Zagraniczne rozmaitości (4) – Dan Deacon, Juanitos

czerwiec 15, 2009 by lukaszkusmierz

Lato z każdym dniem coraz śmielej zagląda do naszych okien, festiwalowy maraton sukcesywnie się rozkręca, a ilość płyt, którym warto się przyjrzeć przytłacza. To wszystko sprawia, że najchętniej wcisnęłoby się „pauzę” na pozostałe codzienne zabiegania i zajęło się tym, co naprawdę jest ważne. Albumy, o których w tym wpisie mowa to mieszanka wybitnie imprezowa i… szalona, zatem wrzućcie oranżadę do lodówki, a w międzyczasie gdy będzie się chłodzić zapraszam do poczytania o dwóch soundtrackach na wakacje.

Dan Deacon „Bromst”


Skoro Artur Kiela napisał kiedyś o Animal Collective, że „z pozoru zdają się czerpać wyłącznie z wtórnego zdziecinnienia”, to co należałoby powiedzieć o ich krajanie? A może lepiej o „koledze z piaskownicy”? „Bromst” to combo złożone z szalonego na ogół tempa, zakręconych kompozycji, chwytliwych melodii, przetworzonych wokali (baloniki z helem i te sprawy), nienachalnie zaczepiające momentami o epickość, tak jak w „Build Voice”, który spokojnie może stawać w szranki z „In The Flowers” w kategorii „najlepszy opener 2009”. I teraz – można do tej płyty podejść dwutorowo. Producenci muzyczni, tudzież dociekliwi krytycy mogą grzebać w warsztacie Deacona i kombinować z czego złożył tę sałatkę dźwiękową kucharza odurzonego Prozakiem lub po prostu można chłonąć, bawić się, spędzić dobrze przy tej płycie czas. Zdecydowanie wybieram tą drugą opcję, jeśli zaś uprzeć się o określenie (bo już nie zaklasyfikowanie) twórczości Amerykanina, najbardziej odpowiednie wydaje się „muzyka eksperymentalna”. Nawet nie podejmuję się/nie chcę szukać dla TEGO CZEGOŚ bardziej przystającej nazwy. Jeszcze się dobrze „Bromst” nie nacieszyłem, wiele z tych kompozycji na czele z „Snookered”, „Woof Woof”, „Baltihorse” czy wspomnianym „Build Voice” nieraz będę odtwarzał i jest to jedna z tych płyt, dzięki którym zapamiętamy bieżący rok w muzyce. Do zobaczenia w podsumowaniu rocznym Dan.

Juanitos „Best Of”


Surf rock grany przez Francuzów z Alp? How bizzare is that?! Powiedzmy sobie szczerze, zespół który nagrywa piosenkę o Frankensteinie w Szanghaju imitując przy tym chiński akcent musi mieć do siebie dużo dystansu. Na albumie stworzonym specjalnie dla serwisu Jamendo gromadzącym ich najlepsze utwory (Juanitos istnieją od 1991 r.!) jest tego więcej, wystarczy spojrzeć na tytuły – „Hola Hola Bossa Nova”, „Mariachis 2000”, „Super Exotic 60’s Beat”, nie ma wątpliwości, że pastisz jest nierozerwalnym elementem twórczości tego bandu. Ale jaki to pastisz! Tu aż roi się od hitów, różne konwencje wirują w głośnikach i w głowie słuchacza aż miło – rock and roll, muzyka latynoska, soul, funk, a nade wszystko taniec, taniec, taniec. Piosenki są skrojone idealnie wg szablonu retro, choć oczywiście brzmią jak najbardziej współcześnie, tym samym okazuje się, że chłopaki z Pawilonu mają na francuskiej ziemi swoich mentalnych braci. Longplay jest do odsłuchania/pobrania na licencji Creative Commons całkowicie za darmo ze strony Jamendo, także sami możecie się przekonać dlaczego „Latin Fever” kocham miłością bezkrytyczną.

Zagraniczne rozmaitości (3) – The Field, Camera Obscura

czerwiec 13, 2009 by lukaszkusmierz

Tym razem o płytach wykonawców z dwóch różnych muzycznie biegunów, ale połączonych faktem zbierania całkiem pochlebnych opinii odnośnie ich najnowszych longplayów.

The Field „Yesterday And Today”


W 2007 r. stało się coś zdumiewającego. Debiutanckim albumem Axela Willnera (stojącego za projektem The Field) zachwyciła się spora część słuchaczy alternatywy, a przecież nie było to jakieś nowe rozdanie w muzyce elektronicznej. W 2009 r. natomiast jest już jak najbardziej czym się entuzjazmować, bo „Yesterday And Today” to godzina (z minutą, heh) świetnych utworów, o wiele ciekawszych, niż tych z „From Here We Go Sublime”. Przede wszystkim Willner serwuje tu dużo cieplejsze dźwięki, w kompozycjach sporo się dzieje (jak na minimalistyczne standardy The Field), więc te mimo swej długości (rekordzistą jest zamykające całość „Sequenced” – 15:42) nie nużą. Na „Yesterday And Today” jest więcej przestrzeni, oddechu, niż na debiucie, poza tym to bardzo „ludzka” muzyka, mimo że elektroniczna, dominuje tu głęboki humanizm. Zresztą już tytuł openera daje pewien trop – „I Have The Moon, You Have The Internet” – całkiem przewrotny jeśli wziąć pod uwagę grupę odbiorców i fakt, że to przecież muzyka doby Internetu. Zaskakuje piękne „Everybody’s Got To Learn Sometime”, porywają „Leave It”, wspomniane „Sequenced” czy „I Have The Moon…”, a przy kompozycji tytułowej pomagał perkusista Battles. Tu nie ma słabego utworu, (świetna) płyta z charakterem.

