Heineken Open’er Festival, Gdynia, 2 – 5.07.2009

7 Lipiec 2009 § 9 komentarzy

Wspominając tegorocznego Open’era będę myślał o wielu rzeczach, bo był to czas przeróżnych emocji, ale jedna kwestia wybija się ponad wszystkie inne. Czekanie. Czekanie, bo kolejka (przede wszystkim), czekanie na znajomych, czekanie na koncerty. Festiwal w tak rozrośniętej, przepotężnej formie, to bardziej sportowe wyzwanie (dużo oddanej energii, masakryczne odległości, spoglądanie na zegarek w komórce, szanowanie zdrowia, by mieć siłę na jak największą ilość koncertów), niż pójście na żywioł. Ze względu na powyższe, a także małą ilość snu i to, że Heniek 2009 był czasem wakacji dla mnie, a nie pracy, proszę potraktować ten tekst jako zbiór wspomnień, refleksji etc., relację, ale bez spinki i precyzji szwajcarskich zegarków. Wszyscy na pokładzie? No to startujemy.

Dzień pierwszy

Festiwal rozpoczął się dla mnie prawie tak samo, jak edycja z 2006 r., czyli koncertem The Car Is On Fire (prawie, bo wówczas był to drugi występ jaki widziałem). Po zachowaniu muzyków widać było, że czuli się tego wieczoru dobrze, szkoda więc, że przez cały właściwie występ trwała radosna zabawa realizatorów z dźwiękiem, w efekcie czego nie było słychać wokalu Kuby Czubaka. Setlista była złożona głównie z numerów z „Ombarrops!”, w tym z brawurowego wykonania „Usignoli Celesti”, które potwierdziło swój koncertowy potencjał. Chłopaki zagrali bardzo mało starszych utworów, jak już się coś pojawiło, to były to naprawdę hity pokroju „Miniskirt” czy „Oh, Joe”. Po tym występie trzeba było przenieść się z Tent Stage pod scenę główną, gdzie grał już inny band na stałe rezydujący w Warszawie, czyli Renton. Kiedyś pisałem o nich, że są stworzeni do występów na dużych festiwalach, a nie w klubach i tak faktycznie jest. Fajnie, że zespół wsparli na scenie Michał Szturomski z Afro Kolektywu i muzyk Excessive Machine, którego imienia nie pomnę, miło było usłyszeć cover Paula Oakenfolda „Southern Sun”, nie zabrakło też ostatniego przeboju grupy „Lubię w klubie”.

Po prawdzie jeśli chodzi o luz na scenie i kontakt z publicznością, to ten koncert przebił występ pierwszej wielkiej gwiazdy tegorocznego Open’era, czyli Arctic Monkeys. A zapowiadało się tak dobrze – wokalista Alex Turner w swoim dżinsowym ubraniu, z burzą włosów na głowie i w ciemnych okularach przypominał Jima Morrisona, kapela przyjemnie masowała bębenki prawdziwym rock’n’rollem, „Brianstorm” czy moje ulubione „The View From The Afternoon” porywało. Potem wydarzyło się nieszczęście, gdy dwu lub nawet trzykrotnie Arctic grali jak gdyby nic się nie stało, tymczasem do publiczności nie dobiegał żaden dźwięk. Oficjalna wersja wydarzeń była taka, że to sprzęt Brytyjczyków wysiadł, ale coś podobnego miało miejsce jeszcze potem podczas setu następnego w kolejności headlinera, o którym za moment. Była przerwa, przeprosiny Mikołaja Ziółkowskiego z Alter Artu, panowie wrócili wprawdzie, ale fakt faktem, że od wykonania największego hitu „I Bet You Look Good On The Dancefloor” ze sceny wiało coraz większą nudą. Wieczór uratowali moi absolutni faworyci z Basement Jaxx, którzy zagrali inaczej niż 3 lata temu. Hity pojawiły się na początku i na końcu, w środku był set dj-ski, a poza tym standard – pulchne wokalistki szalały na scenie (i poza nią, z estrady na Main Stage wyprowadzono w stronę publiczności schody), czarnoskóry muzyk prezentował karkołomne nawijki w „Jump N Shout”, a podczas „Where’s Your Head At?” pojawiła się małpka i pando-małpka (?). Nowością był wokalista w błyszczącym outfitcie, który pozamiatał fantastycznym wokalem i odjazdy w stylu cytatu z klasycznego „Over The Rainbow” Judy Garland czy tribute dla zmarłego Michaela Jacksona w postaci „Billie Jean” (choć tu jak sam raz ambiwalentne odczucia). Po odtańczeniu mojego latino-polo podczas ukochanego, zamykającego set „Bingo Bango” mogłem usatysfakcjonowany zakończyć pierwszy dzień festiwalu.

