Najlepsze piosenki 2010

28 Grudzień 2010 § Dodaj komentarz

 

Jeszcze parę miesięcy temu wydawało się oczywiste, że na liście najlepszych piosenek znajdzie się jakiś kawałek z kilku tegorocznych przebojów Mystery Jets. Nie ma żadnego. Swego czasu pisałem o tym, iż ludzkość pewnie pominie fakt istnienia jednego z kawałków z longplaya How to Dress Well. Zabrakło go, możecie więc słać haterskie maile. Nie ma też Vampire Weekend, Beach House czy Spoon, o Gonjasufim i The Roots nie wspominając, bo tych zabrakło nawet wśród pretendentów. Jeśli jednak kiedyś zupełnie mi odbije, może rozpiszę listę najlepszych piosenek na ponad siedemdziesiąt utworów (albo i więcej), bo dokładnie tyle kawałków w tym roku ubiegało się o miejsce w finałowej dwudziestce.

20. Newest Zealand „Yours Sincerely”
Z wyborem piosenki z self-titled płyty Borysa Dejnarowicza problem jest taki, że można z zamkniętymi oczami wskazać jakikolwiek indeks i w ten sposób trafi się na kawałek, który będzie pasował do tego zestawienia, wówczas jednak ktoś może wypalić z pytaniem „dlaczego jak sam raz ten, a nie inny?”. I leżymy, bo właściwie w czym „Yours Sincerely” jest lepsze od pozostałych utworów na płycie? W niczym. To reprezentant albumu, który musiał mieć na liście najlepszych utworów 2010 r. swojego przedstawiciela, a że w tę rolę wciela się kalejdoskop pozytywnych emocji czyni go przedstawicielem nieoczywistym, bo wspomniany krążek tylko w warstwie muzycznej jest prawdziwie nowozelandzki.

19. Onra „Sitting Back”
Pierwszy utwór na „Long Distance”, czyli „My Comet” rozpoczynają słowa, które jak się wydaje miały być przesłaniem tego albumu – „I want to hear the future funk”. Onra średnio wywiązał się z tej obietnicy, bo zaserwował słuchaczom tak naprawdę mieszankę różnych stylów, od hip hopu po French touch, a nie zupełnie nową jakość, co nie zmienia faktu, że w tym przekładańcu trafiło się parę wybornych momentów. Wybór pada na „Sitting Back”, perfekcyjne zgranie tytułu z treścią, dla nieszczęśliwców takich jak trzęsący się o tej porze roku z zimna Polacy, marzycielski track o beztroskim relaksie nad morzem ze szklanką czegoś zimnego w ręku, gdy pod wieczór czuć jeszcze letnie ciepło, ale niebo już jest ciemne. Nadal uważam, że cztery pory roku to optimum, tyle że czasami bardzo męczące, więc… let’s sit back and listen.

18. Muchy „Przesilenie”
Nowe wcielenie Much mogło trochę zatkać. Jeszcze nigdy ekipa z Poznania nie była tak bezczelnie popowa. No ale przecież rozumiemy się bez słów i to już od ponad czterech lat, gdy demo „Galanteria” wywróciło trochę mój muzyczny świat, a na pewno ten dotyczący rodzimego podwórka (i to podwórko, niezależnie już od moich odczuć, również), więc mogłem kręcić nosem, ale na pewno się nie gniewać. „Przesilenie” zażerało, aż w końcu zażarło zupełnie i wyrosło na kolejny szlagier w dorobku zespołu. Mam nadzieję, że co najmniej dobrze bawicie się i Wy, gdy ten rozbrzmiewa w głośnikach.

17. Filip Pokłosiewicz „…”
Ledwo słyszalny krzyk na początku, następnie spokojne, akustyczne wejście gitary z czasem nabierającej co raz bardziej wyraźnego charakteru, by w finale wybuchnąć elektrycznym zgiełkiem. Ale przede wszystkim ten głos. Charakterystyczna barwa, jakiej dawno nie słyszałem wśród rodzimych wykonawców, przejmujący, w „…” jak sam raz kruchy wokal, w pozostałych utworach silny, odarty ze złudzeń, czasami cieplejszy, jakby uśmiechający się przez wersy piosenek. Pokłosiewicz magnetyzuje i to absolutnie w każdej swojej kompozycji, więc miałem nie lada zagwozdkę, gdy przyszło do selekcji. Najłatwiej byłoby umieścić na liście cały jego dorobek z zachętą „sami wybierzcie swoje ulubione kawałki”. Będzie jednak inna – „…” jest świetne, ale pozostałe utwory artysty nie schodzą poniżej tego poziomu.

