dÉbruit „Spatio Temporel” [EP]

Luty 6, 2010 - autor: lukaszkusmierz

Bartek Chaciński zastanawia się, czy „Spatio Temporel” to zwiastun nowego, zapowiedź gatunku, który stanie się dla francuskiej sceny tym, czym było popularne na przełomie wieków French touch. Ja już postawiłem znak równości między dźwiękami dÉbruit a wspomnianym rodzajem muzyki elektronicznej, tyle że robiąc to miałem na myśli coś zupełnie innego, niż dziennikarz „Przekroju”.

W takich momentach konsumenci kultury często zachodzą w głowę jak to możliwe, że nikt wcześniej jeszcze nie wpadł na podobny pomysł. Jeśli ktoś posiada lepsze informacje, to proszę mnie poprawić, ale nie słyszałem dotąd nic o tym, by jakikolwiek artysta łączył w swojej twórczości afrykańskie sample, dubstepowy puls i klubową elektronikę. Niby ciężko uznać to za odkrycie Ameryki – tribal house spokojnie mógł dostarczyć inspiracji ukrywającemu się pod pseudonimem dÉbruit Xavierowi Thomasowi, niemniej coś jest na rzeczy. Słuchacze próbują sobie radzić z nowym zjawiskiem jak potrafią, tak więc możemy się spotkać z tak kosmicznymi określeniami na muzykę Francuza, jak „glitch-hop” czy „prograp” (!). Najważniejsze, że cztery utwory znajdujące się na EP-ce to nie tylko demonstracja umiejętności, muzyczna ekwilibrystka, ale również bardzo przebojowy zestaw, który ma wszelkie dane ku temu, by trafić do szerokiego grona odbiorców. Najlepszy moment bez wątpienia znajduje się pod indeksem nr 4 – mowa o roztańczonym, słonecznym „Nigeria What?”, singlu, który zostanie z nami jeszcze wówczas, gdy za parę miesięcy zapomnimy już o „Spatio Temporel” jako całości. Zaszczytne drugie miejsce z kolei zajmuje „149 Dalston Airline”, w którym motyw na syntezatorze i przetworzony wokal wywołują skojarzenia właśnie z French touch.

Tu wracamy do słów, które padły we wstępie. Otóż darzę sentymentem szkołę francuskiego house’u, wszak Cassius czy Daft Punk byli pupilkami dziennikarzy muzycznych, gdy byłem jeszcze nastolatkiem. Lubię czasem włączyć „Phoenix’a”, „Da Funk” czy „Burnin’”, ale równocześnie nie potrafię przesłuchać „Homework” w jednym rzucie, od początku do końca. Zbyt duża repetycyjność na dłuższą metę jest męcząca, a w przypadku dÉbruit pojawia się jeszcze (inaczej niż w przypadku French touch) spory przepych, jeśli chodzi o użyte w poszczególnych kawałkach ścieżki. Nie zmienia to faktu, iż warto śledzić kolejne wydawnictwa Thomasa, niewykluczone, że faktycznie jesteśmy świadkami narodzin nowego trendu.

CNC „No Mood”

Luty 4, 2010 - autor: lukaszkusmierz

Jakiś czas temu z Maćkiem Tomaszewskim napisaliśmy wspólną recenzję jednej z najbardziej frapujących płyt, jakie ukazały się na polskim rynku w przeciągu ostatnich miesięcy. Zawiłe losy tego tekstu spowodowały, że dopiero teraz zostaje on opublikowany w przestrzeni blogowej (inaczej niż zakładał pierwotny plan). Nie jest to jednak żaden recenzencki „B-side”, ale pełnoprawny materiał, który po odleżeniu dłuższego czasu na dyskach twardych trafia w tym momencie do Was.

ŁK: Borys Dejnarowicz i Piotr Maciejewski to ważne postacie dla polskiej alternatywy. Wydawać by się mogło, że informacja o wspólnym krążku wspomnianych artystów zelektryzuje fanów niezalu, tymczasem premierze „No Mood” towarzyszyło raczej umiarkowane zainteresowanie. Dziwi to tym bardziej, że rzecz się dzieje w kraju, w którym do np. My Bloody Valentine wielu podchodzi czołobitnie, a przecież shoegaze i dream pop wychowane na muzyce ekipy Kevina Shieldsa to główne składniki opisywanego przez nas mini-albumu.

MT: Powody, dla których premierze „No Mood” towarzyszyło – jak to określił Łukasz – „umiarkowanie zainteresowanie” pozostaną nie do końca jasne. Ja postawiłbym na taki, że Maciejewski i Dejnarowicz nagrali taką płytę, jakiej właściwie można się było po nich spodziewać, wybrali najłatwiejszą z możliwości (to nie zarzut). Choć na mix-tape’ach sygnowanych nazwą CNC pojawił się prawdziwie odważny konglomerat estetyk, to „No Mood” jest zaskakująco spójne. Panowie czują się tu jak ryba w wodzie i paradoksalnie pewnie dlatego tak niewiele się o tej płycie mówi. Nie ma czego dissować, to nie „biszkopotowe serce owinięte ciasno folią” (nie wszyscy byli usatysfakcjonowani debiutem Much jak niżej podpisani) czy poważkowe impresje z „Divertimento” o kwestionowalnej przez wszelkich znawców i nieznawców wartości. Na to wszystko nakłada się ogólna kondycja polskiego niezalu, światka, którego tak naprawdę nie ma.