Dzień drugi

Wszystko miało się dla mnie rozpocząć od występu Furii Futrzaków na scenie młodych talentów, ale niestety mordercza, długa podróż na miejsce sprawiła, że zwyczajnie nie zdążyłem. Z tych samych powodów straciłem też początek koncertu Gossip, który się okazał jednym z najlepszych na tegorocznej edycji Open’era. Prosty, garażowy rock, fantastyczny wokal charyzmatycznej Beth Ditto porwały publiczność. Liderka Gossip jest jak królik z reklamy Duracella, jej gabaryty nie stanowią dla niej żadnej przeszkody, zresztą sprawia wrażenie, że dobrze się czuje w swoim ciele, co miło zobaczyć. Nie popadnę w przesadę, gdy napiszę, że Ditto zakochała się w polskiej publice – uprzejmościom nie było końca, a sympatyczny moment, w którym Amerykanka powiedziała, że chciałaby objąć wszystkich widzów i ich ucałować (co zobrazowała gestem) pozostanie w mojej głowie jako jeden z charakterystycznych obrazków Open’era 2009. Beth mówiła „dziękuję”, a tłum odpowiadał „dziękujemy”. Warto wspomnieć także o brawurowym wykonaniu „What’s Love Got To Do With It” Tiny Turner, a o szaleństwie fanów podczas szlagieru grupy „Standing In The Way Of Control” wspominać chyba nie muszę.

The Kooks słuchałem jednym uchem (dzień spotkań z ludźmi), ale nie był to raczej jakiś wyjątkowy koncert, raczej typowy średniak okraszony największymi hitami pokroju „Naive” czy „Ooh La”, z występu Duffy w Tent złapałem jeszcze mniej, ale za to końcową zdaje się część z „Mercy”. Potem nastąpił ponowny transfer na obszar przed Main Stage, bo o północy zainstalował się wraz ze swoją kapelą Moby. Być może stałem za daleko, być może byłem zmęczony, na pewno  też nie czekałem jakoś specjalnie na ten występ (choć wiadomo, że muzyka Amerykanina siłą rzeczy była zawsze gdzieś obok przez te wszystkie lata) – w efekcie ludzie bardzo chwalili wspomniany koncert, ja natomiast wyniosłem z niego raczej neutralne emocje. Niemniej pląsałem z satysfakcją przy „Bodyrock” i pośpiewałem sobie z Mobym przy „Ring Of Fire” Johnny’ego Casha już na bisach.

