Zagraniczne rozmaitości (8) – Q-Tip, Kings of Convenience, Charlotte Hatherley

12 Listopad 2009 § 1 komentarz

 

Cały czas powtarzam, że 2009 to rok na bogato. Dwie z opisywanych poniżej płyt dołączyły do grona najlepszych, najciekawszych, najfajniejszych albumów, które poznałem na przestrzeni ostatnich miesięcy i z dużym prawdopodobieństwem spotkam się z nimi podczas układania mojego topu w styczniu. Pozostaje ta trzecia, rzecz od artystki, której poprzedni longplay wskazałem jako płytę roku 2007 (gwoli wyjaśnienia raz na zawsze – niestety nie poznałem wówczas jeszcze tak hołubionych przeze mnie „Strawberry Jam” i „Person Pitch”, mimo tego „The Deep Blue” na miejscu pierwszym to nie jest coś czego się wstydzę), natomiast tym razem…

Q-Tip „Kamaal the Abstract”


Fakty są takie, że wychowałem się na hip hopie. Przez – jak dobrze liczę – osiem lat właściwie nie interesowały mnie inne gatunki, potem jednak, z różnych powodów, nad którymi nie będę się teraz właściwie rozwodził radykalnie odszedłem od muzyki, która narodziła się w NY. Właściwie, bo wnikliwy Czytelnik zapewne wychwyci, co sprawiło, iż piszę w tym miejscu o płycie legendarnego rapera i tym samym odkryje jedną z przyczyn, dla której kiedyś powiedziałem hh „cześć, na razie”. Q-Tip na „Kamaal the Abstract”, krążku, który w wyniku decyzji ówczesnych wydawców muzyka przeleżał w szufladzie siedem lat, serwuje smakowity miks hip hopu, jazzu, soulu, funku, podrasowany gdzieniegdzie gitarą elektryczną. Zapomnijcie o narzucaniu sobie przez artystę jakiejkolwiek presji związanej z trzymaniem się hip-hopowych rygorów. Ta muzyka płynie, tańczy, fruwa, a nie jest po prostu wyprodukowana. Materiał trzyma bardzo wysoki poziom, ciężko wskazać choćby jeden ewidentnie odstający od reszty utwór, a całość jest na tyle różnorodna, że każdy pewnie ma własny zestaw ulubionych kawałków z trzeciego solowego albumu Jonathana Davisa. Sam z chęcią wyróżnię prześliczne, relaksujące, długie (ponad siedem minut), ale absolutnie nie nużące „Do You Dig U?” oraz „Even If It Is So” (ten moment na początku kompozycji, gdy pojawiają się pierwsze dźwięki gitary basowej – miód), ale przecież piosenek, o których warto wspomnieć jest o wiele więcej, choćby meksykańska fiesta pt. „Barely in Love” – kto pamięta „I Left My Wallet in El Segundo”, ręka do góry. Jakieś „ale”? Ciężko się zachwycać tak na maksa „Kamaalem” znając np. „Like Water for Chocolate” Commona, ktoś inny można wspomnieć o płytach The Roots, ale ale! Nie psujmy sobie zabawy.

Kings of Convenience „Declaration of Dependence”


