Frank Ocean „channel ORANGE”

23 Lipiec 2012 § 2 komentarzy

Szczerze mówiąc lubiany przez recenzentów zwrot „zazdroszczę, jeśli jeszcze nie słyszałeś tej płyty” zawsze wydawał mi się wytartym frazesem. Teraz, włączając któryś kolejny raz napisane, zaśpiewane i wyprodukowane przez 24-letniego Oceana „channel ORANGE”, chyba łapię o co chodzi. Inicjalne spotkania z chemią, jaka zachodzi pomiędzy wokalizami Franka, poszczególnymi elementami kompozycji, tekstami i nielicznymi gośćmi, są czymś emocjonalnie dosadniejszym niż świadomość przy kolejnych odtworzeniach, że otwierający krążek śmiech właśnie rozpoczyna płytę zasługującą na maksymalne oceny. Tak, maksymalne. Młody nowoorleańczyk dokonał sztuki, która na papierze wygląda paradoksalnie. Tkwiąc jedną nogą w pokoleniu internetowej ironii, młodszych ode mnie o kilka sezonów „True Blood” OFWKGTA, drugą w świecie oplastikowanych przeżyć, jako niegdyś ghostwriter amerykańskich gwiazd z pierwszych miejsc „Billboardu”, Frank Ocean oddał muzyce R’n’B i soul emocje. Pamiętacie „Kapitana Planetę” i moc serca, którą dzierżył Ma-Ti? Teraz ten pierścień nosi Ocean.

Gdy wchodzi refren „Thinkin About You” i autentycznie robi mi się gorąco, słuchając wejścia w epickich „Pyramids”, rozdzierającego łkania z „Bad Religion” czy podciągnięć wokalnych w „Sierra Leone”, zastanawiam się, czy jest na tym longplayu nieciekawa linia melodyczna, którą Amerykanin po mistrzowsku schrzanił. Obdarzony zgłaszającym akces do pierwszej ligi timbrem członek Odd Future rozpisał na „channel ORANGE” kilkanaście fenomenalnych wokaliz, którymi opowiada historie zamieszczone pod kolejnymi indeksami albumu. Jego debiutancki krążek, który przy takim natężeniu emocji w oczach wielu muzyków powinien wjechać na pompatycznych smykach i gołębiach puszczanych w niebo, a u progu eksploruje… bootowanie się konsoli PSX i grę „Street Fighter II”, przypomina skakanie (nie raz dosłownie, w skitach) po następujących po sobie kanałach tematycznych. Szczerze? „Channel ORANGE” to tekstowo dojmująco przytłaczająca płyta. Gdy słuchamy narracji dzieci bogatych rodziców o butelkach winach, których nazw nie są w stanie wymówić, zbyt dużej ilości białych kłamstw oraz białych kresek (podejmujący motyw z piosenki Mary J. Blige track „Super Rich Kids”), o Kleopatrze idącej tańczyć za pieniądze do Piramid (współczesna wersja „Roxanne” spod indeksu dziesiątego), wymianie mężczyzny na takiego z regularną pracą („Pink Matter”) czy o tym, co się czuje, gdy nigdy przez nikogo nie było się kochanym (doskonała, bazująca na wykrzywionej wersji religii jako jedynie jednostronnej „relacji” miłości, metafora Oceana w „Bad Religion”), ciężko o uśmiech. Ale cała zabawa zaczyna się, gdy w tych wersach odnajdujemy swoje życie. Wszak to nie tylko sama tematyka, lecz również aktualność opowieści artysty, czy to będzie bezrobocie doby kryzysu gospodarczego, czy płytkość relacji międzyludzkich, sprawia, że dosłownie fizycznie czujemy ciężar „channel ORANGE”. Nie chodzi o uderzanie w podniosły ton, bo to zawsze jest ryzykowne, ale wszystkie, a już szczególnie „czarne” ważne płyty, dbały i o koncept, i o bieżące ujęcie podnoszonych w piosenkach wątków – przypomnijmy sobie o choćby takim „What’s Going On” Marvina Gaye’a.