Znacznie więcej emocji wzbudzał we mnie występ Crystal Castles i jak się okazało również potężnej ilości fanów, co było dla mnie swoistym szokiem. Późna pora (mieli zacząć o 1 w nocy), mimo wszystko jeszcze nie tak bardzo znana grupa, no i jednak granie dla niektórych pewnie dość ekstremalne (na Last.fm są otagowani jako „ataricore”). Oczywiście poleciały największe hity kapeli na czele z „Alice Practice”, Alice Glass jak potem zobaczyłem w prasie uskuteczniła stage diving i zaprezentowała ten swój neurotyczny sposób bycia na scenie i śpiewania (krzyczenia?). Mam z nimi problem, bo ich muzyka jest niewątpliwie w porządku, stworzona na koncerty, ale zastanawia mnie, czy to wszystko nie jest jednak skrupulatnie zaplanowanym wizerunkiem, co w kontekście niszczenia się na scenie Alice byłoby po prostu przerażające. Czerpanie satysfakcji z oglądania Glass okładającej się po głowie mikrofonem, to trochę tak jakby oglądać walkę niewolników z lwami w starożytnym Rzymie albo czytać „Fakt” – ktoś tu odwołuje się do pierwotnych instynktów. Muzycznie natomiast Crystal Castles pozamiatali na zakończenie dnia.

Dzień trzeci

Scenariusz wydarzeń podobny – miałem zobaczyć łódzko-wrocławski Kamp!, którzy koncertowo ponoć świetnie się prezentują (przy takim poziomie singli nic dziwnego), ale nie udało się dotrzeć na czas, tak więc trzeci dzień festiwalu nie licząc wychwycenia odrobiny muzyki Izraela rozpoczął się dla mnie na dobre, gdy na Young Talents Scene zaczął grać Kawałek Kulki. Zespół z okolicy Gorzowa dał bardzo przyjemny występ, z gorącą reakcją publiczności przy piosence „Kolegi tata”, a w międzyczasie okazało się, że line-up festiwalu uległ przemeblowaniu i z powodu opóźnień w lotach m.in. legendarni Madness zostali przeniesieni na późniejszą godzinę z głównej sceny na tą najbardziej odległą idąc od strony ulicy Zielonej, czyli na World Stage. Chcąc zobaczyć Brytyjczyków, którzy zaczynali swoją przygodę z muzyką jeszcze na początku lat 70 przeszedłem swoje wiedząc, że na 22 bezwzględnie muszę być pod główną. Trzy utwory Madness („One Step Beyond” na otwarcie) pozwalają  mi jedynie na stwierdzenie, że na koncercie było tak, jak w ich piosenkach – radośnie i z przymrużeniem oka. Niestety musiałem odpuścić całą resztę z (zapewne) „Our House”, gdyż zbliżała się wielkimi krokami największa niewiadoma festiwalu, z którą wielu wiązało duże nadzieje.

Nie wiem jakie kontakty poruszył (i jaką kasę wyłożył) Mikołaj Ziółkowski, że udało mu się ściągnąć jedną z największych kapel lat 90. dopiero co reaktywowaną przecież, ale organizatorowi Open’era należą się same dobre słowa za sprowadzenie Faith No More do Polski. Sam jeszcze mówiłem drugiego dnia, że póki ich nie zobaczę na scenie, to nie uwierzę, że to naprawdę oni w pełnym składzie. Ubrani w garnitury (lider Mike Patton w czerwony wysadzany świecidełkami, oparty o laskę – ewidentnie utykał, więc to nie był tylko element szarmanckiego wizerunku) zaczęli spokojnie, jazz-rockowo śpiewając o tym, że są zjednoczeni, ale jak w końcu ruszyli ze swoimi rockowymi szlagierami, to pokazali drzwi wieeelu młodym gitarowym kapelom. Byłem jeszcze dzieckiem, gdy w MTV leciało „Easy” czy „Epic”, więc w pewnym sensie się na nich wychowałem, zaś w okolicach mojej 18 przeżyłem bardzo intensywną fascynację utworami FNM, także wtórować na żywo zespołowi przy „Ashes To Ashes” czy „Digging The Grave”, to była dla mnie wielka frajda. Poza subiektywną oceną, był to jednak przede wszystkim świetny koncert w strugach deszczu. Patton pokazał, że może i ma aroganckie zachowania jako człowiek, ale artystą jest wybitnym. Śpiewał nisko, wysoko, pojawiły się momenty onomatopeiczne (beat-box również), wreszcie wykonania a la piosenka aktorska. Zmuszał publikę do odśpiewania „Evidence” po polsku, zbudował wraz z kapelą napięcie pauzując „Midlife Crisis” i potem wznawiając ten numer (w międzyczasie fani śpiewali dalej, by w końcu zacząć skandować nazwę zespołu), zachowywał się nonszalancko, publiczność tego wieczoru jadła mu z ręki (nawet moment pokazywania Żubrówki do kamery, a potem wody mineralnej wyglądał nieprzeciętnie, choć wiem, że to dziwnie brzmi). Muzycznie byłem w 99% procentach usatysfakcjonowany (1% to brak mojego ulubionego „From Out Of Nowhere”), wybrzmiał i potężny rock, i momenty soulowo-jazzowe. Najlepszy koncert Open’era 2009? Na to wygląda.

