Kelley Polar „I Need You To Hold On When The Sky Is Falling”

maj 12, 2008 by lukaszkusmierz

Poznajcie pana, który ma bardzo duży potencjał, ale na nowym longplayu korzysta tylko ze znikomej części swojego talentu. Jak w życiu.

Pierwsze, co zwraca uwagę w obcowaniu z muzyką urodzonego w Dubrowniku artysty, to próba pogodzenia klasycznego instrumentarium (Kelley gra na altówce) z patentami electropopowymi. Dla kogoś, kto zna twórczość Arthura Russella nie będzie to żadne novum, ale tak z ręką na sercu - ile takich osób jest w naszym kraju? „I Need You…” przede wszystkim punktuje klimatem. Erotyczna aura unosi się nad całością, na którą pada też odrobina mroku. Przy tej płycie będziecie raczej delikatnie pląsać (niekoniecznie solo), niż zdobywać parkiet. Tym bardziej, że Chorwat żongluje zazwyczaj kilkoma pomysłami w obrębie piosenki darując sobie jednocześnie eksplorowanie tylko jednego tematu.

Często bywa tak, że mniej znanym muzykom podkradają pomysły inni, potrafiący bardziej trafić w gusta mas, muzycy. Nie wiem jak będzie z „I Need You…”, ale nie da się ukryć, że drugi solowy album Polara to kopalnia pomysłów. Weźmy np. „Satellites”, jeden z najlepszych utworów na płycie. Wywołujący skojarzenia z Mylo via Gloria Estefan bit zostaje w sposób mistrzowski obniżony na wysokości 0:19 sekundy, by potem wznosić się, to znów opadać przez całą długość pierwszej zwrotki. A to wystrzelenie numeru w 2:21 na błyskające pole siłowe i Polarowe „When you with me/I can feel the energy”? Mistrzostwo. Najbardziej podchodzące pod format singla „Entropy Reigns (in the Celestial City)” ujmuje wokalnym damsko - męskim dialogiem, ale też tak miodnym patentem, jak pauza Kelleya (0:22-0:23), która zaburza rytm piosenki. „Roseband” z kolei spełnia się w końcówce, gdzie Polar wyśpiewuje słowa - tytuł płyty przy akompaniamencie kipiącego bitu i uduchowionych zaśpiewów. Jest jeszcze przypominające odrobinę piosenkę aktorską „A Dream in Three Parts (on themes by Enesco)” i kolejny materiał na singiel „Sea of Sine Waves” (pod warunkiem, że przycinamy ślimaczącą się końcówkę). Reszta na tym LP potrafi przynudzić. Poza tym, rozwijając myśl zawartą we wstępie tej recenzji, Kelley wydaje się czasem odrobinę wycofany. Aż się prosi, by poszedł na całość, ten jednak pozostaje na dobrze znanych, bezpiecznych pozycjach.

Z Kelley Polarem jest tak, jak z jego krajanami z reprezentacji piłkarskiej. Na najbliższych Mistrzostwach Europy mogą zarówno sięgnąć po złoto, jak i nie wyjść z grupy. Potencjał predestynuje ich do gry o najwyższe cele, jednak tylko od nich zależy, czy je osiągną. Jak w życiu.

Posłuchaj

Cool Kids Of Death „Afterparty”

maj 5, 2008 by lukaszkusmierz

Nie wierzcie tym, którzy mówią, że to świetna płyta. Nie wierzcie tym, którzy mówią, że to słaba płyta.

Cool Kids Of Death, wiadomo, kontrowersyjny temat. Mają chyba tyleż samo zwolenników, co przeciwników i jest to cena, jaką płacą za wyrazistość. Jednej zasługi nie mogą im jednak odmówić również ich oponenci. Swego czasu zmusili Polaków do myślenia i dyskusji. Teraz jednak przyszedł czas na afterparty.

