Najlepsze płyty 2011

Styczeń 7th, 2012 § 2 komentarzy

W kontekście minionych 12 miesięcy w muzyce przede wszystkim trzeba wspomnieć o najwybitniejszej rzeczy, jaka w tym czasie się ukazała, czyli o „SMiLE” The Beach Boys. Wbrew temu co pisze Pitchfork, nie jest to żadne „best new reissue”, ale pierwsze wydanie oryginalnego albumu, więc zasadnym było pytanie o obecność tegoż w zestawieniu płytowym. Koniec końców trochę głupio określać mianem najlepszego longplaya 2011 r. nagrania z 1967, no i już u zarania dekady zepsulibyśmy sobie zabawę za kilka lat, gdy będziemy wybierać topowy krążek tego dziesięciolecia. Po prostu nic większego od „SMiLE” na niemal 100% się nie pojawi. Więcej o dziele Briana Wilsona napisałem przy okazji ostatniego numeru „Electric Nights”, zapraszam do czytania. 2011 przyniósł z mojej perspektywy dwa wyraźne odwroty – autor jednej z dwóch płyt 2010 r., mocarnego „Causers Of This”, zmieniając brzmienie zszedł z podium oznaczonego „geniusz” na „dobry”. Obok Toro Y Moi zaledwie poprawnie zaprezentował się też Panda Bear. Wreszcie wspomnijmy o artystach, którzy dosłownie otarli się o pierwszą dziesiątkę – Peaking Lights, PJ Harvey (pierwsi i druga ustąpili miejsca innym w ostatniej chwili), James Blake i Kurt Vile.

10. Thundercat „The Golden Age Of Apocalypse”

Po kooperacji niezłego głosu i pokręconego basu (Thundercat) oraz proroka muzyki XXI w. (Flying Lotus) oczekiwałem rzeczy kosmicznych, co wcale nie dziwi, gdy spojrzeć na wynik ich dotychczasowej współpracy. Tak kosmicznych, że pierwszy kontakt z „The Golden Age Of Apocalypse” pozostawił uczucie niedosytu. Niesłusznie. Ostatni owoc ich współpracy nie pozostawia złudzeń, że to tutaj dzieje się przyszłość, że potencjał Stephena i Stevena (to się dobrali), a szczególnie tego drugiego, jest w tej chwili nie do zmierzenia, wszystko jest możliwe. „The Golden Age Of Apocalypse” pomimo swojego zatrważającego tytułu mógłby mieć na okładce ogromne, czerwone serce. Ten album to jedna wielka walentynka, płyta przepełniona miłością, ale nie w amerykański (choć nagrali ją Jankesi), kiczowaty sposób – to zaskakująco dojrzałe, jak na wiek twórców, refleksyjne dzieło. Pewnie w każdych czasach taki miód na serce jest potrzebny, tyle że współcześnie jakby jeszcze bardziej. Zdecydowanie czarna muzyka przyszłości.

9. The Field „Looping State Of Mind”

Nie zgadzam się z poglądem mówiącym, że „Looping State Of Mind” to wejście Axela Willnera na nowe, wymagające większej koncentracji ścieżki. Tak naprawdę jest to album równie przystępny, co „Yesterday And Today” z 2009 roku. Generalna idea stojąca za jego muzyką jest kontynuowana, nadal główną oś utworów stanowią chwytliwe pętle, a średnia długość kompozycji to jakieś 7 minut. Szwed odbija w końcowych częściach swoich utworów w inne loopy, pojawiają się też przykryte ścieżkami sample wokalne rodem jakby z tradycji… czarnoskórych artystów (to tylko skojarzenie, nie wnikałem, skąd je faktycznie wytrzasnął). Eksperci określają muzykę The Field tyleż jednoznacznymi, co zaciemniającymi obraz łatkami – minimal techno, ambient techno czy microhouse (ostatnie chyba jednak przestrzelone). To nie jest istotne. Bardziej liczy się od tego fakt, iż słysząc coś od Willnera, nawet bez podpowiadającego nazwę wykonawcy okna w playerze, wiemy, kto jest autorem kompozycji.

8. Kobiety „Mutanty”

Dobijali się przez lata do tego mainstreamu, dobijali i… nadal się dobijają. „Jeżeli jesteśmy rzeczywiście klasykami polskiej alternatywy, w co raczej wątpię, gdyż jestem z natury sceptykiem, to jesteśmy klasykami biednymi, niepoczytnymi, dla wtajemniczonych, a tego ja nie chcę” – bycie Grzegorzem Nawrockim z zespołu Kobiety musi być frustrujące. I niech niczyjej czujności nie uśpi pojawienie się tej grupy w 2011 r. w dużych mediach. W końcu mówimy o niedocenianiu artystów, którzy na jednej płycie potrafią bezkolizyjnie zmieścić avant pop, rock, muzykę rodem z westernów, rozmach aranżacyjny, chwytliwość, dowcip, ironię i ckliwość. Bywa, że na granicy kiczu czy rymów częstochowskich, ale to wszystko rodzima, zjadliwa przecież krytyka muzyczna zgodnym chórem przemilcza. Czy może być inaczej, skoro co kilka lat Kobiety dostarczają nam złote wersy i stające się klasykami rodzimej alternatywy przeboje? „We Are The Mutants”, „Tak pięknie nie kłamał nikt”, „Łajka” czy „Guru” już czekają w kolejce do tego zacnego towarzystwa.

7. Washed Out „Within And Without”

EP-ka była lepsza”? Zgoda co do tego, iż wcześniejsze wydawnictwa Ernesta Greena są najeżone przebojami, z którymi konkurować w 2011 r. mogły zaledwie „Amor Fati”, „Eyes Be Closed” i może „You And I”. Trzeba jednak pamiętać o tym, że były to miejscami hity o podejrzanej proweniencji, zaś pierwszy longplay Amerykanina to już nie chillwave’owa demówka nagrana w zaciszu własnego domu, tylko regularna praca w profesjonalnym studiu, z kontraktem od legendarnego Sub Pop w kieszeni. W obrębie brzmienia Washed Out dokonała się też drobna, chyba nie zawsze zauważana korekta. Pluszowy sound „Within And Without” zaowocował najbardziej zmysłową płytą minionego roku. Greene nie kłamie – pisząc taką właśnie muzykę, nie przemyca pod neutralnym określeniem wulgarności lub przesady. To stwarza nadzieję, że jeszcze nie wszystkim w „tych Stanach” odbiło. Pewnie też i z tego powodu debiutancki album Washed Out był nie tylko w moim przypadku jedną z najczęściej lub dosłownie najczęściej słuchaną płytą w 2011 r. Mam to na piśmie!

6. Neon Indian „Era Extraña”

Po The Rapture na pierwszym miejscu zestawienia piosenkowego chyba drugie takie zaskoczenie. Mam w końcu świadków na to, jak sceptycznie podchodziłem do zespołu Alana Palomo, zresztą nadal nie wymieniłbym Neon Indian w pierwszej trójce chillwave’u. Chociaż… Sami zainteresowani raczej nie aspirują do bycia częścią tego nurtu. Pamiętam zabawną sytuacją z zeszłorocznego OFF-a, gdy podczas próby Neon Indian na Leśnej wysyłałem gorączkowo sms-a o mniej więcej takiej treści – „oni rozstawiają się z instrumentami!”. Pewnie oczekiwałem pojawienia się na scenie jednego gościa, który stanie za laptopem, klawiszem, nałoży jakiś (lub nie) efekt na wokal i zagra tak swój koncert. W dodatku za wiele poza kicającym Meksykaninem z tego gigu nie zapamiętałem, a przecież wtedy (YouTube nie kłamie!) kwartet zagrał piosenki, którymi tak strasznie się jarałem odsłuchując później „Era Extraña”. Na samym wejściu szansę na pojawienie się na tej liście drugiego longplaya Neon Indian były w 2011 r. równie wielkie, co na to, że PZPN sam się zreformuje. Potem jednak wkręciłem się w m.in. „Fallout”, Halogen (I Could Be A Shadow)” czy „Hex Girlfriend”, z siedziby Związku wypłynęły taśmy prawdy, a reszta jest już historią.