16. Paula i Karol „Goodnight Warsaw (Casiotone Version)”
„Goodnight Warsaw” w wersji Casio to krzykliwy hymn na cześć stolicy, który kojarzy się z grupami imprezowiczów przemierzających miejskie ulice wieczorami ze śpiewem na ustach, zwłaszcza w czasie weekendów. Ale bez obaw, to nie łysi dżentelmeni, którzy w środku nocy budzą ludzi kibolskimi okrzykami (doprawdy, jakby śpiących w blokowiskach interesowało w jakimkolwiek stopniu kto jest pany), lecz sympatyczni osobnicy, którzy być może zabiorą Ciebie na domówkę, na której postanowią zagrać. Możesz też spotkać ich występujących na jakimś skwerku. Paula i Karol, wariaci jakich mało.

15. Small Black „Search Party”
Ten utwór nie pochodzi z wybitnie dobrej płyty. Można nawet powiedzieć, że debiutancki longplay Small Black rozczarował jeśli ktoś poznał zespół wcześniej i pokładał w nim, skromne, bo skromne, ale jednak nadzieje. Pewnie byłoby ciężko znaleźć w „Search Party” jakikolwiek rys doniosłości i można się zakładać o to, że przy podsumowywaniu dekady za dziesięć lat nikt nie będzie o nim pamiętał. Klawiszowy bas, rytm powodujący nieskoordynowane podrygi ciała, prosty, nie zanikający w pamięci refren, beztroski, imprezowy klimat – „Search Party” to zwyczajnie idealnie zagrany i nagrany popowy majstersztyk.

14. Deerhunter „Coronado”
Na liście najlepszych utworów nie mogło zabraknąć kawałka z piosenkowego „Halcyon Digest”, tym bardziej, że chodzi o zespół, który już zapisał się w historii blogowych podsumowań, nie tak dawno temu, bo w 2008 r. Wybór nie był aż tak trudny, bo mimo że nowy album Deerhuntera przyniósł właściwie same single, to od początku wiedziałem, iż kandydatami do zestawienia będą „Coronado”, „Desire Lines” i „Revival”. Wygrywa ten najbardziej zaskakujący (saksofon a zespół gitarowy), przynoszący jakiś taki pozytywny feeling, choć u Bradforda Coxa to nigdy tak do końca nie wiadomo.

13. Ariel Pink’s Haunted Graffiti „Fright Night (Nevermore)”
Jest Freddy Krueger, jest krwiopijca (nie, nie chodzi o Twojego szefa tym razem), natrętne pukanie do drzwi, duchy. Legenda undergroundu, muzyk, który dopiero w tym roku zadebiutował oficjalnie wydanym materiałem, Ariel Pink nagrał wraz ze swoją kapelą kawałek na soundtrack do nowej części „Nocy żywych trupów”, oczywiście gdyby takowa w ogóle miała powstać, a producenci wybraliby właśnie „Fright Night (Nevermore)” jako track promujący film. A najlepsze jest w tym wszystkim to, że nie lubię horrorów, ale byłbym ignorantem gdybym pominął tak przebojowy utwór.

12. Clive Tanaka y su orquesta „Neu Chicago”
Na końcu jednak i tak zwycięża dobro. Kto nie wierzy niech obejrzy video do „Neu Chicago”, które na szczęście Tanaka nie każe nam poznawać z VHS-u, co po historii z albumem „Jet Set Siempre No. 1” dystrybuowanym na kasecie magnetofonowej wcale nie byłoby aż tak nieprawdopodobne. Jednak nie za sprawą podnoszącego na duchu obrazka trafia Japończyk na listę, ale dzięki szarlatańskiemu wynalazkowi, za który powinien dostać Nobla. Jakimś cudem bowiem muzykowi wymyślającemu fantastyczne historie odnośnie swojego życia (dziadek, były więzień Sowietów, który zamilkł na lata po zobaczeniu reprezentacji komunistycznych Chin na olimpiadzie) udało się zamknąć Hawaje, wyspy Polinezji Francuskiej oraz Madagaskar w postaci niespełna czterominutowej piosenki. Mówiłem, że szarlatan.

11. Crab Invasion „Stuck in Universe”
Indie rock o wyraźnych rysach amerykańskich grany przez zespół ze wschodu Polski (Lublin i okolice)? Czemu nie. Oczywiście zawsze znajdą się mędrcy, którzy z mikroskopijną dokładnością zaczną wyliczać proporcje oryginalności dzieła do kopiowania sprawdzonych rozwiązań i w ten sposób wyrokować o wartości utworu. Jeśli tak też jest w Twoim przypadku, to połóż rękę na sercu i powiedz, że ten niechlujny klimat, poszatkowana solówka, kaskada bębnów w pierwszej zwrotce, porykiwania basisty i drugiego wokalisty zarazem nie składają się na porywającą całość.