Jeśli przyjąć tytuł czwartej płyty Łodzian za metaforę, to faktycznie na najnowszym LP robią sobie wolne od siebie samych. Przede wszystkim w warstwie muzycznej. Kuba Wandachowicz, Marcin Kowalski, Kamil Łazikowski, Wojciech Michalec, Jacek Frąś i Krzysiek Ostrowski nie zerwali może radykalnie z zimnofalowym graniem, tyle że na „Afterparty” na pierwszy plan wybija się nu-rave. Opener, „Mamo, mój komputer jest zepsuty”, to wściekła, przywołująca lata świetności kilkubitowych konsol, młócka. Nie ma zmiłuj. Tytułowy numer, to podobny poziom agresji muzycznej, zmniejsza się tylko ilość bitów na minutę. Generalnie niezła dawka uderzeniowa, bo pierwszy i drugi utwór zostały skondensowane w czasie 2 minuty z hakiem. Następnie przerwa na „Bal sobowtórów”, w którym można się doszukiwać echa dawnych CKOD, z kolei na wysokości chyba najlepszego na płycie „Leżeć” nu-rave’owe patenty są ożenione z jakże dobrze kojarzonymi z „Kulkami” Joy Division. Singlowe „Nagle zapomnieć wszystko”, to dance punk w czystej postaci, zaś zamykające całość „Ruin gruz”, gdyby nie histeryczny refren można by zaliczyć do… Dance. Wyróżniają się też piosenki nasączone zimnofalową estetyką - drugi killer na albumie po „Leżeć”, czyli „Bezstronny obserwator”, niepokojące „Joy” i chwytliwe „TV Panika”.

Jeśli zaś chodzi o teksty, które przecież zawsze były wyróżnikiem Łodzian, to nadal wolę czytać felietony Wandachowicza czy wywiady z nim, niż doznawać przy wersach z płyt CKOD. Ale. Nie da się ukryć, że w ograniczonej estetyce, jaką jest pisanie tekstu pod piosenkę (zmieszczenie się w obrębie frazy, rytm, melodyjność), Cool Kids Of Death udaje się zawrzeć dużo treści przy zachowaniu wszystkich wymienionych wyżej elementów. Posłuchajcie tylko jak celnie punktują w rytm wersy z „Nagle zapomnieć wszystko”, nie tylko te z trafiającego za 3 refrenu: „Dziś ci wyjawię skrycie/że chciałbym wielką czystką/rozpocząć nowe życie/życiorys, nazwisko, naglę zapomnieć wszystko”. Mój faworyt „Leżeć”: „Telewizor śnieży/zewsząd wieje chłodem/spiker zimnym głosem/zapowiada koniec” i dalej w refrenie: „Leżeć/kończyn nie zginać/z szarych komórek nie korzystać, żadnych mięśni nie napinać/Leżeć/nie spalać/nie wdychać, nie wydalać/nie myśleć, nic nie czuć, nie ulegać podnietom” („Numb” - mówi to komuś coś?). Ostrowski tradycyjnie swoją charakterystyczną ekspresją zwiększa siłę rażenia takich linijek, jak te z „Afterparty”: „Choć nam tchu brakuje/choć się trzęsą ręce/gdy nie można przestać/trzeba jeszcze więcej/czas na afterparty”. Ciekawym utworem jest wspomniany „Komputer”, gdzie paranoiczny wokal Ostrego do tekstu o zepsutym… Komputerze, jawi się jako żywo ilustracją do słynnego filmiku z niemieckim dzieciakiem.

Reasumując, „Afterparty” nie jest aż tak dobrym albumem, jak sugerowałaby recenzja w „Gazecie Wyborczej” (w tym kontekście wątek wydawcy płyty przemilczę), a to z dwóch powodów. Muzycznie jest dużo lepiej, niż się spodziewałem, tylko że te wszystkie chwytliwe patenty na nowym albumie CKOD szybko trafiają do słuchacza będąc jednocześnie zbyt liniowymi, by kręcić przez dłuższy czas. Drugi zarzut wiąże się z tym, że choć Cool Kids Of Death nadal są uważnymi obserwatorami otaczającej nas rzeczywistości, to faktycznie ich liryki są obecnie na afterparty. Nie, nie są słabe. Chodzi o pewien „ciężar gatunkowy”. Po prostu kiedyś za pomocą może nawet bardziej ograniczonego słownictwa potrafili złapać za serce. W efekcie mamy do czynienia z płytą dobrą. Dla jednych „Afterparty” będzie „tylko” dobre, dla innych „aż”.

Posłuchaj

Gasoline „The New Discipline”

kwiecień 27, 2008 by lukaszkusmierz

Post-rock. Muzyka niczym nieograniczonej przestrzeni. Wymagająca dużej wyobraźni artystycznej. Poznajcie polskich przedstawicieli tego nurtu, Gasoline.