ŁK: Jest też tak, że część słuchaczy mogła zniechęcić sama forma utworów – kompozycje na „No Mood” są skonstruowane na, tak lubianej przez Dejnarowicza, zasadzie repetycji. Zdarzają się wyjątki, jak „Vegas” z wokalem Ani Stanisławskiej, gdzie wpuszczono więcej powietrza, ale generalnie dominuje powtarzanie i zagęszczanie motywów (tytułowy track, „Xenility”, „Magenta Ants”), wspomniane kawałki są zaś rozdzielone elektronicznymi szumami (kolejne „Plot Device”). Jednak – co należy wyraźnie podkreślić – ścieżki przygotowane przez Borysa i Piotra na ten króciutki album to ekstraklasa jeśli chodzi o przebojowość, o właściwie każdym utworze na „No Mood” można opowiedzieć w ciepłych słowach (jedynie odrobinę dłuży się przypominający klimatem Drivealone closer), a pierwszych kilkanaście sekund mojego faworyta, czyli „Magenta Ants” widzę jako rzecz do wykorzystania na zapadający w pamięć dżingiel radiowy. Wspomnijmy też o okładce – sympatyczny tribute dla „Loveless”.

MT: Właśnie… CNC formalnie jest duetem, ale to przede wszystkim dwie wyraziste indywidualności i każda z nich zaznaczyła swą obecność na krążku. Dla uproszczenia: Dejnarowicz przyniósł melodie, Maciejewski: teksturalną schizofrenię (Łukasz ukradł mi „repetycje”, bo chciałem dodać, że one na „No Mood” stanowią wspólny mianownik artystycznej maniery obu panów). Całość, mimo gęstej estetyki, podana jest lekko i zwiewnie. I bez specjalnego przeintelektualizowania, zupełnie inaczej niż na solówkach artystów z CNC, gdzie i Piotr i Borys wznosili się na wyżyny muzycznej erudycji. Niebanalne, ale i nieskomplikowane, optymalny złoty środek.

These New Puritans „Hidden”

Luty 1, 2010 - autor: lukaszkusmierz

To naprawdę duża rzecz, że w samym środku popkultury, pomiędzy krzyczącą do odbiorcy kolorową okładką modnego czasopisma a permanentnym etykietowaniem w sieci wykonawców coraz to bardziej wydumanymi terminami pojawiła się taka płyta, jak „Hidden”. Album, na którym These New Puritans dokumentując odchodzący w przeszłość koncept tworzenia muzyki nie odwracają się bynajmniej od teraźniejszości, a końcowy efekt ich pracy wpisuje się w pojęcie sztuki.

Do nagrania swojego drugiego longplaya Wyspiarze zaprzęgli instrumentalną armię zaciężną – masywne japońskie bębny i orkiestra dęta to tylko namiastka tego, co odbiorca może tu usłyszeć. Z kolei współczesność reprezentują na „Hidden” nowoczesne podziały rytmiczne, które rekomenduję do nowej edycji „You Can Dance”… o ile ten program zmieni konwencję na pojedynki uliczne w jakiejś nieciekawej okolicy. Album otwiera dostojna melodia dęciaków (niemal tak samo rozpoczynało się przed ponad dwudziestu laty „Spirit of Eden” Talk Talk!), by zaraz przejść w monumentalne, singlowe „We Want War”. To świetny, streszczający cały krążek utwór, ale od 7-minutowej kompozycji lepiej do promowania „Hidden” nadałoby się jednak „Fire-Power”, rzecz baaardzo przypominająca kawałki, jakie nagrywa M.I.A (zresztą wpływ Mathangi usłyszymy też w innych kawałkach). Sam lider These New Puritans, Jack Barnett jako inspirację wymienia Wu-Tang Clan i w tym miejscu należy wskazać na melodeklamowane „Three Thousand”. Naprawdę, tego ciężkiego bitu nie powstydziłby się główny producent raperów z Nowego Jorku, RZA i to RZA będący w najwyższej formie. Ciągle mówimy o albumie zespołu, który na Wikipedii został umieszczony w szufladce „art rock”.

Choć „Hidden” jest bardzo poważnym i dość mrocznym albumem, to znajdziemy na nim momenty rozpogodzenia będące w dodatku jednymi z najmocniejszych punktów w całym zestawie. Przede wszystkim mam na myśli ciepłe, klawiszowe, bliskie konwencji klasycznie pojmowanego indie „Hologram”, w pewnym stopniu też (bo klimat już mniej sielski) absolutnie fenomenalne „White Chords” (jeśli Alex Miller z „New Musical Express” porównał je do dokonań Radiohead, to trzeba powiedzieć też to – „Kid A”), a także drugą, liryczną część „Drum Courts – Where Corals Lie” (przepiękna melodia) oraz bajkowe, wyjęte jakby ze snu dziecka momenty w zamykającym krążek „5” (1:13-1:20! 1:33-1:58!). Poza tym po stronie plusów zapisuje się obecność wielu detali, smaczków – gdzieś pojawia się szczęk żelaza, gdzie indziej śpiew chóralny, przewijają się tematy sprawiające wrażenie, że to już nie muzyka popularna, a ilustracja monumentalnego dzieła filmowego, we wspomnianym „Drum Courts – Where Corals Lie” Jack przywołuje wersy z wiersza Richarda Garnetta o tym samym tytule, co drugi człon nazwy utworu, wreszcie „Time Xone” i „Fire-Power” oraz „Orion”, „Canticle” i „5” spaja ten sam motyw muzyczny.