Camera Obscura „My Maudlin Career”


Szkocka formacja powinna w tym roku stoczyć walkę o koronę indie popu z The Bird And The Bee, choć gdyby to ode mnie zależało, to wziąłbym co najlepsze z albumów obydwu bandów i skleił w jedną całość, która powalczyłaby w rankingu płytowym, a tak… „My Maudlin Career” to czwarty krążek w dorobku Camera Obscura. Słodyczy tu co niemiara, na całe szczęście poprzedzielanej odrobiną goryczy (patrz najlepsze w zestawie melancholijnych „Away With Murder” – z pięęęknym zwolnieniem rytmu/zakończeniem lub „Forest And Sands), a najbardziej mocarne momenty, to singlowe „French Navy” i „Honey In The Sun”, pierwszy i ostatni kawałek na płycie. Myślę, że tę płytę mogą naprawdę polubić i zrozumieć dziewczyny – miłość jest tu odmieniana przez wszystkie przypadki, zachwyt przeplata się ze smutkiem, ważne, że całość zamyka happy end, jak w rasowej komedii romantycznej. Jest OK, ale postulat z pierwszego zdania z wpisu o „My Maudlin Career” pozostaje aktualny. Trochę kręcę nosem.

Zagraniczne rozmaitości (2) – The Whitest Boy Alive, Yeah Yeah Yeahs

maj 18, 2009 by lukaszkusmierz

W bieżącej odsłonie „Zagranicznych rozmaitości” o zaskoczeniu, przebojach, niewykorzystanym potencjale i… polskich akcentach.

The Whitest Boy Alive „Rules”


Jak bardzo potrzebuję takich płyt! Album, który wypatrywali chyba tylko wtajemniczeni (i nie będę udawał, że zaliczałem się do tego grona), zero oczekiwań z mojej strony, tymczasem dostałem więcej, niż się spodziewałem. Ba, zupełnie nie rozumiem dlaczego recenzenci dość nieśmiało chwalą „Rules”, gdy tu, Proszę Państwa, trzeba zająć jednoznaczne stanowisko – ABSOLUTNIE NIE MOŻECIE PRZEGAPIĆ TEGOROCZNEGO KRĄŻKA THE WHITEST BOY ALIVE! Mój krzykliwy apel co prawda zupełnie nie przystaje do charakteru tej muzyki, ale obawiam się, że jeżeli ludzie obeznani już z „Rules” praktycznie nie wmuszą albumu norwesko – niemiecko – polskiej załogi słuchaczom, to pozostanie on zajawką garstki osób. Wysoki poziom kompozycji, ale zarazem nie przytłaczanie odbiorcy muzyczną erudycją, wyluzowane, bez jakiejkolwiek spinki granie, żywe instrumenty, za pomocą których The Whitest Boy Alive potrafią od czasu do czasu wygenerować dźwięki rozgrzewające parkiet do czerwoności – to jest to, co zdecydowanie lubię. Ale przecież mamy jeszcze na „Rules” świetny wokal Erlenda Øye (członek duetu Kings of Convenience, możecie go kojarzyć choćby z „Poor Leno” Röyksopp), ogromną przebojowość, spokojniejsze momenty (np. „Gravity”), małą dawkę melancholii („Rollercoaster Ride”), a czasem też taki tekst, jak „Freedom is a possibility only if you’re able to say no” w jednym z największych tegorocznych hitów, czyli „1517”. Prawdziwie orzeźwiające powietrze, które sprawia, że zakochuję się w muzyce na nowo. Tym bardziej miło, że na basie w The Whitest Boy Alive udziela się Polak Marcin Kozłowski (pod pseudonimem „Marcin Öz”).

Yeah Yeah Yeahs „It’s Blitz!”


Yeah Yeah Yeahs w kontekście zmieniających się w szalonym tempie mód, coraz to nowych hype’ów i zespołów, który nim dobrze nie zaistnieją na scenie, przestają interesować szerszą publiczność, są niczym weterani. Trzy longplaye (licząc z tegorocznym), tyleż samo EP-ek, dziesięć singli… Poprzedni album ekipy z NY, „Show Your Bones”, umieściłem na liście najlepszych płyt zagranicznych 2006 roku, przy okazji „It’s Blitz!” to się raczej nie powtórzy. Początek w postaci kipiącego energią, mocno syntezatorowego „Zero” jest znakomity, to niewątpliwie kolejny utwór, o którym będzie trzeba pamiętać przy układaniu listy ulubionych piosenek za bieżący rok. Niestety drugiego „Zero” w sensie przebojowości na tej płycie nie ma, a to słynne już, spokojniejsze wcielenie Karen O (tudzież Karen Orzołek) w postaci choćby „Skeletons” jakoś średnio mnie rusza. W „Heads Will Roll” słyszę Rihannę z jej, ekhm, utworu, który wielu nazywa hitem, a który to niebezpiecznie blisko nawiązywał linią melodyczną do „Blue Monday” New Order. Za jedną jeszcze tylko piosenkę obok „Zero” chciałbym dobrze zapamiętać tę płytę. To piękne, przestrzenne „Hysteric”, które w połączeniu z miażdżącym openerem pokazuje, że jednak można było. „Show Your Bones” porywało, „It’s Blitz!” pasuje jak sugeruje redaktor Chaciński na muzykę tła (pewnie też do auta – red. Chmielewski) i podobnie jak on nie mam wcale na myśli pejoratywnego znaczenia tego pojęcia. Ot, jest miło, leci sobie. Tyle że na tle znakomitej poprzedniczki to jednak krok w tył.