Gdy bodaj rok temu dostałem na MySpace zaproszenie od Gasoline do znajomych byłem przekonany, że to jakiś zagraniczny band. Utwory znajdujące się na ich stronie brzmiały bardzo profesjonalnie, ale przede wszystkim nikt dotąd w Polsce nie eksplorował podobnych rejonów muzycznych, stąd ta zmyłka. W efekcie debiutancki materiał tria stał się jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie albumów w bieżącym roku.

Temat Gasoline powrócił po jednym z koncertów Muzyki Końca Lata w rozmowie z Bartkiem Chmielewskim i Darkiem Goskiem, który oprócz grania w MKL-u udziela się m.in. właśnie w Gasoline (wraz z braćmi Dawidowskimi, Maćkiem i Tomkiem), na początku kwietnia zaś dotarł do mnie mój własny egzemplarz „The New Discipline”. Co my tu mamy? Przede wszystkim spójną, przemyślaną kompozycję albumu, który rozpoczyna się spokojnie („Bat Song”), następnie przechodzi w ostrzejszą część („The New Discipline”, „Midi Hotel”), by w końcówce stać się ilustracją 4-5 rano latem gdzieś nad jeziorem. Wiecie, tej tajemniczej chwili, gdy jeszcze jest noc, ale już zza węgła nieśmiało wychyla się brzask.

Biorąc na warsztat granie post-rockowe można łatwo zgubić focus. Kolejne piosenki zostają wówczas rozcieńczone przez niekończące się mnożenie tematów w obrębie jednego utworu, a efektem tego jest poczucie dłużyzny u słuchacza. To jednak problemy zupełnie obce Gasoline. Gdy już decydują się na zmianę klimatu, to robią to tak, że odbiorca nie może im nic zarzucić. Dowody? Dostojna, prowadzona wiolonczelą końcówka drapieżnego, gitarowego „The New Discipline” albo wyłaniający się z prawie kompletnej ciszy, delikatny, niemalże hawajski motyw zagrany na cymbałkach w „Stereochemical”. Mamy też utwory, które wspaniale się rozwijają - „Midi Hotel” (na początku wyluzowane jammowanie, następnie z każdą sekundą co raz szybsze, agresywniejsze granie) czy „The Day When Everything Started to Make Sense” (od przelewającej się melancholii i rezygnacji do pełnego pasji, wystrzelonego gdzieś na orbitę okołoziemską „kosmicznego” finału). Całość świetnie zwieńcza mistyczne „Faces”.

Warto było czekać na debiut Gasoline. „The New Discipline” to powiew świeżego, letniego, post-rockowego powietrza na rodzimym rynku muzycznym. Osobiście cieszę się, że element epicki, który był obecny w Muzyce Końca Lata na ich pierwszej płycie, a który zaginął na drugiej, jest nadal rozwijany przez rodzinę MKL-u teraz już w Gasoline. Bartek, już się nie czepiam.

Posłuchaj

M83 „Saturdays = Youth”

