Koniec

20 Styczeń 2014 § 4 komentarzy

papa

Wpadłem się pożegnać, to by było na tyle, jeśli chodzi o moje pisanie. Zasadniczy powód jest taki, że odczuwałem potrzebę zrobienia większej ilości miejsca w moim życiu – nie da się być jednocześnie dobrym dziennikarzem i dobrym …, dobrym … i dobrym …, gdzie w wykropkowane miejsca wstawcie inne aktywności wymagające czasu, pracy, wiedzy oraz zdrowia. Jako że formalnie wszystko się zaczęło pod koniec 2004 r. (choć systematyczność przyszła później wraz z tym muzycznym zaangażowaniem), oczywiście chodziło mi po głowie, by sięgnąć okrągłej rocznicy. Uważam jednak, że 7,5 roku zajmowania się głównie muzyką wystarczy, tym bardziej, iż nie chodziło przecież o zwykłe słuchanie i pisanie, tylko wieloletnie poświęcenie większej części swojego życia tej, a nie innej profesji. I był to czas intensywny. Przewinęło się przez niego wiele wydarzeń, parę redakcji, kilka tysięcy godzin spędzonych przed ekranem monitora i dużo, naprawdę dużo nerwów, by efekt końcowy, który trafiał do Was w postaci recenzji, artykułu, relacji czy wywiadu, był jak najlepszy (jestem skrupulatny, więc wiem, co mówię). Powodów w tle było więcej – o części słyszeliście na łamach tego bloga. Coraz mniej inspirujący stan współczesnej muzyki, niedojrzałość polskiego rynku dziennikarstwa muzycznego i tracący w dobie internetu sens służebności pisania bez wątpienia ułatwiły podjęcie tej decyzji.

Odnosząc się do nich po kolei – pewien płomień sam się wypala, ożywiają go zjawiska świeże, unikatowe, zachwycające poziomem lub głębią artystyczną. Jednak dziś o takie bardzo trudno. Pewne nowe otwarcia działy się za naszego życia i przez to nabraliśmy poczucia, że tak będzie zawsze. My tu się zastanawiamy nad dekadami w muzyce, tymczasem kto powiedział, że nie przeżywamy teraz ogólnej zapaści ludzkiej kreatywności na polu sztuki? Co do rynku mediów, to ten mainstreamowy w Polsce w wielu miejscach się pogrąża (w paru na szczęście ciągle trzyma poziom!), a ten muzyczny, zwłaszcza prasowy, nigdy mainstreamem się nie stał. To zawsze była nisza i z tej niszy w ostatnich latach, mniej lub bardziej, wypisywały się kolejne ważne nazwiska. Ambrożewski, Sajewicz, Słomka, Waśko, Kowalczyk, Maćkowski, Tomporowski, Błaszczyk, Kiela, Hanusiak, Tomaszewski, Warna-Wiesławski, Franczak, Iwański, Wierzchowski, Białogrzywy, Macherzyński, Szczęśniak, Kubik… Tych osób było całkiem sporo, więc niech wybaczą mi ci, których nieintencjonalnie pominąłem. Jeśli chodzi wreszcie o służebność, raz jeszcze chcę podkreślić, że dla dziennikarza ważniejszy od niego samego zawsze powinien być jego czytelnik. Pokusa narcyzmu, zwłaszcza w rodzimym środowisku muzycznym jest, a przynajmniej kiedyś była, duża, ale jeśli pisanie ma być pewnym dobrem, musi mieć uporządkowaną hierarchię wartości. Tu nie chodzi o pewność siebie, bo pewność siebie zakłada pokorę. Po prostu gdy kończy się służba, kończy się też dziennikarstwo.

Cieszę się, że zazwyczaj każdy mój kolejny krok był krokiem naprzód. Wreszcie osiągnąłem rejony sufitu, stając się w pewnym momencie redaktorem naczelnym pisma i serwisu internetowego. Na rodzimym gruncie ciężko znaleźć coś, co jest wyżej. Możliwość kreowania, w wysokim stopniu autorska, własnej gazety to marzenie chyba każdego piszącego dziennikarza. Razem stworzyliśmy coś na ugorze, zupełnie od zera i bez hołubienia przez otoczenie. To już był sukces, a przecież od tego momentu zaczęła się kariera tytułu, którego zawartość merytoryczna była dla mnie powodem do dumy. Dziękuję Mojemu Teamowi – wiem, że mieliśmy swoje ograniczenia, a rozgrywki trwały za krótko, ale osiągnęliście w nich super wynik. Powodem do zadowolenia jest dla mnie też to, że nie spotykałem się właściwie nigdy z tak częstym internetowym pluciem. Owszem, niszowość tego bloga zrobiła swoje, ale przecież nie do bloga ograniczała się moja działalność, dyskusje zaś i spory były. I gdy mogę kręcić nosem na za mały odzew ze strony czytelników, a ktoś inny wytykać mi ich brak, przypominam sobie konkretne twarze i nazwiska, które poznałem dzięki mojemu pisaniu i dziś są to moi, dalsi lub bliżsi znajomi, możliwe nawet, że i przyjaciele. Wam też dziękuję – za uwagę, rozmowy i życzliwość. Poza tym czasami spotykałem się z wyrazami szacunku za to, co robię, co jest jedną z największych nagród, jakie może dostać dziennikarz.

Co teraz? Życie ponoć nie znosi próżni, a moje wzywa w innym miejscu. Do zobaczenia tam!

Music Alliance Pact styczeń 2014

15 Styczeń 2014 § Dodaj komentarz

Music-Alliance-Pact-logo


Click the play button icon to listen to individual songs, right-click on the song title to download an mp3, or grab a zip file of the full 27-track compilation through Ge.tt here.

ARGENTINA: Zonaindie
QueridasDrama Bomb

Andrés Yeah is the lead guitarist of Mi Nave, an up-and-coming band from Rosario’s independent music scene. Queridas is his solo project, full of songs with melancholy, reverb and shoegaze guitars. Drama Bombo is one of our favorites.

AUSTRALIA: Who The Bloody Hell Are They?
Head CloudsMirror’s Image

Head Clouds are a Gold Coast band who have been busy working on their debut LP for more than a year. Mirror’s Image may be the first track we’ve heard from them but it’s definitely no wallflower. Jaykke Maddison is a less erratic version of Wild Beast’s Hayden Thorpe; there’s hardly room for shirking away with that falsetto. A glorious trumpet crescendo and thoughtful lyricism lights up this track. A band to watch.

CANADA: Quick Before It Melts
TeledromeBoyfriend

Calgary, Alberta, best known as the home of an annual Stampede and being firmly rooted in cowboy culture, may be the last place you’d expect a synth-based power-pop-punk outfit to emerge from. But Teledrome is the latest cultural contradiction to come from Cowtown, and perhaps one of its finest. Boyfriend is a sample of the synth-laced solemnity offered up on their soon-to-be-released album.

CHILE: Super 45
Kinetica & MotivadoHoy Quiero

Kinetica & Motivado brings together Chilean producers Emiliana Araya and Mario Martinez. Although we have previously highlighted both projects separately, their joint work deserves its own limelight. Mixing Kinetica’s mysterious, nocturnal vocals with Motivado’s tropical beats, their collaboration gives rise to sensual, intelligent electronic music. Their first single, Hoy Quiero, was released on Chilean label Discos Pegaos.

COLOMBIA: El Parlante Amarillo
El Otro GrupoBalada Pop

From Santa Marta, near the Atlantic coast, and Sierra Nevada come this trio of very young members who are ready to unleash their music to the world. They use the name El Otro Grupo („The Other Group”) and they make something called ‚pop noise’, a mix of catchy melodies and experimental sounds. You can also enjoy the video for MAP track Balada Pop.

DENMARK: All Scandinavian
J. ArlinSince November

J. Arlin, an Australia-based Dane, released his third EP in December, Heartbeats Of Polaroids, with five folk-rock tracks. The least folk-ish and most rock-ish is Since November, which is one of those songs that reminds you of so many others yet still carries its own weight in all its pleasing pop-rock-ness, and comes to you here as a MAP exclusive download.