Zagraniczne rozmaitości – Super Furry Animals, U2

maj 5, 2009 by lukaszkusmierz

Nawiązując do blogowego cyklu dotyczącego rodzimych wykonawców czas wychylić się za granice naszego państwa i już na samym początku będzie to zadanie niełatwe z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze chcę zająć się zespołami, z którymi łączy mnie szczególny związek. Pewnie patrząc z zewnątrz można by mnie nazwać fanem zarówno U2, jak i SFA, sam osobiście unikam takiego określenia, bo kojarzy mi się z bezkrytycznością, dla wielu U2 i SFA to zespoły „nietykalne” (powód drugi). Tymczasem krytyczny ogląd trzeba jak najbardziej dać na „on”, bo tegoroczne płyty obydwu bandom ewidentnie nie wyszły (trzeci i ostatni powód).

Super Furry Animals „Dark Days/Light Years”

Walijczycy to bossowie. Dziewięć, licząc z najnowszą, płyt na koncie w tym dwa z kilku moich albumów wszech czasów – „Radiator” i „Phantom Power”. Eklektyzm, przebojowość, poczucie humoru od zawsze były ich charakterystycznymi cechami, tymczasem na „Dark Days/Light Years” udało im się przyrządzić ciężkostrawny bigos. Dłużyzny, riffowiska (Led Zeppelin???), brak hitów, oczekiwanie na koniec płyty. Wyróżnić można właściwie tylko występujące po sobie „The Very Best Of Neil Diamond” za orientalny motyw choć i tak z psującym całość wokalem Gruffa Rhysa oraz ciepły „Helium Hearts”, najbardziej kojarzący się ze starym, dobrym SFA. Przypominam, że mowa o zespole, który nagrywał rzeczy tak genialne, jak „Wherever I Lay My Phone (That’s My Home)”, „Ice Hockey Hair” czy „Gwreiddiau Dwfn/Mawrth oer ar y Blaned Neifion”. „Dark Days/Light Years” to, stosując analogię sportową, Super Furry Animals C, nawet okładki od poprzedniego krążka „Hey Venus!” mają słabe, a przecież to również był ich mocny punkt. Apeluję – jeśli nie znacie tego naprawdę fantastycznego zespołu, nie rozpoczynajcie przygody z nim od jego najnowszej propozycji. Znajdziecie w dyskografii Furries rzeczy oddalone o lata świetlne od „Dark Days/Light Years”.

U2 „No Line On The Horizon”

Nie ogarniam krytyki, jakiej często są poddawane dwie poprzednie płyty Irlandczyków, czyli „How To Dismantle An Atomic Bomb” i „All That You Can’t Leave Behind”. Nie były to wprawdzie krążki zmieniające postrzeganie zespołu rockowego, jak „Achtung Baby”, ale mimo wszystko mieliśmy do czynienia z przebojowymi longplayami, inaczej niż jest to w przypadku „No Line On The Horizon”. Zaczyna się całkiem nieźle, pierwsze trzy kompozycje przynajmniej w jakimś stopniu wpadają w ucho. Drapieżny, tytułowy track przywołuje miłe skojarzenia z „Mofo”, „Magnificent” ma przeznaczenie na radiowe listy przebojów, a ponad siedmiominutowy, przesiąknięty dotykiem Briana Eno „Moment of Surrender” porusza. Tyle że potem aż do ostatniego utworu, z przerwą na żywszy moment w postaci „Breathe”, nic się praktycznie na tym albumie nie dzieje. Dopiero spokojnemu „Cedars of Lebanon” warto poświęcić więcej uwagi – dla mnie lokuje się on w sąsiedztwie „Grace” z „All That You Can’t…”. Nie oczekuję, że U2 zmienią bieg muzyki po raz kolejny, bo byłoby to naiwne myślenie. Ten zespół jednak jeszcze się nie skończył, stać ich na nagrywanie przyjemnych, pop-rockowych albumów, co udowodnili dwoma  poprzednimi, ale na pewno nie tegorocznym.

Polskie rozmaitości (3) – Stop Mi!, lukeing forward

marzec 28, 2009 by lukaszkusmierz

Kolejna część cyklu tym razem o albumach z przeciwległych stylistycznie biegunów, które łączy świetne brzmienie (a przecież mowa o nadal niszowych rzeczach w skali Polski) oraz nie mniej istotny fakt, iż zostały udostępnione przez muzyków do pobrania za darmo.

