Najlepsze piosenki 2012

2 Styczeń 2013 § Dodaj komentarz

Efektowności pozwoliłem się wyszumieć na ławce rezerwowych, teraz przenosimy się w bardziej zniuansowane, by nie powiedzieć wyrafinowane otoczenie. Także z tego powodu podobnego podsumowania na tym blogu jeszcze nie było – przygotowałem listę wystarczającą na dłużej, wszystkie utwory bez wyjątku są przebojowe, ale jest to przebojowość rozłożona na kilku poziomach, często do wychwycenia na drugim, trzecim planie. Nawet dla uważnego czytelnika nie obędzie się bez niespodzianek (co powtórzy się przy płytach roku), choć jednocześnie trzeba zaznaczyć, iż wszystkim dźwiękom z metką „2012” poświęciłem dużo uwagi, nie ma więc mowy o żadnym kaprysie chwili. Precyzyjnie oszacowane ramy spowodowały, że musimy się obejść i bez „Dancing Shoes” Brodki w remiksie KAMP!, i numeru jeden koncertowych wykonów, wstrząsającej interpretacji „Music Is The Only Chance” The Shipyard, i tającego serce „Love You Down” Submerse – świetnych, ale tutaj nie dajemy żadnych przeróbek, coverów, nowych ujęć starych numerów oraz wersji live. Wyłącznie oryginalne, premierowe rzeczy. W 2012 r. trwał triumfalny powrót hip-hopu, co nie mogło pozostać nieodnotowane, elektronika oprócz względnie jednolitych wcieleń filtrowała z R’n’B, soulem, a nawet z folkiem, gitar dało się słuchać głównie wtedy, gdy zaproponowano twórcze ich wykorzystanie (miejsce 13. i 10.), kilku artystów potrafiło w długie kompozycje wpakować energię typowego singla. Generalnie – najciekawiej działo się na przecięciu gatunków. Tutaj można odsłuchać wszystkie piosenki lub zapoznać się z całością na raty, klikając w tytuły nad zdjęciami i opisami utworów.

20. Diset Robak Brus (feat. Woytak, Szewc) „Do jutra”

Problem utrzymania roślinności w ślepej kuchni został rozwiązany, nie trzeba już przejmować się powodzeniem procesu fotosyntezy – wystarczy, że kwiatkom regularnie będzie odtwarzane „Do jutra”. Kawałek, w którym zebrała się śmietanka wschodniego hip-hopu autentycznie wydziela ciepłe promienie, i wcale nie chodzi o narzucającą się wskutek youtube’owej okładki interpretację. Brzmiący jak klasyk ze złotej ery rapu, gorący podkład Brusa, rozpoetyzowany Diset („Ten pastel na blokach ktoś ładnie dziś doświetla słońcem”), przesiąknięte latem wersy Szewca, a przede wszystkim przyjacielski, czuły refren i przekaz całości. Pozornie niepasujący tutaj, bo pojawiający się z gorzką refleksją Robak sprawia, że „Do jutra” nabiera bardziej ludzkiego, osobistego wymiaru (kto żył w tych stronach, ten wie), a końcowa linijka brzmi niczym szantaż emocjonalny. W końcu to najlepszy raper stąd.

19. Jessie Ware „Sweet Talk”

Łatwo obronić tezę, że największymi hitami z „Devotion” są (w tej kolejności) „Wildest Moments”, „Running” i „110%”. Tyle że obok zapadających w pamięć linii melodycznych wszystkie wymienione kawałki pozostają kompozycyjnie banalnymi, piłującymi te same motywy przez całą swoją długość, a przez to z deczka nachalnymi i z czasem coraz bardziej upierdliwymi. Co innego „Sweet Talk”. Zwróćcie uwagę, że w osnutym wokół smakowitego eightiesowego klawisza, jak zwykle świetnie przez Jessie prowadzonym wokalnie utworze, do drugiej zwrotki panna Ware podchodzi zupełnie inaczej niż do pierwszej – stylowo ją bujając, śpiewając tak, że gdyby zwolniła tempo i zmieniła rejestry, wyszedłby… rap. A potem jest jeszcze mostek, po którym inaczej niż wskazują podręczniki nie wjeżdża po raz trzeci refren, ale coś w rodzaju podejścia pod niego i dopiero wtedy faktycznie ostatnia pętla z tytułowymi słowami. Wbrew temu, co niektórzy twierdzą, do statusu Sade Jessie Ware jeszcze sporo brakuje, ale w takich momentach jak „Sweet Talk” ten dystans się wyraźnie skraca.