DOMINICAN REPUBLIC: La Casetera
NUXCriogenización

Dominican hard-rock act NUX comes back into the scene with a new single. Their blasting energy is still intact after a couple years of silence, accurately singing about cryogenics, complete with mind-blowing guitar solos, war cries and haunting pauses.

ECUADOR: Plan Arteria
Estéreo HumanzeeGanimedes (live)

Estéreo Humanzee is one of the most active bands in Quito’s indie scene. Their experimental music combines different elements of house, pop and electroclash. With three albums under their belts, Estéreo Humanzee’s next release is a new live record of their European tour.

ENGLAND: Drowned In Sound
Her Name Is CallaThe Roots Run Deep

For several years, Leicester’s Her Name Is Calla have been an evolving beast of a band. They’ve always had a darkness and grandness to their post-rock walls of wailing guitars painted with serpent-slaying strings, but this first taste of their forthcoming album Navigator hints that even with pixellated digital landscapes they can still cast a shadow over your soul.

FINLAND: Glue
June’s GardenSong Of A Drinking Man

Five-piece band June’s Garden find inspiration in traditional Americana to deliver smooth acoustic rock with Finnish sensitivity. New single Song Of A Drinking Man is also available via Bandcamp with a B-side.

FRANCE: Yet You’re Fired
BloumFaith

Bloum is a young electro-pop band from Paris who are quite new to the French scene. After releasing several singles in 2013, they are ready to drop an album in the forthcoming months. Influenced by artists such as Four Tet, Burial, XXYYXX and Nicolas Jaar, they’ve inherited from them cold, heavy basslines. On Faith, the band sounds like a crossover between Kavinsky and Miss Kittin, and that’s enough for us to keep an eye on them.

INDIA: NH7
As We Keep SearchingThe Tattva

Not much independent music comes out of the state of Gujarat, so when As We Keep Searching sprouted out of nowhere a month ago with The Tattva, we just had to bite. The post-rock/ambient three-piece are in the process of releasing a slew of singles that will culminate in their debut album. The Tattva, with easily relatable lyrics in Hindi, talks of a search for love. As We Keep Searching have promised songs full of emotion, and they’ve delivered.

INDONESIA: Deathrockstar
Protocol AfroElectrified

Protocol Afro consist of six young guys who love Two Door Cinema Club, Phoenix and other good music to dance to. They have opened for several international acts and are one of the most hard-working indie-rock bands in Jakarta.

ITALY: Polaroid
Fitness ForeverHotel Flamingo

Naples act Fitness Forever have just released their second album Cosmos, once again on the legendary Spanish label Elefant Records. Between Burt Bacharach and the 70s soundtracks of Piero Umiliani, a disco touch and the poetry of Lucio Battisti, I wanted to start the new year with music that makes you feel optimistic.

JAPAN: Make Believe Melodies
MetomeBishop’s Rising Sun

The Kansai region of Japan has been a hotbed for excellent electronic music over the past few years, and it appears 2014 will see the trend continue. Metome, from Osaka, just released a wonderful new album called Objet, and the highlight is the stuttering, bouncy Bishop’s Rising Sun, featuring a sliced-just-right vocal sample at its center.

MALTA: Stagedive Malta
XiolaNoble Wolf

Formed in 2009, Xiola is a two-piece band comprising Adolf Formosa (formerly of the bands Hunters Palace and One Dead Poet) and Samantha Gatt, who replaced her twin sister Roxanne when she left the island. With a drone guitar sound and dual vocals, they released home-recorded album Bay Of Pigs in 2012.

MEXICO: Red Bull Panamérika
Haciendo El MalComplicado

Haciendo El Mal is a Mexico City-based chamber-pop quartet led by the slightly dark but mellow voices of Paulina Lasa and Karen Ruiz. Along with an accordion and cello, their melodies are bittersweet vignettes that draw a reflective mood on love and loss. Complicado (perhaps a wink to the Facebook relationship status) is just one piece of the 10 beautiful portraits that comprise their eponymous debut album.

PERU: SoTB
Campo De AlmasGris

Campo De Almas is a rock band formed in Trujillo in 1994. They were once one of the most prolific bands in Peru, with four albums to their name. They returned in 2013 with Adicción, a ‚best of’ album that reminds us of the passion and dedication of their music.

POLAND: Łukasz Kuśmierz Weblog
BOKKAK&B (edit)

BOKKA have been a little sensation in recent weeks. As musicians they hide their true identity, so listeners know only a few things about them – they’re a trio, the vocalist is a woman and their music is influenced by Scandinavian electro-pop. You can check it out by listening to their self-titled debut LP or to stunning K&B, one of the greatest moments on the album.

PORTUGAL: Posso Ouvir Um Disco?
You Can’t Win, Charlie BrownBe My World

After a superb and surprising EP release in 2009 revealed themselves as a must-watch band, the quartet You Can’t Win, Charlie Brown are back with new album Diffraction/Refraction, which will be released on January 20. Be My World is the first single to be revealed from it.

PUERTO RICO: Puerto Rico Indie
PiegrandePerez, Oso

Gifted guitarist Kristian Prieto – a MAP alumnus twice over for his work as Harry Rag and as part of Alegría Rampante – brings his characteristic playfulness and adventurous spirit to new three-piece Piegrande. The debut EP of the band, augmented by Eden Cruz (drums) and Christian Robledo (bass), consists of six fun, easy-to-digest tracks, of which Perez, Oso is the breeziest. A great sign of things to come in 2014.

ROMANIA: Babylon Noise
VelosonicsBebop

Velosonics is a pop-rock band formed in Bucharest in 2013. Their music is primarily influenced by the 60s British Invasion movement and post-punk revival of the new millennium. Their energy and joyfulness bring a breath of fresh air to the country’s indie music scene. Velosonics are preparing their debut album for release in 2014.

SCOTLAND: The Pop Cop
BeerjacketAntlers

Peter Kelly calls his music Beerjacket and clues of its heartbreaking beauty are plentiful: one of his earliest and best songs is called Joy For The Sad, while some bright spark even set his melancholy masterpiece Jack Chasing Jill to the devastating montage at the start of Pixar movie Up. Yet his wonderful second studio album Darling Darkness, out on January 27 via Bandcamp, is remarkably upbeat. Immaculate production allows the luminous acoustic folk-pop sounds to blossom, while enchanting opening track Antlers, here as a MAP exclusive download, ranks as a career highlight.

SOUTH KOREA: Korean Indie
LudiSTELOWater Roof

Electro-rock band LudiSTELO released their first single in November 2013, having formed two years ago in a Brunei hotel room. The members of the guitar-synthesizer-drums trio all have experience from other groups and are now working to show a different side of their joint sound with each release. Water Roof comes from the new single of the same title and through its many loops invokes a sense of floating in the air, just as the lyrics express.

SPAIN: Musikorner
Polar BeatsKeep Moving (feat. Iván Anés)

Polar Beats are a four-piece from Madrid whose music is clearly influenced by British post-punk and power-pop, as you can tell by the guitar riff in Keep Moving. They have released one song so far, but they are planning to bring out some more since they are here to stay.

UNITED STATES: We Listen For You
Diane CluckSara

Diane Cluck delivers chilly folk tunes just in time for the harshest winter months. Her voice trembles against a confidently plucked acoustic guitar and explodes with shattering emotion at all the right moments.