Stop Mi! „Życie jest gdzie indziej” [EP]


Miałem z tą EP-ką na początku bardzo pod górę, teraz już jakby mniej. Zaczęło się od próby odsłuchania „Metamorfozy” – tekstowo najbardziej plastycznego numeru (dobrego po prostu) na płycie, ale nie polecam puszczenia go sobie po ciężkim dniu pracy. Okazało się, że generalnie na całej EP-ce panuje dołujący, posępny nastrój, co przeważnie raczej nie zjednuje na samym wstępie mojej sympatii. Męcząca jest maniera wokalna Maćka Faryny – pewnym tropem są tu inspiracje zespołu, wśród których znajdują się m.in. Interpol i Editors. We wspomnianej „Metamorfozie” wokalista przywołuje z kolei skojarzenia z Piotrem Roguckim. Jest jednak też i parę pozytywów. Przede wszystkim „Życie jest gdzie indziej” – przebojowy, właściwie pop rockowy, radiowy numer, najmniej depresyjny z całego zestawu (choć promyki światła przebijają się tu ledwo, ledwo). Niezły jest też różniący się od poprzedniej wersji „Kod kreskowy miłości”, kolejny typ do radiowej playlisty. Stop Mi! pewnie zapiszą się w świadomości odbiorców muzyki alternatywnej, gdyż jest w naszym kraju zapotrzebowanie na granie nawiązujące do twórczości wymienionych wyżej zespołów.

lukeing forward „Wandering in Urban Fog”


W materiale dołączonym do albumu wydanego przez niemiecki netlabel rec72 można przeczytać, że „Wandering in Urban Fog” zawiera w sobie mieszankę elektroniki (z akcentem na dubstep), jazzu i muzyki filmowej. Dodałbym jeszcze muzykę do gier komputerowych, bo takie tematy, jak „Saving The World’s Weirdest Creature” czy „Feel the Motion of the Air” spokojnie odnalazłyby się w jakimś FPP. Na albumie Łukasza Wasilewskiego dominują niepokojące muzyczne krajobrazy, dopełnione zresztą przez nazwy samych utworów (np. „Lull Before the Storm That Never Comes”, „Kept in Unlocked Prison”), kompozycje faktycznie wywołujące skojarzenia przede wszystkim z muzyką filmową. Niestety zlewają się one w jedną, owszem wprowadzającą stan pewnego napięcia, ale monotonną całość. Dlatego takie wytchnienie daje „Reverse the Order”, gdzie Łukasz pozwala bitowi trochę się rozpędzić i po trzech pierwszych numerach na tym longplayu pojawia się wreszcie „akcja”. Pytanie otwarte – czy gdyby połączyć „Wandering in Urban Fog” z obrazem typu film lub gra, odbiór tej muzyki byłby zupełnie inny?

Polskie rozmaitości (2) – Plug&Play, The Malkontents

marzec 27, 2009 by lukaszkusmierz

W tym wpisie o dwóch młodych, gitarowych zespołach (też macie dość wrzucania wszystkich kapel, które czerpią z tradycji indie do szufladki „indie rock” właśnie?). Łączy je sporo, zarówno jeśli chodzi o „plusy”, jak i „minusy”, choć jednocześnie różnią się charakterem swojej muzyki.

Plug&Play „Electric Night EP”


Zespół, który budzi kontrowersje. Być może ma tyle samo zwolenników, co i przeciwników. Do tego moi krajanie. Z tych względów pisząc o P&P czuję się trochę jakbym siedział na minie, ale broni (klawiatury?) nie składam. Na poczet plusów należy zapisać na pewno same utwory – chłopaki powoli dorabiają się własnego zestawu przebojów. „Until our worlds crash down” na początku wręcz mnie zaskoczył – piękna ballada korespondująca z Bloc Party z czasów „Silent Alarm”. To mój ulubiony moment na „Electric Night EP” i zarazem też wyjątkowy, bo lublinianie raczej stawiają na energiczne numery, surowe, czasami wręcz pełne jakiejś wściekłości. Ciekawe jest „Partydie”, którego melodia (klawisze!) przywołuje skojarzenia z… Depeche Mode z lat 80. Z kawałków „bardzo w stylu Plug&Play” wyróżniłbym jeszcze „Under the sun”, który jednocześnie stanowi dobre przejście do mankamentów opisywanej EP-ki. Otóż taki „Under the sun” mógłby miażdżyć, gdyby tylko jakiś rozsądny producent nadałby mu muzycznej mocy. To jest jednak kwestia, na którą band ma znikomy wpływ, tym bardziej nie posiadając jeszcze tak dobrego technicznego zaplecza (czyli pieniędzy mówiąc wprost). Z rzeczy, na które już sami panowie mogą zwrócić uwagę, to czasami zbyt czytelne nawiązania i nie mam wcale na myśli tych wymienionych wyżej (np. linia basowa w „Pogo dancer” niebezpiecznie zbliża się do tej z „Gravity’s Rainbow” Klaxons) oraz wokal, choć tu widać samoświadomość P&P – na EP-ce udało się przykryć jego niedostatki. Reasumując – dobry producent i studio nagraniowe. Tego Wam trzeba i tego Wam życzę.