18. Útidúr „Grasping For Air”

Powtarzałem, że wobec przewidywalności muzyki z pitchforkowego centrum nadawania warto kopać gdzie indziej i proszę! Oczywiście, tutaj zaczyna się rozwidlenie dróg – jedna prowadzi do odkrycia zupełnie innych kultur, gdzie Europejczyk kontekstów odczytania dziełka będzie się dopiero uczył, a druga, jak w przypadku Útidúr, do świeżego spojrzenia na wspólne muzyczne dziedzictwo przez artystów spoza Wysp Brytyjskich i Ameryki Północnej. Nie należy jednak z tego powodu czynić Islandczykom z Útidúr zarzutu. Połączyć parkietowe podbicie z sekcją smyczkową, obłąkanym męskim głosem (Antony Hegarty, który przedawkował selektywne inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny), damskimi wokalizami a la Dirty Projectors, folkowym rysem, rozpisać to wszystko na dziesięć osób i się nie wykoleić? To już jest duża sztuka, a przecież w „Grasping For Air” wymienione komponenty wydają się być sobie przeznaczone, by w ostatecznym rozrachunku dać jednorodną, niesioną do cna wiosennym, do imentu przebojowym zaśpiewem całość.

17. Pyskaty „Od zera”

Jak wracać, to tylko w takim stylu. Kiedyś niczym specjalnym się nie wyróżniający Zeke z Edytoriału, dziś, po latach treningów, dysponujący jednym z najlepszych (najlepszym?) flow w Polsce Pyskaty kroczy w triumfalnym pochodzie ramię w ramię z doskonale wywiązującymi się ze swoich zadań Kuoeterem i DJ-em Acem. Choć to pasja i formalnie jesteśmy przy siódmym jej odcinku, to Chojnacki wydaje się być uchwycony w tym okamgnieniu, gdy jedno kolano jeszcze opiera się o ziemię, utrzymując ciężar ciała, ale drugie już zmierza ku górze. Tak sobie myślę, że w retrospektywnym spojrzeniu weterana, jakim jest „Od zera”, kryje się odpowiedź, dlaczego Pyskowi towarzyszy solidne, ale jednak umiarkowane jak na rodzimy hip-hop zainteresowanie. „Ja to ten dzieciak z przedmieścia, co myślał, jak zbroić / Czekał w wypiekach na lekcjach, by w końcu ten świat zdobyć / Dziś wiem, że nie było mi to dane / Ale zrobiłem, co mogłem, żeby się śmiać nad ranem” – skoro większość odbiorców polskiego rapu to młodzież, nie dziwię się, że nie chce słuchać o tym, iż nie wszystkie marzenia uda się osiągnąć. Ja bym nie chciał. Ale moment, przecież jest jeszcze eksplodujący refren z częścią do skandowania przez publiczność na koncertach, w którym słychać życiową siłę przewyższającą wszystkie rozczarowania. W razie czego pamiętajcie – krótkie „Pysk, Pysk!” zabrzmi lepiej niż „Py-ska-ty!”.