Najlepsze płyty 2013

3 Styczeń 2014 § Dodaj komentarz

coollogo_com-22166803

Gdy myślę o minionych dwunastu miesiącach, różne rzecz przychodzą mi do głowy. Tylko początkowo udało mi się zrealizować ideę „schowania się” – komentowania w nietypowy sposób, niekoniecznie w pierwszej osobie, co pomogłoby mi złapać trochę oddechu i spojrzeć na blogowanie z innej perspektywy, a czytelnikowi pozostawić więcej miejsca na własną refleksję. Bezpośrednio z tym związany pomysł, by zagraniczni słuchacze wypowiadali się na temat polskich płyt (im bardziej rdzennych, tym lepiej), po nieudanym starcie samoistnie wypadł z obiegu. Ale za to wspólnymi siłami w ramach Music Alliance Pactu udawało nam się promować nasz kraj na niwie międzynarodowej – dziękuję wszystkim, którzy się zaangażowali. Patrząc na tegoroczne statystyki, rzuca się w oczy dominacja biało-czerwonych. Można toczyć debaty „oryginalny wkład rodzimych muzyków vs. uniformizacja”, ale nie da się zaprzeczyć, że po latach odstawania, artystycznie dogoniliśmy Zachód. Gorzej jest z wymiarem promocyjnym i czysto zarobkowym, bo tutaj prawie jak w polskim dziennikarstwie muzycznym. Co do tego ostatniego – znikamy, tzn. osoby z mojego pokolenia, więc być może niedługo o płytach i piosenkach lepiej będzie prowadzić rozmowy na GG, skoro i tak coraz bardziej piszemy dla siebie samych? W każdym razie pytanie o aspekt misyjny pozostaje aktualne, choć da się też na ten problem spojrzeć z pozytywnej strony. Mam na myśli to, że dziennikarze muzyczny nie są potrzebni, bo słuchacze mając coraz bardziej bogate gusta edukują się sami. Czyli coś dobrego jednak udało nam się zrobić. W świecie, w którym ilość propozycji kulturalno-rozrywkowych wyrasta ponad możliwości percepcyjne człowieka, a liczba aktywności dnia codziennego podaje nam ofertę „życia na cały etat”, sam zastanawiam się, w którym miejscu znajdę się niedługo. Póki co dzięki dla każdego, kto w jakiś sposób był ze mną w 2013 r. poprzez moje pisanie – czytając, komentując, dyskutując pozablogowo czy po prostu dobrze życząc.

ASAP Rocky - Long Live ASAP10. A$AP Rocky „LONG.LIVE.A$AP”

Świetne flow, nieortodoksyjność Rocky’ego jako rapera objawiająca się np. w podśpiewywaniu, mistrzowskie podkłady (poza tym od Skrillexa), interesujący zestaw gości, dość duża rozpiętość inspiracji i ostateczne kupienie sobie alternatywnego słuchacza występem Florence Welch w wersji deluxe longplaya. To mogłaby być naprawdę mocna płyta, która tym samym pofrunęłaby dużo wyżej w zestawieniu. Czemu się więc tak nie stało? Bo A$AP Rocky zbyt często formułuje przekaz o wartości zbliżonej do zera. Oczywiście, jestem w stanie pojąć, że dla ziomków z Harlemu, gdzie wychował się Mayers, jego teksty mogą być silną stroną „LONG.LIVE.A$AP”, ale ja osobiście pozwalam sobie nie utożsamiać się ze zgromadzoną tutaj hedonką. Szkoda, bo raper o imieniu nota bene Rakim wydaje się nie być pozbawionym inteligencji gościem i kiedy staje się refleksyjny jak w „Phoenix”, pokazuje, że jest w stanie nagrywać dużo większe rzeczy.

Sally Shapiro Somewhere Else9. Sally Shapiro „Somewhere Else”

Lepiej późno, niż wcale. Nie zrobiłem tego w 2006 roku, nie zrobiłem w 2009, więc dopiero w 2013 longplay Szwedki wylądował na liście najlepszych płyt w skali dwunastu miesięcy. To zdeczka niesamowite, że czas płynie, a od Sally Shapiro nadal bije dziewczęcość. W ten sposób kolejna już fala słuchaczy może odkryć bezpretensjonalny synthpop w wykonaniu wokalistki i Johana Agebjörna, duetu, który jak wiemy, nie koncertuje, co czyni go zjawiskiem unikatowym. „Ale po co?”, spytacie moje dziadki. Choćby po to, żeby odkryć, że słuszna jest intuicja stojąca za poglądem, iż korzeni chillwave’u należy szukać w Italo disco, o czym można się przekonać słuchając „I Dream With An Angel Tonight” i „Sundown”. Bo „What Can I Do”, „Starman”, „This City’s Local Italo Disco DJ Has A Crush On Me”, „If It Doesn’t Rain” wpadają w ucho, a „All My Life” to już rasowy banger. Bo wreszcie za sprawą krążka „Somewhere Else” można uwierzyć, że Sally czas się nie ima, a skoro jej pierwsze wydawnictwa przypadają także na naszą młodość, może i nam uda się załapać. Choćby na te przeszło 40 min. i tylko iluzorycznie.

inc No World8. inc. „No World”

Można odnieść wrażenie, że R’n’B i soul w drugiej połowie lat 90. skręciły w plastikowe, cukierkowe, komercyjne i zbanalizowane granie, uprzednio będąc czymś innym – faktycznie muzyką z duszą. Niewykluczone, że to mylne odczucie wynikające ze wspomnienia o tym, iż nim rozgłośniami zawładnął Timbaland, w takim MTV leciała często trudna (biorąc pod uwagę późniejszy kontekst) twórczość Sade. Refleksja, której przydałaby się weryfikacja – badacz lat 90. i tego typu dźwięków ma w tym miejscu pole do popisu. W każdym razie bracia Aged stojący za projektem inc. przywołują na „No World” ten idylliczny czas i przynajmniej dla części z nas spełniają pokładane w nich nadzieje lub część tych nadziei. Trochę szkoda, że najpiękniejszy i po prostu najlepszy fragment z ich ponownego podejścia do rynku muzycznego poznaliśmy już w zeszłym roku. Mowa oczywiście o „5 days”. Ale są jeszcze „Trust (Hell Below)”, „Lifetime” czy „Angel” i choć nie udało się muzykom z Los Angeles utrzymać najwyższego poziomu na przestrzeni całego „No World”, to Andrew wraz z Danielem udowadniają, że uduchowienie w muzyce może być cenniejsze niż prosta suma chwytliwych tracków.

Milcz Serce7. Milcz Serce „Nawyki/Kolizje”

No i przekonali się, jak to jest, gdy nie ma się parcia na szkło. Nie żeby to był jakoś mocno ciążący nad Milcz Serce zarzut – to ich życie artystyczne, ich wybory. Ktoś kto będzie chciał użyć zamiast „życie artystyczne” słowa „kariera”, znający poczynania tego zespołu, odczuje niestosowność tego określenia. Bo jaka to dziś kariera, gdy nie ma się kilka tysięcy lajków na Facebooku? Nie gra regularnie koncertów? Nie jest hajpowanym przez kolegów po fachu i branżę z lansowaniem przez nich piosenek włącznie? Rzucam te uwagi oczywiście z lekkim przekąsem, ale „to się nie może udać”, jakby ujął to Paweł Dunin-Wąsowicz. Wszystko pięknie, ale problem polega na tym, że opowiadające historię pewnego związku w czasie jednej doby „Nawyki/Kolizje” są oryginalną narracją na polskim rynku. Konsekwentnie z siebie wynikające kolejne utwory-opowieści na trackliście w swoim kolorycie muzycznym i z poetyckimi tekstami nie dają się ot tak zaklasyfikować do jakiegoś gatunku, przełknąć, a na końcu wyrzucić z pamięci tudzież do kosza na pulpicie. Tym bardziej szkoda i tym mocniej tenże rynek trochę się ośmiesza poprzez brak większego odzewu na „Nawyki/Kolizje”. Czy to coś zmieni, jeśli powiem, że debiutancki krążek Milcz Serce to jedyna rodzima propozycja w tym zestawieniu i co za tym idzie, moja płyta roku z Polski?

