Najlepsze płyty 2012

8 Styczeń 2013 § Dodaj komentarz

Przy okazji kompilowania listy piosenek roku obiecałem niespodzianki także w zestawieniu płytowym i jak widać, nie ściemniałem. Jeśli w ogóle ktoś przywiązuje wagę do takiej, a nie innej selekcji, do cyferek, śpieszę wyjaśnić, co stało za wyborami, choć tak naprawdę metoda od lat jest taka sama. O miejscu decyduje wypadkowa trzech czynników: poziomu artystycznego danego krążka, ile razy do niego wracałem w ciągu roku oraz subiektywnego wrażenia artystycznego (tu mieści się zarówno przyjemność ze słuchania, jak i emocje, które wzbudza we mnie konkretne wydawnictwo). Oczywiście, że na chłopski rozum np. miejsce 8. powinno być wyżej, a 3. zamienić się z 2., ale ostatecznie pewne historie są mi bliższe, nie tyle nawet geograficznie, co osobiście. Pod tytułami zamieściłem linki do recenzji lub ogólnie do wpisów, w których wspominałem o wyróżnionej płycie. Każdy rok jest dobry, nie każdy przełomowy – to hasło może służyć za recenzję całego 2012.

10. Shigeto „Lineage”

Ponoć używanie zbyt wielu przymiotników w dziennikarstwie deskryptywnym nie jest wskazane, ale co ja poradzę, że na myśl o „Lineage” przychodzą mi do głowy trzy słowa: spokój, zwyczajność, ciepło? Takie płyty jak czwarta Shigeto wydana nakładem Ghostly International mają zazwyczaj przewalone. Na tyle skromne, że nikt się o nie nie upomni przy składaniu analogicznego zestawienia, zbyt dobre, by stały się znane np. z powodu zjadliwej recenzji. Zach Saginaw, pół-Japończyk, pół-Amerykanin, sukcesywnie wpisuje swoje nagrania w rodzinny kontekst, który odnajdujemy wszędzie – w kolejnych pseudonimach artysty, inspiracjach stojących za danymi wydawnictwami (wśród nich babcia muzyka), a już konkretnie w przypadku „Lineage” jest to tytuł tego mini albumu, nazwy tracków czy okładka, na którą trafiło zdjęcie domu pradziadka Shigeto w Hiroszimie, z 1916 roku. To namacalne dowody, ale gdy zagłębić się w tych osiem utworów, dać sobie czas na słuchanie refleksyjne (niejako samo narzucające się przez charakter kompozycji), przekonamy się, że nie jedyne. W serwowanej przez Shigeto mieszance IDM, ambientu, hip-hopowych bitów, nowoelektronicznej rytmiki, jazzowej ornamentyki i żywej perkusji słychać zwyczaje piękno i uspokojenie – uczucia, które może przywołać tylko wspomnienie rodzinnego domu.

9. Pyskaty „Pasja”

Pomysł był ryzykowny. Zinterpretowanie słowa „pasja” na dwa sposoby i takie też go przedstawienie w postaci piętnastu hip-hopowych tracków (czy raczej powinniśmy powiedzieć – „stacji”) groziło wcale nie tak małym ryzykiem pretensjonalności oraz przerysowania. W końcu nie od dziś wiadomo, że rodzimi raperzy mają problem z powściągliwością. Na całe szczęście nie dotyczy to Pyskatego, może dlatego, że Chojnacki nie jest już młodym gniewnym, ale weteranem, który swoje w życiu przeszedł. Doświadczenie procentuje i to w otoczeniu, w którym ton przeważnie nadaje młodzież? Na to wygląda, choć „Pasji” nie poświęcono w „Gazecie Wyborczej” debat pokoleniowych, a hip-hopowi koniunkturaliści sami obnażyli swoje dyletanctwo ignorując zupełnie najlepszy rapowy album minionego już roku. W przypadku zawodnika, który kreował początki kultury czterech elementów w Polsce, potem błąkał się w podziemiu długo czekając na swoje pięć minut chwały, mogła wyjść też opowieść starego-sfrustrowanego, tymczasem ten gracz pokazał na boisku zupełnie inną postawę. „Dość siedzenia na ławce, przyszedłem po swoje” – zdaje się mówić Pyskaty w bangerach „Od zera” i „Wdech, wydech”, przejmujących utworach „Czy?”, „Oustsider”, „Krzyk” oraz manifeście zjednoczonych sił w „Razem”.

