Afro Kolektyw „Piosenki po polsku”

26 Listopad 2012 § Dodaj komentarz

To nie tak miało wszystko wyglądać. I wbrew pozorom nie chodzi mi wcale o zawartość czwartego longplaya warszawskiego zespołu.

Jak wiecie lub nie, współorganizowałem w Lublinie koncert Afro Kolektywu oraz Crab Invasion. Dokładnie do godz. 18 piątku 23 listopada, gdy okazało się, że ci pierwsi mieli wypadek i możemy zrealizować tylko 2/3 planu (najważniejsze i tak, że nikomu nic poważnego się nie stało). Specjalnie zwlekałem z recenzją „Piosenek po polsku”, nie chciałem jej dawać przed tym występem, czyli od dobrych… paru miesięcy, liczyłem, że wrzucę ją po gigu. Z bardzo prostej przyczyny – wszelkie pochwały pod adresem tej płyty mogłyby w świetle organizacji koncertu zostać odebrane jako specjalne lansowanie eventu i zaszkodzić, bo zniechęcić część czytelników, samemu krążkowi. Choć kolejność była odwrotna, Afro Kolektyw towarzyszą mi od czasów nastoletnich, chcieliśmy ich ściągnąć jeszcze przed premierą „Piosenek”, sam longplay mnie tylko bardziej zmobilizował do działania – brałem ten negatywny scenariusz pod uwagę. Wtedy czas działał na korzyść, teraz już nie ma na co czekać, tym bardziej, że na żywo z sekstetem zobaczymy się najwcześniej za parę tygodni, a zdecydowanie jest co rekomendować.

Piosenki po polsku” to najlepszy rodzimy krążek z datą „2012”. Z wielu powodów. Tekstowo to ich najdojrzalszy, najpoważniejszy album, nie mieli wcześniej w dyskografii tak mocnej pozycji, choć przecież Afro tekstami stoi. Spotkałem się nawet z opinią, że wersy Michała Hoffmanna mogłyby zostać wydane jako tomik, do czytania. Afrojax sypie bon motami na każdym kroku, ale tym razem mają one dużo większy ciężar gatunkowy niż zwykle. Podejrzewam, że duże znaczenie na ich odbiór przez słuchacza ma to, czy odnajduje on w nich swoje życie. Jeśli tak, to, ugh, ta płyta przeczołguje po chodniku. „Nieodłączną częścią życia strach i ból / I chcę podkreślić to waląc głową w stół” (radykalizacja nastrojów wraz z biegiem piosenki – wszak we wcześniejszym refrenie pada „waląc kuflem w stół”) i dalej „Kontynuując tę jakże cenną myśl / Ten kto nic nie może, nie dostanie nic / Więc niech zniknie puch i plusz, niech żyje chrom i stal / A frajer zawsze jest winien sobie sam” (zwróćcie uwagę, jak Hoffmann podkreśla frustrację wydarciem się „niech żyje chrom i stal” przy powtórzeniu tej frazy) w „Wiążę sobie krawat”. „Śpiewam faktom na przekór, że jesteś wspaniała / Chcesz przecież kłamstw na trzeźwo, a nie chcesz prawd na fleku / Wbrew przesłankom się staram też szukać talentu w człowieku / A tak w ogóle / Dlaczego wojny? / Dlaczego śmierć w tak młodym wieku? / Dlaczego mnie to nie interesuje?” w „Idź i obmyj w sadzawce Syloe” można by odrzucić jako skrajny przejaw nihilizmu i głupiego egocentryzmu, gdyby nie to, że kilka wersów wcześniej podmiot liryczny rzuca jedną z najdojrzalszych myśli na całej płycie: „Udźwignę ten ciężar wielki i najpierw udam się na podbój wszechświata / Potem zmogę stres / Los wygram z loterią / Dam demonom swym mata / Tak by było najprościej / Ale życie nas bierze serio i wymaga odwrotnej kolejności” (przenikliwa obserwacja, chyba nie tylko młodzieńczej, naiwności).