Słabe punkty „Hidden”? Zastanawiam się, czy TNPS nie przysłużyłoby się wyjęcie „Oriona” z płyty, bo tu zespół zbliża się do granicy autoparodii. Jest jeszcze jedna rzecz, choć nie należy jej raczej rozpatrywać w kategorii zarzutu. Otóż, wytrenowane na współczesnej muzyce ucho podświadomie szuka bezdyskusyjnego growera, radio-friendly singla, który przyciągnąłby szeroką grupę odbiorców, o którego tu ciężko. Bo „Hidden” to album pomyślany jako całość. Historia zna już jednak takie przypadki (które zresztą pojawiły się w tekście), gdzie płyty poradziły sobie bez obecności choćby jednego przeboju dla mas. Jeśli najnowsze dzieło These New Puritans podzieli los wspomnianych… to właśnie jesteśmy świadkami narodzin grupy, o której przeczytamy kiedyś w leksykonach.

Rzucając uchem – Muchy „Przesilenie”

Styczeń 19, 2010 - autor: lukaszkusmierz

Po prawdzie to tym uchem rzucam już jakiś 4-5 raz. Mój ulubiony polski zespół z tych z literami „m”,”u”,”ch” i „y” w nazwie puścił w obieg singla promującego drugi album, a ja jako ten szalikowiec i PR-owiec nie mogłem wobec tego faktu przejść obojętny. „Przesileniem” panowie jeszcze bardziej zdecydowanie niż dotychczas wychodzą w stronę popu realizując tym samym swoje zamierzenia (sami przecież określają Muchy jako „zespół popowy”). Odkąd jednak część środowiska alternatywnego odkryła, że dobry pop nie jest zły (całkiem logiczne, nieprawdaż?), to z każdym kolejnym dniem, choć teraz jest to takie modne, jedynie przyznanie się do inspiracji tym gatunkiem nie wystarczy. Dobrych utworów nam trzeba czyli. I Poznaniacy „Przesileniem” takowy nam dają, choć nie są to jeszcze Muchowe wyżyny. Jest pogodny nastrój, fajny drive w refrenie, charakterystyczne dla Michała Wiraszko wersy i z każdym przesłuchaniem coraz bardziej wkręcająca się w ucho piosenka, ale nokautu w stylu „Jane Fondy” czy niektórych kawałków z „Terroromansu” brak. Przy okazji ujawniono tracklistę drugiego longplaya, czyli „Notorycznych debiutantów”. Zwraca uwagę obecność jednego z najlepszych momentów na „Galanterii”, mianowicie piosenki „Kołobrzeg – Świnoujście” oraz brak (przynajmniej patrząc po tytułach) „Tanich linii lotniczych”, najciekawszego z granych ostatnimi czasy na koncertach kawałków.

Rzucając uchem – Delphic, Spoon

Styczeń 14, 2010 - autor: lukaszkusmierz

Tak się złożyło, że w tym miesiącu ciekawym muzycznym premierom towarzyszy przedpremierowe udostępnianie albumów do odsłuchu. Tak zrobili już Vampire Weekend, tak postąpili Delphic (jedynie singlowe „Doubt”, obecne na MySpace zespołu trzeba sobie puścić spoza Pop Out Playera; Wikipedia donosi również o bonusowym utworze, inaczej niż Amazon), wreszcie cały longplay Spoon można sprawdzić na NPR. Uwaga – to co znajduje się poniżej, to nie recenzje w „klasycznym” rozumieniu, bardziej wrażenia spisane w .doc po zapoznaniu się z materiałem, bez – jak to zwykle bywa – wgryzania się, analizowania, parokrotnego odtwarzania całości.

Delphic, czyli o co tyle hałasu?


Wokół trójki z Manchesteru ostatnimi czasy zawrzało, jak dobry jest to band, pojawiła się nawet nazwa „New Order”. Powoli. Po pierwsze, skojarzenie z legendarnym zespołem z północno-zachodniej Anglii powinno być głównie geograficzne, na pewno nie muzyczne. Inna – nazwijmy to – kultura grania, a przede wszystkim nie ten potencjał jeśli chodzi o umiejętność pisania parkietowych przebojów. Ciężko znaleźć na „Acolyte” chociaż jeden kawałek, który mógłby podskoczyć największym hitom Sumnera, Hooka i Morrisa. „Doubt”? Nie sądzę. „Counterpoint”? Lepiej, ale kojarzy się z „All My Friends” LCD Soundsystem, poza tym dlaczego to tyle trwa? Chłopaki zasypują słuchacza długimi kompozycjami i chyba jednak nie jest to uzasadnione, by je tak przeciągać. Po prostu aż tak wiele się u Delphic nie dzieje, że słuchacz pochłania dźwięki i nie zwraca uwagi, iż leci np. już ósma minuta utworu. Mamy kolejny zespół na okładki pism i duże festiwale, ale they aren’t sensation.

