Muchy „Terroromans”

24 Listopad 2007 § 6 komentarzy

To było równo rok temu. Gdzieś obiło mi się o uszy, że „był w polskim undergroundzie świetny zespół o nazwie Muchy”. Internet to potęga, więc bardzo szybko się okazało, że taki zespół nawet jest. Ich strona na MySpace przynosiła wtedy pewną obietnicę pod postacią „My Favourite Disease”, „Half of That”, „Big City Girl”, „Galanterii” oraz video do „Najważniejszego dnia”. Nie, nie oszalałem na ich punkcie od pierwszego przesłuchania. Te piosenki miały jednak w sobie coś, co sprawiało, że chciałem do nich powracać, a z każdym kolejnym przesłuchaniem podobały mi się coraz bardziej. Zwyczajna historia.

„Zazdrość” wzbudził we mnie Pyotreck, który na forum Screenagers wrzucił tracklistę dema Much. Na jego nieszczęście, bo to właśnie Piotrka potem molestowałem, by przesłał mi całą „Galanterię”. I tak też zleciał mi ostatni weekend listopada – Pyotreck wykorzystywał wszelkie kanały komunikacyjne Internetu, by dostarczyć mi każdą mp3, a ja z wypiekami na twarzy kompletowałem demówkę Poznaniaków jednocześnie słuchając nowych utworów. Nie miało to dla mnie znaczenia, że to był andrzejkowy weekend, a ja siedziałem w domu – „Galanteria” + jedno z moich ulubionych win dostarczyły niezapomnianych doznań… O dziwo, na trzeźwo te piosenki podobały się tak samo. Byłem pozamiatany.

Na samym Screenagers dyskusja o zespole rozrosła się do słusznych rozmiarów zważywszy na fakt, że panowie nie mieli na swoim koncie ŻADNEGO oficjalnego wydawnictwa. Potem był legendarny hype Anny Gacek w „Machinie”, grono Much, które liczyło na początku garstkę osób (teraz jest ich ponad 150!), na którym to pasjonaci udostępniali koncerty tria nagrywane gdzieś pokątnie (akustyczny set do dziś siedzi mi w głowie) i demówki, cover „Papierowego księżyca” i wreszcie kolejne demo „Terroromans EP”. Zespół wypływał na coraz szersze wody, bardzo dużo pomogła im Radiowa Trójka i w końcu JEST. Debiutancki album. „To jest ważne, to się stanie / To się dzieje teraz”. „Najlepszego polskiego zespołu bez kontraktu” już nie ma. Co mamy w zamian?

„Wyścigi” to świetny opener płyty. Wiemy, że jesteśmy już w domu, gdy Michał Wiraszko wchodzi z sekwencją słów: „W reklamach mętne zaklęcia / Podręczniki do sztuczek o życiu / Bulwary śpiewają o średniej sytuacji / Wszystko układa się w jedną czytelną myśl”. Nie wiem, jak ten człowiek to robi, ale w kilku słowach potrafi zawrzeć zwyczajne – niezwyczajne historie dnia codziennego, emocje, które siedzą w każdym z nas i jeszcze naszkicować pewną opowieść. „Wyścigi” to esencja stylu pisania wokalisty Much i kopalnia złotych wersów, jak choćby te z refrenu: „Nigdzie się nie śpieszę / Nie mam żalu do nikogo / Nie kopiemy się pod stołem / Jestem po swojej stronie”. Wiraszko jest w tej piosence ewidentnie na pierwszym planie, Piotr Maciejewski (bas) i Szymon Waliszewski (perkusja) jeszcze nie świecą pełnią blasku, acz praca zespołowa na wysokości pre-chorus’u to rzecz warta odnotowania. „Fototapeta”, track nr 2, ma wszystko – zawadiacki wokal Wiraszki, świetny tekst (pomijając już samą treść, sprawdźcie jak zmyślnie zostały poupychane tam rymy i gry słowne), jeden z lepszych riffów w historii Much i galopujący refren (wg niektórych osób w stylu The Killers, ale dziś niewiadomo czy to pochwała, czy obelga). W tym momencie dochodzimy do bardzo ważnej piosenki dla Poznaniaków, tej, dzięki której zdobyli serca wielu słuchaczy, tej, która wylądowała na pierwszym miejscu zestawienia „Najlepszych Singli 2006″ wg Porcys, wreszcie tej, która stała się nieoficjalnym hymnem polskiej reprezentacji i zeszłorocznego mundialu. „Najważniejszy dzień” zyskał i…Stracił po liftingu. Gitara brzmi bardziej agresywnie, niż w czasach dema, słychać wreszcie soczystość basu, w niepamięć odeszły „takie sobie” klawisze, tyle że pogłos na wokalu w drugiej zwrotce niepotrzebnie zwalnia galopującą bestię, jaką jest ten utwór. Ciekawe, że w kontekście wszystkich tekstów z „Terroromansu” słowa „Najważniejszego dnia”, jak przytomnie zauważył Tomasz Waśko w swojej recenzji, nabierają nowego sensu: „Czy już wiesz, czy chcesz? / Czy już jesteś w grze? / Czy rozumiesz i potrafisz opowiedzieć się (…) Czy już czujesz, że się zbliża najważniejszy dzień” – z piosenki o rywalizacji sportowej wyklarował nam się numer, który równie dobrze może opowiadać o relacjach damsko – męskich.