Pośrodku trójmiejskiej nocy pozostał jeszcze jeden „must see”, czyli M83 z Francji na Tent Stage. Po płycie „Saturdays = Youth” można było się spodziewać koncertu do płynięcia, w końcu ten krążek to melancholijna, dream popowa podróż w czasy dzieciństwa i dojrzewania. I tak, był to absolutnie bajkowy występ, coś jak Sigur Ros w 2006 r., ale podkręcany momentami tanecznymi, house’owymi wręcz. Trójka muzyków (niesamowita wokalistka z uroczym „merci”) dowodzona przez Anthony’ego Gonzaleza rozkochała w sobie publiczność i vice versa. Dość powiedzieć, że ludzie bili brawo jeszcze podczas ściągania sprzętu ze sceny, gdy puszczono już muzykę, co wiadomo, że oznacza definitywny koniec koncertu, a Gonzalez jeszcze przed udaniem się za backstage uformował dłonie w kształt serca, które skierował w stronę publiki. Piękny obrazek, piękny występ.

Dzień czwarty

Ostatni dzień festiwalu miał upłynąć bez większych szaleństw, ponieważ już po 4 nad ranem czekał pociąg do domu. Zaczęło się leniwie, bo przy dźwiękach slowcore’owców z Iowa Super Soccer. Zespół z Mysłowic zagrał dobrą muzykę do wyluzowania się, choć bardziej pasowaliby na późniejszą godzinę, gdy już by się ściemniło (wszystkie koncerty na Young Talents Scene kończyły się jednak w tym roku bardzo wcześnie, więc w tym miejscu było to niemożliwe). Po ISS nadszedł czas na występ Lily Allen na Main Stage. Młoda Brytyjka grała w idealnych warunkach pogodowych dla swojego cukierkowego popu, który rozruszał open’erową publikę, w tym osoby przebrane za pingwina i osiołka (stroje ludzi to w ogóle oddzielny temat – niezły był Spider-Man). Nie zabrakło oczywiście „Everything Just Wonderful”, „LDN” i „Smile” jeśli chodzi o przeboje Lily, sam koncert dał radę, ale bez urywania głowy. O bisy publiczność nie prosiła. Po tym występie nadarzyła się okazja do zobaczenia kapeli, która wywołuje kontrowersje w środowisku, czyli młodziaków z Kumka Olik. OK, Mateusz Holak przypomina strasznie Michała Wiraszko (swoją drogą zabawnie się zrobiło, gdy wspomniany pojawił się na scenie by wesprzeć zespół w „Zaspanych poniedziałkach”), chłopaki niemal splagiatowali numer The Hives na swojej płycie, a na żywo przypominają trochę Cool Kids Of Death, ale z jednocześnie mają przecież jeszcze czas, aby wypracować własny styl, poza tym podobnie jak CKOD – fajnie hałasują. Ostatnim akcentem tegorocznego Heńka był dla mnie występ Kings of Leon, który zgromadził potężny tłum… wykruszający się jednak z czasem, przynajmniej na tyłach. Cóż, nie są to moi bohaterowie, dużo tu kreowania wizerunku takich rockowych outlaws (na szczęście już nie udają Lynyrd Skynyrd jak w czasach „Molly’s Chambers”), ale doceniam, że mają kilka radiowych przebojów i grupę fanów (fanek!) za sobą. Zespół wybitnie singlowy, tak więc było i „Closer”, i cała reszta, sęk w tym, że koncert polegał po prostu na odegraniu piosenek, bez większych fajerwerków. Dla tych, którzy ich kochają to i tak już było dużo.