Spoon, czyli starzy, ale jarzy


Starzeję się (w sumie oczywista rzecz), ale indie rock doprawiony groove’m od weteranów ze Spoon znacznie bardziej buja moim ciałem, niż elektroniczne eskapady młodziaków z Delphic. A może dawno nie słyszałem dobrej gitarowej płyty? Co ciekawe, choć poprzedni album formacji „Ga Ga Ga Ga Ga” był całkiem przyzwoity, to po zapoznaniu się z nowymi nagraniami – „Written in Reverse” i „Got Nuffin” – do „Transference” podszedłem z rezerwą. Niepotrzebnie. Zdecydowanie jest to płyta, do której warto będzie wrócić, lepiej poznać całość. Bywa ciekawie, weźmy np. utwór „Goodnight Laura”. Właściwie ballada, ale napędzana takim nerwem, że ciężko ten kawałek zaklasyfikować do akcji pt. „gitary grają, zapalniczki w górę, dziewczyny się wzruszają”. Poza tym nic na to nie poradzę, ale jak słyszę bas nakręcający taneczny puls, to jestem kupiony (a takie atrakcje zapewniają mi Spoon na swojej nowej płycie). Cóż, pozostają już tylko dancingi, wizyty w ZUS-ie i dbanie o ciśnienie.

Szału nie ma…

Styczeń 12, 2010 - autor: lukaszkusmierz

Tak to prawda – znany jest już line-up trzeciej edycji Innych Brzmień, która odbędzie się latem w Lublinie. Mając jednak w pamięci sytuację z poprzedniego roku, kiedy to wielu z zapowiadanych artystów ostatecznie nie pojawiło się na festiwalu proponuję do tej informacji podejść z dystansem, choć… jeśli tak będzie wyglądał ostateczny skład lubelskiej imprezy, to niestety nie odbije się ona wielkim echem w kraju. Jeśli już upierać się przy idei, by na koncerty zapraszać zespoły mało znane, to chociaż jeden headliner (jak Morcheeba w 2008 r.) czyniłby różnicę. Owszem, miło będzie zobaczyć Myslovitz czy Pustki, ale będzie to atrakcja dla mieszkańców miasta, a nie wydarzenie, które przyciągnie fanów muzyki z innych miejsc Polski.

Najlepsze płyty 2009

Grudzień 30, 2009 - autor: lukaszkusmierz

Odkąd zacząłem pisać o muzyce, śledzić na bieżąco, intensywniej premiery płytowe, nie miałem takiego roku, jak ten. Co rusz dobry album, bezlitosne dwanaście miesięcy dla średniaków, które przy tym bogactwie wyboru zwyczajnie nie miały szans zaistnieć jakoś szczególnie na liście najlepszych krążków. Zakończenie dekady w najlepszy z możliwych sposobów.

10. Kings of Convenience „Declaration of Dependence”

Nasi rodzice mają Simona & Garfunkela, my mamy Kings of Convenience. Choć płyta liczy sobie ponad 40 minut, trzynaście utworów i jest to prawie wyłącznie akustyczne granie, to panowie Øye i Glambek Bøe kombinują na tyle, mają dryg do przebojowych melodii, że nuda praktycznie słuchaczowi nie grozi (gdyby wyrzucić ze dwa kawałki z „Declaration….”, wielka szkoda by się nie stała). Dla wszystkich szukających wytchnienia od pędzącego świata.

9. Q-Tip „Kamaal the Abstract”


Choć legendarni A Tribe Called Quest wraz z resztą pokrewnych im duchowo ekip (np. De La Soul) robili coś zupełnie nowego w hip hopie, to nie wiem czy gdyby istnieli nadal, nagraliby rzecz aż tak ponadgraniczną, jeśli chodzi o szufladki w – głównie czarnej – muzyce. Rzekomy brak komercyjnego potencjału spowodował, że ówcześni szefowie Q-Tip’a z Arista Records wstrzymali wydanie „Kamaala” i album na oficjalny debiut rynkowy czekał aż siedem lat. Smutne. I odrobinę fałszujące rzeczywistość – trzeci solowy krążek rapera może i nie podbije serc masowych słuchaczy, ale nie sposób odmówić mu dużej przebojowości.

8. Grizzly Bear „Veckatimest”


W temacie Grizzly Bear nic nie jest tak oczywiste, jak wydaje się na pierwszy rzut oka (ucha). W jednej z recenzji autor oddał się refleksji jak to jest, że tak młodzi artyści nagrywają tak dojrzałą muzykę. Ktoś kto nie widział nigdy GB, po usłyszeniu wokalu może pomyśleć, że ma do czynienia ze starymi wyjadaczami, podobnie po poznaniu kompozycji, tyle że znów – Mariusz Herma udowadniał na swoim blogu, że nie są one tak skomplikowane, jak się powszechnie uważa. Ponadto ta „sędziwa” muzyka zakręciła w głowach młodym słuchaczom. W tym wszystkim niech tylko nie umknie fakt najważniejszy – „Veckatimest” bardzo dobrą płytą jest.