16. Brodsky „Death Note (With The Eyes Of God)”

Bajki mają to do siebie, że oglądając je, zazwyczaj chcielibyśmy, by stały się częścią rzeczywistości. Opowieść o Brodskym nie jest jeszcze bajką o Kopciuszku, a jedyne, co łączy mieszkającego w Kaliningradzie Rosjanina z postacią z licznych opracowań (istnieje ich ponoć ok. 700) to obuwie, konkretnie zaś sklep z butami, w którym pracuje muzyk. Ciekawe, czy to znoje codzienności (z tego, co czytałem wynika, że z jego rodzinnego miasta są tylko dwie drogi ucieczki – w alkohol lub kreatywność) sprawiły, że napisał kompozycję, przy której dzieci rozdziawiają buzie i robią wielkie oczy jak wtedy, gdy widzą światełka na choince? „Death Note (With The Eyes Of God)” momentalnie przykuwa uwagę ślicznym motywem wygrywanym na kalimbie, ale z czasem odkrywamy też inne smaki, jak np. trącenia strun w skrzypcach, które są jakby ostatnim pociągnięciem pędzla na płótnie z bogatym w szczegóły obrazie, nie Pablo Picasso, ale Pieter Bruegel (starszy). Czy to jeszcze barokowy pop czy już muzyka poważna? Co nie jest w tej opowieści bajką, to to, że Brodsky nadal nie otwiera koncertów Sufjana Stevensa, co zaś pod nią podpada, to fakt, iż swoją muzykę rozdaje za darmo, choć warta jest góry złota.

15. Wiz Khalifa „Morocco”

Ostatnim razem, gdy muzyka dopadła marokańska chandra, powstało znakomite „Out Of Time” zespołu Blur i mowa była o tym, że coś ważnego nam umyka, jeśli przez życie gonimy na oślep. Tym razem chodzi o, no właśnie, fałszywych przyjaciół przypatrujących się ludziom, którzy wskoczyli do pociągu? Można i tak zinterpretować tekst Wiza, rzucić jako pierwszy kamieniem, ale co jeśli rzeczywistość podpowie dużo bardziej prozaiczną, niepokojąco znajomą myśl: „Say that they / Are happy that you made it / But really, they wish it was them”? Znany z kontrowersyjnych artystycznie wyborów Amerykanin tym razem trafia bez pudła, porzucając w „Morocco” niemal zupełnie rapowanie na rzecz oddalonego śpiewu, który idealnie stapia się z płynącym swobodnie podkładem. Aż ciężko uwierzyć, że tak dobry utwór bardzo popularnego przecież wykonawcy przeszedł niemal zupełnie bez echa, zresztą wrzucony przez samego Khalife ot tak do sieci. Minięcie się z dotychczasowym elektoratem? W końcu „Morocco” przynosi Thomaza w odsłonie nie tylko wysmakowanej, ale i szokująco szczerej: „I smoke too much / I think I got a drinking problem / But if you were me / All of this / On your plate / F… would you do?” i nawet auto-tune’owe załkanie na samym końcu tak bardzo nie razi.

14. inc. „5 Days”

Jestem w stanie sobie wyobrazić, że bracia Aged po wydaniu w barwach 4AD debiutanckiej EP-ki przejęli się krytycznymi opiniami i postanowili spróbować raz jeszcze, ale kolejne podejście poprzedzając już ostrymi treningami. Udało się. To co aktualnie wychodzi ze studia Kalifornijczyków sprawia, że to właśnie inc. skupiają uwagę, gdy myślimy o longplayach, które mogą namieszać w 2013. Tadeusz Sznuk puszcza uczestnikowi „Jednego z dziesięciu” fragment „5 Days” i mówi: „Z jakiego okresu pochodzi ten utwór? Można się pomylić o pięć lat”. W odpowiedzi pada (załóżmy, że trafiło na melomana) „93 rok”. Bingo, może pan wyznaczyć przeciwnika lub wziąć pytanie na siebie. Muzykę Andrew i Daniela ciężko nazwać zainspirowaną R’n’B lat 90. – to jest R’n’B tamtego okresu, ale zatrzymujące się chwilę przed tym, gdy ich krajanie opakowali je tandetnym plastikiem. Zamiłowanie do organicznego grania tej dwójki sprawia, że bliżej mu do nastrojowych kompozycji The Roots, niż cyfrowych produkcji z końca dekady autorstwa Timbalanda, a w czwartej minucie, gdy gitarowa plecionka wchodzi w dialog z refleksyjnymi akordami na pianinie, dzieją się jakieś cuda.