kwiecień 21, 2008 by lukaszkusmierz

…opatulony gęsto śniegiem krajobraz nastrajał go melancholijnie, a przecież czuł, że wiosna czai się tuż za rogiem. Powietrze gęstniało od dźwięków fortepianu i elektronicznych wiązek generowanych z komputera. Ciężko było określić, do kogo należał ten wysoki głos (kobieta? mężczyzna?) i co właściwie chciał przekazać. Nim zdążył się tego dowiedzieć, ten rozpłynął się w atmosferze. Znalazł się po jasnej stronie Księżyca. Poznał Kim i Jessie, dwójkę tajemniczych, choć rozbrykanych dzieciaków. Ich świat, to zmierzch, cień, księżyc, iluzja, niedopowiedziane. Nie mieli jednak w sobie nic z mroku, prędzej z dziecięcego, idealistycznego romantyzmu. Dobrze mu było z nimi. Przez moment w oczach Kim i Jessie dostrzegł majaczące, co raz bardziej niewyraźne odbicie jego samego, gdy był mały. A może mu się tylko wydawało? Zimne arktyczne powietrze przeszyło go na wskroś. To była wyjątkowo chłodna noc w przestrzeni… Kosmicznej? Nie potrafił określić, gdzie dokładnie się znajduje. Na rozpadającej się powierzchni jednej z planet (?) dojrzał parę kochanków. Ona szeptała do niego wyjątkowo nerwowo, arktyczny wiatr rozwiewał jej włosy. On trzymał jej dłonie w swoich i zwrócony doń twarzą odpowiadał. Za nimi wściekle spadały i rozbłyskiwały feerią kolorów komety. Czy to świat się właśnie rozpadał czy ich miłość? Nie potrafił oderwać wzroku od tego magnetyzującego obrazka, gdy nagle znalazł się na cmentarzu. Poznał młodą, 15-letnią dziewczynę, która lubi spędzać swój czas właśnie w tym ponurym miejscu. - Czemu tutaj przesiadujesz, nie masz przyjaciół? - spytał zaintrygowany. - Może kiedyś będę, jak te posągi, mądra i milcząca, czekając na to, aż ktoś mnie pokocha i pocałuje - odpowiedziała rozbrajająco. Zrobiło mu się jej żal, ale bardziej nie dawało mu spokoju pogodne uczucie, które cały czas towarzyszyło mu w tym miejscu. „Może to przez tą dziewczynę?” - pomyślał. Świat wybuchł kolorami i zamienił się w tętniący ciepłymi barwami kalejdoskop. Znalazł się na łące, na której dziewczyna przypominająca Kate Bush zbierała kwiaty i wyśpiewywała swój list miłosny do nieobecnego mężczyzny. Jego uwagę przykuły słowa - mieszanka niewinnej miłości i nieokiełznanej namiętności. „We fly, we feed, we suck, we bleed, we need” - nuciła. Ponownie spotkał parę kochanków. Opowiadali mu o ciemnych aspektach miłości, ale zdołali także go przekonać, że to do nich należy niebo i wszechświat. Do młodości. Uwierzył im i gdy tak wracał z autostrady niekończących się snów próbując się wyciszyć, przykro mu było, że ta niesamowita podróż dobiega już końca…

Posłuchaj

„Shine a Light”, czyli Stonesi okiem Scorsese

kwiecień 19, 2008 by lukaszkusmierz

Czy coś może się nie udać, gdy spotykają się jeden z najwybitniejszych współczesnych reżyserów i jeden z największych zespołów w historii muzyki?

Na ekrany polskich kin wszedł właśnie paradokument Martina Scorsese „Shine a Light” (wg rodzimego dystrybutora „Rolling Stones w blasku świateł”, hehe), którego główną osią jest występ legendarnych rockmanów w Beacon Theater w Nowym Jorku (2006 rok). To nie jest jednak li tylko typowe uwiecznienie kolejnego koncertu na taśmie. Po pierwsze, całość reżyseruje nie byle kto, ale WIELKA postać kina. Po drugie, Martin Scorsese na potrzeby tego obrazu skompletował swoją ekipę z absolutnej światowej czołówki, o czym możemy przekonać się empirycznie oglądając choćby mistrzowskie ujęcia. Po trzecie, energia dream teamu wielkiego ekranu zderza się w „Shine a Light” z energią dream teamu Rock ‘n’ Rolla, a całości dopełnia miejsce, w którym odbył się koncert. Ponadto, konwencję zwykłego koncertowego video przełamują archiwalne wstawki z wywiadami ze Stonesami. Upalony Mick Jagger serdecznie bawi, a introwertyczny, błyskotliwy Charlie Watts wprowadza refleksyjny nastrój.

A sam koncert? Przede wszystkim ujęcia, ujęcia i jeszcze raz ujęcia. Niektóre wgniatają w fotel i to już nawet nie chodzi o samą realizację, ale o oko i refleks kamerzystów, którym udaje się uchwycić króciutkie momenty głęboko zapadające w pamięć. Zwróćcie tylko uwagę na to, jak plastycznie rozpryskuje się w powietrzu papieros wypluty przez Keitha Richardsa czy na moment, gdy rzuca on jednemu z fanów swoją kostkę do gitary. Miazga. Skoro już mowa o gitarzyście, to Keith chwilami kradnie show będącemu zwykle w blasku świateł Jaggerowi. Nad bezbłędnie odegranymi solówkami nie ma co się rozwodzić, bo to rzecz oczywista, jak słaba znajomość angielskiego prezesa PiS-u, ale to, co wyczynia na wokalu i jak ogniskuje uwagę publiczności, rozbraja. Pojawiają się też goście, zarówno VIP-y, jak i muzyczni. Kto konkretnie? Nie będę psuł niespodzianki tym, którzy jeszcze nie widzieli tego filmu. Dość powiedzieć, że pojawia się baaardzo wyraźny polski akcent. Co do samej setlisty, to stonesologiem nie jestem, ale wyłapałem dużą ilość mniej znanych piosenek, co nie znaczy, że zabrakło hitów. Tu jednak też nie zamierzam psuć zabawy, bo to jednak ważny element filmu. Wspomnieć należy jeszcze o brawurowej roli… Scorsese, który jawi się swoim zachowaniem (i wyglądem) jako brat bliźniak innego wielkiego nowojorczyka, Woodego Allena.

