The People’s List Pitchforka – wersja alternatywna
30 Sierpień 2012 § Dodaj komentarz
Pisząc o liście ulubionych płyt z lat 1996-2011 wg czytelników Pitchforka wspomniałem o wszechdominacji Radiohead. O ile obecność w zestawieniu aż pięciu płyt Wyspiarzy nie może na dobrą sprawę dziwić, o tyle nie da się ukryć, że wpychając do niego po kilka krążków swoich ewidentnych ulubieńców, Amerykanie zamknęli drogę wielu świetnym albumom. Postanowiłem sprawdzić, jak mogłaby wyglądać taka lista, gdyby pod uwagę wziąć wyłącznie pominięte w 200-tce longplaye oraz EP-ki. Całość oczywiście autorska, subiektywna, z kilkoma klasycznymi albumami, polskimi typami i obejmująca połowę, bo 100 pozycji do sprawdzenia w tym wpisie. Uwaga – pod poszczególnymi tytułami kryją się linki do utworów z kolejnych płyt, nie zawsze są to najbardziej oczywiste wybory. Tutaj do odsłuchania jako jedna playlista.
100. Washed Out „Within And Without”
98. Black Rebel Motorcycle Club „B.R.M.C.”
97. Art Brut „Bang Bang Rock & Roll”
96. At the Drive-In „Relationship Of Command”
90. MGMT „Oracular Spectacular”
88. The Tough Alliance „A New Chance”
87. U2 „All That You Can’t Leave Behind”
86. Jamiroquai „Travelling Without Moving”
85. Red Hot Chili Peppers „By The Way”
82. Boat Club „Caught The Breeze”
81. Queens Of The Stone Age „Rated R”
79. The Roots „How I Got Over”
78. De La Soul „Stakes Is High”
76. The Go! Team „Thunder, Lightning, Strike”
75. Amon Tobin „Supermodified”
72. Aaliyah „One In A Million”
71. Gatto Fritto „Gatto Fritto”
70. Klaxons „Myths Of The Near Future”
69. Zomby „Where Were U In ’92?”
68. Thundercat „The Golden Age Of Apocalypse”
67. Modest Mouse „We Were Dead Before The Ship Even Sank”
66. Yeah Yeah Yeahs „Show Your Bones”
65. Kings of Convenience „Declaration Of Dependence”
63. Q-Tip „Kamaal The Abstract”
62. Washed Out „Life Of Leisure”
61. Jurassic 5 „Quality Control”
60. The Field „Looping State Of Mind”
59. The Whitest Boy Alive „Rules”
58. The Dandy Warhols „Welcome To The Monkey House”
56. Jack Peñate „Everything Is New”
55. Kings Of Caramel „Kings Of Caramel”
54. Ścianka „Statek kosmiczny”
52. Super Furry Animals „Fuzzy Logic”
50. Super Furry Animals „Hey Venus!”
49. Prince Paul „A Prince Among Thieves”
48. The Field „Yesterday And Today”
47. Animal Collective „Fall Be Kind”
46. Lightning Bolt „Wonderful Rainbow”
41. Something Like Elvis „Cigarette Smoke Phantom”
40. Myslovitz „Miłość w czasach popkultury”
39. Gang Starr „Moment Of Truth”
38. British Sea Power „Do You Like Rock Music?”
37. The Roots „Things Fall Apart”
35. Junior Boys „So This Is Goodbye”
34. Air France „On Trade Winds”
32. The Libertines „The Libertines”
29. The Hives „Veni Vidi Vicious”
26. Lenny Valentino „Uwaga! Jedzie tramwaj”
25. MF DOOM „Operation: Doomsday”
24. Hot Hot Heat „Make Up The Breakdown”
23. Blackalicious „Blazing Arrow”
22. Radiohead „The King Of Limbs”
21. Junior Boys „Begone Dull Care”
19. Franz Ferdinand „You Could Have It So Much Better”
18. Avey Tare & Panda Bear „Spirit They’ve Gone, They’ve Vanished”
15. Common „Like Water For Chocolate”
13. Grammatik „Światła miasta”
12. Clive Tanaka y su orquesta „Jet Set Siempre No. 1”
11. Charlotte Hatherley „The Deep Blue”
10. Mos Def „Black On Both Sides”

Z definicji hip-hop, ale z zawartości rap, drum’n'bass czy nawet punk rock. Wspaniała, pozytywna płyta o tym, jak nie bać się życia, nawet gdy momentami jest ciężko.
9. The Car Is On Fire „Lake & Flames”