8. Grizzly Bear „Shields”

Grizzly Bear po „Veckatimest” skasowali cały nagrany już album. Zastanawiam się, ilu artystów przyjęłoby ów z pocałowaniem ręki do swojej dyskografii i ilu słuchaczy tego faktu w ogóle nie odnotowało? Na tle poprzedniego longplaya „Shields” nie przynosi rewolucyjnych zmian i o ile samo twierdzenie jest prawdą, o tyle myli się ten, kto sądzi, że zmian nie ma żadnych. Bo w którym miejscu Misie Grizzly interesowali się muzyką poważną („What’s Wrong?”)? Kiedy wcześniej szli w niemal tańce i noise („Yet Again”)? Łoili tak srogo („Speak In Rounds”), pokazywali swoją bezpretensjonalną stronę („A Simple Answer”), podniosłą („Half-Gate”), wreszcie tonęli w epickiej orkiestracji („Sun In Your Eyes”)? W dodatku sami muzycy przyznali, że podeszli zupełnie inaczej do procesu tworzenia, tym razem koncentrując się najbardziej jeszcze na etapie budowania zrębów pomysłów na dane kompozycje. Ciekawe, czy gdyby „Shields” ukazało się parę lat temu, dziś mówilibyśmy o tej płycie jako o klasycznej, bo że Grizzly Bear ze swoim songwritingiem zostaliby zaliczeni w poczet pierwszoplanowych postaci post-rocka, nie mam co do tego wątpliwości? Cały czas mówimy o zespole, którego tłumaczenie tekstów można znaleźć na hip-hopowym serwisie Rap Genius, a wydaje go tradycyjnie związania z elektroniką wytwórnia Warp.

7. Plug&PlayWhy So Close?

Niełatwe jest życie niechcianego dziecka, mogę sobie tylko wyobrazić. Why So Close?najpierw wskutek pechowej koincydencji nie ukazało się w wersji fizycznej, potem, poniekąd z pierwszego powodu, zostało olane przez znaczną część słuchaczy, wreszcie sam zespół się od niego zdystansował. Płytę, której główny grzech zdefiniowano jakotak się w 2012 r. nie gra(w czasie, gdy równocześnie wielu bez żenady wywindowało na szczyty list tak odkrywcze rzeczy, jak Japandroids, Tame Imapala czy Jacka White’a) powinienem dla spokoju sumień innych przemilczeć i ja. Tyle że wówczas sprzeniewierzyłbym się rozstrzygającej zasadzie, gdy pojawia się dylemat, czy pisać i jak - szczerości. Bo debiutanckiego krążka kwintetu, który równie dobrze mógłby się nazywać The Best Of: Years 2005-2010, gdyż zbiera pomysły i kompozycje z tych lat, słuchałem w zeszłym roku często, z przyjemnością i mam wrażenie, że na Zachodzie trafiłby on na swoją wierną niszę. Nawet jeśli samych Plug&Play pod kątem songwritersko-brzmieniowym kręcą dziś już inne rzeczy, aWhy So Close?dla krajan ma znaczenie głównie sentymentalnepłyty dokumentującej początki indie rocka w Polsce.

