Caribou na występ do Polski organizatorzy z Europejskiego Centrum Solidarności liczyli na łupankę dla mas (sądzę, że wątpię) i po usłyszeniu „Odessy”, „Kaili”, „Jameli” czy „Sun” w duchu powiedzieli „nigdy więcej”, ale wiem, że w moim mieście rocznicę solidarnościową (przepraszam) uczczono koncertem Europe. Widocznie ktoś uznał, że motyw klawiszowy z „The Final Countdown” antycypował progresywne kompozycje Snaitha. Albo ja nie zrozumiałem żartu.

4. Crab Invasion „Crab Invasion”, „Extend Your Life”

Crab Invasion, czyli wymarzony zespół dla leniwego słuchacza czy raczej powinienem powiedzieć, słuchacza doby Internetu, dla którego przede wszystkim liczy się natychmiastowość. Wystarczy pobieżne, tzn. standardowe zapoznanie się z materiałem (bo kto z młócących setki albumów rocznie jest w stanie poświęcić im większą, zasłużoną uwagę?), by rzucić hasła „indie rock”, „Malkmus”, „Stany Zjednoczone”. Niby się zgadza, ale czy macie świadomość, że wśród inspiracji Krabów są zespoły nie mające nic wspólnego z tego typu graniem? Czy wiecie, że gitarzysta i wokalista Too Old to tegoroczny maturzysta, a cała trójka to ogólnie młoda ekipa, której gust muzyczny z pewnością będzie się jeszcze zmieniał (i już wiadomo, że szykuje się bardziej popowy zwrot w ich twórczości)? Co wreszcie z utworami takimi, jak np. „Raindrops”, które nijak się mają do alt rockowego etosu? Naprawdę, nie mamy pojęcia, jak szerokie są jeszcze horyzonty tych chłopaków i coś mi się widzi, że gdy to się okaże, to spotkamy się w przyszłości przy okazji podsumowań rocznych. Jeśli więc i Tobie Lublin wyrządził krzywdę Budką Suflera, to nadchodzi wielkie „przepraszam”, które wynagrodzi lata cierpienia. Aha, Kraby na koncertach niszczą.

3. These New Puritans „Hidden”

Druga płyta w dorobku brytyjskiego zespołu przytłacza ogromem rozwiązań technicznych, formą oraz podniosłym i posępnym nastrojem. Próżno tu szukać „hitów”, choć przecież na „Hidden” aż roi się od przebojowych momentów – przewrotność, która pojawia się też w przesłaniu albumu. Generalnie świat cierpi na poważną chorobę, kolejne kompozycje są jakby ilustracją tego wyniszczającego schorzenia, ale idea pozostaje czysta. Jest nią troska o stan planety dewastowanej przez dymiące kominy, chemikalia wypuszczane do wód, czyli de facto przez samego człowieka. These New Puritans nawet przez moment nie próbują zabawiać słuchacza i porozumiewawczo puszczać oko, mówić, że to wszystko to przecież tylko sposób ekspresji, a najważniejsza jest muzyka. Nie, oni od początku do końca są śmiertelnie poważni, nie serwują ot tak, zwyczajnie kolejnych utworów, ale wjeżdżają w nas walcem i przeciągają po ziemi. Ogrom pracy włożonej w powstanie „Hidden” zaowocował dopracowanym w każdym detalu, hermetycznym i monumentalnym dziełem.

2. Newest Zealand „Newest Zealand”

To doskonała płyta do przedstawienia każdemu słuchaczowi na świecie jak w Polsce… nie gra się. Powiedzmy sobie szczerze, krajanie prędzej złapią za gitary w duchu przeświadczenia, że rock wiecznie żywy, a tworzenie siermiężnego metalu to niesamowicie świeża rzecz w XXI w., tudzież za mikrofony by przekazywać już za smarkacza „uliczną prawdę”, niż zajmą się tworzeniem wysmakowanych, wielostrukturowych i multimelodycznych kompozycji. Bo też faktem jest, że nie każdemu wystarczy talentu i pomysłowości tak jak ma to miejsce w przypadku Borysa Dejnarowicza. Na self-titled longplayu Newest Zealand zgromadził on śmietankę polskiej sceny, nie tylko zresztą niezależnej, o czym świadczy obecność Krzesimira Dębskiego, onieśmielił krajową konkurencję muzyczną erudycją oraz udokumentował osobiste zmagania się z dorosłym życiem. Można przebierać w zestawie przebojów takich, jak „Yours Sincerely”, „Expedition Visa”, „He Said He’s Sad” „Two Ways”, „As Sure As Sunrise”, „Dreamt Of You”, wybierać własne typy na singiel, a i tak nigdy nie trafi się na dwa dokładnie takie same pomysły na utwór, wrażenia zaś w każdym przypadku będą równie pozytywne. Piosenki na ten skrzący się kolorami Nowej Zelandii album Dejnarowicz zaczął pisać cztery lata temu, po ukazaniu się jego ostatniej płyty z The Car Is On Fire, „Lake & Flames”. Możemy spokojnie uznać „Newest Zealand” za kontynuację tamtego longplaya, a przecież „Jezioro i Płomienie” wielu umieszcza na podium najlepszych polskich płyt minionej dekady.