13. Ian Crause „More Earthly Concerns”

Jak zwykło się przyjmować, Disco Inferno to grupa otoczona kultem, ale przez małą grupę fanów. Dowodzone przez Iana Crause’a, skupione na wytyczaniu nowych ścieżek (nawet pojemny termin „post-rock” nie wyrabia, w świecie muzyki Anglicy byli tak naprawdę odrębnym głosem) trio, pionierzy, jeśli chodzi o DIY sampling, buntownicy skupieni na dekonstrukcji piosenek, ale z inklinacjami do pisania chwytliwych linii melodycznych – to wszystko oni. Anegdot z funkcjonowaniem Disco Inferno jest dużo, łącznie z tą, że odpowiedzialny za kompozycje i brzmienie utworów zespołu Crause (poszukiwany przez miłośników swojego talentu) odezwał się po latach na jednym z for internetowych stwierdzając, że osiadł w Boliwii, odcięty od świata. Ostatnimi czasy wreszcie coś ruszyło – jeszcze w 2011 r. ukazała się reedycja pięciu EP-ek DI, a w 2012 premierowe „More Earthly Concerns” i odwołująca się do greckiej mitologii, podzielona na trzy części kompozycja „The Song Of Phaethon”. Pierwsze wyjście po latach z cienia w wykonaniu Crause’a brzmi, jakby artysta rozpoczął tam, gdzie ostatnio skończył, przynajmniej w stricte artystycznym koncepcie. Pokrętna przebojowość, przejścia od piosenkowej formy do słuchowiska, od śpiewu do melorecytacji i z powrotem, ciężkie do zidentyfikowania dialogi w tle, samplowanie alarmu samochodowego, wpadająca w ucho gitara. To wszystko razem powinno dać dźwiękowy bełkot, a nie jeden z numerów roku, ale w świecie Disco Inferno dwa plus dwa nie równa się cztery. Czy ja tu słyszę harfę?

12. Mela Koteluk „Niewidzialna”

W tylu miastach tyle lamp dawno zgasłych / Domy stoją aż po dach w książkach nieczytanych / Niezarysowanych płyt w alfabetycznym ładzie / Nie zdążyły jeszcze przejść twym zapachem” – Melę Koteluk często myli się z inną polską artystką, ale w „Niewidzialnej” łatwo pomylić ją po dwakroć. Nietrudno także zbyć piąty indeks na debiutanckim „Spadochronie” obojętnością, np. dla obcokrajowca niemówiącego po polsku, wyabstrahowanego z rodzimych kontekstów, ta piosenka jest niema. Jednostajne fortepianowe plumkanie miast przebojowej progresji akordowej, granie klimatem w miejsce singalongu – gdzież „Niewidzialnej” do „Melodii ulotnej”, tytułowego „Spadochronu” czy „Dlaczego drzewa nic nie mówią”. Mimo to coś gniecie, uwiera, pojawiający się na wysokości 2:57 saksofon wcale nie relaksuje, a „lalalalalaj” nie jest beztroskim przyśpiewem, tylko jakby echem czegoś post-factum, i to bardzo przykrego czegoś. Gdy wreszcie odkryjemy clue tej piosenki, eksplozja instrumentalno-wokalna w czwartej minucie dosłownie przyszpili nasze trzewia do siedzenia i za każdym kolejnym odtworzeniem będzie szokować tak samo. Sztafeta pokoleń w „Niewidzialnej” zostaje zarysowana aż nadto wyraźnie, dla mnie nie ma wątpliwości – Koteluk, Nosowska, Osiecka.

11. The Ice Choir „Teletrips”

Bo revival też trzeba umieć robić. The Ice Choir nie proponują żadnych nowych rozwiązań, są jakby żywcem wyjęci z lat 80., co w przypadku każdej powtórki z rozrywki zwykle kończy się w podobny sposób. Masz fajne piosenki, pozostajesz w grze, z szansami na pozyskanie fanów, nie masz, wszyscy wytkną ci kopiowanie cudzych pomysłów. Na szczęście kwartet z Nowego Jorku odhacza w okienku opcję numer jeden, częstując nas najsmakowitszymi czterema minutami sophisti-popu 198… 2012 roku. W „Teletrips” kompozycyjnie zebrano wszystko, co sprawia, że jestem szczęśliwy, gdy słucham piosenki – weźmy choćby samo wejście i opadające klawisze, syntezatorowe basy, fajny refren czy przywołujące skojarzenia z zachodzącym słońcem rozmarzenie ostatnich taktów. Skłonność do przerysowanej stylówy (panowie, c’mon – na wejściu utrudniacie mi polecanie Was) jest odczuwalnym brzemieniem, ale nie powinna przykrywać najważniejszego. Jeśli na Waszej półce stoją takie krążki jak „Cupid & Psyche ’85” lub „The Lexicon Of Love”, właśnie przybijamy piątkę.