7. California Stories Uncovered „Confabulations”


Polski rodzynek w zestawieniu i zarazem longplay mocno w kraju niedoceniony. Jedno jedyne CSU ze wszystkich rodzimych zespołów w tym roku nagrało album, w którym na siłę mogę co najwyżej dopatrywać się minusów, a nie szukać z lupą w ręku plusów jak to niestety często bywa.

6. Jack Peñate „Everything Is New”


Taniec, energia, puls, życie, muzyka latynoska, soul, indie pop – młodziak z Londynu obala stereotyp Wyspiarza, który nie rozstaje się z angielską flegmą. Uwaga! Momenty oddechu, elegancja w stylu retro również obecne.

5. The Field „Yesterday And Today”


Drugi krążek Axela Willnera przeszedł jakoś bez większego echa, odwrotnie niż debiutanckie „From Here We Go Sublime”, czego nie rozumiem. Płyta z 2007 r. solidnie przynudzała, tu wreszcie pojawia się życie. Ciągle zmechanizowana elektronika, ale już z duszą.

4. The Whitest Boy Alive „Rules”


Erlend Øye wychodzi na jednego z głównych bohaterów tego podsumowania. Są momenty na tej płycie, gdy podobnie jak Jack Peñate czwórka muzyków z The Whitest Boy Alive proponuje alternatywny sposób na spędzenie czasu na parkiecie, są i takie chwile, kiedy wprowadzają odbiorcę swoimi pastelowymi kompozycjami po prostu w chilloutowy nastrój. Miodzio.

3. Junior Boys „Begone Dull Care”


Zapamiętaj – jeśli chcesz być uznanym za prawdziwego „niezala”, to unikaj takich wyznań, jak to, które zaraz poczynię. Im młodszy album w dyskografii duetu z Ontario, tym bardziej mi się podoba. „Begone Dull Care” wydaje się najrówniejszym z całego dorobku Kanadyjczyków, zmiana klimatu na pogodniejszy też ma swoje znaczenie. Gdyby Junior Boys zatrzymali się na etapie debiutanckiego „Last Exit”, nie byliby szczególnie interesujący. Mam nadzieję, że czwarta płyta będzie też czymś odrobinę innym od pozostałych longplayów.

2. Dan Deacon „Bromst”


To nie jest album, który wygrywa podsumowania roczne… chyba że ktoś jest na tyle wyluzowany, iż nie ma problemu z umieszczeniem na pierwszym miejscu płyty niemal w całej swej rozciągłości niepoważnej. „Bromst” to kopalnia przebojowych momentów, zestaw utworów, które są większym wyzwaniem dla ucha, niż zwycięzca tego rankingu (odradzam słuchanie longplaya Dana Deacona, gdy zmysły są przeciążone), wyzwalacz banana na twarzy, rzecz w pełni zasługująca na srebrny medal.

1. Animal Collective „Merriweather Post Pavilion”


Zaskoczeni? W recenzji dla Polskiego Radia wyraźnie stwierdziłem, że „MPP” to dobra płyta, a co do samej otoczki, to (skracając bardzo mocno wątek) bezkrytyczne podejście do artystów mnie mierzi, sam staram się go unikać. Tegoroczny album Animal Collective wygrywa, jak to się mówi, „ciężarem gatunkowym”, świetnymi kompozycjami, z których część pewnie wejdzie do kanonu muzyki alternatywnej, wreszcie tekstami tak wyraźnie zwróconymi w stronę życia domowego, rodziny. Tak, poznając płytę w styczniu byłem zawiedziony, ale dlatego, że w ekipie z Baltimore widziałem tych, którzy dokonają przewrotu kopernikowskiego w muzyce. Nierealne oczekiwania? Może, ale pokazują też, co sądziłem o potencjale tego zespołu. Dobra, krótko – „Merriweather Post Pavilion”, numer jeden w tym roku.

Najlepsze piosenki 2009

Grudzień 28, 2009 - autor: lukaszkusmierz

Selekcja kawałków, kolejność – dylematów w tym roku było sporo, dobiegające końca ostatnie dwanaście miesięcy przyniosło bardzo dużo dobrej muzyki. Długo myślałem nad kształtem listy, ostatecznie postanowiłem wyróżnić przede wszystkim kompozycje/grupy: a) których słuchałem najczęściej, b) które dostarczyły mi największej frajdy, c) o których pisałem. Jako ciekawostkę dodam, iż to, co widzicie poniżej zostało wyselekcjonowane z grupy… ponad siedemdziesięciu utworów.

20. Pustki „Kalambury”

Jedyna piosenka w rodzimym języku, ale za to „full-wypas” – tekst na podstawie wiersza Władysława Broniewskiego, opowiadający o zachodzie słońca nad Warszawą i przebojowa kompozycja zespołu tak mocno zakorzenionego w „polskości”.