Jeśli w „Syloe” Hoffmann osiągnął mistrzostwo w trafianiu w sedno, to co powiedzieć o „Czasem pada śnieg w styczniu”, gdzie za pomocą pogodowej metafory Afrojax maluje obraz, w którym wszystko się zgadza, jest na swoim miejscu? Jak sobie poradzić z ironicznym refrenem „Mało miejsca na dysku” („Gdy masz płacić, nie płać mi / Nie muszę nic / Możesz wpuścić, zamknąć drzwi / Ja naprawdę nie muszę nic”) i wersami „I nie ma tak, że gdy już nie szukasz szczęścia, to samo znajdzie cię” czy „Może przede mną / Brazylia, Kanada, Australia / Może i śmiech co wszech ogarnia, ale nie mam czym się śmiać”? Jest jeszcze opowieść o tym, jak przewalone jest być facetem (niby do czego sprowadza się życzenie przyszłego taty w „Niemęskim graniu”, by jego dziecko urodziło się dziewczynką i „mogło się rozpłakać, załamać, cofnąć”?), zmaganie z absolutem („Człowiek guma”) czy największy lirycznie terror emocjonalny w dorobku Afro Kolektywu, „Jeżeli kiedyś zabraknie mnie”, który po ostatnim piątku zyskał tylko na sile („Chyba nie chcesz / By ostatnim odkryciem / Było, że to jest ostatni utwór na ostatniej płycie?”).

Właśnie przejrzałem powyższe cytaty i nawet jak dla mnie, osoby osłuchanej już z „Piosenkami po polsku”, są one dojmujące. Byłyby przytłaczające, gdyby nie jeden, maleńki, ale bardzo ważny szczegół. Kompozycje. Te wszystkie gorzkie rozkminki o życiu zostały opakowane w bardzo pogodną, niezwykle sprawną instrumentalnie, być może najbardziej przebojową muzykę w dyskografii Afro Kolektywu. Nie ma przypadku w tym, że „Wiąże sobie krawat” dotarło do czwartego miejsca listy radiowej Trójki, nawet jeśli wziąć pod uwagę skłonności masochistyczne Polaków. To po prostu niezwykle chwytliwy utwór! Jeszcze większy potencjał niesie w sobie „Czasem pada śnieg w styczniu”, co zresztą za parę tygodni zostanie podkreślone mocniej – póki co może nie zdradzajmy tajemnicy. Jest cudownie eightiesowe, ale na modłę polskiej szkoły pisania piosenek, „Mało miejsca na dysku”, jest to zwalniająca, to rozpędzająca się „Nasza doskonałość”, akustyczna wprawka „Człowiek guma”, retro „Do ukochanej pracy”… Duży wybór, właściwie tylko kontrowersyjny „Krótki film o kaszlu” wydaje się średnio udanym pomysłem. Michał Szturomski, Remek Zawadzki, Stefan Głowacki, Rafał Ptaszyński, Artur Chaber – wymieńmy wszystkich instrumentalistów Afro Kolektywu, bo każdy dołożył swoją cegiełkę do niewątpliwego sukcesu, jakim są „Piosenki po polsku”. I bardzo dobrze, że zespół postanowił zmienić swoje brzmieniowe oblicze – ile lat można tłuc to samo? To nie polski hip-hop (hehe). Muzycy już zapowiedzieli, że jesienne koncerty to ostatnia okazja do usłyszenia na żywo utworów z ich dwóch pierwszych płyt. Wobec tego obecni narzekacze za jakiś czas stracą powód do kręcenia nosem, za moment Afro jeszcze mocniej ukonkretni się w nowym wcieleniu i nikt nie będzie miał prawa czuć się oszukany.

Kilkanaście miesięcy od momentu premiery „Piosenek po polsku” daje mi pewną, inną niż ta oczywista (spokojne wyrobienie sobie zdania na temat płyty) przewagę nad pozostałymi recenzentami – mogę sprawdzić, jaki plon zebrał zestaw ich najświeższych kompozycji. Wygląda na to, że generalnie po raz kolejny zostali olani, choć tym razem zaczęli się z nimi liczyć najwięksi. To analiza sytuacji w mass mediach, które są, jakie są. Jest jednak jeszcze recepcja „przeciętnych” słuchaczy i tu jakby zarysowały się dwa obozy – jedni hejtują nowe wcielenie Afro Kolektywu, drudzy widzą w nim kandydata na tegoroczne podium, polskie na pewno. Jeśli tych pierwszych jest więcej, to dobrze. Dla ich zdrowia psychicznego. Źle dla słuchu, kształtowania gustu i… życia. Bo choć „Piosenki po polsku” nie są lekką strawą, gdyby je potraktować jako ostrzeżenie starszych kumpli, można zawczasu wyzbyć się tanich złudzeń i oszczędzić sobie na przyszłość bolesnych upadków. A to już coś.

About these ads

Tagged: , , , , , ,

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Afro Kolektyw „Piosenki po polsku” at .

meta

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.