Julia Holter Loud City Song6. Julia Holter „Loud City Song”

Kiedyś stwierdziłem, że w momencie, gdy zacznę słuchać muzyki poważnej, będzie to oznaczało schyłek mojego zainteresowania muzyką. 2013 r. był czasem, gdy zacząłem totalnie poza swoim pisaniem sięgać po klasykę i choć nie stało się to za sprawą łączącej świat niezalu ze światem poważki Julii Holter, moja sympatia do „Loud City Song” jest w tym przypadku naturalną koleją rzeczą. Wystarczy posłuchać takich piosenek na trzecim longplayu Amerykanki jak „World”, „Maxim’s II” czy „He’s Running Through My Eyes”, by się przekonać o tym, skąd pochodzą inspiracje, a często i dosłowne nawiązania Holter. Ale na „Loud City Song” jest dużo więcej smaczków, bo co niby na nobliwym wydawnictwie robiłaby np. piosenka ewokująca podróż kabrioletem w słoneczny letni dzień wzdłuż nadmorskiego wybrzeża („This Is A True Heart”)? Recenzenci się zachwycili, ja winszuję z uznaniem i węszę nowy trend w świecie niezależnych dźwięków, choć tym razem niszowy. Wszak ilu artystów na dorobku stać dziś na taką wirtuozerię, dodatkowo zharmonizowaną z muzyczną wyobraźnią?

classixx5. Classixx „Hanging Gardens”

Nie da się ukryć, że płyta „Hanging Gardens” jest czysto użytkowym longplayem. Ale tak jak owoce mają służyć człowiekowi, tak i w tym ogrodzie znajdziemy różne okazy. Będą to eightiesy („Borderline”), wczesne ninetiesy („Jozi’s Fire”), lata 80. mieszające się z klubowymi brzmieniami przełomu XX i XXI w. („All You’re Waiting For”), późniejsze czasowo dyskoteki („Holding On”), wreszcie wynalazki ostatnich lat – Balearic („A Fax From The Beach”) oraz chillwave („Long Lost”, „Dominoes”). Dopiero po powyższej konstatacji uświadomiłem sobie, że to co z perspektywy słuchacza kojarzyć się będzie z niespójnością materiału, w oczach stojących za Classixx Michaela Davia i Tylera Blake’a może wydawać się jak najbardziej właściwe – „Hanging Gardens” pomyślane jako mieniący się różnymi barwami set DJ-ski? W przypadku gości, którzy znają życie za konsoletą, wydaje się to całkiem prawdopodobne.

Daft Punk - Random Access Memories4. Daft Punk „Random Access Memories”

Ciekawe, czy „Random Access Memories” doczeka się rehabilitacji przez część polskiej branży, tak jak „Discovery” zrehabilitował Pitchfork (ocena 6.4 na 10 w momencie premiery w 2001 r., trzecie miejsce na liście najlepszych płyt pierwszej dekady XXI w. pod koniec 2009)? Bo ostatnia płyta Daft Punk jest przypadkiem osobliwym – pokochana przez tzw. zwykłych słuchaczy i wysoko oceniania przez zagranicznych recenzentów (przez część naszych również), dezawuowana w rodzimym indie światku. W tym miejscu zasadnym będzie spytać o to, czego tak naprawdę oczekiwała część osób po artystach, którzy niegdyś dosyć nieskromnie bazowali na cudzej twórczości? To był casus chwalonego przecież „Discovery”, podskórnie niepokojąco pulsuje też pytanie drugie – czy gdyby pominąć wartość nostalgiczną longplaya z 2001 r. (wiadomo, dla części z nas tamte piosenki kojarzą się z czasami szkolnymi lub wczesnymi latami studiów), to czy… Tymczasem „Random Access Memories” jest wielce udanym materiałem, którego wymiar być może nieświadomie ujął wypowiadający się na początku czwartego utworu na trackliście Giorgio Moroder: „I want to do an album with the sounds of the fifties, the sounds of the sixties, of seventies and then a sound of the future”. Co prawda nie mam poczucia, że usłyszeliśmy na czwartym longplayu Daft Punk przyszłość, ale jako pokłon oddany całej dotychczasowej muzyce, „Random Access Memories” sprawdza się znakomicie, a nawet wzrusza.

teslaboy3. Tesla Boy „The Universe Made Of Darkness”

W 2009 r. pewnie nawet Kuba Ambrożewski, który odkrywał Tesla Boy dla Polski, nie przypuszczał, że parę lat później honoru wysmakowanego popu będzie bronić kwartet z Moskwy, a o Tigercity słuch zaginie. Tam jednak gdzie Amerykanie serwowali gatunkowy blend spod znaku Halla & Oatesa (soul, R’n’B, funk, rock, electropop), Rosjanie idą dalej. „The Universe Made Of Darkness” to nie tylko silnie wyeksponowane syntezatory, nie tylko przyprawy z wymienionych wyżej gatunków – to także muzyka ilustracyjna, którą można by uznać za rzecz rodem z oldschoolowych filmowych soundtracków („Saturn – Interlude”), a na sam koniec regularna dyskoteka wyrwana z lat 90. I choć głównym walorem longplaya Tesla Boy jest to, że ma on po prostu sprawiać przyjemność, to słuchając uważnie zamykającego krążek „1991” odkrywamy, że panowie chcą nam jeszcze coś pouczającego przekazać. A to już wartość dodana.

st-lucia-when-the-night2. St. Lucia „When The Night”

Obecność na mojej liście debiutanckiego longplaya urodzonego w RPA muzyka jest nie tylko oddaniem jemu samemu, co należne za to, co znalazło się na niebywale równym i zwyczajnie dobrym „When The Night”. To także zaakcentowanie tego, że 2013 był dla mnie rokiem zachwycania się wybornym songwritingiem z okresu wczesnej solowej kariery Phila Collinsa, i to właśnie stojący za projektem St. Lucia Jean-Philip Grobler sprawił, że zainteresowałem się bliżej tematem. Naturalne wynikanie – wszak piosenki takie jak „Elevate”, „When The Night”, „The Way You Remeber Me”, „The Night Comes Again” brzmią jak żywcem wyjęte z epoki kremowych garniturów i koszul Jamesa „Sonny’ego” Crocketta oraz Ricardo „Rico” Tubbsa, a gdy do tych wszystkich syntezatorów, funków i saksofonów dodać Afropop w „Wait For Love”, wzruszenie „All Eyes On You” oraz tańce z „September” i „Too Close”, bogactwo smaków zebranych na płycie „When The Night” może zakręcić w głowie. Na nasze wielkie szczęście na drugi dzień obędzie się bez jej bólu, więc powroty będą tym milsze.

Justin Timberlake "The 20/20 Experience"1. Justin Timberlake „The 20/20 Experience”

Zaraz, tyle odliczania i na końcu wygrywa pop?!”. Zanim zamknięcie ze zdegustowaniem klapy od swoich laptopów, pozwólcie, że wytłumaczę wszystko precyzyjnie. Racjonalnie rzecz ujmując, matematycznie „The 20/20 Experience” to jednocześnie najrówniejsza i najbardziej przebojowa płyta 2013 roku. Emocjonalnie – od razu do mnie trafiła, w dużej mierze za sprawą idealnie wyważonego połączenia dorobku czarnej muzyki i popu, a jak wiadomo, gdy emocje biorą górę, wszelkie rachuby są odłożone na później. Tak się jednak składa, że w przypadku trzeciego longplaya amerykańskiego artysty oba wspomniane wymiary się zgadzają, więc zwycięzca mógł być tylko jeden (choć pod koniec wyścigu zbliżył się do niego St. Lucia). Pewną rysą na formie JT w 2013 r. jest druga część „The 20/20 Experience” – gdy już myśleliśmy, że wreszcie nauczył się trzymać wysoko zawieszoną poprzeczkę na przestrzeni całego materiału, kojarzona przez niego samego z wydaną u schyłku zimy płytą odsłona jesienna jest niepotrzebnym nikomu – ani nam, ani jemu – zdarzeniem. Nie da się też ukryć, że znacznie lepiej „The 20/20 Experience” odczytuje się jako manifestację szczęśliwej miłości, którą osiągnął Timberlake, niż jako zbanalizowaną narrację klubowego bawidamka, która też gdzieś się przewija. Na końcu jednak i tak zostajemy z piosenkami i z tym, że część z nas ruszy w tany przy „Suit & Tie”, „Don’t Hold The Wall” i „Let The Groove Get In”, część będzie zachwycać się wysmakowanym brzmieniem „Strawberry Bubblegum”, „Pusher Love Girl” i „That Girl”, a część zwyczajnie się popłacze przy „Mirrors”. Tyle wystarczyło, by w 2013 r. zdobyć złoty medal.