19. port-royal „The Photoshopped Prince”

Łapie się na tym, że często myślę o port-royal jako o polskiej grupie – promocja przez iSound, a przede wszystkim obecność Natalii Fiedorczuk, Natalii Grosiak i Michała Wiraszko na płycie Włochów zrobiły swoje. W proponowanym kawałku udziela się wokalista Much, a sama kompozycja pokazuje, że można nagrać w duchu New Romantic piosenkę odbiegającą od powielanych schematów (w dobie mody na lata 80 – rzecz bezcenna).

18. Kings of Convenience „Boat Behind”

Piosenek, po których świat wydaje się piękniejszym i przyjaźniejszym miejscem niż faktycznie jest, nie można nie lubić zwłaszcza, jeśli są tak przebojowe, jak „Boat Behind” (ten utwór brzmi jak klasyk). Do tego beztroski obrazek w wideoklipie.

17. Charlotte Hatherley „Alexander”

Tegoroczny album Angielce nie wyszedł, ale wobec „Alexandra” nie można przejść obojętnie. Gdyby całe „New Worlds” trzymało taki poziom, mielibyśmy płytę-kandydatkę do listy dekady.

16. Florence + the Machine „Rabbit Heart (Raise It Up)”

„Stara miłość nie rdzewieje” – na pewno „Dog Days Are Over” jest fantastycznym utworem, ale to właśnie „Rabbit Heart…” jako pierwsze podbiło moje serce.

15. Kamp! „Breaking a Ghost’s Heart”

Żaden inny polski zespół nie puścił w 2009 r. w obieg większej ilości hitów. Ostatecznie postanowiłem wyróżnić utwór, w którym dzieje się najwięcej (jeśli chodzi rzecz jasna o dotychczasowy dorobek Kamp!).

14. Tortoise „Gigantes”

Gdy zespół tak zasłużony dla muzyki, jak Tortoise nagrywa utwór, w którym pokazuje cały swój kunszt i w dodatku nazywa go „Gigantes”, to można tylko spojrzeć z szacunkiem. Że niby zadzieranie nosa? Chyba nie słyszałeś (-aś) jeszcze, o czym mowa, nadrób to czym prędzej.

13. Junior Boys „Bits & Pieces” / Phoenix „Fences”

Miejsce trzynaste ex aequo dla kawałków, dzięki którym łatwiej znieść zawód spowodowany tegorocznym albumem Tigercity.

12. The Whitest Boy Alive „1517”

Gdy Erlend Øye wchodzi z wokalem „Hey, you, we just got started / You can’t end this now” to robi się lepiej na sercu. „1517” to sympatyczny, przebojowy kawałek – trochę niedzisiejszy, jak i sam Øye, gdy popatrzeć na to o jakich wykonawcach jest w naszych czasach głośno. Cóż, ze stratą dla czasów.

11. Basement Jaxx „Raindrops”

Animal Collective + MGMT = „Raindrops”.

10. Passion Pit „The Reeling”

Kolejna rzecz pt. „singiel świetny, płyta nudna”.

9. The Bird And The Bee „Love Letter To Japan”

Nie wiem skąd ta tendencja do upraszczania wszystkiego, ale „Love Letter To Japan” w wersji oficjalne video, a „Love Letter…” w wersji albumowej, to jak niebo i ziemia. Piosenka z płyty jest zdecydowanie lepsza, bo ze wszystkimi ozdobnikami i zakrętami, a nie tylko sama (przebojowa skądinąd) melodia.

8. Yeah Yeah Yeahs „Zero”

„Show Your Bones” była jedną z najlepszych płyt 2006 roku, do „It’s Blitz!” nie mam ochoty powracać, ale „Zero” urywa głowę. Karen, dlaczego?!

7. Junior Boys „Parallel Lines”

Niby wyważona kompozycja, ale sprawdźcie jak w końcówce (podczas zapętlonego refrenu) „Parallel Lines” gęstnieje, jak z wyciszonego, enigmatycznego utworu wyłania się swego rodzaju dramatyzm. No i te podcięcia!

6. Franz Ferdinand „Lucid Dreams”

Jeśli komuś piosenki Franz Ferdinanda zlewały się w całość, to po poznaniu „Lucid Dreams” będzie musiał skorygować odbiór twórczości zespołu ze Szkocji. Warunek jest jeden – trzeba wyczekać do piątej minuty… a potem już tylko zbierać szczękę z podłogi.

5. Dan Deacon „Build Voice”

Absolutnie niereprezentatywna dla całej płyty Amerykanina kompozycja. Epicka, dostojnie rozwijająca się, piękna, dotykająca marzeń, przestawiająca w człowieku takie pokrętło, że wszystko wydaje się w zasięgu jego rąk, wszystko wydaje się możliwe. A przecież „Bromst” to szalona dyskoteka, o czym świadczyłoby umieszczenie w tym miejscu „Baltihorse”, „Woof Woof”, „Get Older” lub (w mniejszym stopniu) „Snookered” czy „Of The Mountains” – wszystkie te utwory brałem pod uwagę układając tę listę.

4. Animal Collective „Brother Sport”

Spróbujmy przez to przejść w miarę bezboleśnie. Komu się jeszcze chce pisać w tym roku o Animal Collective, ręka do góry. Dlaczego „Brother Sport”? Bo trzeba było coś wybrać, lista najlepszych utworów nie może być zdominowana przez jeden zespół, a już poza tym wszystkim to fantastyczny numer ilustrujący lata dziecięcej beztroski.