1. Toro Y Moi „Causers Of This”; Flying Lotus „Cosmogramma”

Możemy chwalić, bo jest i za co, wszystkich wspomnianych wcześniej artystów, ale prawda jest taka, że dwóch wymienionych ex aequo na pierwszym miejscu odjechało konkurencji na odległość lat świetlnych. Zarówno „Causers Of This”, jak i „Cosmogramma” to albumy, które powinny wejść do muzycznego kanonu. Już rzadko się zdarza by towarzyszył mi klimat znany z czasów nastoletnich, gdy albumów słuchało się owszem dużo, ale nie tak dużo jak teraz, więc znało się je na pamięć i dokładnie wiedziało jaki dźwięk zostanie zaraz zagrany. To znajome uczucie powróciło, ale różnica jest diametralna – dostęp do muzyki jest teraz tak szeroki, że nie sposób wszystkiego posłuchać, a co dopiero poznać do tego stopnia, by dźwięki zapisały się w naszej pamięci i wrażliwości dokładnie tak, jak miało to miejsce za młodych lat. Ogromną sztuką jest nagrać album, do którego słuchacz mimo olbrzymiej konkurencji na rynku powraca co rusz z własnej woli bez uczucia znużenia, jakby wbrew upływającemu czasu. Płyt Flying Lotusa oraz Toro Y Moi zegar się nie ima, co z kolei zdaje się potwierdzać (nie jest to pewne, musi upłynąć jeszcze więcej czasu) słuszność tezy wywiedzionej z uczucia towarzyszącemu poznawaniu „Causers Of This” i „Cosmogrammy”, o którym wspomniałem wcześniej – te albumy to klasyki. Dzieło Toro Y Moi jest, jak często powtarzam, zbiorem perfekcyjnych piosenek pop. Trzy dowody na to znajdziecie na podium najlepszych tegorocznych utworów, ale przecież na tym się nie kończy. Rozmyty „Talamak” to istotny element dorobku Chaza Bundicka, „Blessa” przechodzi w fantastyczne „Minors”, „Lissoms” jest instrumentalnym szturmowcem z jedynie śladową ilością ludzkiego głosu, „Fax Shadow” hipnotyzuje, tytułowe „Causers Of This” i „Low Shoulders” dla odmiany powodują szybsze krążenie krwi, „You Hid” ma wyluzowany klimat i klawiszowe akcentowanie, a świetna druga część „Thanks Vision” jest jednym z klasycznych momentów na longplayu. „Cosmogramma” to zupełnie inna historia. Czy będzie to kosmiczna orkiestracja w, a jakże, „Arkestry”, czy ostrzał z bitów w kolejnych utworach na początku płyty – „Clock Catcher”, „Pickled!”, Nose Art”, czy przepiękne „MmmHmm” lub „Satelllliiiiiiiteee”, które kojarzy się z wyznaniem istoty pozaziemskiej samotnie siedzącej gdzieś na jednej z planet, wrażliwość podpowiada to samo. Że obcujemy z metafizyką. Dzieło Flying Lotusa na początku powoduje przepięcie w naszym mózgu, cały system wariuje i wysiada, nie ma możliwości, by krążek spokojnie kręcił się w odtwarzaczu, a słuchacz zajmował się innymi czynnościami. Artysta zaryzykował bardzo, bo przecież jego potencjalni odbiorcy, pokolenie wychowane przez komputery i net, dysponuje zdolnością koncentracji na poziomie przerażająco niskim. W zamian jednak za poświęconą swoim dźwiękom uwagę Flying Lotus daje o wiele więcej, niż wszyscy co rusz hype’owani wykonawcy razem wzięci. Dwa klasyki w przeciągu jednego roku? Dwanaście zaiste wartościowych miesięcy za nami.

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

§ 4 Responses to Najlepsze płyty 2010

  • brzydkieslowonaf pisze:

    Nie przeginasz Ty z tym Krabami? Płyta roku? Z całym szacunkiem, ale nie mów mi, że są lepsi, niż np. nowe Swans, czy Pantha du Prince

    • lukaszkusmierz pisze:

      Odp. nr 1 „nie”;)
      Odp. nr 2 „przecież nie dałem im płyty roku”;)

      A tak serio, to kryterium jest proste – na listy trafiają rzeczy, które dostarczają mi najwięcej frajdy w danym odcinku czasu (w końcu muzyka to ciągle rozrywka – right?) i takie, które z jakiś powodów tam widzę.

  • Jedrek pisze:

    Byłem wczoraj na koncercie Pauli i Karola. Musze powiedzieć, że na żywo zrobili na mnie jeszcze większe wrażenie. Tym samym bardzo szybko zwiększa się moja sympatia do nich. W ogóle się nie dziwie, że :”naprawdę, ale to naprawdę życzysz im sukcesu”:) Długo się zastanawiałem jakiego słowa użyć opisując ich, może to nie najzgrabniejsze, ole oni są hipnotycznie sympatyczni:)

    Pozdrawiam

  • eMjotKa pisze:

    U mnie nr 1 to zdecydowanie National z „High Violet”, w ścisłej czołówce z Laurą Marling „I speak beacuse I can”. Nie słuchałam Pauli i Karola. w 2011 nadrobię zaległości :-)

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Najlepsze płyty 2010 at .

meta