5. Muzyka Końca Lata „PKP Anielina”

Jak nie teraz, to kiedy? Na samo zamknięcie miłosno-sentymentalnego tryptyku do składu MKL dołączyła Ola Bilińska, zespół zaprosił gości – sekcję dętą Contemporary Noise Sextet, Karotkę z Kawałka Kulki oraz znaną m.in. z Orchid Natalię Fiedorczuk i… nagrał swoją najlepszą płytę. Zdecydowało o tym nie tylko wzbogacenie brzmienia, ale też wysoka forma songwriterska (nigdy na jednym albumie nie mieli aż tylu przebojowych momentów) i całkowite odsłonięcie się Bartka Chmielewskiego w tekstach. Nic dziwnego, że prace nad płytą przeciągały się wskutek blokady wokalnej lidera Muzyki Końca Lata. Posłuchajcie choćby drugiej zwrotki „2001-2007”. Zresztą oni nigdy nie kalkulowali i w czasach gdy polskie zespoły z kręgu indie wypływały na byciu często kopią grzywkowych kapel z Zachodu, autorzy „PKP Anieliny” czerpali z rodzimej tradycji, bo najzwyczajniej w świecie jest im bliska. Żeby nie było tak prosto – zapytajcie ich, czego słuchają w samochodzie. Paru hipsterskich bojowników zostałoby zakasowanych ze znajomości anglosaskiej alternatywy. To jedno z dwóch CD, które w 2011 r. ukazały się nakładem nowego labela Thin Man Records. Drugim były „Mutanty” Kobiet. Wow.

4. Bullion „You Drive Me To Plastic”

Nigdy nie rozumiałem histerii polskich słuchaczy wokół The Avalanches – uważam, że po „Endtroducing…..” tak ogromne jaranie się „Since I Left You” jest zwykłym zaspaniem na lekcje. Londyńczyk Nathan Jenkins jest w swojej sampleriadzie jeszcze bardziej radykalny niż wspomniani artyści. Choć w większości jego utwory bazują na dorobku innych wykonawców, życzę powodzenia w namierzaniu źródeł. Nawet jeśli wydaje się nam, że jesteśmy już blisko, czyli jak w przypadku „Slight Jig In The Sky”, całość jakoś nijak nie pobrzmiewa nawet dalekim echem Pink Floyd. Dzięki temu gdy już wkręcimy się w niebywała chwytliwość materiału zebranego na tym przeszło dwudziestominutowym (jak określa to sam Bullion) „non-LP”, nie uderzy w tył naszej głowy to znane uczucie zawodu „a, to sampel z….”. Jest do czego się bujać („Magic Was Ruler”, „Too Right”, „Pressure To Dance”), jest i wesoło (spróbujcie się nie zaśmiać po wyznaniu na początku „My Castle In England”), wreszcie muzyczny detektywi mają kilka solidnych łamigłówek do rozwiązania.

3. Destroyer „Kaputt”

Listen / I’ve been drinking” melodeklamuje na początku „Bay Of Pigs (Detail)” zamroczonym głosem Dan Bejar i gdybym nie jego „sportowy tryb życia”, uwierzyłbym, że to tylko kreacja artystyczna. „Kaputt” to jedno wielkie kolabo rozmemłanych, nie-mających-się-prawa-zmieścić-we-frazie tekstów Kanadyjczyka i sophisti-popowych instrumentalizacji, które swoją kulminację osiąga w przepięknym „Suicide Demo For Kara Walker”. Przepych kompozycyjny nie przytłacza poszczególnych utworów, dzięki czemu „Kaputt” to płyta idealna do relaksu przy szklance czegoś chłodnego, jazdy samochodem, zadumy i popłakania sobie, na randki, spacery letnim wieczorem, słowem album-orkiestra. I wiele osób mogłoby to uznać za minus gdyby nie fakt, że to dziecko przemysłu rozrywkowego nosi w sobie (jakkolwiek poważnie to nie zabrzmi) błysk sztuki.

2. Gatto Fritto „Gatto Fritto”

Lubię takie wejścia jak „The Curse” – bez mizdrzenia się, mega przebojowe, od razu na tor wskazujący „to jest TEN album!”. Enigmatyczny producent z Wysp funduje na self-titled wycieczkę po klasykach electro, które u ludzi dorastających w latach 90. mogą wywoływać uczucie déjà vu („Hex”, „Grinding Of The Breakes”), obok tychże pojawiają się rzeczy bardziej współczesne („My Etheric Body”), formy progresywne („Invisible Collage”), ambientowe („Solar Flames Burn For You”) czy hity prosto do celu (wspomniane „The Curse” i „Lucifer Morning Star” – doszukującym się wątków diabelskich proponuję sprawdzić, czym było owa „lucifer star”). Ben Williams na swoim pierwszym longplayu Ameryki nie odkrywa, to wszystko już w elektronice słyszeliśmy, ale to trochę jak ze współczesnymi piłkarzami – ciężko wymyślić w sposobie gry coś totalnie nowego, indywidualnego, więc gdy już pojawia się ktoś prezentujący równą formę i błysk geniuszu, staje się współczesnym bohaterem futbolu. Nie wiem czy Gatto Fritto interesuje się tą dyscypliną sportu, wiem, że moim bohaterem i debiutantem roku 2011 jest. W dodatku wyborną całość opatrzono prostą, świetną okładką. Czego chcieć więcej?

1. Radiohead „The King Of Limbs”

Z Radiohead walczyłem przez lata. Całkiem świadomie omijałem tą (w moim postrzeganiu) przybijającą muzykę i chyba też nie do końca czułem, że czeka tam coś, co mogłoby mnie zainteresować. Pomijam w tym momencie pierwszy kontakt z Yorkiem i spółką, gdy jako dzieciak zobaczyłem klip do „Paranoid Android”, chodzi o czas już późniejszy. Po prawdzie „OK Computer” współcześnie wydaje się mieć większą prasę niż zawartość (miejscami literalnie – prześledźcie niektóre recenzje i zarysowane konteksty przy sprowadzających na ziemię komentarzach samych Radiohead) i gdyby nie wydarzyło się „Kid A” oraz następstwa tej reformy, zespół z Abingdon mógłby nigdy nie zagościć na mojej półce z płytami. „The King Of Limbs” trafia w czas, gdy niektórzy słuchacze już są lekko znużeni… No właśnie, czym? Tą grupą samą w sobie? Równą formą i klasą prezentowaną przez trzecią już dekadę grania, która już się tak opatrzyła, że żądnych wciąż to kolejnych bodźców i goniących za nowościami ludzi XXI w. znudziła? Właśnie wtedy, gdy piątka artystów dała na luz (i nie chodzi tylko o tańczącego Thoma Yorka) i zaczęła korespondować z tym, co w muzyce dopiero się wydarzy. Jeśli jednak ktoś widzi w kicającym do setu wokalisty Radiohead Flying Lotusie tylko… kicającego do setu wokalisty Radiohead Flying Lotusa, to jego problem. Osobom trzymającym rękę na pulsie pozostaje baczne przyglądanie się kolejnym ruchom twórców najlepszej płyty tego roku i wspomnienie słynnego tygodnia przed premierą „The King Of Limbs”. W końcu tego w muzyce jeszcze nie było.


Najlepsze piosenki 2011

Styczeń 5th, 2012 § 3 komentarzy

To był rok zaniedbań bloga, przyznaję, ale jest pewien powód tego stanu rzeczy. Nieważne jednak, czy natłok obowiązków zawodowych, czy nie, podsumowanie ostatnich 12 miesięcy, jak szaliczek u hipstera, musi być. Przeszło pół setki piosenkowych kandydatek. Dużo. Patrząc również na to, co wyłania się z zestawienia albumowego, mogę powiedzieć, że to był bardzo, bardzo mocny rok. Być może nie miałem okazji jeszcze opisywać mocniejszego. Ubolewając nad tymi, którzy odpadli, here’s some catchy tunes, which will make your day, że tak wtrącimy niezobowiązująco ze staropolskiego.