Jak to się mówi, „siła spokoju”. Odnosząc to określenie do dźwięków, jakie wydobywają ze swoich gitar akustycznych Erlend Øye oraz Eirik Glambek Bøe mówimy wszystko o „Declaration of Dependence”, o muzyce Kings of Convenience. „Spokój”, bo duet z Bergen w Norwegii rozpala serca słuchaczy kruchością pięknych melodii, delikatnością i normalnością, cechami, których ze świecą szukać we współczesnej muzyce popularnej; „siła”, ponieważ wymienione wyżej przymioty decydują o tym, iż przy kompozycjach Kings of Convenience męczące nachalną krzykliwością gwiazdy kolorowych czasopism nie mają szans, wysiadają. Nagle kolejność, która (niestety) się przyjęła – wygląd, wideoklip, promocja, na końcu twórczość jako taka zostaje zburzona i ponownie najważniejsza jest muzyka. Oczywiście, pewnie ostatnią rzeczą o jakiej pomyśleliby Erlend oraz Eirik byłoby wyzwanie rzucone szołbizowi, oni po prostu robią swoje, a póki ich praca owocuje rzeczami tak dobrymi, jak tegoroczna płyta wypada życzyć im tylko zdrowia i chęci. „Boat Behind” czy „24-25” powinni obowiązkowo przesłuchać wszyscy ci, którzy mają problem z uruchomieniem w sobie wrażliwości, bo te akustyczne perełki roztapiają lód w sercu szybciej, niż marcowe słońce śnieg. Wymieniłem tylko dwa utwory, a na „Declaration of Dependence” świetnych momentów jest o wiele, wiele więcej. Gdyby jeszcze tylko odjąć od zestawu zgromadzonego na longplayu nieprzekonywujące aż tak bardzo „Second to Numb” i „Renegade”, postawić tylko na same przeboje, to całość by na tym zyskała, choć przecież i bez tego jest wyśmienicie. Przypominam, że w tym roku Øye wraz z kolegami z The Whitest Boy Alive zaprezentował już fantastyczny album („Rules”), który zapuszcza się w rejony dyskotekowego parkietu, tak więc Norwegowi naprawdę należą się słowa uznania.

Charlotte Hatherley „New Worlds”


Nie wypada, po prostu nie wypada. Ktoś, kto potrafił z powodzeniem łączyć w swoich piosenkach indie, sophisti-pop, zahaczać o rejony barokowego popu nie może nagrywać czegoś tak przeciętnego, jak „New Worlds”. Nie wiem, może Andy Partridge, który napisał wraz z Charlotte na „The Deep Blue” jeden z kawałków („Dawn Treader”) powinien był mieć tym razem oko na cały album (dla fanów XTC to zapewne pytanie retoryczne;)), bo najnowszy krążek byłej gitarzystki Ash odstrasza surowizną, ale co gorsza, niemal zupełnie brakuje tematów, które by porywały i zapadały w pamięć. O ile do poprzedniego albumu artystki wracało się z przyjemnością, o tyle do słuchania tegorocznego LP trzeba się niestety zmuszać jeśli chce się o nim trochę podyskutować. Chciałbym być dobrze zrozumiany – naprawdę zależy mi na tym, by CH nagrywała najlepiej wyłącznie genialne rzeczy, więc gdy słyszę taką obniżkę formy, to reaguję jak trener, który kręci nosem widząc nieskuteczność swojego najlepszego snajpera i czyniąc krytyczne uwagi pod jego adresem ma na uwadze jego dobro. „New Worlds” nuży, ciężko przebrnąć przez ponad pół godziny muzyki zgromadzonej na longplayu, niektóre momenty dałoby się pochwalić bardziej w toku chłodnej analizy, niż emocji, które rozsadzają duszę oraz ciało i nakazują „pisz same dobre rzeczy”, tak więc tę notkę można by już zakończyć gdyby nie jeden, jedyny utwór. „Alexander”, to kompozycja, w której udało się Charlotte zgromadzić wszystko to, czego nie ma w pozostałych kawałkach. Ba, ten jeden numer jest lepszy niż cała reszta razem wzięta! Kontrast nastrojów – balladowy wstęp, dalej łagodność zwrotek a drapieżność gitarowego refrenu, mostek i przyśpieszająca niczym Usain Bolt końcówka, wokal CH, melodia. Proszę Państwa, nie tylko grower, ale i piosenka idealna.

About these ads

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , ,

§ One Response to Zagraniczne rozmaitości (8) – Q-Tip, Kings of Convenience, Charlotte Hatherley

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Zagraniczne rozmaitości (8) – Q-Tip, Kings of Convenience, Charlotte Hatherley at .

meta

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.