Zagraniczne rozmaitości (8) – Q-Tip, Kings of Convenience, Charlotte Hatherley

listopad 12, 2009 - autor: lukaszkusmierz

Cały czas powtarzam, że 2009 to rok na bogato. Dwie z opisywanych poniżej płyt dołączyły do grona najlepszych, najciekawszych, najfajniejszych albumów, które poznałem na przestrzeni ostatnich miesięcy i z dużym prawdopodobieństwem spotkam się z nimi podczas układania mojego topu w styczniu. Pozostaje ta trzecia, rzecz od artystki, której poprzedni longplay wskazałem jako płytę roku 2007 (gwoli wyjaśnienia raz na zawsze – niestety nie poznałem wówczas jeszcze tak hołubionych przeze mnie „Strawberry Jam” i „Person Pitch”, mimo tego „The Deep Blue” na miejscu pierwszym to nie jest coś czego się wstydzę), natomiast tym razem…

Q-Tip „Kamaal the Abstract”


Fakty są takie, że wychowałem się na hip hopie. Przez – jak dobrze liczę – osiem lat właściwie nie interesowały mnie inne gatunki, potem jednak, z różnych powodów, nad którymi nie będę się teraz właściwie rozwodził radykalnie odszedłem od muzyki, która narodziła się w NY. Właściwie, bo wnikliwy Czytelnik zapewne wychwyci, co sprawiło, iż piszę w tym miejscu o płycie legendarnego rapera i tym samym odkryje jedną z przyczyn, dla której kiedyś powiedziałem hh „cześć, na razie”. Q-Tip na „Kamaal the Abstract”, krążku, który w wyniku decyzji ówczesnych wydawców muzyka przeleżał w szufladzie siedem lat, serwuje smakowity miks hip hopu, jazzu, soulu, funku, podrasowany gdzieniegdzie gitarą elektryczną. Zapomnijcie o narzucaniu sobie przez artystę jakiejkolwiek presji związanej z trzymaniem się hip-hopowych rygorów. Ta muzyka płynie, tańczy, fruwa, a nie jest po prostu wyprodukowana. Materiał trzyma bardzo wysoki poziom, ciężko wskazać choćby jeden ewidentnie odstający od reszty utwór, a całość jest na tyle różnorodna, że każdy pewnie ma własny zestaw ulubionych kawałków z trzeciego solowego albumu Jonathana Davisa. Sam z chęcią wyróżnię prześliczne, relaksujące, długie (ponad siedem minut), ale absolutnie nie nużące „Do You Dig U?” oraz „Even If It Is So” (ten moment na początku kompozycji, gdy pojawiają się pierwsze dźwięki gitary basowej – miód), ale przecież piosenek, o których warto wspomnieć jest o wiele więcej, choćby meksykańska fiesta pt. „Barely in Love” – kto pamięta „I Left My Wallet in El Segundo”, ręka do góry. Jakieś „ale”? Ciężko się zachwycać tak na maksa „Kamaalem” znając np. „Like Water for Chocolate” Commona, ktoś inny można wspomnieć o płytach The Roots, ale ale! Nie psujmy sobie zabawy.

Kings of Convenience „Declaration of Dependence”


Jak to się mówi, „siła spokoju”. Odnosząc to określenie do dźwięków, jakie wydobywają ze swoich gitar akustycznych Erlend Øye oraz Eirik Glambek Bøe mówimy wszystko o „Declaration of Dependence”, o muzyce Kings of Convenience. „Spokój”, bo duet z Bergen w Norwegii rozpala serca słuchaczy kruchością pięknych melodii, delikatnością i normalnością, cechami, których ze świecą szukać we współczesnej muzyce popularnej; „siła”, ponieważ wymienione wyżej przymioty decydują o tym, iż przy kompozycjach Kings of Convenience męczące nachalną krzykliwością gwiazdy kolorowych czasopism nie mają szans, wysiadają. Nagle kolejność, która (niestety) się przyjęła – wygląd, wideoklip, promocja, na końcu twórczość jako taka zostaje zburzona i ponownie najważniejsza jest muzyka. Oczywiście, pewnie ostatnią rzeczą o jakiej pomyśleliby Erlend oraz Eirik byłoby wyzwanie rzucone szołbizowi, oni po prostu robią swoje, a póki ich praca owocuje rzeczami tak dobrymi, jak tegoroczna płyta wypada życzyć im tylko zdrowia i chęci. „Boat Behind” czy „24-25” powinni obowiązkowo przesłuchać wszyscy ci, którzy mają problem z uruchomieniem w sobie wrażliwości, bo te akustyczne perełki roztapiają lód w sercu szybciej, niż marcowe słońce śnieg. Wymieniłem tylko dwa utwory, a na „Declaration of Dependence” świetnych momentów jest o wiele, wiele więcej. Gdyby jeszcze tylko odjąć od zestawu zgromadzonego na longplayu nieprzekonywujące aż tak bardzo „Second to Numb” i „Renegade”, postawić tylko na same przeboje, to całość by na tym zyskała, choć przecież i bez tego jest wyśmienicie. Przypominam, że w tym roku Øye wraz z kolegami z The Whitest Boy Alive zaprezentował już fantastyczny album („Rules”), który zapuszcza się w rejony dyskotekowego parkietu, tak więc Norwegowi naprawdę należą się słowa uznania.