20. Eris Is My Homegirl „Shut Your Mouth And Give Me The Panhandle”

Mówcie sobie, co chcecie, ja nadal nie mogę wyjść z szoku, że ta czwórka spalających bębenki uszne smarkaczy prawie wygrała skierowane do masowej publiki talent show i wystąpiła na sylwestrowej nocy Polastu. Widzicie oczyma wyobraźni tych szpakowatych dżentelmenów w czarnych frakach i nobliwe panie w eleganckich toaletach, gdy gościom na parkiecie zaczyna przygrywać growlujące Eris Is My Homegirl?

19. Radiohead „Lotus Flower”

Pewnie dla wielu osób to właśnie tańczący Thom Yorke będzie obrazkiem, dzięki któremu zapamiętamy 2011 rok. Rzecz jednak przede wszystkim w tym, że weterani alternatywy przestali być zbolałymi przez życie loserami (no, nie do końca) i zaczęli wyraźnie aspirować do dotrzymania kroku najciekawszym twórcom młodego pokolenia. Wszak w przypadku samego Yorke’a „Lotus” pojawił się w ostatnich 12 miesiącach nie tylko w tytule singla z „King Of Limbs”. I był jak najbardziej „Flying”.

18. James Blake „The Wilhelm Scream”

Jak donoszą nasi niestrudzeni reporterzy, scream to on miał dopiero podczas koncertu na Open’erze. Kuriozalne odczytanie przez fanki Jamesa Blake’a przesłania drugiego tracku z debiutanckiego longplaya (taki żarcik) nie powinno przesłaniać nam faktu, iż to naprawdę dobry utwór, a sam artysta nagrał jedną z najbardziej intrygujących i intymnych porcji muzyki w 2011 r. Dubstep niech zbawia kto inny.

17. Junior Boys „Banana Ripple”

Powoli można zacząć na ich widok dostawać torsji. Nie dość, że gdzieś od 2003 r. zawsze lądują w rocznych zestawieniach (czy to singlowych, czy to płytowych), to na dodatek ostatnio jakby zamieszkali w naszym kraju. Nawet Artur Rojek wybrał „Banana Ripple” na składankę promującą OFF Festival 2011 (choć album, z którego pochodzi ten utwór w sklepach był od niedawna)! Ale cóż zrobić, jak to takie dobre.

16. Foster The People „Houdini”

Oburzonym szalikowcom „Pumped Up Kicks” od razu śpieszę donieść, że singiel ów pochodzi jeszcze z 2010 r. Zresztą „Houdini” jest wcale nie gorszym earwormem, a gdy do tego dołączyć kolejny track do Fosterowego triumwiratu (mowa oczywiście o „Helena Beat”), to okaże się, iż chcąc uwzględnić wszystko od amerykańskiej grupy, musiałbym poświęcić inne, równie mocne utwory. Zawsze można założyć grupę wsparcia na Facebooku, zaraz obok Gotye i Kimbry.

15. KAMP! „Cairo”

Jak tam Twoja magisterka?” a „Kiedy ukaże się Wasza płyta?”. Nie tylko klawiszowa elegancja (choć kiczowatość samej sali, w której ma miejsce akcja videa z czasem boli), klasa i tańczący Eryk Lubos. Thom Yorke ma poważnego konkurenta, nawet jeśli ten pierwszy nie śpiewa.

14. Washed Out „Amor Fati”

Właściwie mógłbym tutaj powtórzyć opis z „Cairo”. Ale u Ernesta Greena mamy w miejsce niedookreślonego podnoszący na duchu tekst piosenki i od razu wiesz, że nawet jeśli dziś dziewczyna Cię rzuciła, a dodatkowo ulubiona drużyna piłkarska znowu sprzedała mecz, jutro wzejdzie słońce i nie takie dziewczyny będą prosić Cię o numer telefonu. No i że Washed Out jest więcej niż pewniakiem na któryś z polskich festiwali z datą już 2012.

13. Die Flöte „Clappy Song”

W zasadzie krakowianie powinni dostać burę za nazbyt oczywistą inspirację, bo jeśli w natłoku 14250193249 kapel chcesz, by to właśnie Twoją zauważono, idź własną drogą. W zasadzie, gdyż nieśpieszny start utworu, chórki, maniera wokalisty, melodia zwrotki oraz oczywiście „I’ve paid fifteen zlotych for a kotlet” i jestem kupiony, i nie pamiętam przewin, i wybaczam trzymając kciuki ku górze.

12. PJ Harvey „The Last Living Rose”

Zanim internetowi besserwiserzy z meszkiem pod nosem będą zżymać się, że geriatria wkroczyła właśnie na salony, życzę wszystkim gimnazjalistom z RYM-a takiego żaru, werwy i kreatywnej złości (buntu) w wieku, w którym jest teraz Polly Jan Harvey. Czego najlepszym przykładem „Last Living Rose”.

11. Muzyka Końca Lata „Całowanie”

Cielak i Wiśnia”, „Dokąd”, „2001-2007”, „PKP Anielina”, „Dworcowa” i oczywiście „Całowanie”. Chyba mamy króla polowania. Teraz tylko trzeba coś wybrać, o ile nie chcesz, by w podsumowaniu rocznym co chwilę pisać „Muzyka Końca Lata”. Rozbudowana struktura, zmieniające się barwy, sekcja dęta (gościnnie Contemporary Noise Sextet) – „Całowanie” w początkach obcowania z trzecim longplayem MKL-u nazwałem „progresywnym popem”. Tym bardziej było miło, że wybrali później ten kawałek na singiel. Chociaż raz w życiu dziennikarz muzyczny się nie mylił.

10. Friendly Fires „Hawaiian Air”

Kazik śpiewał coś o tym, że w Polsce jest wiecznie śnięta pogoda, dlatego rodacy chodzą tacy podminowani. Tak, to pewnie stąd.

9. Peaking Lights „Amazing & Wonderful”

Klaustrofobiczny, parzący czerwonym słońcem w głowę, transowy klimat tego utworu (podobnie jak i całej płyty „936”) jest nie do przecenienia – to gotowy scenariusz na koncert przy okazji letniego (koniecznie!) festiwalu w świetle dnia (koniecznie![2]). W dodatku Peaking Lights pewnie ciągle są do wyciągnięcia za grosze, choć po zeszłorocznym albumie zrobiło się wokół nich głośniej. Po takim gigu już tylko Deaf Dub & Blind.

8. Cool Kids of Death „Karaibski”

Ale Wam ściem nawciskali. Że niby jakaś „Generacja nic”, że niby hymn pokolenia. TO jest hymn naszego pokolenia! I choć początkowo pisałem tak z przymrużeniem oka, nerwowy uśmiech towarzyszący tej czynności przyległ do mnie na stałe ilekroć myślę o „Ile tak się da, na baczność nawet spać?”, „W głowie ciągle miga Tetris na czternastym poziomie” i powracających w refrenie słowach „Ręka do góry kto chce mieć lepszy czas na setkę / Kto palec trzyma wciąż na wciśniętym klawiszu FF”. Istotne jest też zerwanie CKOD z imagem kolejnych pogrobowców Joy Division i śmiałe wychylenie w stronę klawiszowego, roztańczonego popu.

7. Kobiety „We Are The Mutants”

Polska pany! W 2011 nikt nikogo nie musiał specjalnie holować, rodzime zespoły same wywalczyły sobie miejsca w rocznych podsumowaniach. Sytuacja trójmiejskich Kobiet różni się jednak od kilku wymienionych przy okazji tej listy grup. Oni mieli już hity wiele lat wstecz (nawet pokolenie naszych rodziców wie, jak leci „Marcello”), to zasłużona kapela, która jednak nigdy nie doczekała się sławy równej poziomowi artystycznemu i chwytliwości swoich utworów. Coś drgnęło przy okazji ich ostatniej płyty „Mutanty” i nawet jeśli nadal kierownicy biur artystycznych miast nie zastanawiają się, czy na koncert plenerowy zaprosić Krzysztofa Cugowskiego, czy jednak Nawrockiego i ekipę, „dziewczyna o twarzy z mangi” na dobre zagościła w naszych głośnikach. Tajemnicą poliszynela jest fakt, iż „We Are The Mutants” to takie (biorąc pod uwagę tylko Facebooka) „Somebody That I Used To Know” indie światka. To się nazywa dopiero „zero-jedynkowy wirus”.