Track numer 4 i zarazem singiel promujący płytę, czyli „Galanteria” to rzecz, z którą mam największy problem. Wszak to właśnie piosenka o „słowach słodkich jak delicje” i „biszkoptowym sercu” była tą, która zarzuciła muszą kotwicę w mojej wrażliwości i sprawiła, że zostałem z tym zespołem do dziś. Myślę, że oryginał miał sam w sobie wystarczającą ilość ciepła i w nowej aranżacji nastąpił przesyt środków dodatkowo jeszcze lukrujących „Galanterię”. Za dużo tego, choć wiem, że są tacy, którzy cieszą się, iż ten utwór wreszcie zyskał godną oprawę. Dużo mówi się już teraz o pokoleniowości „Terroromansu”. Jeśli więc przyjąć, że „Terroromans” jest rzeczą ilustrującą nastroje obecnych dwudziestoparolatków, to „Miasto doznań” jest zdecydowanie hymnem tego pokolenia, a na pewno jego większej części. Wiraszko wciela się w rolę obserwatora i opisuje to, co widzi. Ba, każdy z nas to widzi co weekend w mieście, ale nie każdy potrafi zawrzeć tak wiele, za pomocą tak małej ilości słów: „To miasto ważnych spraw i krótkich miłości / Każdy wieczór jest inny, centrum świeci na żółto / Nad chodniki, nad bramy / Kochankowie w witrynach, znajomości nad ranem/ Samoloty z papieru”. Nie zapomnę jak pierwszy raz usłyszałem ten utwór w wersji koncertowej i tej pasji w głosie wokalisty Much, gdy niemalże wykrzykiwał ostatnie słowa piosenki: „To miasto ważnych spraw / I poznasz je po tych, co wciąż tylko mało i mało”. Osobnym tematem jest sfera muzyczna w „Mieście doznań” – niemal mechaniczny bit, zaczepny, zapadający w pamięć riff i płaczliwe klawisze, którym Piotr Maciejewski daje trochę luzu dopiero w ostatnich taktach. Co tu dużo mówić – to jedna z tych piosenek, które wymienimy w pierwszej kolejności w podsumowaniach dekady w polskiej muzyce.

Gdy pierwszy raz usłyszałem „Zapach wrzątku” jeszcze w czasach dema, był to akustyczny numer, któremu trochę brakowało kopa, a to za sprawą ascetycznego wykonania. Podskórna energia była jednakowoż nieziemska, a słuchacze z miejsca zakochali się w słowach takich, jak: „Zatańczymy jak owady / Przy zakurzonej żarówce / Najlepiej na obcasach / I po dużej wódce”. Po drodze pojawiła się wersja koncertowa z gościnnym udziałem Borysa Dejnarowicza na gitarze (wówczas jeszcze The Car Is On Fire) i Afro Jaxa (Afro Kolektyw) z pamiętnym, szalonym freestylem („Jeśli chcecie bym poczuł się tu jak w domu / Wyrzućcie stąd wszystkich / Powinno pomóc”). Niesamowite jak „Zapach wrzątku” ewoluował. Jeszcze nigdy ta piosenka nie brzmiała tak agresywnie, jak na oficjalnym debiucie Much. Sprzęgająca gitara przypominająca najlepsze czasy Pavement (wrażenie, że akordy za chwilę się „rozjadą”), Waliszewski masakrujący cały zestaw perkusyjny, Maciejewski sprawnie podbijający całość basem – to wszystko tylko pozornie brzmi niechlujnie. Tak naprawdę każdy dźwięk ma tu ręce i nogi, co świadczy o naprawdę wysokich umiejętnościach bandu. I choć trochę irytuje syntetyczny bit w środku, to „Zapach wrzątku” bezapelacyjnie pozostaje jednym z najjaśniejszych momentów „Terroromansu”.

