Najlepsze płyty 2009

30 Grudzień 2009 § 9 komentarzy

Odkąd zacząłem pisać o muzyce, śledzić na bieżąco, intensywniej premiery płytowe, nie miałem takiego roku, jak ten. Co rusz dobry album, bezlitosne dwanaście miesięcy dla średniaków, które przy tym bogactwie wyboru zwyczajnie nie miały szans zaistnieć jakoś szczególnie na liście najlepszych krążków. Zakończenie dekady w najlepszy z możliwych sposobów.

10. Kings of Convenience „Declaration of Dependence”

Nasi rodzice mają Simona & Garfunkela, my mamy Kings of Convenience. Choć płyta liczy sobie ponad 40 minut, trzynaście utworów i jest to prawie wyłącznie akustyczne granie, to panowie Øye i Glambek Bøe kombinują na tyle, mają dryg do przebojowych melodii, że nuda praktycznie słuchaczowi nie grozi (gdyby wyrzucić ze dwa kawałki z „Declaration….”, wielka szkoda by się nie stała). Dla wszystkich szukających wytchnienia od pędzącego świata.

9. Q-Tip „Kamaal the Abstract”


Choć legendarni A Tribe Called Quest wraz z resztą pokrewnych im duchowo ekip (np. De La Soul) robili coś zupełnie nowego w hip hopie, to nie wiem czy gdyby istnieli nadal, nagraliby rzecz aż tak ponadgraniczną, jeśli chodzi o szufladki w – głównie czarnej – muzyce. Rzekomy brak komercyjnego potencjału spowodował, że ówcześni szefowie Q-Tip’a z Arista Records wstrzymali wydanie „Kamaala” i album na oficjalny debiut rynkowy czekał aż siedem lat. Smutne. I odrobinę fałszujące rzeczywistość – trzeci solowy krążek rapera może i nie podbije serc masowych słuchaczy, ale nie sposób odmówić mu dużej przebojowości.

8. Grizzly Bear „Veckatimest”


W temacie Grizzly Bear nic nie jest tak oczywiste, jak wydaje się na pierwszy rzut oka (ucha). W jednej z recenzji autor oddał się refleksji jak to jest, że tak młodzi artyści nagrywają tak dojrzałą muzykę. Ktoś kto nie widział nigdy GB, po usłyszeniu wokalu może pomyśleć, że ma do czynienia ze starymi wyjadaczami, podobnie po poznaniu kompozycji, tyle że znów – Mariusz Herma udowadniał na swoim blogu, że nie są one tak skomplikowane, jak się powszechnie uważa. Ponadto ta „sędziwa” muzyka zakręciła w głowach młodym słuchaczom. W tym wszystkim niech tylko nie umknie fakt najważniejszy – „Veckatimest” bardzo dobrą płytą jest.

7. California Stories Uncovered „Confabulations”


Polski rodzynek w zestawieniu i zarazem longplay mocno w kraju niedoceniony. Jedno jedyne CSU ze wszystkich rodzimych zespołów w tym roku nagrało album, w którym na siłę mogę co najwyżej dopatrywać się minusów, a nie szukać z lupą w ręku plusów jak to niestety często bywa.

6. Jack Peñate „Everything Is New”


Taniec, energia, puls, życie, muzyka latynoska, soul, indie pop – młodziak z Londynu obala stereotyp Wyspiarza, który nie rozstaje się z angielską flegmą. Uwaga! Momenty oddechu, elegancja w stylu retro również obecne.

5. The Field „Yesterday And Today”


Drugi krążek Axela Willnera przeszedł jakoś bez większego echa, odwrotnie niż debiutanckie „From Here We Go Sublime”, czego nie rozumiem. Płyta z 2007 r. solidnie przynudzała, tu wreszcie pojawia się życie. Ciągle zmechanizowana elektronika, ale już z duszą.

4. The Whitest Boy Alive „Rules”


Erlend Øye wychodzi na jednego z głównych bohaterów tego podsumowania. Są momenty na tej płycie, gdy podobnie jak Jack Peñate czwórka muzyków z The Whitest Boy Alive proponuje alternatywny sposób na spędzenie czasu na parkiecie, są i takie chwile, kiedy wprowadzają odbiorcę swoimi pastelowymi kompozycjami po prostu w chilloutowy nastrój. Miodzio.