6. Bullion „Magic Was Ruler”

Boom boom, bang bang, look out kid. Bo dostaniesz zaraźliwym hookiem. Co tam hookiem, kilkoma hookami. Bo mogło Cię ominąć kilka najbardziej miodnych muzycznie minut w 2011 r. Bo po prawdzie… są na to duże szanse. Bullion nie jest koniem krwi arabskiej w stajni potężnej wytwórni, np. Universal lub EMI. Nie jest też jednym z tych wykonawców ze specjalistycznych for dla muzycznych freaków, który wygrał los na loterii i podarował swój utwór reklamie nowego Peugeota. Co z tego skoro raz puścisz „Magic Was Ruler” i po chwili do niego wrócisz. I znowu go puścisz. I znowu. I znowu. I znowu. I znowu.

5. Neon Indian „Fallout”

Masz hamak w pokoju? To masz już też soundtrack do niego. Jeśli nie masz, to znajdziesz kilka w konkurencyjnych cenach na Allegro. „Fallout” to jednak nie tylko definicja beztroskiego byczenia się w słońcu (dlatego szef kuchni poleca jednak otwarte przestrzenie, niż cztery ściany własnego m2), ale też odpowiedź na pytanie, czym jest chillwave. Co w sumie na jedno wychodzi. Gdybym słuchał zbyt głośno muzyki, sąsiedzi szczerze nienawidziliby Neon Indian – „Fallout” gościł w lecie u mnie na repeacie w dawkach zdecydowanie wymiotnych.

4. Gatto Fritto „Invisible College”

Gatto Fritto był jednym z tych osesków, którzy nastręczyli niezłego bólu głowy. Jego self-titled longplay przyniósł tyle kandydatów do listy piosenek roku, że do końca wahałem się, co ostatecznie z niego wybrać. Równie dobrze w tym miejscu mogło (i było!) pojawić się „My Etheric Body”, bo chyba żaden inny kawałek z „Gatto Fritto” nie zachęca do sięgnięcia po całość, jak wspomniany. Dlaczego więc ostatecznie „Invisible College”? Bo to prezentacja potencjału artysty, te przeszło 11 min. zawiera więcej pomysłów i fajnych momentów, niż niejeden longplay.

3. Bon Iver „Perth”

Czy piękno może być wstrząsające? Wygląda na to, że tak. Nie wiem, czy sukces Justina Vernona wziął się z potrzeby istnienia takiej postaci w coraz szybciej pędzącej codzienności, czy z autentycznego zachwycenia się słuchaczy umiejętnościami singer-songwriterskimi artysty, ale wiemy już, że nawet na końcu świata można zawładnąć masową wyobraźnią (o ile ten koniec świata jest w Stanach Zjednoczonych – dopowiedzą sceptycy). Samo „Perth” sączy się dość nieinwazyjnie, choć te bezkresne przestrzenie back wokali i prowadzenie głównego wokalu przez Vernona zapalają lampkę „to nie jest zwykły folkowy smęt”. Na wysokości 2:32 następuje szarpnięcie cugli i przemarsz armii zaciężnej po naszych jelitach. Boli, ściska i uwiera, ale wracamy. No i jak pięknie, refleksyjnie „Perth” wycisza się przechodząc w „Minnesota, WI”…

2. Battles „Ice Cream” (feat. Matias Aguayo)

Ja te wszystkie swoje proroctwa będę spisywał, bo potem nikt mi nie wierzy. Mówiłem „pewnie ktoś zły, niedobry weźmie niedługo ten kawałek do reklamy” i proszę! Widziałem niedawno bodaj na ESPN, jest i FIFA 2012. Z drugiej strony ciężko było nie przewidzieć takich losów „kwadratowego popu” od Battles. O pardon, powinienem powiedzieć „math rocka”. Czy jakoś tak. W każdym razie jeśli chcecie poprzez perfidny podstęp wpłynąć na gust muzyczny młodszego brata, wiecie, co mu kupić w prezencie. Nawet jeśli Święta już były i wiadomo gdzieś od czasów neandertalczyków, że Pro Evolution Soccer bije wszystkie inne piłki dostępne na rynku na głowę.

1. The Rapture „How Deep Is Your Love?”

I jest zwycięzca… niespodziewany. Ciężko powiedzieć, ile razy podchodziłem do „Echoes” w czasach, gdy indie w Polsce to był co najwyżej kraj na takim półwyspie, próbując zrozumieć entuzjastyczne oceny dziennikarzy. Z drugiej strony była wkrętka w niektóre single nowojorczyków. „In The Grace Of Your Love” nie wypatrywałem, na „How Deep Is Your Love?” nie rzuciłem się, gdy tylko wyszło, jak paru moich znajomych. Szczerze przyznaję, że były w 2011 r. kawałki, które powracały w moich głośnikach znacznie częściej, więc casus „My Girls” z 2009 r. się nie powtórzył. W tym miejscu jednak pozorna absurdalność tego wyboru się kończy. „How Deep Is Your Love?” rozpisane na papierze wyraźnie zasługuje na miejsce pierwsze zestawienia piosenkowego. Liczymy – natychmiastowo chwytający klawisz, niezła melodia zwrotki i spoko wokal (ile uszy nie wytrzymało „House Of Jealous Lovers”?), miodne wejście perkusji i późniejszy groove, brutalnie nośny refren, tytułowe „how deep is your love?” chwilę przed końcówką utworu, finał z saksofonem i jakiś taki dramatyzm całości. Co ważne, chłodna kalkulacja swoją drogą, emocjonalnie The Rapture także oszałamiają. Nie, w 2011 r. nie było nic lepszego w tej kategorii.

Zaproszenie

Październik 18th, 2011 § Dodaj komentarz

Już za chwilę, już za momencik. Do drugiej edycji Electric Nights Festival zostały tylko trzy doby. Dwa dni, dziesięciu wykonawców, kilku z Polski, kilku z zagranicy, dużo alternatywy, trochę popu, muzyczni weterani oraz artyści dopiero rozpoczynający swoją przygodę ze światem muzyki. I choć pewnie niektórym osobom przyjdzie na myśl to, że pewne rzeczy dałoby się jeszcze bardziej wycyzelować, inni zaś będą przekonani o prawdziwości stwierdzenia „ja zrobiłbym to lepiej” (hej, żyjemy wszak w kraju besserwisserów!), to ostatnich 12 miesięcy było wyraźnym krokiem do przodu.

Od pierwszej edycji festiwalu zmieniło się bowiem wiele. Z początkiem br. powstała Fundacja Electric Nights, która stara się animować ruch na scenie muzycznej, w tym przede wszystkim wspierać artystów z Lubelszczyzny i patronować wszystkim początkującym, którzy „rokują”. Początek roku to też intensywne prace nad naszym miesięcznikiem i portalem – oba coraz bardziej zaznaczają swoją obecność na polskim rynku (o tym, jak ciężko zbudować coś od podstaw, postawić na nogi i „rozepchać się” na zatłoczonej scenie mógłbym napisać kilka tomów do serii „Krwawica”;)). Na wiosnę pojawił się Warm-up, czyli cykliczna impreza klubowa będąca rozgrzewką przed najważniejszym eventem. Ten wreszcie mocno się przeobraził. Rok temu, robiony w morderczym tempie, przyniósł koncerty czołówki polskiej sceny alternatywnej. Wtedy od drugiej edycji mogliśmy oczekiwać już więcej, ale raczej nie tego, że połowę stawki zapełnią wykonawcy (i to całkiem nieźli) z zagranicy. Zanim ktoś zarzuci mi, że to wszystko brzmi jak ględzenie zakompleksionego, ubogiego krewnego (no bo OFF, no bo Orange Warsaw itd.), proponuję sprawdzić, jaka i czyja kasa stoi za największymi festiwalami w Polsce. Nie będę w tym miejscu zdradzał sekretów backstage’u, ale wierzcie mi, to, co pojawia się w line-upie EN to esencja wyciśnięta z dostępnych środków – prywatnych, fundatorskich.