Najlepsze piosenki 2013

2 Styczeń 2014 § Dodaj komentarz

coollogo_com-13724504

Patrzę na listę moich ulubionych utworów w 2013 r. i mam ambiwalentne odczucia. Nie, nie chodzi o ich poziom – wszystkie prezentują wysoki. Ale mam świadomość, że poza złotym medalem i obecnością na podium polskiego reprezentanta (wybór rozstrzygał się między srebrem a brązem), wszystkie miejsca są negocjowalne, ba, dobór artystów do ostatnich lokat także. Myślę też o faworytach, którzy jak się okazuje, nie są raz na zawsze przypisani do finałowej dwudziestki i mogą poza nią wylecieć wskutek ustępowania innym pod względem biegłości songwriterskiej. Tak było w tym roku. Wreszcie niepokoi fakt, że te (podkreślam) świetne z osobna piosenki w znakomitej większości bazują na muzycznym recyklingu, które to zjawisko trzeba potraktować szerzej i odnieść do współczesnych dzieł w ogóle. Jeśli jakiś czytelnik udowodni, że to jedynie moje starzenie się oraz pogoń za dobrze znanym ułożyły tę listę, skutek okaże się przyczyną. Mam jednak poczucie, że „my tu na Zachodzie” zabrnęliśmy w ślepy zaułek i w 2013 r. nie chodziło o pisanie nowych rozdziałów, ale przede wszystkim miało nam być przyjemnie. Zasadność tej tezy może każdy zweryfikować samodzielnie klikając w ten link lub odnośniki w tytułach poszczególnych piosenek.

20. Sally Shapiro „I Dream With An Angel Tonight”

Sally Shapiro_fot. Linnea Helmersson

fot. Linnea Helmersson

Kolejny po prostu sympatyczny kawałek od Szwedki? Nie do końca. Z niosącym się morską bryzą motywem, który pojawia się w trzeciej minucie, nostalgiczne „I Dream With An Angel Tonight” zajmuje miejsce łącznika pomiędzy Italo disco a chillwavem.

19. Ifi Ude „ArkTika”

Ifi Ude

Czwarty kawałek na debiutanckiej płycie Polko-Nigeryjki na tle pozostałych kompozycji tam zebranych dobitnie uświadamia, jak bardzo potrzebny jest jej dobry producent. Gdy talent kompozytorski spotyka się z wyczuciem producenckim artystki, stać ją na dużo.

18. Deerhunter „Monomania”

Deerhunter_fot. Robert Semmer

fot. Robert Semmer

I jest czarny koń podsumowania. Tym razem Bradford, Lockett i spółka mieli się nie załapać, w ogóle, na żadną z dwóch najważniejszych list. Ale gdy przyszedł czas układania tej piosenkowej, neurotyczna, tonącą w gitarowym rzężeniu końcówka „Monomanii”, rzecz najbardziej wybijająca się od pierwszego odsłuchu na piątym-szóstym longplayu Deerhuntera, zabrała całą kompozycję na miejsce 18. Nadal potrafią wywołać ciarki.

17. BOKKA „K&B”

BOKKA_fot. Darek Ozdoba

fot. Darek Ozdoba

BOKKA wywołuje u niektórych osób efekt wyparcia. Zarzuca się im wtórność, mierny poziom songwriterski, szydzi i przemilcza fakt, że wreszcie jakiś polski wykonawca (pomijając recenzję płyty Jacaszka „Glimmer”, dystrybuowanej przez amerykańskie Ghostly, i post-OFF-owy zbiorczy feature o rodzimych artystach) pojawił się na Pitchforku, nawet jeśli ów serwis stracił już na jakości, a obecność BOKKI, zresztą z innym numerem niż „K&B”, szybko można uzasadnić trafieniem w redaktorski gust. Co z tego, skoro moje miejsce 17. jest niesamowicie nośnym kawałkiem i co ważne, nie odstaje spektakularnie poziomem od reszty debiutanckiej płyty tria? Jeśli to jest powód do krytyki, to zdecydowanie mam ciekawsze zajęcia niż angażowanie się w taką dyskusję…

16. Karri „Hurry Up”

fot. Klaudia Bis

fot. Klaudia Bis

Hurry Up” funkcjonuje trochę jako druga strona tego samego, skandynawsko-labelowego medalu co „K&B” – tam gdzie BOKKA wygrywa wyrazistością i szturmowaniem głośników, Kari wybiera rozłożenie akcentów, pastelowość, kruchość i piękno. Jak się okazuje, nawet w takiej sytuacji można przemycić całkiem chwytliwy refren.

15. Tesla Boy „1991”

Tesla Boy

Tytuł mówi sam za siebie. „1991” można potraktować jako kompozycję napisaną z przymrużeniem oka, hołd dla epoki parkietowych przebojów z wokalami czarnych piosenkarek lub jako najzupełniej adekwatny, inteligentny dowcip i komentarz do słów, które tu padają: „Don’t look behind / Your lfe will never, never be the same again / You’ve got to believe it”. Wyszedł hit, co ciekawe, songwritersko średnio korespondujący z tym, co przygotowali Tesla Boy na pozostałych trackach na „The Universe Made Of Darkness”.

14. Plug&Play „Brand New Day”

fot. Gosia Nierodzińska

fot. Gosia Nierodzińska

Najbardziej radykalny przykład zmian w obozie Plug&Play. „Brand New Day” ciężko uznać po prostu za przejaw inspiracji tymi, którymi zespół Kuby Majsieja faktycznie się inspiruje, czyli Foals i Yeasayer – ten kawałek idzie dużo dalej. Delikatnie zarysowana gitara, klawiszowe plamy, męsko-damski wokalny dialog, solówka na saksofonie i tematyka dotyczące małych szczęść dnia codziennego. Wiemy, że na świecie post-punkowcy dekady lat 80. przesiadali się na bardziej popowe brzmienia, ale w Polsce w ostatnich latach w obrębie nowofalowego gatunku tak zdecydowanie nie skręcił nikt.

13. Crab Invasion „Dart”

Crab Invasion

Można dyskutować, czy większym na dzień dzisiejszy przebojem Crab Invasion jest ukłon w stronę polskich eightiesów w „Caps”, czy bardziej taneczne i bliższe nam epokowo „Dart”. Ja wolę przyjąć, że ich największe singlowe dokonanie dopiero przed nimi, tym bardziej, że debiutanckim longplayem „Trespass” kwartet potwierdził swoją wysoką erudycję muzyczną. Pod tym względem wśród krajowych debiutantów nie mają sobie równych, a „Dart” kroczy na czele stawki.

12. Justin Timberlake „Strawberry Bubblegum”

fot. Tom Munro

fot. Tom Munro

Zaskoczenie? Nie dla mnie. Od początku to właśnie „Strawberry Bubblegum” z całego „The 20/20 Experience” robiło za utwór zdecydowanie mi najbliższy i warty listy rocznej. Choć mówimy o płycie złożonej z samych przebojów, to klawisze w klimacie Junior Boys plus jazzująco-funkujący jam w końcówce sprawiają, że nie „Suit&Tie”, nie „Mirrors”, ale właśnie numer czwarty na trackliście wydanej w marcu płyty Justina Timberlake’a ją tutaj reprezentuje.