3. Junior Boys „Begone Dull Care”


Zapamiętaj – jeśli chcesz być uznanym za prawdziwego „niezala”, to unikaj takich wyznań, jak to, które zaraz poczynię. Im młodszy album w dyskografii duetu z Ontario, tym bardziej mi się podoba. „Begone Dull Care” wydaje się najrówniejszym z całego dorobku Kanadyjczyków, zmiana klimatu na pogodniejszy też ma swoje znaczenie. Gdyby Junior Boys zatrzymali się na etapie debiutanckiego „Last Exit”, nie byliby szczególnie interesujący. Mam nadzieję, że czwarta płyta będzie też czymś odrobinę innym od pozostałych longplayów.

2. Dan Deacon „Bromst”


To nie jest album, który wygrywa podsumowania roczne… chyba że ktoś jest na tyle wyluzowany, iż nie ma problemu z umieszczeniem na pierwszym miejscu płyty niemal w całej swej rozciągłości niepoważnej. „Bromst” to kopalnia przebojowych momentów, zestaw utworów, które są większym wyzwaniem dla ucha, niż zwycięzca tego rankingu (odradzam słuchanie longplaya Dana Deacona, gdy zmysły są przeciążone), wyzwalacz banana na twarzy, rzecz w pełni zasługująca na srebrny medal.

1. Animal Collective „Merriweather Post Pavilion”


Zaskoczeni? W recenzji dla Polskiego Radia wyraźnie stwierdziłem, że „MPP” to dobra płyta, a co do samej otoczki, to (skracając bardzo mocno wątek) bezkrytyczne podejście do artystów mnie mierzi, sam staram się go unikać. Tegoroczny album Animal Collective wygrywa, jak to się mówi, „ciężarem gatunkowym”, świetnymi kompozycjami, z których część pewnie wejdzie do kanonu muzyki alternatywnej, wreszcie tekstami tak wyraźnie zwróconymi w stronę życia domowego, rodziny. Tak, poznając płytę w styczniu byłem zawiedziony, ale dlatego, że w ekipie z Baltimore widziałem tych, którzy dokonają przewrotu kopernikowskiego w muzyce. Nierealne oczekiwania? Może, ale pokazują też, co sądziłem o potencjale tego zespołu. Dobra, krótko – „Merriweather Post Pavilion”, numer jeden w tym roku.

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

§ 9 Responses to Najlepsze płyty 2009

  • pisze:

    cześć, tu nienadążający Świąder. właśnie wczoraj słuchałem „Merriweather”, jest kojące. co do reszty – bardzo szerokie spektrum, jestem pod wrażeniem. no i oczywiście: gdzie są Karisoni?? ;)
    pozdrowienia i oby w 2010 też było o czym pisać!

    • Cześć Jacek. TCIOF? Hmm, lokują się gdzieś za CSU, tyle że raczej nie bezpośrednio za. Tam byłaby EP-ka Kamp! lub, być może, taka jedna płyta, o której niedługo i w nietypowej formie na Polskim Radiu (mam nadzieję);). A tak w ogóle dzięki za support.

  • eMjotKa pisze:

    Dobre zestawienie. Gdybym ja miała podsumować rok i wybrać najfajniejszą płytę pewnie też wskazałabym Animal Collective. Chociaż w przypadku gdy za kryterium „fajności” stałaby częstotliwość słuchania to zwycięstwo w kieszeni ma debiutancki The XX. Album daleki od doskonałości, ale idealnie wpisujący się w mój nastrój od kilku miesięcy.

    • Coś chodzą za mną te młodziaki, w sensie, że brakuje ich na liście wg czytających tego bloga, ale i ja wspomniałem o nich też przy okazji listy „Przekroju”. Nie rozumiem zamieszania, jednak już mi dobitnie podkreślono, że to rzecz albumowa:) (znam jedynie pojedyncze utwory, „Crystalised”, coś z ich MySpace). Dzięki za dobre słowo.

  • eMjotKa pisze:

    The XX to smutek. Od początku do końca albumu. Nawet nie słucham tekstów. Po prostu czarna okładka zwiastuje zawartość i te białe iksy to tylko ironia. Lepiej nie słuchać, wciąga :-)

  • pisze:

    Hej, dla mnie ta okładka (i nazwa) to żeński układ chromosomów :) lubię tak o tym myśleć.

    • A szukałem wyjaśnienia nazwy tej kapeli, ale nic nie znalazłem. Widać zostawiają dowolność interpretacji (Magdo – sama pisałaś o „dwóch niewiadomych”)… albo słabo szukałem;)

  • lowell79 pisze:

    Ciekawy artykuł!

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Najlepsze płyty 2009 at .

meta