To wszystko brzmi jak laurka? Nie mam problemów z tym, żeby pochwalić pracę wykonaną przez organizatorów. Po pierwsze dlatego, że ta była i jest tytaniczna, po drugie – nie zajmowałem się festiwalem, więc nie chwalę siebie. Owszem, pojawiło się wsparcie, głównie (co rozumie się samo przez się) medialne, ale to pikuś przy tym, co spadło na barki Kuby, Moniki, Luizy, Kingi i Marka. Wasze zdrowie! Przyda Wam się;). Ja zaś zacieram ręce na duże wydarzenie muzyczno-towarzyskie. Szkoda, że z rozpiski wypadli Bye Bye Bicycle, ale z drugiej strony Sorry Boys zostali nagrodzeni za determinację w dążeniu do wystąpienia na EN. Powiedzenie „co się odwlecze, to nie uciecze” sprawdziło się też w przypadku shogeaze’owców z Hatifnats, którzy też zniknęli z line-upu, ale rok temu. Teraz zagrają w ramach rewanżu za tamtą absencję. Fonovel i progowcy z Riverside to dla mnie wielka niewiadoma, ale bazując na wiedzy już dostępnej, szykują się ekspresyjne koncerty. Największą ilość muzycznego trotylu zrzucą jednak na scenę i tak Eris Is My Homegirl. Telewizyjna sensacja swoim mixstylecore zainauguruje cały event – pilnujcie swoich bębenków, bo mogą Wam się spalić już na starcie! Po drugim dniu też oczekujemy niezłego tornada pod dachami Chatki Żaka, kiedy za mikrofonem stanie Brodka. Pewnie wielu myśląc o niej ciągle postrzega ją przez pryzmat utrwalonej dzięki „Idolowi” kliszy. Okej, tylko nie mówcie potem, że nie ostrzegałem. Więcej nastrojowego grania powinni wprowadzić kultowi The Legendary Pink Dots, skręcający w aktorstwo, performance Noblesse Oblige, no i Wires Under Tension, choć po muzykach porównywanych do Tortoise możemy się spodziewać też solidnych kopnięć prądem. Wreszcie mieszanka sprzeczności – monumentalni (miejscami) i minimalistyczni (miejscami) Museum.

Szkoda, że nie mogę powiedzieć, jacy wykonawcy sami zgłosili się do występu na festiwalu. Ale byli i ci z okładek „NME”, i ci uwielbiani przez rodzimą indie publikę (taką na serio „indie”, nie że szata zdobi słuchacza). Niestety „byli”, bo Electric Nights Festival istnieje póki co tylko dzięki zapałowi paru osób i wciąż solidnym, ale tycim w porównaniu z innymi budżetem. Nie obrażamy się na rzeczywistość, takie są po prostu fakty, robimy dalej swoje. Także i z tego powodu Panie i Panowie zapraszamy do Chatki Żaka 21 i 22 października! Wasza obecność to ogromna inwestycja w kolejną edycję imprezy.

 

 

OFF 2011 – reminiscencje

Sierpień 23rd, 2011 § Dodaj komentarz

[zamiast zdjęcia głównego]

Dziwny to był festiwal. Pod względem towarzyskim – mistrzowski. Podobną ilość znajomych zebranych w jednym miejscu spotkałem pewnie kiedyś przy okazji jakiejś domówki, przy czym nigdy nie byłem na domówce na kilkanaście tys. osób z całej Polski i świata. Natomiast pod względem muzycznym tegoroczny OFF Festival sponsorował termin „solidne rzemieślnictwo”. I spoko, tyle że dla mnie to zaledwie punkt wyjścia – od koncertów oczekuję wartości dodanej, czegoś, co sprawia, że występ na żywo to coś więcej niż odegranie piosenek z płyty. Od razu jednak zaznaczam, że bardzo rzadko trafia się taka sytuacja. Na szczęście jeden koncert w szczególności był jej definicją. Oto (jak to się mówi) „offowa trójeczka”.

3. Primal Scream – „Screamadelica” live

Głównie za danie profesjonalnego, rock’n'rollowego show i możliwość usłyszenia jednej z najukochańszych płyt wszech czasów na żywo. Paradoksalnie to jednocześnie minusy tego występu. Wszak „Screamadelica” wcale nie muzyką gitarową stoi, ale tanecznymi brzmieniami, zaś profeska w takim wydaniu (występ dokładnie niemal wyliczony do trzeciego miejsca po przecinku) zabija właściwie szanse na dzianie się rzeczy wiekopomnych. No i skoro w pewnym momencie Primale postanowili odpuścić skrupulatne, utwór po utworze odgrywanie swojej legendarnej płyty, to osobiście wolałbym rzeczy z „XTRMNTR” od rockowych, w duchu The Rolling Stones bangerów. Niestety, widać, że obecnie bliżej Wyspiarzom do gitar niż bpm-ów i klawiszy.

2. Ariel Pink’s Haunted Graffiti

Siedzę przy stoliku w legendarnej już niemal karczmie, jest ciepło, mam jeszcze prawie całe piwo, za oknem nadal ulewa próbuje zniszczyć ostatni dzień festiwalu, tymczasem już zaczyna się jeden z koncertów, dla których w ogóle przyjechałem na OFF-a. Walka rozum kontra serce trwała niemal dobre pół godziny, po tym czasie następuje szybki transfer pod Scenę Leśną, chociaż na drugie 30 minut występu Ariela Rosenberga i jego zespołu. Tyle wystarczyło, by umieścić go na podium. Przede wszystkim zaskoczyło doskonałe brzmienie – wspomniana scena sprawiała wrażenie co prawda najlepiej nagłośnionej ze wszystkich w Dolinie Trzech Stawów, ale to przecież koncert ekipy lo-fi, ostatnią rzeczą, jaką bym się spodziewał to ta, że akustycy przy konsolecie dadzą z siebie wszystko (po powrocie z Katowic okazało się co prawda, że Ariel studiował inżynierię dźwięku, mógł ich trochę przycisnąć, ale nadal jestem pod wrażeniem). To świetne brzmienie nie przeszkodziło jednak w tym, by do całości wkradł się pierwiastek szaleństwa – co chwila przez głośniki przechodził jazgot sprzężeń, lider zespołu wymachiwał kończynami we wszelkie możliwe kierunki i oczywiście „wyśpiewywał” te swoje niezrównoważone frazy. Profesjonalizm, który nie zabił spontaniczności – zupełnie inaczej niż podczas koncertu Primal Scream. Dlatego miejsce drugie.

1. Matthew Dear (Live Band)

Dzieje mojej bytności na występie gościa z Detroit były skomplikowane. Na ostatniej prostej nawet nie wybierałem się do namiotu Trójki i gdybym tylko udało mi się znaleźć chętnych do odwiedzenia wspomnianej wyżej karczmy, nie znalazłbym się tam w ogóle. Z braku jednak innych zajęć poszedłem i… doświadczyłem koncertu festiwalu. Oto przyjeżdża artysta, który zaczynał od grania różnych odmian klubowych brzmień i daje wraz ze swoim zespołem show na gitarę, trąbkę, perkusję, wokal oraz hipnotyzującą osobowość. Mroczny książę parkietu w swoim białym garniturze, czarnej koszuli porywa mnie i wielu innych festiwalowiczów do pląsów w rytm transowej, tanecznej, ale „żyjącej” muzyki. Ręka do góry, ile osób z tłumu znało utwory Deara przed tym koncertem? Myślę, że niewiele, a efekt końcowy był taki, iż publiczność nie chciała wypuścić artysty, który z kolei poruszony tak gorącym przyjęciem kłaniał się jej w pas. Co najlepsze – mając w pamięci ten absolutnie fantastyczny gig i słuchając już po nim ostatniej płyty Amerykanina („Black City”) są tacy, którzy nie boją się jej skrytykować. Najwidoczniej na naszych oczach stało się to, co dotąd znaliśmy tylko z klasycznej bajki o brzydkim kaczątku. Nawet wokal Matthew Deara uległ przeobrażeniu. W studiu niski i nieefektowny – na żywo wysoki, o zupełnie innej barwie, pełen pasji i desperacji. Po tym występie ludzi wychowani na zupełnie innej muzyce i obecnie słuchający często totalnie innych artystów mówili jednym głosem. Lub raczej niezwykle ożywieni zagadywali siebie nawzajem, piętrząc pochwały na temat tego, co przed chwilą doświadczyli. Tak, tym właśnie jest wartość dodana, której poszukuję.