Charlotte Hatherley „New Worlds”


Nie wypada, po prostu nie wypada. Ktoś, kto potrafił z powodzeniem łączyć w swoich piosenkach indie, sophisti-pop, zahaczać o rejony barokowego popu nie może nagrywać czegoś tak przeciętnego, jak „New Worlds”. Nie wiem, może Andy Partridge, który napisał wraz z Charlotte na „The Deep Blue” jeden z kawałków („Dawn Treader”) powinien był mieć tym razem oko na cały album (dla fanów XTC to zapewne pytanie retoryczne;)), bo najnowszy krążek byłej gitarzystki Ash odstrasza surowizną, ale co gorsza, niemal zupełnie brakuje tematów, które by porywały i zapadały w pamięć. O ile do poprzedniego albumu artystki wracało się z przyjemnością, o tyle do słuchania tegorocznego LP trzeba się niestety zmuszać jeśli chce się o nim trochę podyskutować. Chciałbym być dobrze zrozumiany – naprawdę zależy mi na tym, by CH nagrywała najlepiej wyłącznie genialne rzeczy, więc gdy słyszę taką obniżkę formy, to reaguję jak trener, który kręci nosem widząc nieskuteczność swojego najlepszego snajpera i czyniąc krytyczne uwagi pod jego adresem ma na uwadze jego dobro. „New Worlds” nuży, ciężko przebrnąć przez ponad pół godziny muzyki zgromadzonej na longplayu, niektóre momenty dałoby się pochwalić bardziej w toku chłodnej analizy, niż emocji, które rozsadzają duszę oraz ciało i nakazują „pisz same dobre rzeczy”, tak więc tę notkę można by już zakończyć gdyby nie jeden, jedyny utwór. „Alexander”, to kompozycja, w której udało się Charlotte zgromadzić wszystko to, czego nie ma w pozostałych kawałkach. Ba, ten jeden numer jest lepszy niż cała reszta razem wzięta! Kontrast nastrojów – balladowy wstęp, dalej łagodność zwrotek a drapieżność gitarowego refrenu, mostek i przyśpieszająca niczym Usain Bolt końcówka, wokal CH, melodia. Proszę Państwa, nie tylko grower, ale i piosenka idealna.

Polskie rozmaitości (5) – SoundQ, Pan Stian

październik 23, 2009 - autor: lukaszkusmierz

SoundQ „Semaphores, Dogs and Traces”


Na początku uściślijmy – SoundQ liczy sobie pięć osób, ale omawiany materiał został nagrany przez dwójkę, lidera grupy i wokalistę Kubę Kubicę oraz człowieka spoza zespołu, producenta, realizatora oraz gitarzystę Jarosława Barana. Trochę dziwi fakt, że profesjonalnie brzmiąca płyta nie znalazła jeszcze wydawcy (całość była nagrywana w okresie listopad 2007 – luty 2008). Wprawdzie nie jest to estetyka bliska memu sercu, pomysł łączenia elektronicznego popu z etnicznymi wstawkami jest tyleż interesujący, co ryzykowny (a trzeba wspomnieć jeszcze o metalowych korzeniach Kubicy), ale utwory z „Semaphores, Dogs and Traces” bardzo łatwo sobie wyobrazić w komercyjnych rozgłośniach radiowych. Choć płyta jako całość nuży, ciężko wyłapać bezdyskusyjne przeboje, to jednak dałoby się wykroić z albumu 2-3 kawałki, które nie stałyby na straconej pozycji w konfrontacji z tym, co lansują duże polskie wytwórnie. Pomocny w tym będzie wokal i akcent Kuby Kubicy, przywołujący skojarzenia z młodymi amerykańskimi zespołami gitarowymi; skoro rodzime radia tak strasznie zapatrzyły się w swoich wyborach na Zachód, to czemu nie postawić na krajowy, nieodbiegający jakością od zagranicznego produkt?

Pan Stian „Kilka Minut” [EP]

Sebastian Pypłacz, czyli człowiek stojący za projektem „Pan Stian” z pewnością traktuje swoją twórczość poważnie, a wydana w tym roku EP-ka nie była w zamierzeniu muzycznym żartem. Jednak słuchając nieokiełznanego strumienia świadomości zamieszczonego na „Kilka Minut” czuję się jakbym uczestniczył w awangardowym wieczorku poetyckim w jakimś dziwacznym miejscu (zresztą w życiorysie Sebastiana przewija się wątek literacki), podczas którego wypowiadane treści są doprawione dźwiękami, a wszystko to, co dobiega do naszych uszu powoduje, iż ma się wrażenie, że ktoś nie traktuje nas całkiem serio. Oczywiście, można wysunąć kontrargument, że „to poezja”, ale nie zmienia to faktu, iż „Kilka Minut” brzmi jak pierwsze demówkowe kroki i tak straszliwie męczy, że raptem trzy utwory wydają się ciągnąć w nieskończoność. Efekt jest taki, iż tych parę linijek trzeźwych refleksji zamieszczonych na EP-ce, z którymi się utożsamiam (np. „Świat to nie tylko wojna / Świat to nie tylko kłamstwo / Świat to ty i ja” z „Płuc pełnych brudów” w nawiązaniu do treści przekazów medialnych), nie świeci pełnym blaskiem, gdyż na pierwszy plan wybija się szary obraz całości.

Polskie rozmaitości (4) – AXMusique, Michell Phunk

październik 3, 2009 - autor: lukaszkusmierz

Tym razem na tapecie rozmaitości w obrębie muzyki elektronicznej. Brennnessel to polski, coraz śmielej rozwijający skrzydła netlabel założony przez muzyków Kamp!. Oprócz produkcji najbardziej znanej formacji, katalog wytwórni stanowią nagrania także innych, początkujących artystów, a – co może stanowić dodatkową zachętę – cały materiał zamieszczony na witrynie Brennnessel’a jest do odsłuchania/pobrania całkowicie za darmo i legalnie.

