„Shine a Light”, czyli Stonesi okiem Scorsese

19 Kwiecień 2008 § 1 komentarz

Czy coś może się nie udać, gdy spotykają się jeden z najwybitniejszych współczesnych reżyserów i jeden z największych zespołów w historii muzyki?

Na ekrany polskich kin wszedł właśnie paradokument Martina Scorsese „Shine a Light” (wg rodzimego dystrybutora „Rolling Stones w blasku świateł”, hehe), którego główną osią jest występ legendarnych rockmanów w Beacon Theater w Nowym Jorku (2006 rok). To nie jest jednak li tylko typowe uwiecznienie kolejnego koncertu na taśmie. Po pierwsze, całość reżyseruje nie byle kto, ale WIELKA postać kina. Po drugie, Martin Scorsese na potrzeby tego obrazu skompletował swoją ekipę z absolutnej światowej czołówki, o czym możemy przekonać się empirycznie oglądając choćby mistrzowskie ujęcia. Po trzecie, energia dream teamu wielkiego ekranu zderza się w „Shine a Light” z energią dream teamu Rock ‚n’ Rolla, a całości dopełnia miejsce, w którym odbył się koncert. Ponadto, konwencję zwykłego koncertowego video przełamują archiwalne wstawki z wywiadami ze Stonesami. Upalony Mick Jagger serdecznie bawi, a introwertyczny, błyskotliwy Charlie Watts wprowadza refleksyjny nastrój.

A sam koncert? Przede wszystkim ujęcia, ujęcia i jeszcze raz ujęcia. Niektóre wgniatają w fotel i to już nawet nie chodzi o samą realizację, ale o oko i refleks kamerzystów, którym udaje się uchwycić króciutkie momenty głęboko zapadające w pamięć. Zwróćcie tylko uwagę na to, jak plastycznie rozpryskuje się w powietrzu papieros wypluty przez Keitha Richardsa czy na moment, gdy rzuca on jednemu z fanów swoją kostkę do gitary. Miazga. Skoro już mowa o gitarzyście, to Keith chwilami kradnie show będącemu zwykle w blasku świateł Jaggerowi. Nad bezbłędnie odegranymi solówkami nie ma co się rozwodzić, bo to rzecz oczywista, jak słaba znajomość angielskiego prezesa PiS-u, ale to, co wyczynia na wokalu i jak ogniskuje uwagę publiczności, rozbraja. Pojawiają się też goście, zarówno VIP-y, jak i muzyczni. Kto konkretnie? Nie będę psuł niespodzianki tym, którzy jeszcze nie widzieli tego filmu. Dość powiedzieć, że pojawia się baaardzo wyraźny polski akcent. Co do samej setlisty, to stonesologiem nie jestem, ale wyłapałem dużą ilość mniej znanych piosenek, co nie znaczy, że zabrakło hitów. Tu jednak też nie zamierzam psuć zabawy, bo to jednak ważny element filmu. Wspomnieć należy jeszcze o brawurowej roli… Scorsese, który jawi się swoim zachowaniem (i wyglądem) jako brat bliźniak innego wielkiego nowojorczyka, Woodego Allena.

Polscy kinomani są w tym momencie w fantastycznej sytuacji, gdyż na naszych ekranach mogą obejrzeć dwa różne filmy o dwóch różnych i kultowych zespołach, U2 i The Rolling Stones właśnie. Jeśli „U23D” punktuje pomysłem i efektami, to „Shine a Light” może się bardziej spodobać nie tyle audiofilom, co zwykłym odbiorcom. Film Scorsese ma to, czego nie ma w „dokumencie” o Irlandczykach – treść pozamuzyczną. Jesteście jednak w błędzie, jeśli myślicie, że wskażę zwycięzcę i opowiem się jednoznacznie za jednym obrazem. Obejrzyjcie obydwa. W końcu wydając kilkanaście złotych na bilet, płacimy i tak mało zyskując bardzo dużo.

Tagged: , , , , , , , , ,

§ One Response to „Shine a Light”, czyli Stonesi okiem Scorsese

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading „Shine a Light”, czyli Stonesi okiem Scorsese at .

meta