Co zrobisz, jak go znajdziesz?

Czerwiec 23rd, 2011 § Dodaj komentarz

Lublin nie dostał tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Szkoda. Szkoda ogromnego wysiłku twórców kultury, polityków, wolontariuszy, mediów, mieszkańców itd. Ten werdykt martwi dlatego, że jeśli nie chcieliśmy stracić kontaktu z bardziej rozwiniętą gospodarczo częścią kraju, to taką szansą była właśnie ESK. Nie czuję też, by Lublin przegrał z lepszym rywalem, więcej – Wrocław pod pewnymi względami wyraźnie ustępuje niektórym „pokonanym” miastom (nie radzi sobie ze wszystkimi kryteriami programu kulturalnego podanymi jako konieczne ), więc tym ciężej jest się pogodzić z takim rozstrzygnięciem. No cóż, wracamy do pracy i kontynuujemy obraną już drogę. To będzie najlepsza odpowiedź.

Konkurs nie był ustawiony, nie wierzę w to, by niespodziewany transfer pieniędzy dla Wrocławia zdecydował o takim wyniku. To kompromitowałoby jury, nie mówiąc już o samym ministrze kultury Bogdanie Zdrojewskim. Ale oprócz płatnych protekcji jest jeszcze subtelna sfera gestów (np. aprobującego skinięcia głową) i kwestia posiadania lub nie wyczucia, taktu. Wg słów ministra kultury wsparte finansowo projekty (Opera Wrocławska i Pawilon Czterech Kopuł) były wpisane na listę priorytetów już dwa lata temu. Szansa na ich realizację pojawiła się dzięki rozwiązaniu rezerwy krajowej, za sprawą dobrego wykorzystania środków unijnych. Decyzja o przyznaniu wrocławskim placówkom 100 mln zł przez ministerstwo, którym kieruje były wieloletni prezydent miasta ubiegającego się o ESK 2016, Wrocławia (i kandydat do Sejmu w jesiennych wyborach z tego okręgu), wypłynęła w momencie wizytacji ekspertów ESK na Dolnym Śląsku. Zdrojewski podobnie jak prezydent śląskiego miasta Rafał Dutkiewicz oraz część komentatorów nie widzi żadnego problemu i dziwi się skali oburzenia. Jak mantra powtarzane jest wtedy zdanie, że przecież Warszawa (inny kandydat do tytułu) też dostała wsparcie finansowe we wspomnianym rzucie i nikt nie protestował.

Są dwie możliwości. Pierwsza – wszyscy tak mówiący stracili kontakt z rzeczywistością i zdolność myślenia przyczynowo-skutkowego. Druga – jesteśmy świadkami zwykłego ściemniania i szukania głupich, co naprawdę obraża osoby myślące. Na pewno jednak da się znaleźć ludzi gotowych uwierzyć ministrowi Zdrojewskiemu czy prezydentowi Dutkiewiczowi. Co wtedy? Proponuję inną mantrę, tzw. kiełbasę wyborczą. Tej jesieni to będzie chodliwy produkt.

24 razy De La Soul

Maj 23rd, 2011 § Dodaj komentarz

Trochę w celu rozruszania bloga, trochę tytułem uzupełnienia mojego artykułu z trzeciego numeru „Electric Nights”, postanowiłem zrobić listę moich ulubionych utworów De La Soul. Trójka z Long Island to zespół, który jest w stanie zainteresować nie tylko fanów hip-hopu, co starałem się udowodnić na łamach naszego magazynu i o czym spróbuję przekonać również poprzez wymienione tu piosenki. Początkowo miało być ich dziesięć, ale wyliczając w pamięci tracki zacząłem z lekkim przerażeniem odkrywać, że wiele wartościowych wypadłoby z zestawienia. Niech będzie więc ich 24 – dokładnie tyle, ile lat liczy sobie De La Soul. Jeśli czyta to jakiś fan tria, to zapraszam do dzielenia się swoją listą.

24. Wonce Again Long Island

Pierwszy kawałek z „Stakes Is High” na liście. Bardziej trafił do zestawienia ze względu na sentyment, niż wybitność. Ale to przecież całkiem niezły track!

23. Plug Tunin’

Przez takie „Plug Tunin’” wczesne lata De La Soul kojarzą mi się z dość ascetycznym brzmieniem. Pewnie nie całkiem słusznie, ale fakt faktem, że na wysokości „3 Feet High And Rising” Posdnuos, Trugoy i Maseo byli jeszcze daleko od bogactwa brzmieniowego „Buhloone Mindstate”.

22. Shwingalokate

Piosenka dla fanów metalu i techno. Żart, żart, ale „Shwingalokate” ma wystarczająco ostre krawędzie, by przypaść do gustu słuchaczom ceniącym wyraziste, mocne brzmienie. Komu za mało dyskoteki – niech posłucha żartobliwego „Kicked Out The House” z tej samej płyty („De La Soul Is Dead”).

21. Itzsoweezee (HOT)

Gdyby zrobić sondę wśród fanów De La z czym kojarzy im się ten kawałek, pewnie 99% powiedziałoby „smętny dęciak”, „stołówka”, „kultowi raperzy”, ewentualnie „pralka”. Czemu? Odpowiedź pod linkiem.

20. Oodles Of O’s

Charakterystyczny, zapadający w pamięć wstęp – zarówno jeśli chodzi o podkład jak i rymy Trugoya. Potem z minimalistycznego kawałka (po dzień dzisiejszy muszę na spokojnie pomyśleć, by rozróżnić w pamięci i nie pomylić „Oodles Of O’s” z „Plug Tunin’”) przechodzi on w trochę bardziej skomplikowaną część na wysokości zwrotki Posdnuosa, ale w ostatecznym rozrachunku to jednak dość hermetyczny kawałek De La. Co nie znaczy oczywiście, że zły.

19. Rap De Rap Show

Wiem, wiem, ciężko uznać „Rap De Rap Show” za pełnoprawny utwór, to coś pomiędzy piosenką a skitem (ze wskazaniem na to drugie), ale… „Who’s the Doo Doo Man?! / You’re the Doo Doo Man! / WHO’S THE DOO DOO MAN?! / YOU’RE THE DOO DOO MAN!”. No i ten bit.

18. Bitties In The BK Lounge

„Bitties In The BK Lounge” ma w sobie coś rozczulającego. Stawiam na ciasteczka i szklankę mleka, o których rapuje tym swoim ciepłym głosem grubasek Trugoy na równie miłym dla ucha podkładzie. Ale nie bez znaczenia jest też wątek damsko-męski, poza tym, „pojawia się” tu Tracy Chapman.

17. Sunshine

Zaiste słoneczne zakończenie albumu „Stakes Is High”. Słuchasz tego podkładu i wiesz, że znowu nadejdzie lato i wszystko potoczy się dobrze.

16. Talkin’ Bout Hey Love

No to idziemy za ciosem! Nie jakoś szczególnie dobra dobra wokalnie, ale fantastycznie lekka i beztroska linia śpiewana przez Ann Roberts jest tutaj główną siłą napędową wiosennego „Talkin’ Bout Hey Love”. Tym razem wszystko już jest dobrze.