10. Yeasayer „O.N.E.”
Yeasayer to trochę casus MGMT. Kolejne utwory potrafią mocno wkręcić się w głowę, bogactwo przebojowych motywów zachwyca, ale po dłuższym czasie uświadamiamy sobie, że to tylko i aż piosenki dla indie młodzieży, utwory, które wpadają w ucho… i tyle. Intencji artystycznych lepiej nie rozkminiać, bo można przerazić się ich miałkością i pretensjonalnością, tym samym wrócić do punktu wyjścia (co mniej odporni rzucą materiał w kąt), więc może warto w ogóle się z niego nie ruszać. Poza wszystkimi „przeciw”, Yeasayer wraz z „O.N.E.” koszą wysokie, dziesiąte miejsce, bo to jeden z najczęściej odtwarzanych przeze mnie w tym roku tracków.

9. Flying Lotus „MmmHmm”
Zwarty koncept „Cosmogrammy” nie ułatwia sprawy. Chciałoby się oddać wartość albumu Flying Lotusa poprzez umieszczenie w zestawieniu jego reprezentantów, ale po dłuższym rozmyślaniu, jakie utwory wypada wybrać, trzeba skapitulować. Bo albo bierzemy wszystko jak leci, albo karkołomnie szukamy czegoś, co pasowałoby do klasyfikacji, bądź co bądź, mocno piosenkowej. Tym samym stawiam zupełnie nie oryginalnie na singiel opatrzony bajkowym wideoklipem. Jest jeszcze jedna rzecz, za którą honoruję właśnie „MmmHmm”. To była kompozycja-haczyk, na którą się złapałem i w konsekwencji poznałem „Cosmogramme”, a jak ważne było to następstwo zdarzeń widać będzie w podsumowaniu płytowym.

8. Paula i Karol „Mother’s Stew”
Otwierająca linijka kolejnej wyróżnionej piosenki Pauli i Karola jest już dla mnie czymś tak oczywistym, i tak osłuchanym, jak powitalny dźwięk mojego systemu w komputerze. Trochę szkoda, że duet zmodyfikował na debiutanckim longplayu wersję znaną z EP-ki, średnio udał się ten eksperyment, a „Mother’s Stew” to przecież wizytówka sympatycznego duetu. Dużo pokładów pozytywnej energii, ale smutek podąża tuż za nimi. To tak jak ze słońcem – tam gdzie świeci jest ciepło i przyjemnie, ale zazwyczaj gdzieś pada też cień.

7. Crab Invasion „Moth Guide”
Mają Kraby w swoim dorobku utwory, w których popisują się większą kreatywnością. Ba, to właśnie te kawałki (i zestaw ulubionych wykonawców, w którym znalazło się miejsce choćby dla Talk Talk) każą w nich upatrywać zespół wcale nie poczciwych chłopaczków od indie gitarowych piosenek, ale kandydatów na gwiazdy rodzimej alternatywy. Dałoby się wskazać kawałki, które na koncertach szybciej zjednują publiczność. Ale to „Moth Guide” odsłuchałem największą ilość razy jeśli chodzi o wszystkie kompozycje zespołu.

6. Caribou „Kaili”
Każdy kto słuchał „Swim” jest pewnie w stanie wskazać swój ulubiony utwór na tej płycie natychmiastowo, choćby wyrwany ze snu w środku nocy. Nie jest to specjalnie trudne – Dan Snaith przygotował co najmniej kilka pewniaków. „Kaili” miażdży, czy mówimy o tej szalejącej, generowanej z klawiszy wiązce w zwrotce, czy o jednym z najlepszych refrenów jakie pojawiły się w 2010 r. Doceniam jednak też pozostałe kompozycje, kiwam głową z uznaniem, potrząsając dłoń Snaitha winszuję niebywałego sukcesu.

5. Janelle Monáe „Cold War”
„Cold War” jest tak oczywistym kandydatem do zestawienia najlepszych piosenek, że aż wstyd. Ten utwór rozwija prędkość światła, jaką swego czasu udało się osiągnąć Animal Collective w „Water Curses” czy, bliżej Janelle Monáe gatunkowo (choć ryzykownie jest wskazywać w przypadku tej artystki na jakikolwiek gatunek) i towarzysko, OutKast w „B.O.B.”. Niepodważalna siła warstwy muzycznej może przesłonić tekst piosenki, a przecież rozdzierająco smutne liryki również pracują na status „Cold War”.

