Hey, Muchy – Graffiti, Lublin, 1.12.2007

6 Grudzień 2007 § 1 komentarz

Tłumy. Zaskakujące, przechodzące ludzkie pojęcie tłumy. To wszystko za sprawą koncertu Heya i Much, gwiazd polskiego rocka i tych, którzy zaczynają swoją przygodę z showbiznesem. Grupa, która zapisała się już złotymi zgłoskami w historii rodzimej muzyki i band, który ma wszelkie dane ku temu, by osiągnąć podobny status. Dlaczego więc jestem zaskoczony frekwencją na sobotnim koncercie? Odpowiedź jest prosta – Lublin zdążył zapomnieć o tak licznej, żywiołowo reagującej publice. Dość powiedzieć, że w kolejce do lokalu przestałem bite pół godziny i to bynajmniej nie z winy organizatorów – po prostu tylu było chętnych.

Z tego wszystkiego zdążyłem przegapić pierwsze piosenki Much. Jednakowoż marznąc w kolejce w siąpiącym deszczu zdążyłem odnotować, że Poznaniacy zaczęli swój set od „Fototapety”. Na salę koncertową dotarłem na wysokości „Zapachu wrzątku” z energetycznym przejściem perkusyjnym Szymona Waliszewskiego w środkowej części piosenki, czyli tak, jak tego nie zrobili na płycie, a szkoda. Swoją drogą od perkusisty Much tego wieczora naprawdę ciężko było oderwać wzrok – czysty ogień, tajfun stopy i werbla. Co innego skupiony, poważny, spajający całość mózg zespołu basista i klawiszowiec Piotr Maciejewski. No i wreszcie lider – Michał Wiraszko. O jego charyzmie scenicznej napisano już wiele. Wszystko prawda. Pewny wokal, lekko zawadiacki styl, po prostu frontman pełną gębą. Daruję sobie porównania z Morrisseyem, bo to robi prawie każdy. Znamienny był pewien kontrast – pewność siebie Wiraszki w czasie grania kolejnych utworów a autentyczne onieśmielenie w przerwach. Te z kolei było spowodowane entuzjastycznie reagującą publiką. Ba, sam byłem zaskoczony! „Wyścigi”, „21 dni”, „Miasto doznań” – z każdym kolejnym numerem ludzie skakali coraz wyżej, ryk z gardeł był coraz potężniejszy, a brawa coraz dłuższe. Wreszcie pełna eksplozja przy „Galanterii”. I teraz najpiękniejszy moment wieczoru. Poznaniacy schodzą ze sceny, a lubelska publika wybucha okrzykiem „jeszcze jeden!”. Ekipa powraca, by zagrać „Górny taras” i w czasie długiego wstępu do piosenki sala zaczyna klaskać i skandować „Muchy – Muchy” zagłuszając samą kapelę. Pięknie, że to był ich 50 koncert. Pięknie, że po raz pierwszy zagrali bis jako support. Jak powiedział mi po koncercie Michał Wiraszko, nawet w rodzinnym Poznaniu nie mieli tak gorącego przyjęcia. Lublinianie – chapeaux bas!

Po pierwszej części wieczoru wycofałem się strategicznie, by uzupełnić życiodajne płyny. W Graffiti panował już niezły zaduch, choć klimatyzacja robiła, co mogła. Między innymi dlatego koncert Heya obserwowałem sprzed wejścia na główną salę. Między innymi, bo oprócz tego ludzie już absolutnie szczelnie zapełnili tę część klubu, aż po same drzwi. Każdy, kto był w Graffiti jednak wie, że nie jest to problem zaburzający w istotnym stopniu odbiór koncertu – telebimów tam pełno, ważne tylko by chwytać dźwięk ze sceny. Uderzyło mnie to, że choć lata mijają i panowie Paweł Krawczyk (gitara), Marcin Żabiełowicz (gitara), Robert Ligiewicz (perkusja) i Jacek Chrzanowski (bas) nie są już młodymi chłopakami z długimi włosami, to Kasia Nosowska w swoim zachowaniu scenicznym i charyzmie nadal ma w sobie dużo z trochę zbuntowanej, trochę zakręconej nastolatki. Widać, że kontakt z lubelskimi fanami tego wieczora sprawiał jej dużo radości. I vice versa – odśpiewane z Nosowską słowo w słowo największe przeboje z „Listem” i „Zazdrością” na czele, „kochamy ciebie” dla wokalistki czy chóralne „sto lat” dla całego zespołu, to tylko pierwsze przykłady z brzegu. Ludzie szaleli. To może i oklepany zwrot, ale nic nie poradzę, że po prostu tak to wyglądało z perspektywy osoby stojącej trochę z boku. Zespół na swoim standardowym, dobrym poziomie, do tego utwory rozgrzewające najzagorzalszych fanów („Cisza, ja i czas”, „Ja sowa”, „Pomyłka S”, „Mru-mru”, „Dreams”, „Antiba”, „Chyba” – setlista jest długa, to tylko przykłady), toteż nie mogło być inaczej. Miło było usłyszeć w części bisowej „Telefony” Republiki, a także „Teksańskiego” w wersji z koncertu MTV Unplugged. Highlighty wieczoru oprócz tych wymienionych powyżej? Wokalista Feel na koncercie Much i Heya oraz noszony na rękach publiczności fan o dwóch kulach, który solidnie przestraszył Nosowską.

Zdjęcia autorstwa Roberta Grablewskiego – serdecznie dziękuję.

Tagged: , , , , , , , , , ,

§ One Response to Hey, Muchy – Graffiti, Lublin, 1.12.2007

  • kostka pisze:

    cze Luk!!

    naciągasz prawdę w tej rec. jak P. Maciejewski struny na gitarze, tak trzymać!! pzdr, bye!

    p.s. Masz namiar na R. Grablewskiego? Udostepnia on zdjęcia z innych imprez??

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Hey, Muchy – Graffiti, Lublin, 1.12.2007 at .

meta