15. Thru Ya City

Trochę zepsuję zabawę i od razu powiem, że to jedyny kawałek De La Soul datowany już na XXI wiek. Tak, to zdecydowanie nie jest mój ulubiony okres w działalność tria, ale „Thru Ya City” im się niewątpliwie udało. I J Dilli, bo to nieżyjący już producent i raper stworzył warstwę muzyczną tego mocno imprezowego kawałka.

14. Keepin’ The Faith

Ciężko nie polubić utworu, który zaczyna się ten sposób. To był zresztą jeden z singli promujących doskonałe „De La Soul Is Dead”, ostatni, podobnie jak jego indeks (jeśli nie liczyć mówionego outra). To oczywiście o niczym nie świadczy, „Keepin’ The Faith” to zamiennik dla wyrażenia „last but not least”.

13. Breakadawn

„Buhloone Mindstate” słuchać należy. Wprawdzie sam nie jestem biegłym znawcą trzeciej płyty w dorobku De La Soul, ale (nie tylko z tego powodu) chcę do niej wracać i polecam innym inwestycję w ten krążek. Oprócz tego, że wspomniany album stoi na wysokim poziomie, to myślę, że jest to idealna rzecz w dyskografii zespołu do poznania na początek dla ludzi stojących raczej obok hip-hopu. Jasne – to na innych płytach znalazły się największe hity grupy, ale „Buhloone Mindstate” przez nagromadzenie żywego, jazzującego instrumentarium jest wymarzonym startem dla nie lubiących rapowej ortodoksji. Co zaś z „Breakadawn”? Posłuchajcie tej kobiecej linii wokalnej i basu, sami znajdziecie odpowiedź.

12. Pass The Plugs

„Pass The P’s” z co najmniej trzech powodów zostało zapamiętane. Po pierwsze, rapuje tutaj Prince Paul, co jest zjawiskiem tak częstym, jak całkowite zaćmienie słońca. Po drugie, zespół nawiązuje w wersach piosenki do „starcia” z showmanem Arsenio Hallem, u którego (w programie telewizyjnym) De La Soul wystąpili, wreszcie „Pass The Plugs”… to doskonały kawałek. Po prostu.

11. Buddy

Znowu linia basu przyczynia się wydatnie do końcowego, doskonałego efektu. Są też koledzy z Native Tongues – Q-Tip i Jungle Brtohers. Wszyscy, którzy dopatrują się w tekście piosenki kosmatych treści (słowo „buddy” należy do slangu De La Soul, co na pewno dezorientuje jak to w przypadku wyrażeń slangowych bywa) zostają zgaszeni przez Prince’a Paula: „„Buddy” doesn’t mean „girl” or „sex” for that matter, „buddy” simply means „body”, bodies of all kind”.

10. I Am I Be

Mam wrażenie, że to jeden z najpoważniejszych kawałków De La Soul na tej liście (ktoś inny powie – „najbardziej dojrzały”). Nie wgryzając się jednak w treść, chciałbym wspomnieć o świetnej warstwie muzycznej. Nie byłoby jej gdyby nie jazzmani – Maceo Parker, Fred Wesley i Pee Wee Ellis. Wszyscy oni udzielają się w „I Am I Be” podobnie jak na całym „Buhloone Mindstate”. Nigdy wcześniej i raczej nigdy później De La Soul nie byli tak progresywni, jak tu.

9. The Magic Number

„What does it all mean?”. Jacyś uśmiechnięci goście, jakieś stokrotki i dorabianie ideologii, szczere piosenki o miłości. Nie, to się nie sprzeda. Chodzi o machanie plikiem banknotów w klipie, pokazywaniem złotej biżuterii, no i gangsterka! Co z tego, że tak naprawdę jesteś przeciętnie żyjącym mieszczuchem, a pistolet miałeś pierwszy raz w ręku, gdy na planie klipu wcisnął ci go reżyser. Musisz być twardy, a to De La Soul to jakieś cioty. Właśnie od tego kawałka oraz miejsca czwartego na liście zaczęła się na dobre moja przygoda z tymi „ciotami”.

8. Fallin’

Co gorsza, jakby nie zważając na słowa krytyki De La Soul połączyli siły z „równie inwazyjnym” zespołem, Teenage Fanclub, i dorzucili do jednego z najlepszych soundtracków ever („Judgment Night”) utwór-tumiwisizm. Ale jaki utwór! Haterom odpowiedzieli dokładnie tak, jak odpowiadali zawsze – muzyką na poziomie nieosiągalnym dla tych wszystkich napinających się przed kamerą quasi-raperów. No i „Fallin’” to kolejna propozycja dla słuchaczy zdystansowanych do hip-hopu za sprawą udziału wspomnianego Teenage Fanclub. Chyba nie mogli wybrać bardziej alternatywnego w alternatywie zespołu – to już nawet nie niszowe kluby, ale ich podziemia, lochy i ścieki (ukryty przekaz dla znających film „Judgment Night”, hehe).

7. Stakes Is High

Znowu są poważni, znowu śmiertelnie serio. Dzięki albumowi o tytule takim samym jak miejsce siódme na tej liście, do De La Soul „gorącą miłością” zapałał m.in. 2Pac. Ale hej – kiedy Pos, Trugoy i Maseo narzekali na hip-hop o zabarwieniu gangsta i blichtr ogłupiający raperów, robili to ze szczerej troski o tę kulturę. Nie wiem, czy ich krytycy troszczyli się szczerze o coś więcej, niż własne portfele. Wspomnijmy jeszcze, że za doskonały podkład w „Stakes Is High” odpowiada wschodzący wówczas talent, wspomniany już wcześniej Jay Dee.

6. Brakes

Tak się złożyło, że w moim zestawieniu dwa kawałki ze „Stakes Is High” sąsiadują ze sobą. I to „Brakes” ostatecznie plasuje się najwyżej ze wszystkich tracków z czwartej płyty De La Soul. Bit jest tu wręcz cudowny, po latach słucha mi się tego lepiej, niż tytułowego „Stakes Is High”, też przecież doskonałego. Możliwe, że również dlatego, iż miejsce siódme to rzecz przeze mnie skatowana chorą ilość odtworzeń. Ale to nie będzie cała prawda. „Brakes” ma jakiś niewiarygodny potencjał i najzwyczajniej w świecie po latach się broni.

5. A Roller Skating Jam Named „Saturdays”

Pięć dni w pracy, szef nie dawał spokoju, ciągłe niewyspanie, stres, pośpiech. Przychodzi jednak sobota – możesz założyć rolki i przyjechać do parku spędzić czas z przyjaciółmi. „A Roller Skating Jam Named „Saturdays”” to zarazem hymn i wspomnienie epoki, która dawno minęła – kiedy to co drugi dzieciak w bloku miał parę butów na kółkach i wycierał nimi farbę z okolicznych poręczy. Nawet jeśli to już tylko wspomnienie, a tym bardziej z pracy nie sposób się wyrwać, klimat tego kawałka jest nie do przecenienia. Już pierwsze dźwięki przenoszą nas w beztroską krainę „sobót”, kiedy to „rachunki” były wyrazem ze słownika naszych rodziców, pochmurnego świata, do którego wcale się nam nie śpieszyło.

4. Ring Ring Ring (Ha Ha Hey)

W moim artykule w „Electric Nights” zastanawiam się, czy nie jest to przypadkiem jeden z najbardziej znanych hip-hopowych refrenów wszech czasów. Na pewno bardzo poważny kandydat do tego tytułu. Wersja singlowa jest trochę bardziej dynamiczna, niż wersja znana z „De La Soul Is Dead” i tą pierwszą tu linkuję. Ciekawostka – na mikrofonie udziela się cała trójka, co oznacza, że odezwał się też Maseo. Nie jest to w całej karierze nowojorskich raperów tak częste. „But no problemo / Just play your demo”!.

3. More Than U Know

Cudeńko ze znakomitego koncept albumu Prince Paula, „A Prince Among Thieves”. De La Soul odgrywają w fabule rolę „klientów” i tym samym znajdują się po stronie kryminału, czego słuchacz pewnie by nie wyłapał skupiając się jedynie na warstwie muzycznej „More Than U Know”. Nie sprawdzałem, ale bardzo możliwe, że to ostatni owoc współpracy De La i Prince Paula. Wielka, wielka szkoda.