10. Grizzly Bear „Yet Again”

Nie zasypiaj gruszek w popiele, pracuj, nic nie jest dane raz na zawsze” – mogliby powiedzieć Edward Droste, Daniel Rossen, Chris Taylor i Christopher Bear gdyby nie fakt, że nie mają raczej zapędów moralizatorskich, po prostu robią swoje. Bo kto w 2009 roku, kiedy wokół Animal Collective trwała internetowa histeria, Amerykanie podbijali listy roczne kilkoma piosenkami, a ten drugi kwartet do boju wystawił tylko „Two Weeks”, przewidywał, że trzy lata później to Grizzly Bear wysuną się na prowadzenie, zaś o Aveya i spółkę nie upomni się pies z kulawą nogą? By uświadomić sobie dobitnie, z jak kompleksową kreacją mamy do czynienia w przypadku „Yet Again”, proponuję pewien eksperyment. Znajdujemy kogoś, kto nie zna ani tego utworu, ani w ogóle zespołu, odtwarzamy samą końcówkę „Yet Again”, gdzieś tak od 4:21, ten fragment, w którym Bear wyżywa się na zestawie perkusyjnym i prosimy słuchacza, by odniósł słyszane dźwięki do jednego gatunku muzycznego. Potem puszczamy mu całość i obserwujemy reakcję. Parę lat temu Animal Collective nazywaliśmy „najważniejszym zespołem świata” tudzież „najważniejszą grupą po Radiohead”, a Grizzly Bear czekali grzecznie w kolejce. Luźna uwaga to czy symboliczne skojarzenie, że początek „Yet Again” jak dla mnie pachnie „Knives Out”?

9. Burial „Loner”

Świat mógł zostać zalany tysiącem produkcji dubstepowych od momentu ich boomu, ale brzmienie utworów ojca chrzestnego tego gatunku elektroniki jest tak charakterystyczne, że z miejsca wiemy, kto powrócił. Żeby jednak nie było za łatwo, w „Loner” pozostający ciągle w ukryciu artysta pokazuje swoje inne oblicze – w miejsce akcentu rytmicznego na trzy regularny house przetykany sentymentalnym spojrzeniem wstecz na epokę rave’u, agresywne arpeggia i przetworzone wokalne ścinki, które jako jedyne nawiązują do typowego Buriala. Zauważyliście, w jaki sposób londyński producent uzyskuje efekt niepokoju? W tym zakresie pracę wykonują tak naprawdę detale, klawiszowe pomruki, które wchodzą zaraz po bicie, szumy niczym z policyjnej krótkofalówki, głos rzucający czujnie na samym wejściu kompozycji „There’s something out there”, trzaski płyty winylowej. I gdy wydaje się, że Bevan postanowił uspokoić słuchacza (anielski fragment w siódmej minucie z „hold on” wyśpiewywanym przez łamiący się kobiecy wokal), najwidoczniej nagrał mu się niechcący fragment jakiegoś horroru, który czekał spauzowany w zakładce obok. Najbardziej przebojowa kompozycja Buriala stała się faktem.