Na wstępie tej recenzji wspomniałem, że Ocean zwrócił muzyce R’n’B i soul emocje. Magnetyzm „channel ORANGE” polega na tym, iż choć faktycznie płyta bazuje na czarnym dorobku muzyki popularnej, wykracza poza wąsko pojmowane ramy gatunkowe. Jak najbardziej jestem w stanie sobie wyobrazić to, że Oceana słucha zarówno zakapturzony ziomek z ławki pod blokiem, jak i zaopatrzony w najnowszym model Ray-Banów indie nastolatek. To pewnie i dlatego dziennikarze oceniają ten longplay najwyżej ze wszystkich wydanych w tym roku i kombinują ile wlezie – R’n’B, jazz-funk, „electro-soulowe groovy”, jakoś te dźwięki próbując ugryźć. Rzeczywiście element elektroniczny (ale jako zastosowane środki, nie gatunek) jest obecny, poza tym zwraca uwagę pieczołowitość dbania o aranżacje (stąd porównania w mediach do Prince’a), występujący miejscami rozmach (choć instrumentarium na pomarańczowym albumie nie jest aż tak przepastne, jak wyłapuje to ludzkie ucho) i eklektyzm. Coś takiego kiedyś zrobili na „Aquemini” OutKast, reprezentowani tutaj zresztą przez Andre Benjamina. To kolejny wątek dotyczący omawianego longplaya, optymalne wykorzystanie gości. André 3000 nie tylko podarował Oceanowi genialny flow, ale i gitarową solówkę w bazującym na hipnotycznym motywie gitary właśnie „Pink Matter”, w podobnym charakterze pojawia się bluesman John Mayer (miniaturka „White”), a Earl Sweatshirt ze swoją zblazowaną nawijką paradoksalnie idealnie pasuje do tematyki „Super Rich Kids”. Można doceniać też ten album z perspektywy aptekarskiej – pojedynczych elementów. Np. skitu „Not Just Money” słucha się z gorzkim smakiem w ustach, ale dopiero po sparowaniu z następującym po nim kawałkiem z gościnnym udziałem Sweatshirta całość nabiera dodatkowego sensu. Gdyby ciarkotwórczy pararefren z „Bad Religion” Ocean powtórzył jeszcze raz, dołożył o jeden więcej handclaps na samym końcu kompozycji, to przy jej ciężarze i aranżacyjnej podniosłości granica mogłaby zostać przekroczona. Nie została. Sampel z Jimiego Hendriksa? Jest. Dialog z „Las Vegas Parano”? Również. Przy czym niech nie umyka nam sedno – z takimi utworami jak „Pyramids”, „Thinkin About You” czy „Lost” oraz oczywiście z całą płytą spotkamy się jeszcze za kilka miesięcy, wiadomo przy jakiej okazji.

Cwaniaczek zapewnił sobie miejsce w annałach nawet historią wokół premiery płyty. Nie, nie chodzi mi O TO. Mam na myśli nieoczekiwane ogłoszenie 8 lipca mówiące, że ukaże się omawiany longplay i wrzucenie całości zaledwie dwa dni później, tydzień przed fizycznym wydaniem, jako stream (wiszący zresztą do dzisiaj). Mimo to zadebiutować na drugim miejscu listy „Billboardu” bazując na wynikach ze sprzedaży cyfrowej? Nieźle. Właściwie szkoda tylko, że on naprawdę nie ma na nazwisko „Ocean” – przy porównaniach krążących w recenzjach całość nabrałaby anegdotyczno-symbolicznego wymiaru. Zanim jednak będziecie mieli dosyć entuzjastycznych reakcji dziennikarzy muzycznych i pomarańczowego koloru na facebookowych wallach, posłuchajcie tego krążka. Niezależnie z jakich tradycji muzycznych się wywodzicie i z jakimi sympatyzujecie, każdy fan muzyki jako takiej powinien poznać „channel ORANGE”. A jeśli tak się stało, to pamiętajcie, że choć już świeżość pierwszych odsłuchów nie wróci, ta płyta ma nam jeszcze wiele do opowiedzenia.



About these ads

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

§ 2 Responses to Frank Ocean „channel ORANGE”

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Frank Ocean „channel ORANGE” at .

meta

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.