Polscy kinomani są w tym momencie w fantastycznej sytuacji, gdyż na naszych ekranach mogą obejrzeć dwa różne filmy o dwóch różnych i kultowych zespołach, U2 i The Rolling Stones właśnie. Jeśli „U23D” punktuje pomysłem i efektami, to „Shine a Light” może się bardziej spodobać nie tyle audiofilom, co zwykłym odbiorcom. Film Scorsese ma to, czego nie ma w „dokumencie” o Irlandczykach - treść pozamuzyczną. Jesteście jednak w błędzie, jeśli myślicie, że wskażę zwycięzcę i opowiem się jednoznacznie za jednym obrazem. Obejrzyjcie obydwa. W końcu wydając kilkanaście złotych na bilet, płacimy i tak mało zyskując bardzo dużo.

Cut Copy „In Ghost Colours”

kwiecień 14, 2008 by lukaszkusmierz

Zapamiętaj. Wpisanie w rubrykę „brzmimy jak” słów „twoja eksżona” nie jest najlepszą formą promocji własnych nagrań. Tym bardziej, gdy uda Ci się stworzyć rzecz tak zgrabną, jak tegoroczny album Cut Copy „In Ghost Colours”.

New Order. Pierwsze skojarzenie. Muzyka zgromadzona na drugim albumie Australijczyków to electropop, który wcale nie dyskretnie flirtuje z eightiesowym cold wavem (w warstwie muzycznej), ale i też czystym New Romantic. Gdzieniegdzie przebija się też feeling odświeżony ostatnio chociażby przez Tigercity (patrz „Nobody Lost, Nobody Found”). W tym kontekście istotne jest przytoczenie imienia i nazwiska osoby, która wraz z zespołem odpowiada za produkcję „In Ghost Colours”. To Tim Goldsworthy, współzałożyciel wytwórni Mo’Wax i współwłaściciel DFA Records, niegdyś członek LCD Soundsystem.

Kolejne warstwy eightiesowych klawiszy spotykają się na jednym pasażu, z głębi wyłania się suchy bit, który ustępuje miejsca półotwartym hi-hatom. Następnie show kradną funkujący groove i wokal zupełnie nic nie robiący sobie z tego, że mamy XXI wiek, a tapirowane włosy, ostry makijaż i pstrokate kurtki są już niemodne. Pre-chorus to ukłon w stronę wielkich imprez house na Ibizie środka lat dziewięćdziesiątych, a w refrenie znowu siup - jesteśmy z powrotem w osiemdziesiątych. Tak mniej więcej przedstawia się „Hearts on Fire”, numer, który zagościł na wielu podsumowaniach za rok 2007 w singlach. Mniej więcej, bo tam przecież upchnięto jeszcze saksofon i zimnofalowy bas!

Jeszcze lepszy jest następujący zaraz po nim „Far Away”. Wybitnie roztańczony bit, naiwno-chłopięcy tekst (bo ona odeszła) i rozbrajające-u-uuu-u-chórki. Miodny refren stanowi zaś czysty wyciąg z zajefajności (przepraszam profesorze Bralczyk, ale tego nie wypada określić innym słowem). Potencjalnych zdobywców szczytów (indie) list przebojów tu zatrzęsienie - „Lights and Music”, „Unforgettable Season”, „Out There on the Ice”, wspomniane „Nobody Lost…”. Co jednak najważniejsze i charakterystyczne dla „In Ghost Colours”, to fakt, iż płyty słucha się świetnie jako całości. Panowie z Cut Copy wpadli na jakże banalny i genialny zarazem pomysł, by skompilować album, jak rasowy mixtape. Mamy więc początek, logiczne rozwinięcie i zakończenie. Nie brakuje płynnych przejść, a pełnowymiarowe utwory są rozdzielone klimatycznymi, zwykle nie dłuższymi niż minuta, ambientowymi miniaturami.

