KAMP! „KAMP!”

12 Grudzień 2012 § Dodaj komentarz

KAMP!

Cześć, długo czekałaś? Ja prawie cztery lata, choć z drugiej strony słowo „czekać” oznacza intencjonalne określenie się za. Skoro tak, to u mnie wyczekiwanie raczej dojrzewało, kształtowane przez kolejne wydarzenia, pierwsze koncerty KAMP! w moim mieście (zabawne, że na drugim było ok. 30 osób, na ostatnim, dwa lata później – 300), ale i minięcie się z nimi na Open’erze w 2009 r. oraz zapchany namiot na OFF Festivalu w 2011, i kolejne wydarzenia, sukcesy w pytaniach bez odpowiedzi, wreszcie symboliczne postawienie kropki nad „i”. Pokazuję Ci te wszystkie wycinki prasowe po to, byś zrozumiała, że nie tylko od zawsze rozumiałem fenomen KAMP! – ja robiłem wszystko, by ten płomień pomóc rozniecić, a potem go podtrzymać. I wierz mi, nie ma większej satysfakcji niż to, gdy kredyt zaufania zostaje spłacony, a odsetki wracają w postaci uśmiechu na twarzy z trafionej inwestycji w drugiego człowieka. Szczególnie, gdy na to wszystko trzeba było długo poczekać.

Największym problemem płyty „KAMP!” są… słuchacze czy konkretniej – pewna ich część nie potrafiąca się otworzyć, obudzić, że to już, która znała ten krążek nim go po raz pierwszy usłyszała. Wiesz, okazuje się, iż wystarczającym „grzechem” artysty może być to, że tworzy dzieło takie, na jakie ma ochotę on sam, rozminięcie się z oczekiwaniami odbiorców. Tymczasem jeśli prześledzić ciągle kiełkującą karierę łódzko-wrocławskiego tria, ewidentnie widać, że po „Breaking A Ghost’s Heart” Tomek, Radek oraz Michał postanowili zdjąć trochę nogę z gazu. Nie licząc pojedynczych i to koncertowych wybryków (coraz mniej studyjnych), można wręcz zaryzykować taką tezę – słuchacze byli konsekwentnie przygotowywani na to, co słyszymy na debiutanckim longplayu. Więcej, ta pozorna słabość dla mnie osobiście jest ich największym w 2012 r. sukcesem. Otóż po zapoznaniu się z aktualnym wcieleniem artystów, nie chciałbym usłyszeć w to miejsce „tanecznego KAMP!” (bo przecież o to poszło), ufam im, że tak miało być i tak jest najlepiej. O argumentach mówiących o tym, jakoby self-titled album w konfrontacji z zagranicą był zapóźniony nie chce mi się nawet dyskutować, bo jakie to argumenty, gdy ktoś np. nie zna wyróżników gatunkowych chillwave’u i błędnie klasyfikuje w poczet takiego grania KAMP!? Tak na marginesie powiem Ci, że szczęśliwy to będzie czas, gdy polscy recenzenci otrząsną się z kompleksów i neurozy, jak wypadamy na tle Zachodu, czy jesteśmy wystarczająco fajni i czy to już.

KAMP! mogli przygotować zestaw singli, nagrali longplay w klasycznym tego słowa znaczeniu. Tej płyty można słuchać w co najmniej trójnasób. Potraktować ją jako podróż geograficzną, która rozpoczyna się w krainie wodospadów i lagun południowego Meksyku („Oaxaca”), prowadzi przez najpotężniejsze egipskie miasto („Cairo”), skrzący się nocą tysiącem świateł Półwysep Iberyjski („Lux Lisbon”), kończy gdzieś w basenie Morza Śródziemnego (skoro „Sirocco”, czyli suchy i gorący wiatr wiejący w tym rejonie znad północnej Afryki), ale przecież i „International Landscapes”, i „Distance Of The Modern Hearts”, i „New Frontier” wskazują na geografię oraz… dystans. Zobacz, ten ostatni jest drugim możliwym odczytaniem „KAMP!”. Niewątpliwie od słów „I’ve wasted every chance / But it feels so good / Time to reearange / Do we ever tend to change / Do we ever tend to change at all” począwszy, na „If my heart is real / It’s all you ever need to know” skończywszy, odpowiedzialny w zespole za teksty i wokale Tomek Szpaderski przez jedenaście tracków opowiada nam jedną, konsekwentnie rozwijaną narrację. Raczej niewesołą, raczej mleko się rozlało i trwają zamieszki, ale czy z happy endem, jak przystało na dobre opowieści (bo za taką cały czas uznaję tę nie fikcyjną, czyli karierę autorów płyty)? Zabawne, że w przedostatnim „New Frontier” nim zobaczyłem słowa piosenki, słyszałem ciągle (błędnie) „With a diamond ring you said I brake the ice” (jest „You try to build the future on your past / With a diamond ring you celebrate the hours”). Masz rację, głowa sama dopowiedziała jedyne akceptowalne w tej bajce rozwiązanie, ale chyba niewiele się pomyliłem – na końcu utworu pada „This is one more time to believe / You are not alone”, po prostu „Sometimes you go too far”, jak słyszymy w „Sirocco”. To anturium na okładce to chyba na zgodę? Jak myślisz? Trzecim odczytaniem jest podróż jako sen. Wsłuchaj się wnikliwie w przejście pomiędzy np. „Can’t You Wait” a „Sulk” lub „Melt” i „Lux Lisbon”, w te fantasmagoryczne zawijasy gdzieś na drugim, trzecim planie, w świergot (rajskich?) ptaków. To wszystko razem składa się na marzenia, z objęcia których niewątpliwie ciężko się wyrwać (jak to ze snem już bywa).

