CNC „No Mood”

4 Luty 2010 § Dodaj komentarz

Jakiś czas temu z Maćkiem Tomaszewskim napisaliśmy wspólną recenzję jednej z najbardziej frapujących płyt, jakie ukazały się na polskim rynku w przeciągu ostatnich miesięcy. Zawiłe losy tego tekstu spowodowały, że dopiero teraz zostaje on opublikowany w przestrzeni blogowej (inaczej niż zakładał pierwotny plan). Nie jest to jednak żaden recenzencki „B-side”, ale pełnoprawny materiał, który po odleżeniu dłuższego czasu na dyskach twardych trafia w tym momencie do Was.

ŁK: Borys Dejnarowicz i Piotr Maciejewski to ważne postacie dla polskiej alternatywy. Wydawać by się mogło, że informacja o wspólnym krążku wspomnianych artystów zelektryzuje fanów niezalu, tymczasem premierze „No Mood” towarzyszyło raczej umiarkowane zainteresowanie. Dziwi to tym bardziej, że rzecz się dzieje w kraju, w którym do np. My Bloody Valentine wielu podchodzi czołobitnie, a przecież shoegaze i dream pop wychowane na muzyce ekipy Kevina Shieldsa to główne składniki opisywanego przez nas mini-albumu.

MT: Powody, dla których premierze „No Mood” towarzyszyło – jak to określił Łukasz – „umiarkowanie zainteresowanie” pozostaną nie do końca jasne. Ja postawiłbym na taki, że Maciejewski i Dejnarowicz nagrali taką płytę, jakiej właściwie można się było po nich spodziewać, wybrali najłatwiejszą z możliwości (to nie zarzut). Choć na mix-tape’ach sygnowanych nazwą CNC pojawił się prawdziwie odważny konglomerat estetyk, to „No Mood” jest zaskakująco spójne. Panowie czują się tu jak ryba w wodzie i paradoksalnie pewnie dlatego tak niewiele się o tej płycie mówi. Nie ma czego dissować, to nie „biszkopotowe serce owinięte ciasno folią” (nie wszyscy byli usatysfakcjonowani debiutem Much jak niżej podpisani) czy poważkowe impresje z „Divertimento” o kwestionowalnej przez wszelkich znawców i nieznawców wartości. Na to wszystko nakłada się ogólna kondycja polskiego niezalu, światka, którego tak naprawdę nie ma.

ŁK: Jest też tak, że część słuchaczy mogła zniechęcić sama forma utworów – kompozycje na „No Mood” są skonstruowane na, tak lubianej przez Dejnarowicza, zasadzie repetycji. Zdarzają się wyjątki, jak „Vegas” z wokalem Ani Stanisławskiej, gdzie wpuszczono więcej powietrza, ale generalnie dominuje powtarzanie i zagęszczanie motywów (tytułowy track, „Xenility”, „Magenta Ants”), wspomniane kawałki są zaś rozdzielone elektronicznymi szumami (kolejne „Plot Device”). Jednak – co należy wyraźnie podkreślić – ścieżki przygotowane przez Borysa i Piotra na ten króciutki album to ekstraklasa jeśli chodzi o przebojowość, o właściwie każdym utworze na „No Mood” można opowiedzieć w ciepłych słowach (jedynie odrobinę dłuży się przypominający klimatem Drivealone closer), a pierwszych kilkanaście sekund mojego faworyta, czyli „Magenta Ants” widzę jako rzecz do wykorzystania na zapadający w pamięć dżingiel radiowy. Wspomnijmy też o okładce – sympatyczny tribute dla „Loveless”.

MT: Właśnie… CNC formalnie jest duetem, ale to przede wszystkim dwie wyraziste indywidualności i każda z nich zaznaczyła swą obecność na krążku. Dla uproszczenia: Dejnarowicz przyniósł melodie, Maciejewski: teksturalną schizofrenię (Łukasz ukradł mi „repetycje”, bo chciałem dodać, że one na „No Mood” stanowią wspólny mianownik artystycznej maniery obu panów). Całość, mimo gęstej estetyki, podana jest lekko i zwiewnie. I bez specjalnego przeintelektualizowania, zupełnie inaczej niż na solówkach artystów z CNC, gdzie i Piotr i Borys wznosili się na wyżyny muzycznej erudycji. Niebanalne, ale i nieskomplikowane, optymalny złoty środek.

Tagged: , , , , , , ,

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading CNC „No Mood” at .

meta