6. Burial „Kindred”

Bo wiecie na czym cała sztuczka polega? Np. sam wstęp tytułowego „Kindred”. Lub old-schoolowe wstawki w „Loner”. Soulowe, kobiece sample wokalne we wszystkich trzech trackach, klawisze z „Ashtray Wasp”, house’owe metrum indeksu drugiego. Burial ogrywa wszystkie nasze guilty pleasure związane z elektroniką i reminiscencje z dzieciństwa słuchaczy urodzonych w połowie lat 80., ale zanim rozwiną się one w tematy rodem z programu „VIVA Club Rotation”, natychmiast je urywa, zabrudza, gmatwa, gasi światło i wpuszcza niepokojące odgłosy, czym z kolei karmi te rejony naszej duszy, które dostrzegają piękno w smutku. Trzeba przyznać, nieźle to sobie wymyślił szarlatan! Znając jednak ignorowanie przez Buriala medialnego szumu (lub właśnie chęć wzniecania go przez wycofanie – skąd mamy wiedzieć na pewno, skoro gościa w internecie, prasie, telewizji i radiu zwyczajnie nie ma?), prawda wydaje się być znacznie bardziej prozaiczna. Bevan nagrywa dla siebie, a że przy okazji braterstwo dusz z artystą odkryło ileś tam tysięcy słuchaczy na świecie, to już efekt uboczny. Proste? Pamiętając, że autor „Kindred” zdefiniował dubstep, spróbuj to powtórzyć.

5. Death Grips „The Money Store”

Co tu robią ci barbarzyńcy? Sam się nad tym zastanawiam – po dowiedzeniu się, co siedzi w głowach Stefana Burnetta i Zacha Hilla (znowu się okazało, że czasami by nie naruszać idealistycznego obrazu, lepiej nie czytać wywiadów z niektórymi muzykami), jakie są ich poglądy, biorąc pod uwagę wszystkie wybory artystyczne Death Grips oraz niezbędny stan ducha do w ogóle słuchania „The Money Store”, mój początkowy entuzjazm przygasł. Jednocześnie nie mogę podważyć tego, że a) ten soundtrack do walk ulicznych dający uczucie b) jazdy bolidem Formuły 1 przyspawanym do szyn kolejki w wesołym miasteczku, c) objawił niespotykany wcześniej konglomerat rapowych nawijek i agresywnej elektroniki, który d) wielu skojarzył się nie z żadnym Public Enemy, ale sceną hardcore i punk lat 80., a dla mnie przyniósł e) najbardziej intensywny album od czasów debiutanckiego krążka w barwach dużej wytwórni …And You Will Know Us By The Trail Of Dead. Być może jednak o wyjątkowości „The Money Store” świadczy przede wszystkim to, że jak żadna inna płyta od dawien dawna jest tak wiernym odbiciem czasów niepewności, bezrobocia i frustracji wywołanej kryzysem gospodarczym, może i nawet wartości, choć poszukiwanie ich przez Death Grips we wskazywanych przez samych artystów obszarach jest dla mnie, jak już wspomniałem, dyskusyjne.

4. Afro Kolektyw „Piosenki po polsku”

W minionym roku tekstowo pokopały mnie trzy płyty – dwie zagraniczne z podium tego zestawienia, przy czym jedna bardziej rozmachem niż samą tematyką, i polski rodzynek w postaci czwartego longplaya Afro Kolektywu. Jeśli sięgnąć głębiej, to pod względem lirycznym nie pamiętam podobnych dwunastu miesięcy, w którym bym został tak przeciągnięty po ziemi, jak w 2012. Zderzenie z uczuciem, w którym album dosłownie fizycznie zaznacza swój ciężar, może oznaczać dzieło, ale nie musi. W przypadku „Piosenek po polsku” nie ma wątpliwości – tak dojrzałego, miejscami wręcz mądrego życiowo, po prostu bardzo dobrego materiały warszawianie jeszcze nie nagrali. Oczywiście duża w tym zasługa Afrojaxa, który do tradycyjnych w swoim wydaniu bon motów dorzucił wcześniej niespotykane obserwacje w wydaniu totalnie serio i dojmująco, a także śpiewnie, ale i biegłości instrumentalnej Remka, Sztu, Artura, Stefana oraz Rafała. Bez współpracy ich wszystkich nie byłoby krążka w Polsce bezprecedensowego – albumu nawiązującego dialog z rodzimym popem lat 80. Dla jednych zdrada ideałów czarnego grania, dla mnie logiczny wybór, jeśli chce się rozwijać artystycznie, i nowy zaciąg Afro-klasyków: „Wiążę sobie krawat”, „Czasem pada śnieg w styczniu”, „Niemęskie granie”, „Mało miejsca na dysku”, „Idź i obmyj w sadzawce Syloe”, „Nasza doskonałość” czy „Jeżeli kiedyś zabraknie mnie”, który mało co nie stał się dla muzyków ponurym proroctwem.