AXMusique „AXMusique” [EP]

Notka od wydawcy zajawiała bardzo smakowity, muzyczny kąsek, ale wiadomo, że takowe trzeba zawsze dzielić przez trzy i faktycznie, ciężko dopatrzyć się na EP-ce łodzian obecności wszystkich gatunków, o których mowa była w mailu. Nie zmienia to jednak faktu, iż „AXMusique” zawiera dawkę przebojowej, trzymającej przyzwoity poziom elektroniki, która jest w stanie wprawić ciało w taneczny pląs. W szufladkowaniu tych rejonów muzyki nigdy nie czułem się mocnym zawodnikiem, ale generalnie rzecz dzieje się na styku breakbeatu, minimalu i house’u. Najznamienitszym reprezentantem wydawnictwa jest ponad siedmiominutowe „Lane” z fajnym bitem i zapadającym w pamięć zaśpiewem, ale pozostałe trzy kompozycje – „STS”, „Tore nade” oraz „Faith” – wiele mu nie ustępują. Przyjemna EP-ka, choć swoich szefów, puszczających w świat kolejne hity nie przebili.

Michell Phunk „My electric emotion”

Tu już nie jest tak dobrze. Na longplayu, który zapowiadany był jako kombinacja electro i french house’u brakuje wyróżniającego się od reszty kawałka, przeboju, „My electric emotion” to raczej zestaw mniej lub bardziej (z przewagą tych pierwszych) wpadających w ucho melodii. Co jednak jeszcze bardziej odznacza się in minus to fakt, iż niektóre ścieżki za bardzo przypominają części składowe utworów dużo bardziej znanych wykonawców, np. „Tonight” a „Spacelab” Kraftwerka. To wszystko razem sprawia, że przeszło 48 minut muzyki zgromadzonej na albumie wolę puścić w niepamięć i życzyć na przyszłość, kryjącemu się pod pseudonimem „Michell Phunk” Michałowi Biernackiemu bardziej owocnych sesji z komputerem.

Zagraniczne rozmaitości (7) – Tortoise, Florence + the Machine

październik 2, 2009 - autor: lukaszkusmierz

Po dłuższej nieobecności w formie pisanej na blogu (w międzyczasie pojawił się update linków) biorę pod lupę artystów, których co prawda tegoroczne płyty nie zmienią Waszego życia, ale z różnych powodów ich najnowszych wydawnictw nie wypadało zignorować.

Tortoise „Beacons Of Ancestorship”

Legendarna post-rockowa formacja z Chicago na swoim szóstym studyjnym albumie trzyma całkiem przyzwoity poziom, choć w drugiej części „Beacons Of Ancestorship” przynudza (nie licząc wyjątków w postaci closera „Charteroak Foundation”, wyluzowanego „Monument Six One Thousand” i siejącego zniszczenie w głośnikach „Yinxianghechengqi”, o ile można go zaliczyć już do „strony B”). W otwierającym album „High Class Slim Came Floatin’ In” panowie pokazują cała paletę mistrzowskich zagrywek (to właściwie trzy różne, płynnie zmieniające się utwory), „Northern Something” przyjemnie buja ciałem, singiel „Prepare Your Coffin” zbudowany jest na równie przejmującym, co i tytuł kawałka nerwie, ale absolutnym numerem jeden na krążku jest „Gigantes”. Tortoise udowadniają w obrębie jednej kompozycji, dlaczego legenda jest legendą – biegłość w posługiwaniu się instrumentami, umiejętność budowania klimatu, pazur; gdyby porównać Tortoise z „Gigantes” z ich kolegami po fachu, to trzeba by mówić nie o różnicy, ale o przepaści (tak a propos zwracam uwagę na tytuł kawałka). O „Beacons Of Ancestorship” jednak jako całości pewnie długo pamiętać nie będziemy.

Florence + the Machine „Lungs”

Oczekiwania, poniekąd też hype przerosły rzeczywistość – to najkrótsza recenzja „Lungs”. Rzecz jasna znakomite single (m.in. „Rabbit Heart (Raise It Up)”, „Dog Days Are Over”) poprzedzające wydanie płyty sprawiły, że Florence Welch i jej zespołowi przyglądaliśmy się ze szczególnym zainteresowaniem, tym samym i poprzeczka była zawieszona wyżej. Tyle że w najgorszym wypadku wystarczył chociaż równy materiał, by odbiorca mógł o „Lungs” myśleć w ciepły sposób, a nie mieć taką straszliwą pustkę w głowie, jak ja na temat tego, co właściwie znajduje się na albumie oprócz dobrze znanych, promujących całość piosenek i z nowych rzeczy jeszcze „Hurricane Drunk”. Debiutanckiego longplaya Florence + the Machine już dawno nie słuchałem w całości i nie mam nawet na to ochoty, co jednak nie zmienia faktu, że sama Florence jest zjawiskiem. Ile w tym pracy ludzi zajmujących się Welch (z dziennikarzami muzycznymi na czele), a ile prawdziwego talentu i charyzmy? Pozostaje przyglądać się kolejnym nagraniom sygnowanym nazwą Florence + the Machine, które powinny dać odpowiedź na to pytanie.