11. Nonsense & Absurd„Transmitting Live From Cabeça”

Nonsense & Absurd

Kto by się spodziewał, że obdarzony zjadliwym, a często zwyczajnie koszarowym poczuciem humoru Afrojax przygotuje płytę zupełnie serio – bazującą na mikrosamplach, stylistycznie eklektyczną i najzwyczajniej bardzo dobrą? Prowadzona sennym „nananananana”, relaksująca „transmisja na żywo z Cabeça” (wyrażenie mogące oznaczać zarówno głowę, jak i miejsce geograficzne w którejś z byłych portugalskich kolonii) stanowi osłodę dla wszystkich fanów The Avalanches ciągle czekających na następcę „Since I Left You”. Zawijajcie dmuchane koła.

10. CHVRCHES „Lies”

fot. Eliot Hazel

fot. Eliot Hazel

Gdy piszesz utwory niebędące wyrafinowanymi kompozytorsko, cała rzecz rozgrywa się w melodii. Jeśli nie chwyta, słuchacza tym bardziej będą raziły banalne środki wyrazu. Akurat w przypadku „Lies” wszystko się zgadza i po wielu miesiącach singla CHVRCHES nadal słucha się nieźle, dokładnie odwrotnie niż irytującego z biegiem czasu „Recover”.

9. Wampire „The Hearse”

fot. Holga

fot. Holga

Niejaki Ariel Rosenberg oddał ostatnio trochę pole odjechanego lo-fi popu, ale zagospodarował je już duet z Portland. A także post-punku i ambientu, bo to wszystko udało się upchnąć w, o dziwo, przebojowym i spójnym „The Hearse”. Nie najgorsza propozycja na parkiet, choć na pewno jedna z najekscentryczniejszych.

8. The Preatures „Is This How You Feel?”

The Preatures

Młodzi artyści odkrywają Fleetwood Mac. W przypadku Australijczyków z The Preatures jest to soft-rockowy songwriting, damski wokal tudzież damsko-męskie dialogi wokalne rodem z poprzedniej epoki, stylizacja, a nawet odpowiednie zabiegi w wideoklipie i gitarowe solo. Pytanie o oryginalność nie jest całkowicie bezzasadne, ale schodzi ono na drugi plan, gdy „Is This How You Feel?” już leci z głośników, a za taką inspirację wypada powinszować – kto nie lubi autorów „Everywhere”?

7. We draw A „Tears From The Sun”

fot. Wiktor Konopacki

fot. Wiktor Konopacki

Następni artyści z Polski, którzy przede wszystkim eksponują swoją twórczość, a nie personalia, i zarazem kolejny mocny typ z wytwórni Brennnessel (w tym roku reprezentowanej na moich listach singlowych przez Rebekę, Fair Weather Friends i opisywany duet z Wrocławia). Pierwiastek emocjonalny zawarty w „Tears From The Sun”, w bądź co bądź elektronicznej muzyce, sprawia, że naprawdę dociekliwy i biegły odbiorca mógłby teoretycznie skojarzyć We draw A z poprzednim projektem Peve’a Lety’ego, czyli Indigo Tree. Jako ciekawostkę dodam, że najbardziej póki co rozpoznawalny singiel We draw A polubili w australijskiej części Music Alliance Pact i to właśnie z Antypodów spłynęły wieści, iż polski utwór był w październiku 2013 r. tym ulubionym wśród słuchaczy – dokładnie rok po tym, gdy KAMP! po MAP-owej publikacji wylądowali na piątym miejscu The Hype Machine.

6. Classixx feat. Nancy Whang „All You’re Waiting For”

Classixx

Classixx w „All You’re Waiting For” udanie nawiązują do stylistyki klubowego retro, a „Hey, wait a minute, just a minute, I was ready for the flight / Got my bags packed waiting on the driver curve / So just a minute, take a minute for the change-up / I’m all set to go, set to go” wyśpiewane przez Nancy Whang to niemal sing-along, być może najbardziej chwytliwy pre-chorus zakończonego roku, element rozpoznawczy singla z „Hanging Gardens”, a później następuje jeszcze nie gorszy refren. W 2013 r. nie było większego przeboju, jeśli chodzi o archetypową dyskotekę, co wydaje się pewną logiczną konsekwencją – Michael David i Tyler Blake są przecież nie tylko producentami, ale i DJ-ami.

5. Haim „Falling”

Haim

Doprawdy The Preatures w „Is This How…” wydają się nieśmiało podnosić rękę mówiąc „halo, zauważcie nas”, gdy porównać tę piosenkę z eksplodującym „Falling”. Myli się jednak ten, kto sądzi, że siostry Haim od razu wykładają wszystkie karty na stół. Alana, Danielle, Este (plus Morgan Meyn Nagler) dokładają kolejne elementy układanki z dużym smakiem – np. wejście basu na wysokości 1:07 sprawia, że aż robi mi się ciepło na sercu, a jesteśmy już po fragmencie, w którym zespół zaserwował refren w bardzo powściągliwy sposób, bombastyczność zachowując na kolejne pojawienie się chwytliwej części każdego przeciętnego singla. Zarówno The Preatures, jak i Haim, na tegorocznych płytach nie ustrzegły się słabości, więc w australijsko-amerykańskim pojedynku na soft-rockową spuściznę po Fleetwood Mac wskazałbym na remis ze wskazaniem – na piosenki symbolicznie wygrały Haim.

4. St. Lucia „Elevate”

St Lucia

St Lucia_opis

3. The Car Is On Fire feat. Iza Lach „A Man With A Soul Of A Dog”

TCIOF feat. Iza Lach

W minionym roku The Car Is On Fire, nieoceniony zespół dla polskiej muzyki alternatywnej, zakończył działalność. Jest coś symbolicznego w tym, że w „A Man With A Soul Of A Dog”, ostatnim jak dotąd utworze zasłużonej kapeli, wokalnie udziela się wschodząca gwiazda krajowej sceny Iza Lach. Inni z przekąsem zauważą, że symboliczne dla końcowej fazy funkcjonowania TCIOF jest również to, iż wspomniany kawałek powstawał przez dwa lata, zaś w ostatnich miesiącach „Płonący Samochód” był prowadzony głównie przez Jakuba Czubaka. Co ciekawe, gdyby piosenka ujrzała światło dzienne w momencie zarejestrowania wokalu artystki, w lutym 2011 r., to raczej warszawianie lansowaliby Izę Lach niż na odwrót. Dwa-trzy lata później to nazwisko łodzianki powinno być pociągowym znakomitego singla z wymiennym wokalem Czubaka („He’ll take you anywhere you want / He likes to dance, he doesn’t talk”) i Lach („He’s always the best, his legs are restless, I’m having time of my life”) oraz roztańczonym basem Krzysztofa Nowickiego. Jak odchodzić, to tylko w takim stylu.

2. Daft Punk feat. Pharrell Williams „Get Lucky”

Daft Punk

Get Lucky” zrobiło bardzo wiele, by być nie do przyjęcia przez „true” i „niezal” słuchaczy. Można tak to ująć, że w ciągu paru miesięcy utwór przebył drogę od magazynów Columbia Records do facebookowych walli, iPodów przeciętnych słuchaczy, popularnych stacji radiowych, reklamowych dżingli, klubów, mijanych na ulicy aut i mieszkań oraz na scenę miejskiego Sylwestra. Tyle że nikt powiedział, że to jest niezalowy blog w wydaniu fundamentalistycznym, a pewien Francuz portretując właśnie „Get Lucky” w łebski sposób ujął symboliczny wymiar ostatniego longplaya Daft Punk.