3. Jack Peñate „Tonight’s Today”

Ileż razy słuchałem tego kawałka w tym roku! I nadal, gdy pójdzie już „play”, to prawdopodobnie „Tonight’s Today” poleci już do końca. Po „Tonight’s Today” house, R’n'B czy przy czym teraz młodzież się bawi w dyskotekach wydają się niepotrzebne. Ideał.

2. Grizzly Bear „Two Weeks”

To nie ma zabrzmieć sztucznie patetycznie – „Two Weeks” jest dowodem na to, że spotykając dany od Boga, dobrze wykorzystany talent, piękno samego dzieła można być do tego stopnia poruszonym, że aż oczy robią się wilgotne. Jeśli nie ściśnie Cię coś za gardło przy „Every time you try / Quarter half a mile”, to…

1. Animal Collective „My Girls”

Musiałoby się wydarzyć jakieś niewyobrażalne trzęsienie ziemi w świecie muzycznym, by utwór, o którym wiedziałem od dawien dawna, że znajdzie się na pierwszym miejscu tej listy, wylądował niżej. Niezwykle przebojowa kompozycja i dotykający w prosty sposób spraw niebanalnych tekst tworzą olśniewający duet. Nie wiem czy każdemu, kto zagląda na tego bloga uda się urzeczywistnić przesłanie AC z „My Girls” (czy wręcz każdy o tym marzy), ale nie zaszkodzi Wam tego życzyć – nie biegać z wywieszonym językiem za materialnymi sprawami, ale dążyć do tego, by zapewnić swojej rodzinie, żonie/mężowi, dzieciom prawdziwy, normalny dom.

port-royal „Dying In Time”

Grudzień 17, 2009 - autor: lukaszkusmierz

Mimo coraz cięższych warunków pogodowych w końcówce roku, przedzierając się przez miasto nie musimy jeszcze rozpalać flar na ratunek (patrz okładka „Dying In Time”). Żarty na bok – piąty longplay zespołu z Genui to wymagający materiał. Nie tylko ze względu na samą muzykę dziejącą się na przecięciu dream popu, ambientu, electropopu, shoegaze’u i post-rocka, która poprzez swoją bajkowość zabiera słuchacza w podróż po jego wyobraźni i wpływa nań kojąco. Ona również oddziałuje na to, iż sesja z tegorocznym krążkiem port-royal jest wyzwaniem, ale w połączeniu z tym, iż: a) na albumie znalazło się ponad 70 minut muzyki, b) większość utworów to długie, kilkuminutowe, nastrojowe kompozycje. W efekcie parę razy, gdy z wieży dobiegały dźwięki „Dying In Time”, zdarzało mi się przejść od słuchania do drzemania, tyle że! Ktoś kto jeszcze nie poznał tej płyty może pomyśleć w tym momencie, że mowa o jakichś kolejnych marzycielskich dłużyznach, nudziarstwie, ambientowo-post-rockowym zamulaniu. Otóż Włosi, podobnie jak ich krajanie od catenaccio, nie dają się tak łatwo przyłapać na „lewych” zagraniach.

Port-royal w bezkresne krajobrazy, które malują za pomocą dźwięków co jakiś czas wplatają przebojowe linie melodyczne żywcem wyjęte z parkietu, na którym roztańczeni imprezowicze zdzierają podeszwy. Tak się dzieje w „I Used to Be Sad”, w którym z otchłani spowitej tajemnicą kompozycji wyłania się zapętlona partia klawiszy przywołująca feeling lat 80 oraz wokal… Natalii Fiedorczuk. Na „Dying In Time” nie tylko chyba najbardziej obecnie zapracowana polska wokalistka reprezentuje biało-czerwone barwy (i to w trzech kawałkach) – w najbardziej wpadającym w ucho utworze na płycie, w „The Photoshopped Prince” pojawiają się Natalia Grosiak (m.in. Mikromusik) oraz Michał Wiraszko z Much. Cóż to jest za numer! Specjaliści od klasyfikowania gatunków podług BPM doszukają się tu pewnie ze trzech rodzajów elektroniki, a laicy po prostu pokochają „Księcia” bez zbytniego kombinowania, bo cztery minuty, cztery sekundy poświęcone na wysłuchanie tego kawałka, to jedne z najlepiej spędzonych czterech minut, czterech sekund w tym roku.

Trzeba jednak przyznać, że obok chwytliwych momentów port-royal często stawiają na „Dying In Time” na ciągnące się w nieskończoność kompozycje, przez co płyta może być w ogóle nie do strawienia dla takiego odbiorcy, który jest zbyt mocno przyzwyczajony do konsumowania singli. Sam mimo tego, że przedkładam albumy pomyślane jako całość nad longplaye złożone z średnio pasujących do siebie, choćby nawet przebojowych piosenek (i dlatego np. zeszłoroczny krążek MGMT nie znalazł się na liście podsumowującej rok w płytach) zmagałem się z tym, co przygotowali dla słuchaczy port-royal. Nie przekreślajcie ich jednak z tego powodu, bo może umknąć Waszej uwadze przemyślany materiał z paroma przebojami, a szczególnie z jednym takim, że zakładam się o pizzę, iż na początku 2010 internauci będą wpisywać „port-royal” w Google.