Inne Brzmienia Art’n'Music Festival, Lublin, 10-15.07.2009

lipiec 18, 2009 - autor: lukaszkusmierz

Miało być inaczej. W kontekście drugiej edycji Innych Brzmień wymieniano takich artystów, jak m.in. Tomasz Stańko i Smolik, Liu Fang, Boom Pam, Erik Truffaz, Kapela ze wsi Warszawa, Nigel Kennedy, O.S.T.R. Sofa, Pustki czy Perfect z orkiestrą symfoniczną. Choć osobiście wolałem zeszłoroczny line-up, to i ten robił wrażenie. Niestety, aspekt finansowy wpłynął na drastyczne okrojenie muzycznego składu i ostatecznie pozostała dosłownie garstka wykonawców, których występy postanowiłem zobaczyć. Niniejszy tekst nie jest drobiazgową relacją z festiwalu, na który oprócz koncertów złożyły się również wystawy, warsztaty oraz panele dyskusyjne, ale zapisem wrażeń i refleksji dotyczących muzycznej części wydarzenia.

Inne Brzmienia zaczęły się dla mnie dopiero drugiego dnia wraz z koncertem Gaby Kulki. Bezpretensjonalność, dobry kontakt z publicznością (vide sympatyczny dialog z jednym z fanów, gdy wokalistka pomyliła się i zaczęła wykonywać utwór inny niż powinna, co mniej więcej szło tak: „-Ten też jest fajny!”, „-Ten też jest fajny, ale zagramy go później”), uśmiechy na twarzach, trzykrotne bisy – zdecydowanie jest za co chwalić Gabrielę i jej zespół. Tego wieczora na scenie mieli się jeszcze zameldować Peyoti for President oraz grające m.in. etno i muzykę klezmerską The Ark, ale jako że nie były to nazwy wywołujące szybsze bicie serca, to te zespoły już sobie darowałem. Znacznie bardziej intrygował występujący trzeciego dnia malijski Tinariwen, największa zagraniczna gwiazda tegorocznej edycji Innych Brzmień (grali m.in. na Roskilde, z The Rolling Stones), kapela, której styl określa się uroczą nazwą „pustynny blues”. Afrykańczycy zaprezentowali transowe dźwięki przechodzące momentami… w muzykę taneczną, co nazwałem w smsie do kolegi „dance-bluesem” (z przymrużeniem oka oczywiście). Tinariwen zachwycili zgromadzoną publiczność, która ochoczo włączyła się do wspólnej zabawy, choć trzeba przyznać, że wystanie na ponad półtorej godzinnym koncercie zbudowanym w dużej części z leniwych, snujących się dźwięków było wymagającym przedsięwzięciem. Zresztą podobne odczucia towarzyszyły mi, gdy swój mocno imprezowy, porywający do pląsów zgromadzonych na Rynku Starego Miasta słuchaczy występ dawało Voo Voo i Haydamaky. Oba zespoły zagrały tyleż energetycznie, co nieodkrywczo – dominowały głównie skoczne, bałkańskie rytmy, a gdy pojawiał się moment liryczny, to na harmonię i rzewny ukraiński śpiew. W sumie to samo, co na Innych Brzmieniach rok temu, choć wtedy jeszcze bez wspólnej płyty. Motion Trio, wspomniani Peyoti for President i The Ark, Gorgisheli, Adlibitum, Shockolad oraz Pola, Maria Peszek i Kasia Nosowska (koncert finałowy) – występów tych wykonawców na Innych Brzmieniach 2009 nie widziałem.

Ambitne plany rozbiły się o prozaiczną, ale za to tak często decydującą kwestię jaką są pieniądze. Najważniejsze jednak, że w ramach ograniczonych możliwości finansowych organizatorowi wydarzenia, Mirosławowi Olszówce udało się zrobić na tyle dużo, by publiczność gorąco przyjmowała występujących artystów i świetnie się bawiła. To największe plusy dopiero co zakończonych Innych Brzmień. Warto też pochwalić fakt, iż wstęp na wszystkie, oprócz finałowego koncerty był darmowy. Pytanie – czy współorganizator (Urząd Miasta) nie powinien sięgnąć zdecydowanie, pełną garścią do portfela i wspomóc imprezę, która wpisuje się w starania Lublina o zdobycie tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016?

Zagraniczne rozmaitości (6) – Jack Peñate, Phoenix

lipiec 15, 2009 - autor: lukaszkusmierz

W czwartej części „Zagranicznych rozmaitości” proponowałem Wam dwa albumy, które świetnie nadają się na lato. Tym razem podobnie – powieje młodością, a francuską elegancję skonfrontujemy z latynoską energią, choć pochodzącą z Wielkiej Brytanii.

Jack Peñate „Everything Is New”

Tropikalny koktajl, w którym przeplatają się pop, soul, muzyka latynoska, indie, odrobina rocka i disco, a całość przyozdabia parasolka z napisem „retro”. Pod tak roztańczoną i pełną południowoamerykańskiego oraz afroamerykańskiego feelingu mieszanką podpisał się 24-letni Anglik, który wcześniej grał rockabilly. To może budzić pytania o muzyczną tożsamość Peñate i prowokować do refleksji na temat, ile w tym wszystkim jest autentyzmu, a ile doskonale skrojonego produktu. Stosując zasadę domniemania dobrej woli i poznawszy niesamowicie spójną zawartość „Everything Is New” łatwiej jest trzymać stronę Jacka, bo on najzwyczajniej w świecie na tym albumie miecie. Począwszy od ogrzewanego słońcem title track’a, poprzez singlowego masakratora rozgrywającego się pośrodku piasków Copacabany w postaci „Tonight’s Today”, skończywszy na wytchnieniu, jakie daje letni wieczór („Body Down”) naszym uszom przedstawione zostają muzyczne delicje. Mimo że to tętniąca dobrą zabawą płyta, to nie zabrakło na niej momentów bardziej serio – żarliwych, jak w openerze „Pull My Heart Away”, poruszających, jak w „Every Glance” (wersy z refrenu: „Take your hands from my shoulders and let me stand / I’ve been trying my hardest to be a man”), dostojnych, jak we wspomnianym wyżej „Body Down”. Mało tego, na drugim albumie Brytyjczyka jest też coś tak przewrotnego, jak wesoła piosenka o tym żeby nie reagować na śmierć łzami zatytułowana „Let’s All Die” (sic!). Rok temu „No Way Down” Air France, a w tym „Everything Is New” Jacka Peñate – naprawdę dobrze jest latem złapać parę dźwięków jednoznacznie wpisujących się w okres wakacyjny.