1. Autre Ne Veut „Play By Play”

fot. Dave Mead

fot. Dave Mead

Ciekawe, że mój piosenkowy lider z 2013 r. jest utworem kontrastującym ze zeszłorocznym zwycięzcą. Podczas gdy Grimes wygrała dzięki prostym zabiegom songwriterskim, Autre Ne Veut (także solowy wykonawca) zniósł kilka pudeł z pomysłami, inspiracjami i konkretnymi rozwiązaniami technicznymi na singiel. Fenomen „Play By Play” świetnie ujęła na Screenagers Marta Słomka, która swoją drogą rok temu również wskazała na kompozycję Kanadyjki: „Ashin robi wszystko, by pozostać w szatach ekscentryka i outsidera – wije się, łka, miauczy, kaleczy swój wokal konsoletowymi suwakami, żongluje płynnością bitu. W sposób celowy czy nie, osadza skrajnie intymne emocje: zazdrość, lęk, uzależnienie od drugiej osoby i chorobliwą miłość, w ramy ekstrawertycznego rozmachu utworu (…) „Play By Play” od intro do ostatniej sekundy sunie na najwyższych obrotach, jakby miał być ostatnim numerem, jaki Autre Ne Veut kiedykolwiek nagra”. Wiele więcej nie wniosę, mogę tylko się podpisać i dopowiedzieć, że „Play By Play” brzmi nie tylko jak potencjalnie utwór graniczny autorstwa Arthura „Autre Ne Veut” Ashina. Jeśli to ostatnie tego typu zestawienie na tym blogu, to jest to najlepszy akcent finałowy, kompozycja totalna, fajerwerki na 31 grudnia, połyskujące konfetti, napisy końcowe.

Najlepsze płyty 2013: reszta stawki

30 Grudzień 2013 § Dodaj komentarz

coollogo_com-4113367

Wprawdzie w tytule stoi „najlepsze płyty”, ale na początek skorzystajmy w pewnym sensie z obecności drugiego członu i wspomnijmy o tych, których zabraknie. Nie będzie krążków faworytów z ostatnich lat – The Field (dwa razy pierwsza dziesiątka), Deerhunter (również), Washed Out, Buriala, Janelle Monáe, These New Puritans, rodziny Waglewskich, Vampire Weekend oraz Toro Y Moi. Różnie udały się powroty wielkich nazw, nie ostali się więc My Bloody Valentine, Dawid Bowie, Queens Of The Stone Age, Edyta Bartosiewicz, Myslovitz, Prefab Sprout, Autechre, Arctic Monkeys, a co do ostatniego longplaya Franz Ferdinanda, gości z absolutnej czołówki niemal dekadę(!) temu, to przez moment zapomniałem, że… w ogóle słuchałem ich płyty. Lepsze wrażenie pozostawili The Dismemberment Plan, ale oni również nie załapali się do puli. Co do debiutantów, niestety Crab Invasion (mimo wielkiego potencjału) i Rebeka spisali się poniżej oczekiwań, a co do wydawnictw Fismolla, Dawida Podsiadły, AlunaGeorge i Disclosure, nie wiem, o co aż tyle hałasu, to wszystko w muzyce już było.

Znacznie lepiej poradzili sobie nasi Armando Suzette, BOKKA i XXANAXX. Projekt Mateusza Tondery, któremu przyglądam się od prawie dwóch lat, na EP-ce „Calendar” zaprezentował nie tylko znaną już unikatowość songwriterską na polskim podwórku, ale też regularny zespół i wysmakowane brzmienie. Zachowujące anonimowość trio BOKKA spotyka casus Andy’ego Stotta sprzed roku, czyli czułbym się trochę nie w porządku umieszczając ich self-titled za pięć dwunasta w pierwszej dziesiątce, jednocześnie jest to materiał, który zyskuje z czasem. Z kolei duet Michał Wasilewski i Klaudia Szafrańska ma świetne ucho do pisania przebojowych melodii – jeśli na swoim pierwszym longplayu powtórzą poziom z trzech piosenek z „Dissapear”, następnym razem będą czołówki rocznych notowań. Nonsense & Absurd tylko formalnie debiutuje, „Random Composing Technique Manifesto” to pierwsza artystyczna wypowiedź w takim kształcie Afrojaxa z Afro Kolektywu, tyleż zaskakująca, co niezła. Czekamy na więcej! Thundercat ciągle jest tak dobry jak na „The Golden Age Of Apocalypse”, ale dwa lata później to trochę za mało, by go uhonorować miejscem w dziesiątce. Premierowy długograj zaprezentował Matthew Barnes, znany lepiej jako Forest Swords, i jesteśmy świadkami autonomicznej wypowiedzi w muzyce elektronicznej podobnie jak osobną narrację zaproponowali Fire! Orchestra na jazzująco-krautrockowo-hałasującym „Exit!”. Ciekawą, choć trudną. Na zupełnie innym biegunie lokują się The Dodos ze swoją ciepłą, uczłowieczoną twórczością, dobitnie pokazując, że jeśli muzyka (w dużej mierze) oparta na gitarach ma w sobie duszę, w 2013 r. dało się jej słuchać. Kuriozalna sytuacja spotkała Plug&Play – z najlepszym w swoim dorobku materiałem, czyli z „Reisefieber”, nie załapali się do pierwszej dziesiątki, choć rok temu, przy wyższym poziomie konkurencji, to się udało. Sytuację trochę tłumaczy fakt, iż gdy przychodzi do ważenia jakości, łatwiej przygotować cztery bardzo dobre utwory (w tym jeden znany z 2012 r.), niż cały świetny longplay. Tak, w czołówce najlepszych płyt 2013 r. znalazły się tym razem wyłącznie same długograje.

Najlepsze piosenki 2013: ławka rezerwowych

28 Grudzień 2013 § Dodaj komentarz

coollogo_com-9318188

Podsumowania czas zacząć… O ile rok temu w przypadku najlepszych piosenek dokonywałem wyboru z ponad 70 utworów, o tyle tym razem przybyło ich następne dwie dziesiątki. Na rozgrzewkę przed daniem głównym zamieszczam jednak nie wszystko jak leci, ale zaplecze w postaci 40 kompozycji – do odsłuchania oddzielnie (linki znajdują się pod tytułami utworów) lub jako jedna playlista z tych zasobów, które są dostępne na Spotify. Tym razem jeszcze kolejność alfabetyczna.

A$AP Rocky „Phoenix”

Ballet School „Heartbeat Overdrive”

Better Person „I Wake Up Tired”

Classixx „Holding On”

Colin Stetson „High Above A Grey Green Sea”

Dorgas „Egocêntrica”

Eric Shoves Them In His Pockets „Storms”

Fair Weather Friends „Fake Love”

Forest Swords „The Weight Of Gold”

Furia Futrzaków „Noc wystarczyć ma na dłużej”

How How „Pinkery The Knight”

inc. „Trust (Hell Below)”

James Blake „Retrograde”

Justin Timberlake „Mirrors”

Justin Timberlake (feat. Jay-Z) „Suit & Tie”

Kiev Office „Jerzy Pilch”

Kixnare „Gucci Dough”

Łagodna Pianka „Lody huśtawkowe”

Milcz Serce „22.22”

Miracles Of Modern Science „Dear Pressure”

Newest Zealand „Mutual Love”

Pissed Jeans „Bathroom Laughter”

Plug&Play „Like Analog Tapes”

Rebeka „Unconscious”

Sally Shapiro „All My Life”

Skalpel „If Music Was That Easy”

Sorry Boys „The Sun”

Sportsman (feat. Linnea Jönsson) „Rally”

St. Lucia „The Way You Remember Me”

St. Lucia „Wait For Love”

St. Lucia „When The Night”

Swimming „Triplebrie”

Tesla Boy „Dream Machine”

Tesla Boy „M.C.H.T.E”

The Dodos „Death”

The Dodos „The Current”

The Virgins „Flashbacks, Memories, And Dreams”

Thundercat „Heartbreaks + Setbacks”

XXANAXX „Broken Hope”

XXANAXX „Got U Under”

Zagraniczne rozmaitości (13) – Julia Holter, Forest Swords, Fire! Orchestra, Thundercat

19 Grudzień 2013 § Dodaj komentarz

Na zakończenie 2013 zagraniczne rozmaitości również z „13” w tytule. Zanim umieszczę na blogu listy roczne, chciałbym nadrobić zaległości i powiedzieć o płytach, o których od kilku miesięcy opowiedzieć mi się nie udało, a które znalazły się w puli krążków do zestawienia najlepszych longplayów. 90% miejsc jest już raczej zajętych, o Daft Punk, tu nie pasujących, było poprzednio, Wam pozostawiam domysły, co z tego znajdzie się w finalnej dziesiątce. Każdy z wymienionych albumów zasługiwał na osobne potraktowanie, mowa o unikatowych zjawiskach, ale nie ma co kryć – w tym roku pisaniu o muzyce z racji innych aktywności musiałem poświęcić mniej miejsca.