8. KAMP! „New Frontier”

Liczby nie kłamią – 8. miejsce dla momentu zwrotnego historii opowiedzianej na „KAMP!” to wyżej zarówno od „Cairo”, jak i „Breaking A Ghost’s Heart”, które w poprzednich latach także trafiły na listę najlepszych piosenek roku. W „New Frontier” łódzko-wrocławskiemu triu udało się upiec kilka pieczeni na jednym ogniu. Co ja mówię, oni dokonali nie byle jakiej sztuki! Taneczność? Jest. Złożona kompozycja? Także. Dramaturgia, hooki, utrzymanie poziomu przez całe osiem minut? No naprawdę, z której strony by nie obchodzić tego kawałka, nie można do niczego się przyczepić. Obrzydliwie chwytliwa melodia w punkcie kulminacyjnym pomiędzy 3:34 a 4:36, majestatycznie i orientalnie brzmiące klawisze w 30 sekundzie, pierwsze nabicia Michała Słodowego, daftpunkowe rozwiązanie akcji, wyciszona końcówka – pewnie i Ty masz swój ulubiony fragment na „New Frontier”, do wyboru jest ich tak dużo. Mówią na mieście, że za KAMP! ciągnie się paru malkontentów, których ulubionym zajęciem jest najwidoczniej zamęczanie siebie i innych. „So this is one more time to believe” odpowiadam im wtórując wokaliście Tomkowi Szpaderskiemu.

7. Frank Ocean „Lost”

Zwizualizujmy to sobie. Lipiec, jest ciepło, ale delikatny wiaterek daje sporo wytchnienia, ostatnia piosenka na bisie, kilkudziesięciotysięczny tłum faluje przy „Lost”. Indeks jedenasty na „channel ORANGE” wydaje się być stworzonym na takie okoliczności jak również do robienia apetytu na zapoznanie się z całym krążkiem w przypadku tych słuchaczy, którzy tego jeszcze nie uczynili (ja np. tak miałem), stricte muzycznie to typowy haczyk. Jednak związek „Lost” z debiutanckim longplayem Oceana jest bardziej ważki, bo niby jaki tekst ukrył Amerykanin za tą chwytliwą, beztroską melodią? To narracja chłopaka dziewczyny uzależnionej od narkotyków, opowieść o miłości igrającej z ogniem, bo tkwiącej w okowach grzechu. Czyli kombinacja słodyczy upchanej w samą kompozycję i wokal Franka (choć tu jakby lekko zbolały) i dramatu, a taka powtórzy się na „channel ORANGE” jeszcze wielokrotnie.

6. Yeasayer „Blue Paper”

Jak oni to robią? Nawet jeśli nie udaje im się wprowadzić do podsumowań swoich krążków, choć często dzieje się dokładnie na odwrót, to co kilka lat za każdym razem obłowią się chociaż w singlach. Dalej mogę mówić tylko za siebie – album „Fragrant World” zniknął mi z oczu, ale w przypadku zestawienia piosenkowego bardzo mocną kandydaturą pozostawała „Henrietta” (odnotowana zresztą na liście rezerwowych utworów), a „Blue Paper” było niemal od początku nie do ruszenia, żelaznym faworytem. W rozegraniu tej kompozycji przez Yeasayer najbardziej imponuje mi to, że z najbardziej smakowitym kąskiem, czyli obłędną linią melodyczną na przełomie trzeciej i czwartej minuty zaczekali niemal do samego końca, podczas gdy wielu ich znajomych po fachu wyeksploatowałoby ją do tego czasu już co najmniej dwa razy, najpewniej refrenami. Tyle że trio wcześniej także częstuje nas na bogato, czy to będą klawiszowe plamy na otwarciu, czy pompująca endorfiny gitarka na wysokości 1:37. I gdy już jesteśmy napchani przeróżnymi delikatesami, pac!, na tort spada wisienka.