The Malkontents „Let The Rock Play”


Sadząc ze zdjęć, The Malkontents to bardzo młode chłopaki (EDIT: okazało się, że nie aż tak młodzi jak myślałem, ale nadal młodzi;)). Tym bardziej należy pochwalić ich muzyczną wyobraźnię, która szczególnie uwidacznia się w konstrukcji kompozycyjnej „My Sense Is Slowly Fading” oraz fakt, że udało im się nagrać dobrze brzmiące demo (choć np. bas wydaje się płaski i cichutki). Dorobili się również swojego pierwszego przeboju, czyli tytułowego „Let The Rock Play”, nagrali piosenkę o… spaniu („Waking Up”) oraz przełożyli „Teardrop” Massive Attack na rockowo-młodzieżową maszynerię. The Malkontents podobnie jak Plug&Play potrzebują producenta, który uwydatni charakter ich muzyki, bo np. wspomniane „Let The Rock…” mogłoby spokojnie mieć większą moc (przebojowego) rażenia, a także muszą popracować nad wokalem (czasem daje po uszach, sam angielski bardzo dobry). Już na marginesie dodam, że o ile P&P poruszają się w rejonach raczej spowitych mrokiem, tak The Malkontents wpuszczają do naszych domów odrobinę słońca rodem z kalifornijskiego wybrzeża. Osobiście wolę słońce.

Polskie rozmaitości – Kamp!, Pawilon, Furia Futrzaków, Stefan Wesołowski

marzec 23, 2009 by lukaszkusmierz

Na początek parę słów wyjaśnienia. Tak się złożyło, że dawno nie pisałem nic na blogu. Nie oznacza to, że w ogóle zarzuciłem tę formę komunikowania się ze światem, nadal moje teksty możecie znaleźć tu. W ramach bieżących wydawnictw, a także trochę starszych, ciągle dociera do mnie (lub ja do niej docieram) rodzima twórczość, której postanowiłem poświęcić blogowy powrót. Generalnie materiału jest na jeszcze jeden taki wpis na pewno, ale biorąc pod uwagę różne okoliczności wokół, wolę nic nie obiecywać;).

Kamp! „Thales One” [EP]


EP-kę łódzko-wrocławskiego składu poznałem dzięki wytrwałemu lobbingowi pewnego Pana (hi Adam) i nie da się ukryć, że wszystkie jego zachwyty były jak najbardziej słuszne. Elektronika podana w gustownym popowym sosie, a do tego skojarzenia z Kraftwerk. Mniam. Jasne, że można się zżymać, że to muzyka dobra jak „na polskie warunki” (tym razem hi Kuba), a świetne linie melodyczne wokalu są aż za bardzo eksploatowanym patentem (parę dźwięków na krzyż jako główna oś kompozycji). Tyle że te niemal 12 minut, w których wybrzmiewają indeksy numer 2, 3 i 4 z EP-ki Kamp! („Zen Garden”, „Cosmological”, „Tristesse Royale”), to jedne z najbardziej miodnych, tegorocznych momentów w muzyce. Czekam na zapowiedzianą już część drugą.

Pawilon „Retromantik”


Tak, wiem, że ta płyta wyszła już ponad rok temu, ale w całości poznałem ją całkiem niedawno, a chłopakom jestem winny ten wpis. Dzieje docierania egzemplarza „Retromantik” pod moje strzechy, to w ogóle osobna, trwająca bodaj pół roku historia, w którą zaangażowane były nawet panie z Poczty Polskiej. Wreszcie jest. No właśnie, co właściwie? Pogodny nastrój, zabawne teksty (ale i z nutą gorzkiej obserwacji, choć podanej w lekkiej formie), gitara, syntezator, trąbka (gościnnie), współczesne retro. Zwracam uwagę na sprawne posługiwanie się językiem polskim w obrębie melodii, które zaś piosenki robią za hity, już pewnie wiecie. Dodam tylko, że w zestawie moich faworytów, czyli „Menadżerka”, „Retro” i „Blisko” pierwszy wolę jednak w wersji koncertowej. W ogóle Pawilon na żywo duuużo zyskuje, tym bardziej, że prywatnie to bardzo sympatyczni goście.

Furia Futrzaków


Z tym zespołem historia jest taka, że póki co Kinga Miśkiewicz i Andrzej Pieszak (główni rozgrywający Futrzaków, skład koncertowy jest trochę bardziej rozbudowany) nie mają na swoim koncie żadnego gromadzącego cały ich dotychczasowy dorobek muzyczny wydawnictwa. Natomiast m.in. na ich MySpace dość intensywnie pojawiają się coraz to nowe nagrania, a sam band już zaistniał w świadomości pewnej grupy słuchaczy i mediów. Nie da się ukryć, że Furia Futrzaków stała się pupilkiem części środowiska i tylko patrzeć, jak pozostała okopie się na swoich pozycjach będąc zniechęconą aż tak intensywnym hype’owaniem tego zespołu. Co ciekawe w obszarze ich twórczości można wyodrębnić co najmniej dwa nurty – czysty pop oraz bardziej połamany, „poszukujący” pop. Tego pierwszego właściwie w ogóle nie kupuję, w tym drugim ciągle pokładam nadzieję, że jednak Futrzaki postawią na polską wersję Junior Boys (nie literalną oczywiście i dużo bardziej pogodną). Ten drugi, to przede wszystkim „Cukier w kostkach” i „Nastroje”, dwa na sześć utworów wiszących obecnie na ich MySpace. Czyżby miał wygrać po prostu pop?