2. Me, Myself And I

Sztandarowy kawałek De La Soul, cóż więcej dodać? Że funkujący bit, że kamień milowy rapu, że „Mirror mirror on the wall / Tell me mirror what is wrong”? Że ujmujące podejście raperów na zasadzie „wiemy, że część z Was ma nas gdzieś, ale my i tak będziemy nawijać”, de facto czyniące z (rzekomej) słabości siłę, która będzie przez lata miażdżyć kolejnych MC? Mam tylko nadzieję, iż młode pokolenie kojarzy „Me, Myself And I” przede wszystkim z historycznym hip-hopowym kawałkiem, dopiero zaś w drugiej kolejności z zespołem z „Mam talent!”. Nie ujmując absolutnie niczego sympatycznym muzykom z Wrocławia, po prostu zachowajmy proporcje.

1. Eye Know

Wybór odnośnie pierwszego miejsca nie był prosty, ale ostatecznie (skoro to poniekąd nostalgiczne zestawienie) wygrał sentyment. I coś jeszcze. Pogodne gwizdanie, rozmiękczające serce trąbki w refrenie, ciepłe muzyczne tło, prostolinijne wyznanie miłości. „Eye Know” to jeden z najznamienitszych utworów w dziejach rapu, najwspanialszych dotyczących tego najważniejszego stanu. Zabawne, że tysiące muzyków pisało o miłości, większość w sposób patetyczny i nieznośny – przyszło trzech raperów i za pomocą najprostszych słów stworzyło coś ponadczasowo pięknego. Dziękuję, do widzenia.

„Electric Nights” 02/2011

Kwiecień 6th, 2011 § Dodaj komentarz

Pewnie jak już wiecie (przynajmniej ci, którym chce się wiedzieć i klikać) drugi numer „Electric Nights” wjechał na stół, tzn. obiad podano. Myślę że grozi nawet przejedzenie, ale już nie będę się powtarzał, widzicie mój wstępniak poniżej. Plusy pracy w „EN”? Jest ich mnóstwo (anegdot też sporo, choć głównie w stylu „krzywe zwierciadło polskiego rynku”), ale jeden zdecydowanie wybija się nad resztę. Realizowanie najbardziej, wydawać by się mogło, szalonych pomysłów. Sky is the limit, zdecydowanie. Minusy – wyrywanie czasu na słuchanie muzyki kosztem snu, bo zazwyczaj tylko godziny nocne pozwalają na śledzenie biężączki dźwiękowej. No ale coś za coś, a za 4 zł nowy numer (hehe). Do kupienia via panel klienta jak zawsze tutaj. Jacek Żakowski powiedziałby „naprawdę warto”.

 

„Electric Nights” 01/2011

Marzec 4th, 2011 § 3 komentarzy

Jest!!! A jeśli nie wierzycie, to sami sprawdźcie.

Ruszamy!

Luty 25th, 2011 § Dodaj komentarz

Dawno nic nowego nie pojawiło się na blogu, ale nie bez powodu. Za chwilę startuje pierwszy numer nowego magazynu muzycznego „Electric Nights” i portal z newsami, playlistą z utworami artystów, o których piszemy, klipami itd. No i jako ten naczelny ostatnio zespoliłem się chyba już w jedno z moim komputerem, co trochę zdrowia i nerwów kosztuje, ale zdecydowanie warto. Zebraliśmy czołówkę dziennikarzy muzycznych młodego pokolenia w kraju (fotografów też!) i póki co nawet najbardziej kosmiczne pomysły udaje się realizować. Efekt w postaci pierwszego numeru powinien do Was trafić 4 marca za 4 zł płatne sms-em (to już z VAT-em;)) lub przelewem. Co w nim? M.in. przyjrzymy się bohaterom naszej okładki, grupie Radiohead… ale przez pryzmat naszego magazynu, dowiemy się jak Toro Y Moi wspomina swój koncert w Polsce, na kogo Paula zamieniłaby Karola i o co tu chodzi do licha, że progrockowcy z Votum słuchają Timberlake’a, a wolnych chwilach grają funky? Parę kapel odkurzymy, parę przybliżymy niektórym po raz pierwszy (praca nad magazynem to dla mnie, piszę całkiem serio, ciągłe poznawanie nowego i porzucanie granic), sypniemy młodymi zdolnymi i pewnie też zaskoczymy… negatywnie. Głównie tych, którzy nie chcą otworzyć głów, bo w „Electric Nights” indie sąsiaduje z popem, rock z elektroniką, a folk z metalem. Jak najszersze spektrum muzyczne i charakterologiczne, zapomnijcie o muzycznym gettcie dla wybranych. My piszemy, Wy bierzecie z tego co chcecie. Aha, mamy jeszcze płytę! I mieć będziemy (w pełni autorską, a nie zbiór osłuchanych mp3) co miesiąc, zgodnie z rytmem ukazywania się kolejnych numerów magazynu. Widzimy się!

P.S. „Electric Nights” do polubienia jest tu.

Unknown Mortal Orchestra „Unknown Mortal Orchestra” [EP]

Luty 2nd, 2011 § Dodaj komentarz

No to teraz się zacznie. Jak co roku, gdy już wszelkie podsumowania są dawno za nami trafiamy na wykonawców lub piosenki, które każą jeszcze inaczej spojrzeć na minionych dwanaście miesięcy. „Ajj, gdbym to znał wcześniej wrzuciłbym przecież na listę!”. Człowiek stojący za projektem Unknown Mortal Orchestra to faktycznie jeden wielki „unknown” – nie wiadomo kim jest, nie ujawnia skąd pochodzi (chociaż tag na stronie Bandcampu wskazuje Anglię), a rozstrzelone spektrum muzyczne, jakie znajdziemy na EP-ce też nie ułatwia zadania. Powiedzmy, że to lo-fi pop, z lekka psychodeliczny, posłuszny rytmowi, miejscami niesamowicie roztańczony i słoneczny. Tak naprawdę jest jeden główny, „najgłówniejszy” powód, dla którego ten albumik złożony z czterech piosenek warto opisać, przesłać koledze lub koleżance, wziąć do ręki i trzymając wysoko przemierzać ulice. „How Can U Luv Me”, pierwszy utwór, rozśpiewany grower, wyzwalający endorfiny pocisk pozytywnej energii, bez wątpienia jeden z najlepszych kawałków jakie pojawiły się w ostatnich kilku… itd. „How can you love me? / When you don’t like me / Baby”. Gdzieś ty był w 2010 r.?! A potem. A potem jest już kosmos.

Początek „Nerve Damage!” wskazuje na to, że zaraz wybrzmi utwór zainspirowany muzyką Daft Punk, po czym jednak w rejestrach lo-fi zaczyna płynąc surf rockowa gitara i pojawia się wokal budzący skojarzenia z… Axl’em Rose. „Thought Ballune” w swoim repertuarze mógłby mieć niejaki Chaz Bundick, zwłaszcza ten wcześniejszy, chętniej sięgający po pudło z sześcioma strunami. Zwracam uwagę na fajny, sylabizowany refren. Ostatnie w zestawie, „Ffunny Ffrends”, to znów ukłon w stronę rytmu, przecież na tym podziale spokojnie mógłby rymować jakiś raper, tyle tylko, że gitarowe ozdobniki i solówka (dyskretna, ale jednak) to nie są raczej patenty ze świata hip hopu, a takie rzeczy tu znajdziemy. Plus bardzo ładny hook w momencie, gdy główną melodię prowadzi wokalista i elektryk podpięty do piecyka. Tak, to ciągle jest muzyka do tańczenia, a nie do headbangingu. Dobra, to ja wracam do „How Can U Luv Me”, Wy koniecznie posłuchajcie choćby tylko tego kawałka i rozglądamy się dalej. No bo chyba jeszcze wiele nieodkrytych perełek gdzieś tam krąży, nie?

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.