Z tą żoną, to nie wszyscy mogą chwycić dowcip, dobrze więc, że promują się w inny sposób np. pisząc własnego bloga. Z resztą olać to. Promocja jest współcześnie istotną rzeczą, ale i bez zbytecznego fetyszyzowania tejże, nagrywając tak udane albumy, jak tegoroczny, Cut Copy mogą być spokojni o to, że będą słuchani.

Chwytając dłoń Bono - „U23D”

kwiecień 9, 2008 by lukaszkusmierz

Dobra znajomość dyskografii zespołu, książek, koncertowych DVD, praca licencjacka nt. Muzyk jako ikona popkultury - przypadek Paula Hewsona „Bono”. Nie nazywałbym siebie tyle fanem U2, co raczej osobą, w której życiu od zawsze była obecna ta muzyka i te postacie. Projekt U23D obserwowałem z umiarkowanym, czyli zupełnie niefanowskim zaciekawieniem.

Irlandczycy począwszy od „Zoo TV”, przez „PopMart”, aż po ostatnią trasę koncertową „Vertigo Tour” wyznaczali standardy w dziedzinie łączenia wielkich, stadionowych występów z zastosowaniem nowych mediów. To na ich koncertach na wielkich ekranach dział się prawdziwy spektakl audio-video, a Bono wydzwaniał ze sceny do Busha seniora. Z resztą jako przypomnienie tego, co działo się w latach 90, odsyłam do pamiętnego intra z DVD „Zoo TV - Live In Sydney”.

U23D to najnowszy pomysł rockmanów, połączenie koncertu z seansem kinowym. Jak to działa? Obraz jest w 3D, dostajemy więc parę okularów do widzenia w trójwymiarze, a nagłośnienie kinowe robi za nagłośnienie koncertowe. Efekt? Pomijając klasyczny motyw „wychodzenia” liter czy obiektów na widza, to miło jest stanąć za perkusją Larrego Mullena Jr. czy niemal chwycić za dłoń Bono. Wiadomo, że to namiastka bycia ciałem i duchem na koncercie tu i teraz (odpada choćby nerwowe wyczekiwanie na zespół), ale namiastka najlepsza z możliwych. Nie zdradzę Wam setlisty czy „momentów”. Zobaczcie sami. Tak tylko z prywaty, na zachętę, ciarki - zdecydowanie najbardziej polski utwór U2 „New Year’s Day” oraz „Sunday Bloody Sunday”.

MGMT „Oracular Spectacular”

kwiecień 5, 2008 by lukaszkusmierz

Indie rock, pop, psychedelic, electronica i synthpop. Surf, jungle oraz country. Pierwszy zestaw wyplują Wam wyszukiwarki Wiki, a drugi MySpace, a wszystko to po wpisaniu w nie „MGMT”.

Imponujący zestaw gatunków, po których porusza się duo z Brooklynu to nie jest rzecz, którą należałoby się strasznie serio sugerować, jednocześnie daje pojęcie, z jakim miszmaszem obcujemy na „Oracular Spectacular”. Zaczyna się od gorzkiej satyry na życie współczesnych gwiazdeczek, „Time to Pretend” i muszę przyznać, że dawno żaden utwór tak mocno nie złapał mnie za trzewia. Sprawdźcie tekst tej skądinąd przebojowej piosenki. „Weekend Wars” to „pierwszy Mick Jagger” na płycie, drugi ukrył się pod numerem 7 („Pieces of What”). Najciekawsze jednak dzieje się na przestrzeni utworów 3 - 6. „The Youth” jedni już zdążyli odczytać, jako parodię, inni z kolei, jako piękny, podniosły, nieopublikowany nigdy song z „Ziggy’ego Stardusta”. Czy słowa refrenu: „The youth is starting to change / Are you starting to change? / Are you? / Together” niosą za sobą jakąś większą treść, czy może Andrew VanWyngarden i Ben Goldwasser puszczają tylko do nas oko? Musicie ocenić sami. Zwracam jednak uwagę na jakże skrajnie rożną interpretację „The Youth” wśród krytyków muzycznych. Zaszufladkowanie MGMT raczej nie grozi. Dowodem niech będą kolejne w zestawie, „Electric Feel” i „Kids”. Pierwszy zabiera nas na rozgrzany od tańczących disco parkiet, gdzieś w lata 70 (a niech im będzie) w Stanach Zjednoczonych. Ale ale. Przecież ten równiutko przycinany bas przywołuje skojarzenia z dance punkiem! Jeśli po zaledwie czterech piosenkach jesteście skonfundowani, to bardzo dobrze. Po „Kids” będziecie jeszcze bardziej.