Refleksje, spostrzeżenia

Doceniam to, że Alter Art ściąga „gorące” marki do Polski nawet jeśli to coraz częściej nie są zespoły, które wywołują u mnie szybsze bicie serca. Oddaje szacunek za ogarnięcie tego wszystkiego organizacyjnie, ale nie zmienia to faktu, że na te 4 dni udało się zapchać Trójmiasto totalnie. Mimo darmowych busów podjeżdżających co chwilę w okolicach Dworca Głównego w Gdyni, mimo dodatkowych kursów Szybkiej Kolei Miejskiej. Średnia czasu na dotarcie z jednego z ostatnich przystanków kolei w Gdańsku (bliżej Sopotu) do punktu docelowego oscylowała wokół 3 godzin. Stawanie co chwilę w kolejce w letnim słońcu potrafi wyciągnąć z człowieka energię, co w drastycznej formie objawiło się w omdleniu pewnej dziewczyny, gdy czekałem na wejście na teren przed główną sceną (a czekałem w tym konkretnym miejscu jakieś 20 minut). Może należałoby wprowadzić limitowaną ilość biletów? Tematu skrupulatnego przeszukiwania na bramkach boję się podejmować, bo zaraz ktoś mi zarzuci, że namawiam do wnoszenia na teren festiwalu narkotyków czy niebezpiecznych narzędzi. Nie, nie namawiam, ale zakazem wnoszenia kanapek, wody mineralnej czy aparatów powyżej 3.2 Mpix już mógłby się Alter Art nie ośmieszać. Bezpieczeństwo to jedno, chęć zarobku to drugie. Może ze zgromadzonych pieniędzy organizatorzy ufundowaliby punkt, w którym na telebimach byłby podgląd na aktualne wydarzenia na wszystkich scenach Open’era? Rozwiązałoby to chociaż w małym stopniu problem ogromnych odległości na terenie festiwalu. Jest jeszcze wiele do poprawienia.

Pozdro dla wszystkich, z którymi miałem okazję się bawić!

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , , , ,

§ 9 Responses to Heineken Open’er Festival, Gdynia, 2 – 5.07.2009

  • artur pisze:

    a co było gorącego na tym festiwalu? poza Słońcem..

  • leckinos pisze:

    Nie wspomniałeś o Placebo, nie było ich? czy po prostu nie byłeś zainteresowany? Swoją drogą może w przyszłym roku wreszcie wyprawię się na Openera, choć w tamtym roku bardziej żałowałam. Pozdrawiam.

  • mjr pisze:

    a gdzie o Peter Bjorn And John.

    a gdzie o Pati, Gabie uuuu a o Emilianie, A o kapeli ze wsi, a Burace! buuu:P

  • eMjotKa pisze:

    Dźwiękowcy działający na scenie namiotowej skrzywdzili nie tylko The Car Is On Fire, ale również White Lies. Na koncert tych pierwszych spóźniłam się około 20 minut, ale to co widziałam wystarczyło by uznać go za dość słaby. Nie było słychać wokalisty, a dodatkowo ten irytująco kulawy angielski akcent. Na White Lies za głośno grały gitary, a prawie wcale instrumenty klawiszowe. Do minusów można również zaliczyć fakt rozkładu scen. Bliskie sąsiedztwo sceny młodych talentów obok namiotowej zaburzało koncerty w tej drugiej. Szczególnie to było słychać na Paristetris. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Late Of The Pier. Wcześniej znałam ich z trzech singli, z którymi – co tu dużo mówić – wcale się nie polubiłam, ale na żywo grali niesamowicie. Trudno to nawet nazwać koncertem, może bardziej performance? Gossip w porządku, chociaż większość utworów niestety na jedną modłę. Faktycznie dużo lepiej słucha się ich jednak na żywo niż na płycie. Świetnie zaprezenotwała się Santigold no i polska Gaba Kulka. Kings Of Leon wysłuchałam do „Sex On Fire” i nadal nie wiem skąd ta ich popularność. Może to kwestia zmiany image’u? Hmm? Crystal Castles doskonali muzycznie, ale wizerunek sceniczny Alice Glass jest dla mnie kompletnie niezrozumiały. Ostatnim akcentem Open’era, który udało mi się zaliczyć to występ brytyjskiej grupy The Ting Tings. Fajne do potańczenia i tyle. Za rok – dwa nikt nie będzie o nich pamiętał. Jeśli chodzi o organizację to bardziej niż dojazdy ciężkie były powroty. Mieszkałam w Gdańsku i średni come back zajmował mi okołu 2 godziny. Z Kosakowa do Gdyni, z Gdyni na SKM, do której nie zawsze udawało się wbić za pierwszym razem, a później jeszcze kawałek na piechotę. Co do kontroli na bramkach, to ostatniego dnia sprawdzali mi nawet opakowanie chusteczek chigienicznych no i zabrali aspirynę. Ciekawym pomysłem – przynajmniej w założeniu – był nowy srodek płatniczy w kooperacji z BZ WBK „AlterKart.” W praktyce przez to, że nie chciało mi się stać za kuponami na długi czas utknęłam w ogromnych kolejkach, bo na każdym stoisku był najwyżej jeden terminal. Za postęp techniczy jak widać trzeba płacić wysoką cenę. Warto równiez zauważyć, że oto narodziło się w Polsce nowe miejsce do lansu. Już nie Chałupy, Mazury, molo w Sopocie czy modne warszawskie kluby, ale Open’er to najlepsze miejsce do „obnoszenia’ nowego modelu Ray Banów i tenisówek Conversa :-) No i pretensjonalnych min. O „filozoficzno-socjologicznych” dialogach w SKM i kolejkach nie wspomnę.

  • GFY pisze:

    Kingsi grają koncerty zawsze „jak z płyty” ;) I chyba wolałam ten wizerunek z czasów Youth and Young Manhood bo byli tacy.. „brudni” ;) A teraz się takie trochę chłoptasie z grzyweczkami na bok zrobili. Ale nadal robią kawał dobrej muzyki, byleby nie szli głębiej w komercję.

  • Artur – myślę, że momenty były co starałem się pokazać wyżej

    leckinos, mjr – nie da rady zobaczyć wszystkiego, więc najlepiej ustalić priorytety i się ich trzymać, z grubsza zobaczyłem większość koncertów, które chciałem zobaczyć

    eMjotKA – zgadzam się z Tobą chyba ze wszystkim, co napisałaś:)

    GFY – o to mi właśnie chodziło, choć już wolę obecny wizerunek od tego z czasów pierwszej płyty

  • ania1410 pisze:

    Patton jest geniuszem! genialnie czyta publikę. po dekadzie zawieszenia FNM – zgrani byli fantastycznie. na pewno najlepszy koncert open’era.
    po nine inch nails w poznaniu – to był zdecydowanie koncert mojego życia.

  • […] wzorcowy. Jednak nie widziałam tego na własne oczy, więc nie chcę zaciemniać obrazu i odsyłam tutaj. Ostatnim akcentem sobotniego, koncertowego maratonu był dla mnie występ  Brytyjczyków z […]

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Heineken Open’er Festival, Gdynia, 2 – 5.07.2009 at .

meta