Phoenix „Wolfgang Amadeus Phoenix”

Intensywnie hype’owany krążek, którego obraz wyłaniający się z recenzji / opinii jest znacznie lepszy, niż faktyczna zawartość. Owszem, od samego początku swojego czwartego albumu Francuzi wypuszczają serię chwytliwych utworów, tyle że od drugiej części „Love Like A Sunset” nic się właściwie na „Wolfgang Amadeus Phoenix” nie dzieje. Nic oprócz tego, że zespół wykonuje ruchy w stronę autoplagiatu, czym pokazuje ograniczony zasób pomysłów na granie. Matematycznie więc rzecz ujmując tegoroczny longplay Francuzów interesuje mnie dokładnie do połowy (indeksy od 1 do 5), któremu lideruje definicja piosenki cool, czyli „Fences” (pytanie tylko, czy moja sympatia nie jest efektem przedłużającego się oczekiwania na długogrający debiut Tigercity?). Dają radę oba single, „Lisztomania” oraz okraszone przyjemnym klawiszem „1901”, a intrygujące, miejscami niepokojące, instrumentalne „Love Is Like Sunset Part I” traktuję jako odruch zdrowego rozsądku zespołu, który budzi z letargu przyzwyczajonego do kolejnych popowych numerów słuchacza i na ponad 5 minut przykuwa jego uwagę. Po tym utworze wybrzmiewają rozleniwione takty „Love Is Like Sunset Part II”, które bardziej kojarzą się ze wschodem, niż z zachodem słońca i to by było na tyle jak dla mnie. Reszta nie będzie przeszkadzać jako tło do innych czynności, co w sumie biorąc pod uwagę temperatury panujące latem i w związku z tym ograniczone chęci do jakichkolwiek działań może być nawet plusem. Chillout z „Wolfgang Amadeus Phoenix”? Jak najbardziej. Chillout plus muzyczna uczta? Jack Peñate – Phoenix 1:0.

Zagraniczne rozmaitości (5) – Grizzly Bear, Dirty Projectors

lipiec 9, 2009 - autor: lukaszkusmierz

Przed Wami muzyka, która staje w poprzek wytrenowanej przez radiowe przeboje percepcji współczesnego słuchacza. Kluczem do zakochania się w tegorocznych wydawnictwach Grizzly Bear i Dirty Projectors jest przebycie drogi od szczegółu do ogółu. Poświęcając uwagę konkretnym składnikom, z których zbudowane są kompozycje na obu albumach odczytamy je pełniej, niż szukając potencjalnych hitów. Co nie znaczy, że tych zabrakło i mamy do czynienia jedynie z awangardą przeznaczoną dla wąskiej grupy odbiorców. Warto dodać, że płyty obydwu grup z Brooklynu mają niesamowicie wysoką średnią ocen, jedną z najwyższych w tym roku biorąc pod uwagę recenzje, które do tej pory się ukazały.

Grizzly Bear „Veckatimest”

Chcąc zainteresować czytelnika najnowszym longplayem Amerykanów można napisać, że Grizzly Bear na „Veckatimest” znajdują się w połowie drogi pomiędzy Fleet Foxes i Animal Collective. To oczywiście uproszczenie, bo Grizzly’s są autonomicznym zespołem, a nie żadnym „stanem pośrednim” między swoimi krajanami. Delikatnie zarysowane bębny w „All We Ask”, przejście wokali w refrenie „Dory” lub miniatury grane na gitarze akustycznej w „Southern Point” – to pewnie jakieś 0,5% ze smaczków tworzących „Veckatimest”, drobiazgów budujących sens tej płyty. Jednocześnie bardzo łatwo odeprzeć zarzut wirtuozerii będącej celem samym w sobie i w związku z tym trudności w odbiorze LP Grizzly Bear wysuwając jako argument „Two Weeks”. Ten singiel uświadamia, że słuchając notowań list przebojów nie jesteśmy skazani na ciągle to samo. Ma on w sobie piękno i szlachetność zeszłorocznych przebojów Fleet Foxes pokroju „He Doesn’t Know Why”, a jeśli jakiś śmiałek podjąłby się opisania go sekunda po sekundzie, wygenerowałby niechybnie potężną ilość linijek w dokumencie tekstowym – tak dużo dzieje się w „Two Weeks”. Naturalnie uwaga o zmierzeniu się z zawartością utworów odnosi się do wszystkich kompozycji na „Veckatimest”, nawet gdy mówimy o minimalistycznym na tle krążka, obezwładniającym „Foreground”, przy którym niejednemu słuchaczowi po policzku spłynie łza. Różne określenia są łączone z nazwą „Grizzly Bear” – rock eksperymentalny, neo-psychodelia, psych-folk czy po prostu folk. W sumie to nie jest aż tak ważne, po zapoznaniu się z „Veckatimest” i tak na pierwszy plan wybiją się emocje, jakie wzbudził w Was ten album.

