Jesienne porządki, czyli co tam panie w muzyce?

18 Listopad 2007 § Dodaj komentarz

Czas nadrobić muzyczne zaległości i opowiedzieć o kilku ciekawych płytach, które ukazały się w ostatnim czasie. Nie po raz pierwszy okazało się, że czasem warto wydać EP-kę i na przestrzeni kilkunastu minut stłoczyć równy, mocny materiał, niż rozwadniać go słabszymi momentami i silić się na longplay. Tą drogą poszli Tigercity oraz absolutni debiutanci Black Kids i momentalnie dołączyli do tegorocznej czołówki.

Ekipa z NY już rok temu kusiła swoją pierwszą, self-titled EP-ką, ale wydaje się, że dopiero „Pretend Not To Love” ma szansę przebić się do świadomości globalnej. Zadziwiająca jest przede wszystkim zgodność recenzentów konkurujących ze sobą serwisów – na Porcys omawiane wydawnictwo dostało 7.6 na 10, zaś na Screenagers aż 8 na 10. Kto je śledzi uważnie, ten wie, że to niecodzienna sytuacja, ale „nie o to, nie o to”… Tigercity z pewnością „jadą” na nostalgii po latach 80 i new romantic. Ale to tylko kawałek prawdy, ta muzyka bowiem zahacza również o wybrzeża funku, rocka, new wave czy najzwyklejszego popu (tyle że gdyby taki „najzwyklejszy pop” grano w polskich radiach, to zacząłbym ich słuchać). Prawdziwy zawrót głowy zaczyna się, gdy zajrzymy w listę inspiracji panów z Brooklynu – m.in. Prince, Talking Heads, Daft Punk, Beach Boys, Kraftwerk czy Roxy Music. Krótko – „Pretend Not To Love” to materiał tak cholernie uzależniający, że w moim odtwarzaczu kolejni artyści się zmieniają, ale Tigericty raz na jakiś czas muszę posłuchać, po prostu MUSZĘ, a „Let Her Go” to najpiękniejsze 7 minut jakie mogło przytrafić się muzyce (o tekście wyśpiewanym absolutnie cudownym falsetem przez Billa Gillima, o konstrukcji tego utworu, o tej zmianie klimatu pod koniec 2 minuty i bajecznych plamach klawiszy towarzyszącym ostatnim taktom tej piosenki mógłbym mówić godzinami). I ani słowa o mega przebojach „Are You Sensation” czy „Other Girls”, bo o tym napisano/powiedziano już wszystko. Zachęceni? To tu możecie posłuchać 1/2 EP-ki.

Black Kids ujmują już na wstępie tym, że ich EP-kę „Wizard of Ahhhs” można ściągnąć absolutnie za free. Nie ułatwię im życia, gdy napiszę o tym, co pewnie pojawi się w 99% recenzji, a mianowicie o podobieństwie do The Cure. Tyle że to The Cure w wersji roztańczonej, beztroskiej. Dorzuciłbym jeszcze Hot Hot Heat z czasów „Make Up the Breakdown” (czyli ciągle wspólny post-cure’owy mianownik), a znawcy mówią też o wpływach The Go!Team czy Arcade Fire. Nawet nie wiecie jak silnie uzależniający jest track nr 2, czyli „I’m Not Gonna Teach Your Boyfriend How To Dance With You”. Nie ma wyjścia, gdy już raz zaczniemy śpiewać sekwencje słów z refrenu: „Word’s on the street that he’s solo too / I’m not gonna teach him how to dance with you / He’s got two left feet and he bangs my mood / I’m not gonna teach him how to / Dance! Dance! Dance! Dance!”. Niby zabawa, ale w piosence nr 3 „Hurricane Jane” padają słowa: „It’s Friday night and I ain’t got nobody/ What’s the use of making the bed?” – hmm…