3. Kendrick Lamar „good kid, m.A.A.d city”

Ile jesteś w stanie czekać na swój bilet do lepszego życia? Być może największym sukcesem 25-letniego rapera z Compton nie są wcale wyniki sprzedażowe „good kid, m.A.A.d city”, osiągnięte bez jakiegokolwiek skandalu i nośnego singla, ale fakt, że Kendrick każdym kolejnym swoim trackiem, albumem, wersem, decyzją budzi w nas przeświadczenie, że on to wszystko rozpisał sobie w scenariuszu dawno temu, a teraz krok po kroku konsekwentnie realizuje. Lub to, iż w ogóle dożył tego momentu. Chociaż o pierwszym longplayu w dużej wytwórni następcy 2Paca powiedziano już tak wiele, nadal nie wyczerpano tematu. Było o wirtuozerskim składaniu rymów? W porządku, ale czy każda zagrywka techniczna Lamara na „good kid, m.A.A.d city” została nazwana, może wymyślił on rozwiązania, które dopiero czekają na swoją łatkę? Wspominaliśmy o wielowątkowej, nielinearnej narracji? Jesteś pewien, że poskładałeś wszystkie wątki w dobrą kolejność? I skąd wiesz, że autor dopuścił zaledwie jedną kombinację puzzli? Wiem – wydźwięk płyty! Ciężka walka o zachowanie duszy w jednym z najbardziej kryminogennych miejsc na kuli ziemskiej, co tu więcej kminić. Racja, racja, ale chyba tylko ślepiec przeoczyłby powracający jak bumerang wątek rodzinny, głównie w skitach z dialogami, który w słowach ojca i matki Kendricka pod koniec „Real” rzuca światło na odpowiedź, dlaczego dziś mówimy o głównym bohaterze w samych superlatywach, podczas gdy jego koledzy z dzieciństwa od paru lat nie żyją. I jak w tym kontekście pominąć motyw nawrócenia na Bożą drogę, który dokonuje się w punkcie kulminacyjnym opowieści z „good kid, m.A.A.d city”? To jak, ile jesteś w stanie poczekać? Bo słuchaj, ten dzieciak Lamar udowodnił, że postawa wobec tego napięcia może zdecydować o Twoich dalszych losach…

2. KAMP! „KAMP!”

KAMP!Ludowa mądrość głosi, że „co za dużo, to nie zdrowo”. Łódzko-wrocławski zespół swój debiutancki longplay nagrywał sporo, bo przez dwa lata. W głowach słuchaczy nieświadomie ten proces był jeszcze dłuższy – w końcu pierwsze kampowe przebiśniegi zwróciły uwagę szerszej publiczności tuż na początku 2009 roku, zaś kolejne udane single wywindowały oczekiwania do monstrualnych rozmiarów. Wreszcie po trafieniu na półki sklepowe i dyski twarde „KAMP!” wygenerowało taką ilość recenzji, że zasadnym stało się pytanie, czy absolutnie każdy w internecie MUSI publikować swoje opinie, a stare porzekadło spotkało się ze współczesnym, „wszyscy piszą, nikt nie czyta”. Tym bardziej powiedzenie charakterystyczne dla czasów przeładowania danych oraz przesytu stało się ważkie, kiedy przyszło obserwować fantastyczne frekwencje podczas gigów tria (gdy generalnie muzyków straszy koncertowa bessa) i entuzjastyczny odbiór wśród ich potężnego elektoratu (który w tej skali i na tym etapie działalności nie miała w Polsce żadna wywodząca się z alternatywy formacja). Nie wszyscy jednak poczuli ducha czasów i załapali się na pociąg do równoległej, przyjemniejszej rzeczywistości, zapominając chyba, że to se ne vrati i prędko możemy czegoś podobnego nie uświadczyć. Ale jest coś jeszcze. Nie tak głupie pytanie, czy na sali został ktoś, kto potrafi posłuchać „KAMP!” bez tego całego obciążenia, które na barki artystów wrzucili mimo ich woli słuchacze, na świeżości? Na pewno nie jestem to ja, choć mój przypadek jest inny, pewnie znacie to uczucie. Ile razy łapałem się na pewnym etapie obcowania z albumem czołowych przedstawicieli electropopu w Polsce na tym, że wiem, co za moment będzie, że słyszę ten krążek, ale go nie słucham. Cóż, odwyk trwa, a do tego czasu pozostaje wspomnienie absolutnie wyjątkowego 2012 r. i wyrównanie najlepszych rodzimych wyników w historii list płyt roku.