Na „Kids” MGMT dotykają geniuszu, absolutu muzyki elektronicznej. Jakże prosta i jakże uzależniająca linia melodyczna spotyka się z tanecznym bitem i idą razem na imprezę. Koniecznie sprawdźcie odcinek 3:12 - 3:44, gdzie generowany z klawisza, agresywny bas miesza się z totalną demolką zestawu perkusyjnego i samplami rozkrzyczanych dzieciaków. Tak brzmi młodość, tak brzmi zabawa.

Niestety, „Oracular Spectacular” ma też drugą część, którą poczęstowano „mocno podejrzanymi” specyfikami. A przynajmniej muzycy mogli być pod ich wpływem, gdy nagrywali takie utwory, jak „4th Dimensional Transition”, „Of Moons, Birds & Monsters” czy „The Handshake”. Z resztą popatrzcie na tytuły - jeśli tylko potraficie uruchomić wyobraźnię, to możecie wyczuć, co się na nich dzieje. Pewnym tropem jest osoba producenta, Dave’a Fridmanna, czyli człowieka od m.in. dokonań The Flaming Lips. Dzieje się dużo, czasami aż za dużo i słuchacz ma prawo czuć się przytłoczony, a na pewno zdezorientowany po wysłuchaniu pierwszych pięciu piosenek (swoją drogą też nie posiadających tak wielu cech wspólnych). Wyróżniłbym „Of Moons…” (audialne gwiezdne wojny), dające wytchnienie, początkowo akustyczne „Pieces of What” i ostatnie „Future Reflections” (tempo trzech - czterech piosenek na zwrotkę).

Cóż za dziwna płyta. Słabsza część nie wypada aż tak źle dzięki tej lepszej, która z kolei nie świeci pełnym blaskiem przez tą drugą. Uśredniając - mamy do czynienia z solidnym, dobrym albumem. Jak na debiut, całkiem przyzwoity wynik.

Stephen Malkmus & Jicks „Real Emotional Trash”

marzec 30, 2008 by lukaszkusmierz

Zastanawialiście się kiedyś, jak bardzo dla artysty musi być frustrująca sytuacja, gdy postanawia on odciąć się od swojego dorobku, na który składają się dzieła wiekopomne? Ciągłe porównania, skazywanie z góry na porażkę każdego kolejnego owocu działalności… „Nowy Malkmus” już jest i obiecuję, że nie przeczytacie tu słowa o Pavement.

Stephen Malkmus nie musi już nic udowadniać, właśnie wszedł w wiek dojrzały, a przede wszystkim dlatego, że [tu ucinam swój wywód w ramach obietnicy złożonej wyżej]. Stephen Malkmus nie musi już nic udowadniać. Kropka. Słychać to na „Real Emotional Trash” aż za bardzo. Większość piosenek zamyka się w formie niezobowiązujących gitarowych jammów osiadających często (niestety) na gitarowych mieliznach. Utworom brak focusu, przez co sześcio czy dziesięciominutowe numery powodują, że odbiorca wyłącza się i koncentruje na innym zajęciu, niż słuchanie płyty. Szkoda, tym bardziej, że gdy zespołowi udaje się zarysować wyraźniejszy temat, to operuje nim i sprawnie i miło dla ucha. Porównajcie najlepsze na albumie „Cold Son” i „Out of Reaches” z tytułowym trackiem.

Nie będę się kłócił, że „Real Emotional Trash” to słaba płyta, nie w tym rzecz. Po prostu taka, a nie inna struktura kolejnych utworów powoduje, że nie jest to krążek, do którego (oprócz wybranych fragmentów) mam ochotę powracać. Poza tym wiem to ja i wiesz to Ty, Drogi Czytelniku, że Stephena Malkmusa stać na nagrywanie dużo, hmm, „ważniejszych” piosenek. Szkopuł w tym, że on nic już nie musi.