5. Frank Ocean „Thinkin Bout You”

Czego by nie sądzić o Franku Oceanie, co do jednej kwestii wszyscy możemy się zgodzić – z jego emocjonalnym podejściem do życia co jakiś czas wprowadza zamieszanie. Konflikt z The Eagles po buchnięciu im „Hotel California” (zespół miał rację, Francis nie samplował hitu sprzed dekad, ale zaadoptował literalnie całą ścieżkę dźwiękową do swoich potrzeb), otwarty list, w którym ujawnił swoją orientację, a który oczywiście zapewnił mu kilka tysięcy więcej odbiorców „channel ORANGE”, wreszcie status piosenki „Thinkin Bout You”. Oryginalnie napisana przez Oceana dla Bridget Kelly, która jeszcze w 2011 r. zdążyła ją zarejestrować w dwóch wersjach, ale potem wzięta z powrotem, przerobiona, i jakby nie patrzeć, dziś wszyscy kojarzą „Thinkin Bout You” jako utwór Amerykanina (którym to przecież w świetle songwritingu jest). Czy podpada to więc pod nowe ujęcie starego kawałka, dla których miało nie być miejsca na tej liście? Jednak „Thinkin Bout You” w wykonaniu Franka Oceana nabiera zupełnie innego wymiaru, i nie chodzi ani o smyczki, których nie było w wersji Kelly, ani o technicznie lepszy wokal. W tej produkcyjnie pozbawionej fajerwerków piosence, z chyba już słynnymi wersami „A tornado flew around my room before you came / Excuse the mess it made / It usually doesn’t rain”, rzecz rozgrywa się w głosie piosenkarza. Nagle uniwersalna opowieść o bólu związanym z nieodwzajemnionym uczuciem, gdy Frank wzbija się na głęboko poruszające słuchacza rejestry, staje się nad wyraz osobistą historią, choć krępująco skądś nam znaną.

4. Death Grips „Hacker”

Death Grips

Przytłumione odgłosy dyskoteki słyszalne na początku „Hackera” mogą wywołać sympatyczne skojarzenia z „Revolution 909” Daft Punk, ale potem określenia takie jak „miły”, „przyjemny” lub „fajny” na nic się zdadzą przy mówieniu o utworze duetu z Sacramento. Agresywne melodeklamacje Burnetta, totalnie bełkotliwe, chyba że uznać je za zapis słowny języka internetu w wersji „globalny śmietnik”, wtedy wszystko się zgadza, inwazyjne elektroniczne sample osiągające apogeum w antemicznym refrenie, ogólnie zaczepny charakter kawałka – wypada podziękować, że obyło się bez żywego bębnienia Hilla, bo tego by już nikt nie przeżył. Death Grips nie grają utworów (nawet głupio użyć słowa „piosenka”), oni dają nimi w pysk. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że „Hackera” umieścili na samym końcu „The Money Store”, najbardziej intensywnej płyty w moim zbiorze od czasów „Source Tags & Codes”. Zdecydowanie nie słuchać po kawie lub napojach wyskokowych – grozi zamieszkami.

3. Fair Weather Friends „Fortune Player”

Pierwszy album, pierwszy singiel i od razu najwyższe miejsce spośród wszystkich rodzimych piosenek w 2012 roku – to się nazywa debiut! Ale czy mogło być inaczej? Tak naprawdę Fair Weather Friends wskoczyli na fotel (polskiego) lidera gdzieś w okolicach mojego pierwszego spotkania z „Fortune Player” i już go nie oddali, nie był on nawet przez sekundę zagrożony. Nie byłoby tak dobrego wyniku, gdyby nie popis wokalny Michała Maślaka. Bez niego piosenka zespołu ze Śląska to po prostu sympatyczny electropop, z nim (jakieś 90% wartości całego tracka) rzecz, którą możemy pokazywać z dumą na świecie. „To jest z Polski?!” – ciekawe, ile osób tak jak ja nabrało się, że autorów kawałka „Fortune Player”, który leciał w oficjalnych reklamach Open’er Festivalu 2012 i Coke’a, należy szukać wśród czarnych bandów ze Stanów Zjednoczonych? Pewnie moglibyśmy z tej liczby utworzyć sporą grupę na Facebooku. Choć największy jak dotąd przebój kwartetu na powierzchnię wypłynął w lutym, apogeum popularności osiągnął w okresie wakacyjnym, co nie pozostaje bez znaczenia. Letnia, nośna piosenka o miłości z tak lubianym w tego typu opowieściach happy endem, w której jedni usłyszeli Caleba Followilla z Kings of Leon, inni wokalistów o bardziej ciemnym kolorze skóry, idealnie trafiła w swój czas i adekwatnie go ujęła. Twórcy muzycznych pocztówek pewnie nie śnili o tym, że kiedyś takową będzie cyfrowy plik, a gdy wyjmiemy z półki album „wakacje 2012”, znajdziemy tam widokówkę z czterema facetami, z podpisem „Fortune Player”.