Stefan Wesołowski „Kompleta”


Na koniec płyta wyjątkowa, wydawnictwo do tej pory na polskim rynku niespotykane. Kompleta jest modlitwą brewiarzową odmawianą na zakończenie dnia. Na tym albumie składa się ona ze słów wyśpiewywanych przez Stefana Wesołowskiego, muzycznego geniusza (bo jak inaczej nazwać człowieka, który ukończywszy zaledwie 16 lat pisał już pieśni liturgiczne dla dominikanów, które są obecnie znane na całym świecie?), Mai Siemińskiej, przy akompaniamencie kwartetu smyczkowego oraz z elektronicznym tłem autorstwa… Michała Jacaszka. Obecność największego polskiego artysty 2008 roku biorąc pod uwagę odbiór „Trenów” zarówno w kraju, jak i za granicą jest na „Komplecie” niezwykle subtelna (delikatne, elektroniczne niemal szkice). Są tu momenty zarówno wyciszające, jak i wywołujące dreszcze. Płyta wymagająca, ale odpłacająca poświęcony czas i skupienie z nawiązką. Tradycja okraszona współczesnym rysem. Tytułem zakończenia i zachęcenia dodam, że album jest ładnie wydany (digipack z intrygującą grafiką), a gdy odwrócimy krążek z materiałem muzycznym, po drugiej stronie znajdziemy filmowy na DVD (m.in. koncert, wywiady).

Najlepsze płyty 2008

styczeń 3, 2009 by lukaszkusmierz

Emocje i racjonalny bilans. Dobre wspomnienia i aktualne odczucia. Ciężko taką listę konstruować w pojedynkę. Podsumowania redakcyjne mają to do siebie, że są wypadkową gustów kilku osób, a tu podejmując decyzję muszę stawić czoła wszystkim wymienionym wyżej kwestiom. Innymi słowy – nie było łatwo wyselekcjonować ostateczną „10″.

10. Deerhunter „Microcastle” / „Weird Era Cont.”


Gdyby nie „Weird Era Cont.” pewnie nie umieściłbym Deerhuntera w pierwszej dziesiątce. To ten krążek jest tym lepszym, razem tworzą mocne połączenie i trzymają wysoki poziom, co przy takiej długości materiału jest osiągnięciem. Indie rock w klasycznym rozumieniu.

9. Waglewski Fisz Emade „Męska muzyka”


Bardzo melodyjna płyta, fantastyczne, analogowe brzmienie. Warty odnotowania jest też fakt, o którym już pisałem – na „Męskiej muzyce” zagrał naprawdę super zespół złożony nie tylko z Wojciecha Waglewskiego, Fisza i Emade, ale też z Marcina Maseckiego, Bartka Łęczyckiego, nawet Envee się pojawił w jednym numerze.

8. Fleet Foxes „Fleet Foxes”


Dość późno poznałem ten album, ale zdążył wskoczyć do zestawienia. W graniu kapeli z Seattle jest coś z muzyki The Beach Boys, „Fleet Foxes” to bardzo rozśpiewana płyta, jej wartość może rosnąć z każdym kolejnym odtworzeniem. Poza tym prywatnie wielka zmiana – amerykański folk raczej omijałem z daleka. Tymczasem słucham Fleet Foxes z nieskrywaną przyjemnością.

7. Gasoline „The New Discipline”


Zastanawiałem się, czy nie umieścić „The New Discipline” wyżej kosztem Kings of Caramel. W końcu to debiutanci (KoC jako zespół też, ale tam grają doświadczeni muzycy), może warto na nich wyraźniej postawić szczególnie, że nagrali świetny materiał? Post-rock w wykonaniu polskiego zespołu, który możemy śmiało eksportować na międzynarodowe rynki.

6. Kings of Caramel „Kings of Caramel”


Nie napisałem recenzji tego albumu, bo zwyczajnie zabrakło czasu. Niech to Was jednak nie zmyli, wszak to najwyżej umieszczona na tej liście płyta polskiego zespołu. Jej łagodność, subtelność urzekają, a wysoki poziom artystyczny potęguje pozytywne wrażenie. Cieszy dbałość o szczegóły, nie tylko muzyczne (opakowanie krążka, MySpace zespołu).

5. M83 „Saturdays = Youth”


Bardzo charakterystyczny longplay, ma swój specyficzny klimat. Tematem przewodnim jest młodość. Pytanie, czy rozmyte dźwięki obrazują tu wspomnienia, które co raz bardziej z wiekiem się zacierają? „Saturdays = Youth” to podróż, która wciąga, fascynuje. Jest na tej płycie coś nieuchwytnego, melancholijnego, rozmarzonego.

4. Air France „No Way Down” [EP]


Soundtrack na lato. Myślałem nawet o podium dla tej przepięknej EP-ki. W dalszym ciągu zadziwia fakt, że te ciepłe, skąpane w słońcu dźwięki (nie licząc „deszczowego” utworu tytułowego) pochodzą z chłodnej Szwecji.

3. Vampire Weekend „Vampire Weekend”


Debiutancki longplay nowojorczyków wraz z „Do You Like Rock Music?” British Sea Power nastroił pozytywnie do nadchodzącego roku w muzyce na początku 2008. Niestety, ten nie okazał się tak mocny, jak po cichu można było liczyć po wspomnianych dwóch, świetnych albumach, które ukazały się w styczniu. Z perspektywy czasu „Vampire Weekend” już nie cieszy tak bardzo, ale pamiętam, że cieszył. I dlatego tu jest.