Dirty Projectors „Bitte Orca”

Ostatnimi czasy w opisywaniu muzyki nadużywa się określenia „pop”, tak jakby ten zwrot wiązał się jedynie z chwytliwą melodią, a nie pochodził od terminu „muzyka popularna”. Sam pewnie nie raz użyłem tego słowa, mało tego, myśląc o „Bitte Orca” nie przychodzi mi do głowy żaden lepszy termin niż „pokręcony pop”. Zespół, któremu szefuje Dave Longstreth stworzył z jednej strony na wspominanym longplayu kompozycje kanciaste, w pierwszym podejściu być może nawet totalnie nieprzystępne. Z drugiej jednak z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywamy ile jest na „Bitte Orca” melodii i pokrętnej przebojowości. Bardzo ważnym elementem są tu wokale i nie chodzi tylko o śpiew samego lidera grupy (charakterystyczny, hulający po pięciolinii głos), ale również o czyściutkie harmonie wokalne Amber Coffman i Angel Deradoorian. Nie można też zapominać o pojawiających się tu i ówdzie smykach, bez których ciężko wyobrazić sobie np. najpiękniejszą piosenkę na płycie, „Two Doves”. Każdy utwór na „Bitte Orca” jest na swój sposób wyjątkowy, wszystkie prezentują wyrównany poziom (może jedynie zamykające krążek „Fluorescent Half Dome” odrobinę się dłuży, ale też ma swoje momenty), ciężko więc wskazać zdecydowanego lidera, murowanego kandydata na singiel. Na takowy został wybrany kąsający elektronicznym funkiem „Stillnes Is The Movie”, ale przecież niczym nie ustępuje mu „Cannibal Resource” z jednym z najlepszych tegorocznych hooków w momencie, gdy Dave wyśpiewuje „Can it ask a question?/Can it sing a melody?”, a panie wchodzą z wokalnym dialogiem przewijającym się przez cały utwór. Ponad 6-minutowy „Useful Chamber” to kolejny błyszczący, muzyczny diament, w którego skrupulatnym opisie można zakopać się po uszy, a na tym pogodnym albumie jest przecież jeszcze „Temecula Sunrise”, rozśpiewane „Remade Horizon”, „The Bride” ze swoimi repetycjami…

Heineken Open’er Festival, Gdynia, 2 – 5.07.2009

lipiec 7, 2009 - autor: lukaszkusmierz

Wspominając tegorocznego Open’era będę myślał o wielu rzeczach, bo był to czas przeróżnych emocji, ale jedna kwestia wybija się ponad wszystkie inne. Czekanie. Czekanie, bo kolejka (przede wszystkim), czekanie na znajomych, czekanie na koncerty. Festiwal w tak rozrośniętej, przepotężnej formie, to bardziej sportowe wyzwanie (dużo oddanej energii, masakryczne odległości, spoglądanie na zegarek w komórce, szanowanie zdrowia, by mieć siłę na jak największą ilość koncertów), niż pójście na żywioł. Ze względu na powyższe, a także małą ilość snu i to, że Heniek 2009 był czasem wakacji dla mnie, a nie pracy, proszę potraktować ten tekst jako zbiór wspomnień, refleksji etc., relację, ale bez spinki i precyzji szwajcarskich zegarków. Wszyscy na pokładzie? No to startujemy.

Dzień pierwszy

Festiwal rozpoczął się dla mnie prawie tak samo, jak edycja z 2006 r., czyli koncertem The Car Is On Fire (prawie, bo wówczas był to drugi występ jaki widziałem). Po zachowaniu muzyków widać było, że czuli się tego wieczoru dobrze, szkoda więc, że przez cały właściwie występ trwała radosna zabawa realizatorów z dźwiękiem, w efekcie czego nie było słychać wokalu Kuby Czubaka. Setlista była złożona głównie z numerów z „Ombarrops!”, w tym z brawurowego wykonania „Usignoli Celesti”, które potwierdziło swój koncertowy potencjał. Chłopaki zagrali bardzo mało starszych utworów, jak już się coś pojawiło, to były to naprawdę hity pokroju „Miniskirt” czy „Oh, Joe”. Po tym występie trzeba było przenieść się z Tent Stage pod scenę główną, gdzie grał już inny band na stałe rezydujący w Warszawie, czyli Renton. Kiedyś pisałem o nich, że są stworzeni do występów na dużych festiwalach, a nie w klubach i tak faktycznie jest. Fajnie, że zespół wsparli na scenie Michał Szturomski z Afro Kolektywu i muzyk Excessive Machine, którego imienia nie pomnę, miło było usłyszeć cover Paula Oakenfolda „Southern Sun”, nie zabrakło też ostatniego przeboju grupy „Lubię w klubie”.