2. Frank Ocean „Pyramids”

W momencie premiery „Pyramids” Ocean zacierał ręce chwaląc się, iż „strollował przemysł muzyczny”. Faktycznie, zdecydować, by drugim singlem promującym debiutancki album była epicka, złożona z dwóch części i różnych narracji, przeszło 9-minutowa kompozycja, mógł tylko szaleniec lub wizjoner. Moim ulubionym spostrzeżeniem odnośnie indeksu dziesiątego na „channel ORANGE” jest to autorstwa Katherine St. Asaph, która zauważyła, że niektóre partie w „Pyramids” brzmią, jakby zostały nagrane w 2018 r. (inni mówili o „Paranoid Android” muzyki R’n’B, padły porównania do Prince’a czy sposobu opowiadania historii przez Boba Dylana). 34 lata czekał świat muzyczny, by ktoś podjął rękawicę rzuconą przez The Police w „Roxanne”, a gdy wreszcie się to stało, uczeń co najmniej dorównał, jeśli nie przerósł mistrza. Chyba nie ma sensu przytaczać wszystkich zwrotów akcji, które dokonują się w „Pyramids” – w 2012 r. słuchaliśmy tego utworu na okrągło, a jeśli kogoś on w jakiś raczej mniej, niż bardziej zrozumiały sposób ominął, zazdroszczę. Właśnie jesteś na prostej drodze do wyjęcia ze swojego życiorysu paru godzin tylko na zapętlanie jednego kawałka. Zamiast po raz wtóry opiewać nośną linię melodyczną wyśpiewywaną przez Franka, podniosłe, kierujące od razu nasze myślenie na tory „tak się zaczyna klasyk” wejście, pasaż w piątej minucie między dwiema częściami, egipski motyw wygrywany na klawiszach, wieńczącą całość solówkę Johna Mayera, pomyślmy przez chwilę, że to wszystko NAPRAWDĘ dzieje się w jednej piosence. Nie czterotomowe dzieło literackie, nie nowy film Petera Jacksona, nie kilka lat z naszego życia, po prostu zwykła(?) piosenka.

1. Grimes „Oblivion”

Kanadyjczycy już tak mają, że w zimie często zgarniają złote medale. Claire Boucher stanęła w konkury o główny laur, gdy jeszcze nie opadł śnieg z lutego 2012, by rok później wygrywać z „Oblivion” zestawienia piosenkowe na całym globie. Z jednej strony szum wokół singla promującego debiutancką płytę Grimes w 4AD (ktoś jeszcze pamięta, że dopiero drugiego, po wcześniejszym „Genesis”?) mógłby posłużyć jako rozważania na temat, kto i jak duży ma wpływ na nasze zajawki. Wszak z zainteresowaniem i tłumnie ruszyliśmy sprawdzić wideoklip do „Oblivion”, już z uprzednio zaszczepioną potrzebą, a tego zjawiska by nie było, gdyby nie podgrzewanie hype’u przez pewien amerykański serwis. Z drugiej strony, fioł na punkcie „Oblivion” był autentyczny, w głowach słuchaczy nie działo się nic poza chęcią dzielenia się ze światem tą piosenką, najprostsza rzecz pod słońcem. Chciałoby się powiedzieć, że tak prosta, jak sama kompozycja. Przecież oprócz zaledwie trzech na całą kompozycję motywów klawiszowych, infantylnych zaśpiewów artystki z Vancouver (w singlu Grimes nie ma nawet refrenu!), tu nic więcej songwritersko się nie dzieje. I myśmy przez tak bogatą treść nabili ponad 4 miliony odsłon „Oblivion” na YouTube! Bo chodzi tu o ducha całości, a nie pięciolinie i szacunki. Oczyma wyobraźni widzę tych wszystkich muzyków wkładających wysiłek w nieszablonowy koncept na granie, intrygujące kompozycje, wirtuozerię, których trafia szlag. Raz jeszcze okazuje się, że czasem mniej znaczy więcej, a drogi do swojego Złotego Graala nie da się zaprogramować.

 

About these ads

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Najlepsze piosenki 2012 at .

meta

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.