Cichym bohaterem, na którym zwykle nie skupia się wzrok fanek, jest na tej płycie Radek Krzyżanowski. Oj przestań, wiem, że zawsze patrzysz na Tomka. I Michał Słodowy, i Szpaderski nie są i nigdy nie byli statystami – KAMP! gra zespołowo. Ale nie jest chyba wielką tajemnicą, kto robi za szalonego elektronika ogarniającego te wszystkie świecidełka, klawisze, efekty, które składają się na przebojowe piosenki? A przecież brzmienie pierwszego w dorobku trójki artystów longplaya (wszystko wyprodukowali sami, zajęło im to dwa lata) jest cudowne! „KAMP!” słuchaj, także dla własnego dobra, w audio lub z winyla, i nie mówi Ci tego audiofil. Dobrym przykładem na zobrazowanie tej tezy „Can’t You Wait”, w którym basowy klang napina się i strzela nam nad głową niczym bicz, a saksofon niesie miodność tego kawałka przynajmniej nie gorzej niż dęciak znany z „Midnight City” M83. Słucham? No ten z reklamy Lecha. Dalej – weźmy „Oaxaca” i bulgoczący bit przypominający odgłos wstrząśniętej butelki z napojem gazowanym, orientalne zdobienia słyszalne ledwie co na początku „Sulk”, zastopowanie dobrze znanego nam biegu wydarzeń w „Distance Of The Modern Hearts” (kolejny nieudany zarzut oponentów, jakoby KAMP! wrzucili na płytę też starocie – przecież ten kawałek jest teraz inny!), gasnący pogłosem ostatni akord w „Cairo”. O tym krążku można dyskutować skupiając się na detalach lub zachwalać brzmienie jako całość, i tylko temu poświęcić odrębny tekst. Czy to nie wystarczający komplement? Dostałaś kiedyś wiersz opiewający wyłącznie Twoje oczy? A wierz mi, stać mnie na to. Udanym zabiegiem, co już wyłania się z moich wcześniejszych słów, okazało się połączenie jedenastu utworów w jedną całość. I tak najmniej dotychczas przebojowy singiel w dorobku grupy, czyli „Sulk”, osadzony w konkretnym kontekście, pasuje idealnie, zawsze wydające mi się lekko mętne i troszeczkę banalne kompozycyjnie „Heats” staje się kolejnym rozdziałem opowieści, „New Frontier” jest jej punktem kulminacyjnym i zarazem rozwiązaniem, a „Sirocco”, bez swojego otoczenia pozostające bez szans, logicznym epilogiem. I nie wierz tym, którzy mówią, że jeśli chodzi o hity, skończyli się na „Breaking A Ghost’s Heart”. „New Frontier”, „Can’t You Wait”, „Oaxaca”, „Lux Lisbon”, „Melt”, by wymienić tylko nowości. Zresztą kawałkowanie „KAMP!” nie ma sensu – ta płyta to jeden wielki przebój.

Przepraszam, znowu Ciebie zagadałem, no ale tak już mam, jak mi na czymś zależy. Pamiętasz jedyny wers z „Sirocco”? Po prostu ja czasami za dużo mówię, a Ty za daleko się posuwasz w swoich dąsach, hehehehe.

No już, żartowałem, nie gniewaj się. Przecież i tak to tylko sen, a Ciebie tak naprawdę nie ma.

Ale „KAMP!” wydarzyło się naprawdę i wszystkie moje komplementy nie były senną iluzją. Obudź się, bo prześpisz coś ważnego.

About these ads

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading KAMP! „KAMP!” at .

meta

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.