Filip Pokłosiewicz „Demo 2010”

9 Czerwiec 2010 § 1 komentarz

To mało istotne, że bohater niniejszej recenzji nie sygnował swoich piosenek jakimś wymyślnym, przykuwającym uwagę pseudonimem. Nie zwracajcie uwagi na najzwyczajniejszą w świecie, wymyśloną na potrzebę chwili nazwę omawianego tu materiału. Przed Wami jeden z największych talentów, o jakich kiedykolwiek miałem okazję pisać.

Pierwsze półrocze 2010 r. obfituje dla mnie w szereg muzycznych, rodzimych odkryć, toteż zdaję sobie sprawę z tego, iż każda kolejna entuzjastyczna opinia może wydawać się coraz mniej wiarygodna. Tyle że ponownie nie da się inaczej. Pokłosiewicz ma wszystko – bardzo dobre utwory, wyrazisty, zapadający w pamięć głos, spójny artystyczny koncept. Dziewięć indeksów na demie warszawianina to swego rodzaju „Greatest Hits”, zestaw tak doskonałych kompozycji, że nie jeden muzyk skompilowałby podobny dopiero po paru latach grania. A on takim może się pochwalić już na samym początku swojej (oby) kariery. W jej rozwoju przeszkodą może stać się póki co… lato i naturalne skłonności ludzi do poszukiwania w tym okresie mniej wymagających i bardziej beztroskich dźwięków, niż (na ogół) melancholijno-smutno-żarliwy świat Pokłosiewicza. Warto więc mieć tę myśl z tyłu głowy, by nie zignorować totalnie tego dema, albumu, którego trzon stanowią kompozycje zbudowane w oparciu o gitary (akustyczną, elektryczną), z wyczuciem zdobione pozostałymi instrumentami, typu banjo, trąbka, bębny.

Ktoś może się przyczepić, że Filip prochu nie wymyślił i mimo kombinowania w obrębie utworów pozostają one mocno zakorzenione w wybranej przez niego konwencji, a całość jest zbyt jednorodna. Ale nie da się jednocześnie ukryć, że artysta bardzo inteligentnie rozgrywa na swoim albumie akcje, widać to doskonale na przykładzie wzruszającego „No Man’s Music”. Po rozrywającym serce na pół początku Pokłosiewicz robi muzycznie wszystko, aby nie burząc logicznego ciągu kompozycji nie przesłodzić jej. Demo songwritera nie ma nic wspólnego ze statycznym prowadzeniem fabuły – ono żyje, pulsuje od emocji, bywa, że te urywają się ze smyczy, jak w gorzkim zaśpiewie i gitarowych szarżach pod koniec „Kangaroo”. Nie można nie wspomnieć o pełnym pasji „Thin Times” (od trzeźwej, ale smutnej konstatacji „We may / We may not” do płaczliwego „I’m frozen”), monumentalnym, otwierającym album „…” i, odwrotnie, kameralności kawałka wybrzmiewającego po dłuższej ciszy w closerze, w „Night”. W oczy i uszy rzucają się też śliczne „01010110” oraz wręcz humorystyczne „Little Big (Sunday Lovers)”, oba wprowadzające małe, pozytywne zamieszanie w głowach tych, którzy chcieliby przypisać muzyka ze stolicy tylko do jednej palety emocji.

Super, że Filip zebrał swój dotychczasowy dorobek pod szyldem „Demo 2010” – kolejnym krokiem ma być już granie z zespołem, więc mając na uwadze ten fakt i pewnie tysiąc innych niewiadomych cieszy, iż udało się te piosenki ocalić od zapomnienia. Są tego warte. A sam zainteresowany powinien stać się czołową postacią sceny alternatywnej i jeśli np. nie znudzi mu się nagle komponowanie, to zwyczajnie nie ma innej możliwości.

Tagged: , , ,

§ One Response to Filip Pokłosiewicz „Demo 2010”

  • fp pisze:

    W najblizsza (10 lipca) sobote o godzinie 15 na antenie Polskiego Radia Euro w audycji Euro Scena- Filip Pokłosiewicz set plus mały wywiad!!

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Filip Pokłosiewicz „Demo 2010” at .

meta