Ciągle próbuję ogarnąć debiut dwójki Szwedów maskujących się pod pseudonimem Studio. Ustrojstwo doprowadza do rwania włosów z głowy przez każdego, kto próbuje odpowiedzieć na pytanie „jaka to muzyka?”. Nie wiem moi mili jaka to muzyka. Może tak – weźcie New Order, Happy Mondays, trochę post-rocku, trochę afro-beatu, popu, około piętnastu płyt Cafe Del Mar, uncję szwedzkiego chłodu i mechanicznej precyzji, wymieszajcie i spróbujcie skonsumować. Wchodzi, o dziwo, bezboleśnie, ale samo opisywanie płyty „West Coast” to slalom gigant z zawiązanymi oczami – można się łatwo wywrócić, więc lepiej skupić się na słuchaniu.

Z czym jeszcze warto się zapoznać? Na pewno z szóstą płytą weteranów amerykańskiego indie, czyli Spoon i longplay „Ga Ga Ga Ga Ga”. Materiał niezwykle równy, przebojowy (jestem w stanie sobie wyobrazić, że hula w rodzimych rozgłośniach radiowych i zgarnia czołowe lokaty list przebojów), co znalazło odzwierciedlenie w recenzjach. Swoistym odkryciem jest też dla mnie co prawda zeszłoroczna płyta Koop „Koop Islands”, ale aż grzech o niej nie wspomnieć. Nie wiem jakim cudem przegapiłem ją rok temu, ale biję się w pierś. Muzyka zgromadzona na płycie szwedzkiego duetu to cudowne jazzowo-swingowo-downtempowe-elektroniczne retro, które sprawia, że wskazówki zegara cofają się, a my lądujemy w środku stylowej kawiarni gdzieś w Paryżu lat 60. Na szczęście takowe lokale z taką muzyką można spotkać też współcześnie (szukajcie a znajdziecie – pozdrowienia dla zorientowanych towarzyszy kufla:)). Koop to końska dawka endorfin, choć gdzieś na horyzoncie pojawia się nostalgia, poczucie straty i niewykorzystanych szans: „The truth is / We were much too young / Now I’m looking for you / Or anyone like you”.

Na swój czas czeka St. Vincent i jej „Marry Me”. Mimo zachęcającego tytułu longplaya artystka z USA, w której muzyce można odnaleźć echa dokonań Kate Bush, nie zagroziła w moim prywatnym rankingu śpiewających pań Charlotte Hatherley. „Deep Blue” to nadal moje numero uno jeśli chodzi o alternatywę+żeński songwriting i wokal. The Go!Team niestety podzielili los innych młodych kapel, które zadebiutowały w ostatniej pięciolatce świetnymi płytami, a potem spektakularnie wszystko zepsuły na drugim albumie. Szkoda. The Raveonettes, The Hives i Hot Hot Heat ponoć też coś wydali, ale nikt nic nie słyszał (jeśli singiel ma reprezentować w pewnym stopniu cały album, a trzyma poziom okolic „jedynkowych”, to jest już naprawdę źle).

18 listopada pewne rzeczy ulegną przewartościowaniu, gdyż tego dnia zadebiutuje niegdyś „najlepszy polski zespół bez kontraktu”, a obecnie „najbardziej wyczekiwany materiał tego roku”. Tak tak, Muchy w rok po nagraniu fenomenalnego dema „Galanteria” zaprezentują szerokiej publiczności swoją pierwszą, w pełni profesjonalną płytę. Miała się nazywać „Wszystko to co mówiłem, że cię kocham, kłamałem”, jest „Terroromans”. To lidera tej kapeli (Michała Wiraszko) Piotr Stelmach określił mianem kontynuatora tradycji songwritingu Grzegorza Ciechowskiego i Agnieszki Osieckiej. Czekając na płytę puszczamy sobie trailer i trzymamy mocno kciuki za Muchy. Po prostu na naszym rynku od czasów Myslovitz nie pojawił się band tego kalibru.

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Jesienne porządki, czyli co tam panie w muzyce? at .

meta