4. Kyst „The Summer Adventure”
Najbardziej wymagająca kompozycja na liście. „The Summer Adventure” to nie piosenka z przebojową melodią. To nawet nie piosenka jako taka. Przypomina szkic utkany z emocji związanych z dogasającym latem. Jeszcze trwanie w chwili zawieszonej w czasie, ale melancholia wręcz krzyczy, bo to wszystko będzie trzeba przecież zostawić. „The Summer Adventure” jest zbudowane z niszczących emocjonalnie momentów, jak ten, gdy wokalista wyśpiewuje łamiącym się głosem „I have whole city in my pocket”, na te siedem minut trzeba porzucić zwyczaj wyłapywania uchem charakterystycznych rozwiązań stosowanych w muzyce, a uruchomić wrażliwość. Każdy dysponuje inną, ale nie wierzę, że można pozostać obojętnym wobec utworu Kyst jeśli tylko poświęci mu się całą swoją uwagę.

3. Toro Y Moi „Freak Love”
Brać hip hopowa już od dawna raczej gremialnie zjada swój ogon, niż zaskakuje czymś nowym (pomijam wszystkich twórców z dopiskiem „abstrakcyjny”), tak więc honoru raperów broni w tym zestawieniu artysta z Południowej Karoliny. Nie jest to wielkie zaskoczenie, wszak chillwave, którego Bundick jest ojcem chrzestnym składa się także z pierwiastka hip hopowego, a sam muzyk wśród źródeł inspiracji wymienia m.in. J Dille. Czy we „Freak Love” słychać echa twórczości nieżyjącego już niestety producenta i rapera? Chyba dałoby się porównać atmosferyczny bit i ciepłe (choć nie jazzowe czy soulowe) tło z twórcą muzyki na „Like Water for Chocolate”, ale jako że nie jestem jakimś super ekspertem od werbli i sampli JD, nie będę autorytatywnie wypowiadał się w tej kwestii. Chaz Bundick zna przepis na długowieczność, bo w dobie Internetu, w prawie rok od momentu premiery „Causers Of This”, ciągle i niemal w tym samym stopniu zachwycać takim „Freak Love” (i nie tylko tym trackiem), to rzecz niebagatelna.

2. Toro Y Moi „Imprint After”
Hołdu czarnej muzyce ciąg dalszy. Tym razem źródeł wypada szukać gdzieś w okolicach roztańczonego popu Michaela Jacksona. Oczywiście pamiętajmy, że nie chodzi o kopiowanie, tylko o inspiracje, z których wyrasta zupełnie nowa jakość w muzyce, bo tym właśnie są dla mnie dźwięki, które puszcza w świat Bundick. Gdybym za kryterium obrał wrażenia artystyczne i fakt, iż ta chwytliwa melodia, energiczny pochód klawiszy i falset Chaza w 2010 r. zakręciły mną najbardziej ze wszystkich piosenek jakie się w tym czasie pojawiły, to właśnie „Imprint After” znalazłoby się na pierwszym miejscu listy.

1. Toro Y Moi „Blessa”
Kto śledził niniejszą klasyfikację od ostatniego miejsca, ten widzi dopiero teraz, że podium zagarnął dla siebie jeden artysta. Niezły wynik, ale czy mogłoby być inaczej? W końcu „Causers Of This” to zbiór perfekcyjnych piosenek pop, więc jedynym pytaniem było nie czy, ale ile utworów z tego albumu powinno się znaleźć na liście. Gdybym dorzucił jeszcze kilka nikt tak naprawdę nie mógłby czynić mi zarzutów, bo co prawda widok co chwila pseudonimu „Toro Y Moi” byłby monotonny, ale przecież nie jeśli chodzi o muzyczną zawartość kolejnych kawałków. Wygrywa „Blessa” jako punkt, z którego wystartował chillwave. W porządku, to był mój punkt startowy, ale podejrzewam, że również wielu innych słuchaczy, tak licznie rozsianych po całym globie, którzy piosenki Chaza darzą bezgraniczną miłością. O czym można się przekonać obserwując uwielbienie, z jakim spotyka się muzyk, czy to w Internecie, czy podczas występów na żywo, ostatnio obserwowane w takim natężeniu w przypadku Animal Collective. Bundick to pierwsza osoba chillwave’u, gatunku, który mocno namieszał w przeciągu ostatnich dwóch lat, „Blessa” zaś to kompozycja dla chillwave’u pomnikowa.

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Najlepsze piosenki 2010 at .

meta