2. British Sea Power „Do You Like Rock Music?”


Mocna płyta, świetny tytuł, koncert na Off Festivalu w Mysłowicach (choć ten mnie ominął)… „Do You Like Rock Music?” długo było typem do pierwszego miejsca. Odświeżyłem jednak ten album na potrzeby niniejszego zestawienia i wydał mi się strasznie serio. Przez właściwe całą długość „DYLRM?” British Sea Power uderzają w wysokie tony, zero oddechu. Właściwie, bo pod koniec pojawiają się dwa bardziej liryczne momenty („No Need To Cry” i „Open The Door”), ale tym samym zaczęła mnie razić konstrukcja płyty, nie rozumiem obecności tego ostatniego, posępnego, dłużącego się utworu w postaci „We Close Our Eyes”. „DYLRM?” może zachwycić w kontekście pojedynczych utworów, ale jako całość raczej przytłacza.

1. Cut Copy „In Ghost Colours”


Zupełnie odwrotna sytuacja niż powyżej. Po tylu miesiącach od premiery „In Ghost Colours” nadal słucham z przyjemnością jako albumu. Jako całości. Świetnie pomyślany (przypominam, konstrukcja w stylu dj-skiego setu), nadający się zarówno do klubu, na imprezy, jak i do słuchania w domu. Australijczycy czerpią garściami z różnych gatunków muzycznych i to też zdecydowało o pierwszym miejscu dla tego longplaya. Kto wie, kiedy znowu pojawi się płyta taneczna, którą będzie można z czystym sumieniem umieścić na samym szczycie? Która trafi zarówno do fanów New Order, jak i miłośników house’u? Która artystycznie jest po prostu bardzo dobra?

Najlepsze piosenki 2008

styczeń 2, 2009 by lukaszkusmierz

W tym roku zamiast dwóch oddzielnych list dla polskich i zagranicznych utworów postanowiłem zrobić jedną, ale za to na dwadzieścia pozycji (wtedy były dwie po dziesięć). Nie sugerujcie się za bardzo kolejnością – każda z tych piosenek jest dobra, poza tym parę niezłych numerów znalazło się poza listą. Wniosek nasuwa się sam – to był bardzo udany rok pod względem kompozycji.

20. Płyny „Dalekie są kraje”

Ten numer kojarzy mi się z latem (wtedy go poznałem). Płynom udało się za pomocą dźwięków zobrazować prażące, letnie słońce.

19. Drivealone „Heaven Or Mexico”

Utwór zbudowany na bazie ścieżki udostępnionej przez Xiu Xiu. Jakże piękny utwór. Jeśli nie czekacie na płytę Piotrka Maciejewskiego, która ukaże się niedługo, to po wysłuchaniu „Heaven Or Mexico” jest duża szansa, że zaczniecie.

18. Fleet Foxes „White Winter Hymnal”

Padający śnieg, dzieci lepiące bałwana, Święta… Jednocześnie piosenka krusząca wszelki lód w sercu.

17. Kolorofon „Zapałki”

Panowie! Proszę, utrzymajcie ten poziom na debiutanckiej płycie!

16. Kings of Caramel „If Piesio could sing”

Nie znajduję słów, które by w pełni oddały charakter prześlicznej kompozycji zamykającej album trójmiejskiej formacji.

15. Cut Copy „Nobody Lost, Nobody Found”

Dobrze widzicie – nie “Far Away” czy „Hearts on Fire” (choć ten wypłynął już w 2007 roku), ale „Nobody Lost, Nobody Found” wybrałem do tego zestawienia. Po kilku już miesiącach od premiery „In Ghost Colours”, to właśnie tego numeru aktualnie najlepiej mi się słucha i tylko to zadecydowało o takim wyborze. Płyta trzyma niesamowicie równy i bardzo dobry poziom, więc ciężko znaleźć na niej zdecydowanego lidera.

14. Those Dancing Days „Run Run”

Przecież nie ma czegoś takiego, jak gen popu, więc jak to jest możliwe, że właśnie w Szwecji powstają takie perełki? Jest tyle państw na świecie… Piosenka z (życzliwą) dedykacją dla wszystkich, którzy zapomnieli co to jest młodzieńcza beztroska.

13. Fleet Foxes „He Doesn’t Know Why”

Jeśli ktoś ma wątpliwości, że powstają jeszcze zespoły, które mają dobrą hierarchię wartości (w pierwszej kolejności – muzyka, w drugiej – pozostałe rzeczy), powinien posłuchać Fleet Foxes. „He Doesn’t Know Why” wraz z całym debiutanckim longplayem artystów z Seattle równa się triumf muzyki.

12. MGMT „The Youth”

„The youth is starting to change / Are you starting to change? / Are you? / Together”. Czy MGMT zdają sobie sprawę z tego, że gdyby nagrali na „Oracular Spectacular” dziesięć takich numerów, jak ten, byłby to album wybitny?

11. Neon Neon „Belfast”

Najbardziej refleksyjny moment na „Stainless Style”, ale jaki to przebój zarazem. Melancholijny klimat wzmaga myśl, że lata 80 już nie wrócą i wszystko to, co powstaje w muzyce z inspiracji nimi jest tylko odbiciem tamtej epoki. Póki jednak tak udanym, jak w tym przypadku, jestem za.