Pustki „Kalambury”

Grudzień 10, 2009 - autor: lukaszkusmierz

„Kalambury” znajdowały się w gronie polskich płyt, których zakup rozważałem zanim jeszcze zostanie wyrwana z kalendarza ostatnia kartka z 2009 rokiem, ale że pieniądze opuszczają portfel szybciej, niż go witają, sezon wybitnie wydatkowy, a ostatnie dwanaście miesięcy obfituje w ciekawe albumy, to i nabycie „nowych Pustek” zawisło w próżni. Nieoczekiwanie jednak wspomniany longplay wypatrzyłem na wystawie jednego z osiedlowych kiosków w cenie dużo mniejszej niż ta, po której kojarzyłem, iż jest on sprzedawany. Okazało się, że kioskarka nie mogła już go zwrócić z powrotem, ale też nie miała co z nim zrobić, gdyż pomimo zachęcającej ceny („po kosztach własnych”) nikt w „największej sypialni Lublina”, czyli dzielnicy, na której mieszkam, dotąd nie kupił krążka.

Symboliczny obraz tego, jak (nie)wygląda recepcja sztuki wśród rodaków? Gorzki posmak całej sytuacji dopełnia fakt, iż mamy do czynienia z płytą, na której Pustki wykonują piosenki do słów klasycznych polskich poetów. A jeśli ktoś szykuje się z wysunięciem kontrargumentów, to zanim to zrobi, niech odpowie mi na pytanie, jak to jest, że zespół z niegdyś Ostrówka, teraz z Warszawy zaistniał w szerszej świadomości – nominacje w zeszłym roku do Paszportu „Polityki” oraz Fryderyka, pojawienie się w „Poranku TVN24” w tym – dopiero w przeddzień dziesiątej rocznicy swojego istnienia? Jasne, sam poznałem Pustki na wysokości „Do mi no”, tyle że jeszcze nie tak długo przed tym faktem w ogóle nie interesowałem się muzyką alternatywną.

Można kręcić nosem i uznać, że wydawca zespołu postanowił zdyskontować sukces swoich podopiecznych wypuszczając na rynek po zeszłorocznym „Końcu kryzysu” szybko nowy krążek (z wypowiedzi samych muzyków jasno wynika, iż nie mieli oni w planach na najbliższą przyszłość kolejnej płyty), krytykować posunięcie Agory tym bardziej, gdy przypomni się o koncepcji sprzedawania płyt przez koncern, czyli jako „książki”, dzięki czemu VAT równa się dokładnie 0% (a za książkę robią wypowiedzi artystów albo wywiady). Osobiście najbardziej drażni mnie pośpiech w samych utworach, pewna kalkulacja w dobranym materiale – już na płycie Waglewskich miałem wrażenie, że kompozycjom nie pozwala się rozwinąć skrzydeł, jakby były one na siłę upychane w format paru minut. Na „Kalamburach” jest podobnie.

Gdy jednak wyrzucimy z głowy wszystkie przykre skojarzenia i historie opowiedziane wyżej, to mamy szansę poznać świat faktycznie poetyckiej wrażliwości czwórki muzyków. To naprawdę niebagatelna sprawa, iż młodzi ludzie odkurzają dla swojego pokolenia wiersze twórców, po których dokonania osoby spędzające wilczą część czasu w Internecie pewnie by nie sięgnęły. Przy okazji Pustki są w bardzo dobrej formie jeśli chodzi o kompozycje. Może nie powalają one na kolana zabierając odbiorcy z końca języka najmniejsze choćby „ale”, jednak każdy utwór ma swój charakterystyczny rys, pełno na „Kalamburach” alternatywnych przebojów. Pięknie współgra muzyka i wiersz Władysława Broniewskiego o zachodzie słońca nad stolicą w tym najbardziej znanym (z racji promowania jednego z seriali TVP2), czyli w tytułowych „Kalamburach”. Występująca gościnnie na płycie Kasia Nosowska swoim wokalem doskonale pasuje do przejmującego tekstu Słonimskiego i zapala w głowie lampkę „Agnieszka Osiecka” („Notes”), Leśmian wraz z Pustkami faktycznie przeszywają dającym się słyszeć w „Dłoń zanurzasz we śnie” chłodem, z kolei na przeciwległym biegunie lokuje się wlewający w serce kontenery optymizmu Wyspiański („Wesoły jestem”), a przy „Pożałuj mnie!” ciężko się nie uśmiechnąć.

„Kalambury” to płyta, która trochę oszukuje czasy, w których została wydana. I bardzo dobrze. Pustki nie męczą odbiorcy pretensjonalnie wykonaną poezją, więc jeśli czytający te słowa skłania się ku przekreśleniu tego albumu ze względu na jego zawartość, to radzę jeszcze raz przemyśleć tę decyzję. Może również na Ciebie czeka egzemplarz „Kalamburów” do przygarnięcia przegrywający właśnie z prasą brukową lub inną pustą błyskotką?