„Brudny śnieg” w porównaniu z wersją z dema sprawia wrażenie tak zwyczajnie odegranego. Nie zmienia to faktu, że jest to jedna z ciekawszych piosenek w zestawie Much (znowu te świetne liryki), a płynne przejście w „Pięć po wpół”, to jeden z TYCH momentów. Ta piosenka z kolei już zdążyła podzielić słuchaczy na tych, którzy widzą w niej hołd złożony Grzegorzowi Ciechowskiemu i na tych, którzy dostrzegają w niej raczej epigoństwo. Osobiście w ogóle nie interesują mnie takie rozważania, bo najbardziej zajmuje mnie przefajność tego numeru. Podmiot liryczny powtarzający w napalony sposób dziewczynie mijanej na klatce schodowej: „To może do mnie wpadniesz? / To może wpadniesz? / To kiedy do mnie wpadniesz? / No kiedy wpadniesz?” nie pozostawia złudzeń, że celem randez vous bynajmniej nie jest gra w szachy. Następny w zestawie „21 dni” w stosunku do wersji pierwotnej zyskał zarówno w warstwie muzycznej (wyrazista gitara elektryczna), jak i werbalnej (te lekkie zwichrowanie w głosie Wiraszki, gdy wyśpiewuje słowa: „Pamiętaj co / Pamiętaj CO / Obiecałaś mi, kochanie”). Nie do poznania zmienił się „Górny taras”. Tłusty bas, wyciszony, prowadzony delikatnymi zaśpiewami i partią skrzypiec mostek są godnymi partnerami dla jednych z moich ulubionych wersów na płycie: „Pędzą po srebrnych szynach pociski na prąd / Kolorowe pochody wjeżdżają na most / W swoich drogich taksówkach / Astronauci – na – niby wiozą do konstelacji bloków”. Piosenka tytułowa to również swego rodzaju fenomen, no bo jak inaczej nazwać fakt, że ludzie ustawiali sobie partię klawiszy z tego utworu jako dzwonek w komórce jeszcze długo przed oficjalną premierą „Terroromansu”? Ją również przearanżowano – przede wszystkim pojawiła się wyciszona, liryczna część, a po niej mostek jako żywo wyjęty z Franz Ferdinanda (pierwotnie to jednak trochę inaczej brzmiało).

I to już ostatnia prosta, znamienne, że najbardziej kontrowersyjna. „111″ nie spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem. Owszem, ostatni track na „Terroromansie” może wydawać się osobliwy na tle reszty albumu, ale porównania do Gabriela Fleszara to już przegięcie. Czy ktoś słyszał, żeby spod pióra jakiejkolwiek gwiazdki popu wyszło kiedykolwiek coś tak genialnego, jak: „Wróżby z brudu pod paznokciem / Tarot z resztek / Stawiasz pasjans z drzazg” czy puenta: „Znowu obcy gość zostawił kręgi w wykładzinie / Może uda się w stereo, postarajmy się jeszcze tydzień”? Po kilkusekundowej ciszy wchodzi jeszcze szybki instrumental. Z mojej perspektywy wygląda to tak, że zespół nie chciał zostawić słuchacza z uczuciem melancholii i smutku, które tak szczelnie wypełniają „111″, a i nie zdziwiłbym się, gdyby Muchy kończyły nim swoje koncerty.

Siła Much polega na tym, że trafiają zarówno do słuchacza alternatywnego, jak i przeciętnego. Z resztą sami o sobie mówili, że nigdy nie silili się na bycie „indie”. I dobrze, bo tym samym nie narzucają sobie ograniczeń, które pętają kreatywność wieeelu bandów w naszym kraju. Czy „Terroromans” wymienimy kiedyś jako jedno z największych osiągnięć współczesnej polskiej fonografii? Czas pokaże. Osobiście mogę się tylko uśmiechnąć, że to, co życzyłem im rok temu, udało się. Teraz wszystko w Waszych rękach i uszach…

Tagged: , , , , , , , , , , , , ,

§ 6 Responses to Muchy „Terroromans”

  • thurizas pisze:

    haha no to mamy fana porcysa i scr w jednym. nie najgorzej, ale wiecej wlasnych przemyslen, a mniej kopiowania z tych serwisów/forów.

  • lukaszkusmierz pisze:

    Panie (Pani?) Thurizas – chyba dopuszczasz taką możliwość, że w kilku punktach moje refleksje na temat opisywanego albumu i refleksje innych recenzentów będą zbieżne? Po prostu czasami skojarzenia są podobne i nie ma to nic wspólnego z kopiowaniem. Pozdrawiam.

  • Kasia pisze:

    swietna recenzja! bardzo przyjemnie się czyta:)
    pozdrawiam

  • oryszczyszyn pisze:

    Świetna recenzja. Przymierzam się do swojej. Pozdrowienia.

  • asiadzoana pisze:

    recenzja świetna, płyta jeszcze lepsza!

  • katarzyna pisze:

    Uwielbiam Cię, panie Łukaszu za recenzję, której lektura wraz z jednoczesnym słuchaniem płyty (dostałam na święta) uprzyjemniła mi wieczór. Nawet bez wina.

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Muchy „Terroromans” at .

meta