Z perspektywy czasu napisane jakby w biegu „Lake & Flames” ujawnia swoją siłę właśnie w owym niedopowiedzeniu. Wszystkie inne dokonania warszawskiego zespołu, tworzone z aptekarską precyzją, już tak nie fascynowały.
8. Super Furry Animals „Phantom Power”
Czy można nie lubić krążka, który zaczyna się od kojących dźwięków i słów „hello sunshine”? A jednak nie jest to taka leciutka rzecz, wersy w zamykającym album „Slow Life” wręcz przerażają, zaś w międzyczasie dzieje się na tych czternastu trackach jakaś epickość (śmieszny zbieg okoliczności, że „Phantom Power” wydał… Epic).
7. Tigercity „Pretend Not To Love”

Gdy odkryliśmy „Pretend Not To Love”, myśleliśmy, że raz udało nam się ubiec zachodnich recenzentów. Cóż za zawód, kiedy okazało się, że za Oceanem ta EP-ka przeszła właściwie niezauważona. Ale to już ból głowy amerykańskich słuchaczy – po dziś dzień jest to bodaj najbardziej zlekceważona przez nich płyta, jaka kiedykolwiek się ukazała.

Każdy ma taki „Terroromans”. Longplay, który opowiada o tym szczególnym momencie w naszym życiu, gdy nie jesteśmy już dziećmi, ale do dorosłości, wydaje się, że dzieli nas jeszcze większy dystans. Starsi wybierali na zakończenie dekady inne polskie krążki, młodsi mieli fonograficzny debiut Poznaniaków.
5. Toro Y Moi „Causers Of This”

Pytasz synu, czym był chillwave? Wiesz, był taki Toro Y Moi. Na swoim pierwszym oficjalnym albumie gość wymieszał tradycje czarnej muzyki, dream pop, Italo disco, prześwietlone zdjęcia z wakacji i wspomnienia z dzieciństwa. Niby inni też tak robili, ale to jemu udało się złapać za nogi, kurczę, transcendencję. No a potem wydał drugą płytę i stał się zwykłym śmiertelnikiem.

Nie chcę popadać w smutne tony, bo one nawet do najlepszych białych raperów w historii nie pasują, ale ciężko pominąć to, że właśnie „Hello Nasty” na zawsze pozostanie ostatnią wielką rzeczą nagraną przez Trzech MC’s i Jednego DJ-a. Może i trafiły się tu momenty, które przeczekiwaliśmy, no ale jak za rogiem czekało już „Remote Control” czy „Body Movin”, to „tylko” dobre kawałki bledły.

I znowu jakieś osobiste historie, ale jak tu rozdzielić fakt, iż „ATLiens” słuchałem na wiosnę od słów zamykającego podstawową tracklistę „13th Floor/Growing Old”? Pojawiające się w refrenie tej pięknej, długiej KOMPOZYCJI „something’s gotta change” już na zawsze będzie kształtować moje wyobrażenie o tej płycie, jako o odradzaniu się, nadziei, którą po zimie na nowo rozpala w sercach nadchodząca wiosna. To że ci sami goście wydali niedługo potem jeszcze lepszy album, do dziś nie mieści się w głowie.
2. Super Furry Animals „Radiator”

Bardzo dużo Super Furry Animals w mojej 100-tce, zresztą w ostatniej chwili wykreśliłem, żeby już nie przesadzać, „Guerille” i „Mwng”. Tak się złożyło, że Walijczycy właśnie od 1996 r. aż gdzieś do 2007 i wydania „Hey Venus!” byli absolutnymi bossami. Czego na ich płytach nie było – czy jest ktoś w stanie wskazać taki gatunek lub odjazd psychiczny Gruffa Rhysa i spółki? „Radiator” jest tym najznamienitszym osiągnięciem Wyspiarzy i najlepszym punktem startowym do rozpoczęcia swojej przygody z SFA (OK!).

Tak, wiem jak to wygląda. Nie może wyglądać inaczej! Zupełnie jakby lata 1996-2011 w muzyce zostały w całości zdezawuowane przez fakt, że pierwsze miejsce w zestawieniu zgarnia nagrana od początku płyta z kompozycjami z lat 1966-67. Cóż jednak zrobić, skoro pierwowzór, oryginalne „SMiLE”, to jedno z największych osiągnięć ludzkości?
Tagged: lista czytelników Pitchforka, pitchfork, The People's List