Po prawdzie jeśli chodzi o luz na scenie i kontakt z publicznością, to ten koncert przebił występ pierwszej wielkiej gwiazdy tegorocznego Open’era, czyli Arctic Monkeys. A zapowiadało się tak dobrze – wokalista Alex Turner w swoim dżinsowym ubraniu, z burzą włosów na głowie i w ciemnych okularach przypominał Jima Morrisona, kapela przyjemnie masowała bębenki prawdziwym rock’n'rollem, „Brianstorm” czy moje ulubione „The View From The Afternoon” porywało. Potem wydarzyło się nieszczęście, gdy dwu lub nawet trzykrotnie Arctic grali jak gdyby nic się nie stało, tymczasem do publiczności nie dobiegał żaden dźwięk. Oficjalna wersja wydarzeń była taka, że to sprzęt Brytyjczyków wysiadł, ale coś podobnego miało miejsce jeszcze potem podczas setu następnego w kolejności headlinera, o którym za moment. Była przerwa, przeprosiny Mikołaja Ziółkowskiego z Alter Artu, panowie wrócili wprawdzie, ale fakt faktem, że od wykonania największego hitu „I Bet You Look Good On The Dancefloor” ze sceny wiało coraz większą nudą. Wieczór uratowali moi absolutni faworyci z Basement Jaxx, którzy zagrali inaczej niż 3 lata temu. Hity pojawiły się na początku i na końcu, w środku był set dj-ski, a poza tym standard – pulchne wokalistki szalały na scenie (i poza nią, z estrady na Main Stage wyprowadzono w stronę publiczności schody), czarnoskóry muzyk prezentował karkołomne nawijki w „Jump N Shout”, a podczas „Where’s Your Head At?” pojawiła się małpka i pando-małpka (?). Nowością był wokalista w błyszczącym outfitcie, który pozamiatał fantastycznym wokalem i odjazdy w stylu cytatu z klasycznego „Over The Rainbow” Judy Garland czy tribute dla zmarłego Michaela Jacksona w postaci „Billie Jean” (choć tu jak sam raz ambiwalentne odczucia). Po odtańczeniu mojego latino-polo podczas ukochanego, zamykającego set „Bingo Bango” mogłem usatysfakcjonowany zakończyć pierwszy dzień festiwalu.

Dzień drugi

Wszystko miało się dla mnie rozpocząć od występu Furii Futrzaków na scenie młodych talentów, ale niestety mordercza, długa podróż na miejsce sprawiła, że zwyczajnie nie zdążyłem. Z tych samych powodów straciłem też początek koncertu Gossip, który się okazał jednym z najlepszych na tegorocznej edycji Open’era. Prosty, garażowy rock, fantastyczny wokal charyzmatycznej Beth Ditto porwały publiczność. Liderka Gossip jest jak królik z reklamy Duracella, jej gabaryty nie stanowią dla niej żadnej przeszkody, zresztą sprawia wrażenie, że dobrze się czuje w swoim ciele, co miło zobaczyć. Nie popadnę w przesadę, gdy napiszę, że Ditto zakochała się w polskiej publice – uprzejmościom nie było końca, a sympatyczny moment, w którym Amerykanka powiedziała, że chciałaby objąć wszystkich widzów i ich ucałować (co zobrazowała gestem) pozostanie w mojej głowie jako jeden z charakterystycznych obrazków Open’era 2009. Beth mówiła „dziękuję”, a tłum odpowiadał „dziękujemy”. Warto wspomnieć także o brawurowym wykonaniu „What’s Love Got To Do With It” Tiny Turner, a o szaleństwie fanów podczas szlagieru grupy „Standing In The Way Of Control” wspominać chyba nie muszę.

The Kooks słuchałem jednym uchem (dzień spotkań z ludźmi), ale nie był to raczej jakiś wyjątkowy koncert, raczej typowy średniak okraszony największymi hitami pokroju „Naive” czy „Ooh La”, z występu Duffy w Tent złapałem jeszcze mniej, ale za to końcową zdaje się część z „Mercy”. Potem nastąpił ponowny transfer na obszar przed Main Stage, bo o północy zainstalował się wraz ze swoją kapelą Moby. Być może stałem za daleko, być może byłem zmęczony, na pewno  też nie czekałem jakoś specjalnie na ten występ (choć wiadomo, że muzyka Amerykanina siłą rzeczy była zawsze gdzieś obok przez te wszystkie lata) – w efekcie ludzie bardzo chwalili wspomniany koncert, ja natomiast wyniosłem z niego raczej neutralne emocje. Niemniej pląsałem z satysfakcją przy „Bodyrock” i pośpiewałem sobie z Mobym przy „Ring Of Fire” Johnny’ego Casha już na bisach.

Znacznie więcej emocji wzbudzał we mnie występ Crystal Castles i jak się okazało również potężnej ilości fanów, co było dla mnie swoistym szokiem. Późna pora (mieli zacząć o 1 w nocy), mimo wszystko jeszcze nie tak bardzo znana grupa, no i jednak granie dla niektórych pewnie dość ekstremalne (na Last.fm są otagowani jako „ataricore”). Oczywiście poleciały największe hity kapeli na czele z „Alice Practice”, Alice Glass jak potem zobaczyłem w prasie uskuteczniła stage diving i zaprezentowała ten swój neurotyczny sposób bycia na scenie i śpiewania (krzyczenia?). Mam z nimi problem, bo ich muzyka jest niewątpliwie w porządku, stworzona na koncerty, ale zastanawia mnie, czy to wszystko nie jest jednak skrupulatnie zaplanowanym wizerunkiem, co w kontekście niszczenia się na scenie Alice byłoby po prostu przerażające. Czerpanie satysfakcji z oglądania Glass okładającej się po głowie mikrofonem, to trochę tak jakby oglądać walkę niewolników z lwami w starożytnym Rzymie albo czytać „Fakt” – ktoś tu odwołuje się do pierwotnych instynktów. Muzycznie natomiast Crystal Castles pozamiatali na zakończenie dnia.