Neon Neon „Stainless Style”

marzec 20, 2008 by lukaszkusmierz

Jeśli w latach 90 śledziliście na swoich pierwszych VHS-ach przygody Marty’ego McFly’a, Dr Emmetta Browna i ich wehikułu czasu, to kliknijcie w filmik poniżej. Resztę zapraszam od razu do drugiego akapitu.

Neon Neon, to projekt, o którym wspominałem niedawno przy okazji prezentowania dwóch zacnych mixtape’ów. Dla przypomnienia - grupę tworzą Boom Bip i Gruff Rhys, którego powinniście kojarzyć z kultowymi Super Furry Animals. „Stainless Style”, to koncept album poświęcony Johnowi DeLoreanowi, amerykańskiemu inżynierowi, który dał światu DeLoreana DMC 12 - sportowe auto wykorzystane w filmie „Powrót do przyszłości”. Na płycie znaleźć można też wiele innych odniesień do popkultury - Michael Douglas czy planeta Alderaan z „Gwiezdnych Wojen”, to tylko pierwsze przykłady z brzegu. Fani interpretowania wytworów kultury i doszukiwania się drugiego, trzeciego dna będą ukontentowani.

Nam, zwykłym słuchaczom pozostaje sama muzyka, teoretycznie utrzymana w konwencji „tamtej epoki”. Dominują lata 80, choć opener trochę zbija z tropu, bo to rzecz, która mocno pachnie wczesnym Kraftwerkiem (czyli 70’s). Utwory 2-5 będą singlami, a jeśli nie, to decydenci Lex Records powinni zastanowić się nad zmianą zawodu. „Dream Girls” sunie na rozbujanym, synthpopowym bicie i mocno „młodzieżowym” Gruffie (jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, „dream girls” w „cool cars” są ok.). Przy „I Told Her on Alderaan” gdyby nie tak wyraźnie zaakcentowana gitara, można by pomyśleć, że żyjemy w czasach, w których znajomość Human League czy OMD jest rzeczą naturalną. Bardzo długi wstęp, w którym mieszają się dalekie echa miami bass, „so 80’s” klawiszy oraz czegoś, co klubowi hedoniści nazwą na przełomie wieków latin house - oto zaczyna się jeden z największych growerów na płycie, „Raquel”. W 2007 to „Are You Sensation” Tigercity sprawiało, że ludzie po jakimś czasie odczuwali przesyt. Piosenka była po prostu tak dobra, że słuchało się jej aż do przedawkowania. „Raquel” to ta sama szkoła, a gdy w 3 minucie pada Gruffowe „shine on” i wchodzi zaśpiew rodem z Frankie Goes to Hollywood, jestem w siódmym niebie. Po raz drugi jestem tam dwie minuty później, gdy po krótkim podejściu w 5:08 zaczyna się regularna biba na parkiecie. Kto nie tańczy, ten gapa.

Perełki kryją się pod numerem 7 i 9. Singlowy „Lust U” pokazuje jak z kiczowatych, ewokujących epokę new romantic klawiszy można wycisnąć esencję i stworzyć muzycznego erotyka na miarę lat 00′. Przepiękny „Belfast” natomiast to czysta definicja stylu. Jeśli musiałbym wytłumaczyć obcej cywilizacji ideę eighties, smutek takiego grania i zarazem parcie na nieustającą zabawę, to puściłbym właśnie „Belfast”.

Ale „Stainless Style” nie tylko electropopem stoi. Co powiecie na próbę potraktowania współczesnego hip hopu electro właśnie? Połamane bity, rapowanki, to wszystko zawarte jest w „Trick for Treat”, „Sweat Shop” i „Luxury Pool”. I tu leży główny zarzut wobec „Stainless Style” - o ile same numery stoją na dobrym poziomie, o tyle robi się „płyta w płycie”. To samo zakończenie albumu, ambientowy „Stainless Style” - co prawda subtelnie wycisza, ale to znowu inna galaktyka. Bardziej więc kontrolowany (ale jednak) chaos, niż eklektyzm.

No to co misie-pysie? Dziś impreza pod numerem 80, ale parę razy wbijemy też do sąsiadów - wchodzicie?