10. Vampire Weekend „M79″

Prawdopodobnie pierwszy numer z bardzo dobrego LP nowojorczyków, który przykuł moją uwagę. „Cape Cod Kwassa Kwassa” też świetne, ale w tym przypadku sentyment wziął górę.

9. Black Affair „It’s Real”

Gdyby nie Łukasz Błaszczyk, który pisał o Black Affair na Screenagers pewnie by tego numeru w ogóle tu nie było. Solidna dawka electropopu.

8. Sam Sparro „Black and Gold”

Szkoda, że na debiutanckim albumie Australijczyka nie ma ani jednego tak mocnego momentu, jak „Black and Gold”. Byłaby czołówka roku.

7. Animal Collective „Water Curses”

Najbardziej oryginalny zespół XXI wieku? Najlepszy? Pewnie wiele osób nie ma co do tego wątpliwości. Lada moment „Merriweather Post Pavilion” trafi do sklepów i będzie się działo. Pomiędzy jednak ostatnim „Strawberry Jam”, a ósmym – dziewiątym (zależy jak liczyć) albumem pojawiła się EP-ka „Water Curses”, a na niej ten miażdżący numer. Panowie nagrali specjalnie oddzielny materiał, który ma swój koncept i umili tym samym słuchaczom oczekiwanie na najnowszą płytę. I jak ich nie lubić?

6. The Virgins „Rich Girls”

Ten numer pojawił się co prawda już w 2007 roku, ale w innej wersji. W tej brzmienie jest o wiele lepsze (z resztą, mowa o piosence z longplaya, tamta pochodziła z enigmatycznej EP-ki), „Rich Girls” swego czasu bardzo się zachwycałem (chociażby w recenzji na blogu) i ten PRZEBÓJ ciągle mi się podoba wcale nie dużo mniej, niż przy pierwszym odsłuchu.

5. Hercules and Love Affair „Hercules Theme”

Tak lubiany, singlowy „Blind” mnie nie zachwycił, ale „Hercules Theme” jak najbardziej. Żaden inny numer na „Hercules and Love Affair” nie sprawia mi tyle radości, co ten oldschoolowy hit.

4. Juvelen „Don’t Mess”

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale zdaje się, że ten numer nie był jednym z największych przebojów zeszłorocznego lata w dyskotekach? Cóż, większego parkietowego growera nie słyszałem, bo miejsce drugie, to już jednak rzecz na wielkie festiwale.

3. Tigercity „Mallory”

Czegoś takiego nie pamiętam. „Mallory” znajdzie się zapewne na podobnych listach w różnych serwisach, blogach etc., a przecież ta perełka nawet jeszcze nie ukazała się na żadnej płycie! Wersja, o której mowa została zagrana (i nagrana) dla radia XFM London i naprawdę nie wiem, czy, a jeśli tak, to czym będzie różnić się od wersji albumowej. Wiem natomiast jedno – jeśli długo oczekiwany album Tigercity będzie prezentował poziom „Mallory”, to recenzenci z przyjemnością odkurzą te najwyższe z ocen.

2. MGMT „Kids”

Możecie się zastanawiać, dlaczego umieściłem w tym miejscu „Kids” skoro wyżej zachwycam się „The Youth”? Cóż, o ile tamten utwór ma w sobie pewien „ciężar gatunkowy”, o którym mogę dyskutować, o tyle „Kids” jest dla mnie jednym wielkim pociskiem emocjonalnym, o którym ciężko mi debatować tak po prostu. Ja go chłonę. To tylko pozornie beztroski, taneczny utwór – spójrzcie na słowa piosenki. MGMT niemal wykrzykują młodość w „Kids” z wszystkimi jej charakterystycznymi cechami. Ten utwór pojawiał się już na wcześniejszych wydawnictwach MGMT, ale w innych wersjach, poza tym mam wrażenie, że dopiero w 2008 roku na dobre zaistniał w świadomości większej grupy odbiorców.

1. British Sea Power „Lights Out For Darkers Skies”

Led Zeppelin „Stairway To Heaven” – Guns’N'Roses „November Rain” – British Sea Power „Lights Out For Darker Skies”? Przesadzam? Nie chodzi tu oczywiście o pokrewieństwo w prostej linii. Czemu jedne utwory wchodzą do muzycznego kanonu, a inne nie? Wyobraźmy sobie przez moment, że „Lights Out For Darker Skies” zostało nagrane w latach 70. Czy byłaby jedną z tych kompozycji, którą uwzględniałoby się w konstruowaniu list wszechczasów? Możecie uznać, że to bezpodstawne rozważania, bo nie byłoby „LOFDS” gdyby nie zespoły, które poprzedziły British Sea Power. Można jednak przypuszczać, że nie byłoby też Guns’N'Roses gdyby nie Led Zeppelin, a Led Zeppelin gdyby nie [tu znawcy klasycznego rocka niech wstawią odpowiedni ich zdaniem zespół]. British Sea Power „Lights Out For Darker Skies” – najlepszy jak dla mnie utwór w 2008 roku, jeden z najlepszych w XXI wieku.

grudzień 23, 2008 by lukaszkusmierz

Życzę Wam dużo ciepła, radości i miłości. Wesołych Świąt!