Julia Holter Loud City SongJulia Holter „Loud City Song”

Kto wie, być może to jest właśnie przyszłość muzyki niezależnej? Pierwszy przyczółek w zeszłym roku zdobyli już Grizzly Bear, a Julia Holter przeprowadziła na „Loud City Song” regularny desant, gdzie barwy alternatywy przemieszały się z barwami muzyki poważnej, bo o ten zabieg konkretnie mi chodzi. Weźmy charakterystyczną właśnie dla klasyki cudowną ornamentykę dla wokalu Julii na początku „World”. Weźmy budzącą respekt masywność „Maxim’s I”, spójrzmy na naturalnie narzucające się nawiązanie do klasycznych pianistów lub kompozytorów w postaci „He’s Running Through My Eyes” czy wyostrzmy słuch na ciche orkiestracje w „Maxim’s II”. Z drugiej strony mamy elementy kierujące nas raczej w stronę jazzu jak w drugiej połowie „City Appearing” czy „In The Green Wild”, piosenki popularnej (zwiewne „This Is A True Heart”) i ambientu („Hello Stranger”). Maniera aktorska w śpiewie Julii Holter może irytować przez swoją dosłowność, ale też trzeba przyznać, że do utworów zebranych na „Loud City Song” pasuje idealnie, zresztą Amerykanka nie przesadza z jej stosowaniem. Na koniec anegdota – rok temu, przy okazji pozablogowego podsumowania, słuchałem poprzedniego longplaya artystki, „Ekstasis”. Jako że ogólnego materiału do przerobienia w postaci płyt miałem sporo, po pierwszym zapoznaniu się z twórczością Holter, uznałem ją za nudną i oceniłem nieentuzjastycznie. „Cóż więcej można dodać, wszyscy widzieliśmy przebieg meczu, musimy teraz wyciągnąć wnioski”.

Forest Swords - EngravingsForest Swords „Engravings”

Nie byle jaka to sztuka mieć po dwóch EP-kach, na wysokości debiutanckiego longplaya, unikatowy w skali muzycznego świata i rozpoznawalny wizerunek. I jakkolwiek pretensjonalnie by to nie zabrzmiało, ten w wykonaniu Forest Swords kieruje nasze wyobrażenia jednoznacznie do Kraju Kwitnącej Wiśni, w czasy samurajskie. Nic dziwnego, stojący za projektem angielski (sic!) producent Matthew Barnes myśli obrazami – jest zawodowym grafikiem, który sztuki wizualne wymienia wśród swoich inspiracji, a gdy dodać do tego orientalne wstawki w jego utworach, (spójny) design okładek czy mistyczny klimat spowijający kompozycje, nie pozostaje wiele miejsca na własną interpretację. Ale w tym przypadku, to się chwali, tym bardziej, że koncept jest frapujący, a w świecie, w którym wydaje się, że nagrano już wszystko, świeży. Słuchając dumnego „The Weight Of Gold”, pociągniętego zamaszystymi fakturami rodem z konsol 8-bitowych „Ljoss” czy wirujących ostrz w „Irby Tremor”, można wysnuć obawę, iż projekt Anglika chwyta, póki działa efekt nowości, jego hermetyczność jednak może stać się w przyszłości bronią obosieczną. No i co gorsza – ile klonów Matthew Barnesa będziemy wkrótce słuchać? To zmartwienie dnia jutrzejszego, póki co mgła spowiła las z mieczami, warto podjąć jeden z nich i sprawdzić, co się pod nim znajduje.

Fire! Orchestra - Exit!Fire! Orchestra „Exit!”

Paweł Franczak twierdzi, że świadome słuchanie muzyki poważnej potrafi wywołać fizyczne zmęczenie. Jeśli tak, to chciałoby się rzec, iż po wybrzmieniu ostatniego taktu na „Exit!”, swój T-shirt można wyżymać z potu. Płyta będąca owocem współpracy saksofonisty Matsa Gustafssona, basisty Johana Berthlinga, perkusisty Andreasa Werliina z wokalistami, szwedzkimi jazzmanami i… tekstem Arnolda de Boera z The Ex jest nie tyle już propozycją dla wytrwałych, co odpornych. Jest to zapis koncertu na awangardowej scenie Fylkingen, gdzie w styczniu 2012 r. spotkało się aż 28 muzyków razem tworzących skład Fire! Orchestra („podstawowe” Fire! to wymieniona na wstępie trójka plus goście). Efekt końcowy stanowi szokująca miejscami mieszanka free jazzu, krautrocka, atonalnych wokaliz i liryki opisującej poruszanie się po tajemniczym budynku, raz to gorączkowe, raz to dające za wygraną. Tym samym pomieszczenie staje się metaforą osaczenia i słuchacz może odnieść wrażenie, że wcale nie chodzi o wolno stojący obiekt, ale o zapis stanu paranoicznego umysłu. „Exit!” z racji swojej formy raczej nie jest pozycją, po którą sięga się często, zresztą trzeba też uczciwie zaznaczyć, iż krążek Fire! Orchestra nie ustrzegł się męczącej dłużyzny przy samym finiszu nagrania – nawet jeśli uznać końcowe wokale za odzwierciedlenie upadku w szaleństwo podmiotu lirycznego, mogłyby być one o te kilka minut krótsze, bo w pewnym momencie po prostu zaczynają nużyć. Nie zmienia to faktu, że to płyta w przeważającej części udana, choć nie dla każdego.

Thundercat - ApocalypseThundercat „Apocalypse”

Gdy pisałem o ostatnim efekcie solowej współpracy Thundercata z Flying Lotusem, stwierdziłem, że to czarna muzyka przyszłości i wszystko jest możliwe. Szkoda, że tym możliwym okazało się niezrobienie od czasów „The Golden Age Of Apocalypse” wyraźnego kroku naprzód (gdy zaś chodzi o Lotusa, „Until The Quiet Comes” było na tle longplaya „Cosmogramma” krokiem wstecz). Nie słyszę na „Apocalypse” nic, czego bym nie słyszał już na poprzednim krążku Stephena Brunera z 2011 roku, co więcej, z perspektywy dwóch płyt widać wyraźnie, że największą bolączką kaskaderskiego basisty obdarzonego anielskim wokalem jest utrzymanie na przestrzeni całego wydawnictwa spójności i wysokiego poziomu, który sam sobie wyznacza pojedynczymi utworami. Tak jak na „The Golden Age Of Apocalypse” wyróżniały się „For Love (I Come Your Friend)”, „Seasons” czy „Fleer Ultra”, tak i na „Apocalypse” można wskazać liderów. To będzie choćby największy na dzień dzisiejszy autorski przebój Thundercata, „Heartbreaks + Setbacks”, opener w postaci „Tenfold”, który brzmi jak introdukcja wielkiej płyty lub schowane pod ostatnim indeksem pożegnanie zmarłego w zeszłym roku przyjaciela, Austina Peralty, najzwyczajniej w świecie wyciskające łzy z oczu (czy można sobie wyobrazić bardziej poruszające wyznanie wiary niż to, gdy Bruner śpiewa „I know I will see you again in another life / Thank you for sharing love and your light / Though we say goodbye / We will say hallo again”?). Pozostałe utwory, w których mieszają się wątki życia, śmierci, nadziei, to poziom, którego wielu współczesnych artystów nie dosięga, ale na tle najwyżej punktujących dokonań Thundercata i Flying Lotusa, wydają się zwyczajnymi. Mówimy o dwóch wizjonerach, stąd moje kręcenie nosem.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.