1. Frank Ocean „channel ORANGE”

W 2012 r. złoto i srebro na analogicznych światowych listach rozdzielili pomiędzy sobą dwaj czarnoskórzy 25-latkowie, Frank Ocean i Kendrick Lamar. Tym samym nie powtórzyło się niedopatrzenie 2010 roku, kiedy to całej reszcie odjechali artystycznie Flying Lotus oraz Toro Y Moi (obaj też z czarnymi korzeniami), ale jedni recenzenci olali „Cosmogramme”, drudzy „Causers Of This”, zresztą zabawnie potem nadrabiając wpadki chwaleniem późniejszych płyt obu wykonawców, gdy ci już byli w dużo słabszej formie. Od rock ‚n’ rolla wszystko w popie się zaczęło, rock narodził się z bluesa, blues wymyślili Czarni – oni zbawią współczesną muzykę? Tego nie wiem, ale ciężko zaprzeczyć, że to, co najciekawsze w omawianej na tym blogu dziedzinie sztuki, dzieje się w ostatnich latach nie w eksperymentach gitarowo-klawiszowych na Wyspach pod hasłem „jak jeszcze można poskładać zgrane klocki?”, ale w głowach nieobciążonych schematycznym myśleniem potomków Afrykańczyków. Więcej, my rewolucji nie powinniśmy marzycielsko wyglądać, ale jej żądać – pal sześć, że właśnie wchodzimy na orbitę, kiedy to wg statystyk powinien dokonać się jakiś znaczący przewrót (w popkulturze przypadający średnio raz na 30 lat). To współczesna muzyka doszła do ściany, przez ostatni czas częstując nas na bogato ciekawymi konfiguracjami, ale ciągle recyklingiem dobrze znanych patentów. Nie, nie twierdzę, że „channel ORANGE” jest tym nowym rozdaniem. Nadal jednak Frank Ocean trafił ze swoim debiutanckim longplayem i do indie-nerdów, i do tradycyjnych odbiorców czarnoskórych artystów. Zastosował w takich utworach jak „Pyramids”, „Thikin Bout You”, „Lost”, „Bad Religion”, „Crack Rock” lub „Sweet Life” zarówno typowe rozwiązania dla R’n’B czy muzyki soul, jak i podjął się fuzji dla niektórych przywodzących na myśl „brzmienie 2018 roku”. Płyta „channel ORANGE” z wynikiem pół miliona sprzedanych egzemplarzy odwiedziła i szczyt listy „Billboardu”, i lokalne przeglądarki debiutując przecież jako stream. Frank Ocean został uhonorowany sześcioma nominacjami do Grammy oraz licznymi miejscami numer 1 w zestawieniach zawodowych dziennikarzy oraz zwykłych blogerów. Jeśli następnym rozdziałem będzie przewrót, zaczął się on od trzęsienia ziemi.

About these ads

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Najlepsze płyty 2012 at .

meta

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.