Dzień trzeci

Scenariusz wydarzeń podobny – miałem zobaczyć łódzko-wrocławski Kamp!, którzy koncertowo ponoć świetnie się prezentują (przy takim poziomie singli nic dziwnego), ale nie udało się dotrzeć na czas, tak więc trzeci dzień festiwalu nie licząc wychwycenia odrobiny muzyki Izraela rozpoczął się dla mnie na dobre, gdy na Young Talents Scene zaczął grać Kawałek Kulki. Zespół z okolicy Gorzowa dał bardzo przyjemny występ, z gorącą reakcją publiczności przy piosence „Kolegi tata”, a w międzyczasie okazało się, że line-up festiwalu uległ przemeblowaniu i z powodu opóźnień w lotach m.in. legendarni Madness zostali przeniesieni na późniejszą godzinę z głównej sceny na tą najbardziej odległą idąc od strony ulicy Zielonej, czyli na World Stage. Chcąc zobaczyć Brytyjczyków, którzy zaczynali swoją przygodę z muzyką jeszcze na początku lat 70 przeszedłem swoje wiedząc, że na 22 bezwzględnie muszę być pod główną. Trzy utwory Madness („One Step Beyond” na otwarcie) pozwalają  mi jedynie na stwierdzenie, że na koncercie było tak, jak w ich piosenkach – radośnie i z przymrużeniem oka. Niestety musiałem odpuścić całą resztę z (zapewne) „Our House”, gdyż zbliżała się wielkimi krokami największa niewiadoma festiwalu, z którą wielu wiązało duże nadzieje.

Nie wiem jakie kontakty poruszył (i jaką kasę wyłożył) Michał Ziółkowski, że udało mu się ściągnąć jedną z największych kapel lat 90 dopiero co reaktywowaną przecież, ale organizatorowi Open’era należą się same dobre słowa za sprowadzenie Faith No More do Polski. Sam jeszcze mówiłem drugiego dnia, że póki ich nie zobaczę na scenie, to nie uwierzę, że to naprawdę oni w pełnym składzie. Ubrani w garnitury (lider Mike Patton w czerwony wysadzany świecidełkami, oparty o laskę – ewidentnie utykał, więc to nie był tylko element szarmanckiego wizerunku) zaczęli spokojnie, jazz-rockowo śpiewając o tym, że są zjednoczeni, ale jak w końcu ruszyli ze swoimi rockowymi szlagierami, to pokazali drzwi wieeelu młodym gitarowym kapelom. Byłem jeszcze dzieckiem, gdy w MTV leciało „Easy” czy „Epic”, więc w pewnym sensie się na nich wychowałem, zaś w okolicach mojej 18 przeżyłem bardzo intensywną fascynację utworami FNM, także wtórować na żywo zespołowi przy „Ashes To Ashes” czy „Digging The Grave”, to była dla mnie wielka frajda. Poza subiektywną oceną, był to jednak przede wszystkim świetny koncert w strugach deszczu. Patton pokazał, że może i ma aroganckie zachowania jako człowiek, ale artystą jest wybitnym. Śpiewał nisko, wysoko, pojawiły się momenty onomatopeiczne (beat-box również), wreszcie wykonania a la piosenka aktorska. Zmuszał publikę do odśpiewania „Evidence” po polsku, zbudował wraz z kapelą napięcie pauzując „Midlife Crisis” i potem wznawiając ten numer (w międzyczasie fani śpiewali dalej, by w końcu zacząć skandować nazwę zespołu), zachowywał się nonszalancko, publiczność tego wieczoru jadła mu z ręki (nawet moment pokazywania Żubrówki do kamery, a potem wody mineralnej wyglądał nieprzeciętnie, choć wiem, że to dziwnie brzmi). Muzycznie byłem w 99% procentach usatysfakcjonowany (1% to brak mojego ulubionego „From Out Of Nowhere”), wybrzmiał i potężny rock, i momenty soulowo-jazzowe. Najlepszy koncert Open’era 2009? Na to wygląda.

Pośrodku trójmiejskiej nocy pozostał jeszcze jeden „must see”, czyli M83 z Francji na Tent Stage. Po płycie „Saturdays = Youth” można było się spodziewać koncertu do płynięcia, w końcu ten krążek to melancholijna, dream popowa podróż w czasy dzieciństwa i dojrzewania. I tak, był to absolutnie bajkowy występ, coś jak Sigur Ros w 2006 r., ale podkręcany momentami tanecznymi, house’owymi wręcz. Trójka muzyków (niesamowita wokalistka z uroczym „merci”) dowodzona przez Anthony’ego Gonzaleza rozkochała w sobie publiczność i vice versa. Dość powiedzieć, że ludzie bili brawo jeszcze podczas ściągania sprzętu ze sceny, gdy puszczono już muzykę, co wiadomo, że oznacza definitywny koniec koncertu, a Gonzalez jeszcze przed udaniem się za backstage uformował dłonie w kształt serca, które skierował w stronę publiki. Piękny obrazek, piękny występ.

Dzień czwarty

Ostatni dzień festiwalu miał upłynąć bez większych szaleństw, ponieważ już po 4 nad ranem czekał pociąg do domu. Zaczęło się leniwie, bo przy dźwiękach slowcore’owców z Iowa Super Soccer. Zespół z Mysłowic zagrał dobrą muzykę do wyluzowania się, choć bardziej pasowaliby na późniejszą godzinę, gdy już by się ściemniło (wszystkie koncerty na Young Talents Scene kończyły się jednak w tym roku bardzo wcześnie, więc w tym miejscu było to niemożliwe). Po ISS nadszedł czas na występ Lily Allen na Main Stage. Młoda Brytyjka grała w idealnych warunkach pogodowych dla swojego cukierkowego popu, który rozruszał open’erową publikę, w tym osoby przebrane za pingwina i osiołka (stroje ludzi to w ogóle oddzielny temat – niezły był Spider-Man). Nie zabrakło oczywiście „Everything Just Wonderful”, „LDN” i „Smile” jeśli chodzi o przeboje Lily, sam koncert dał radę, ale bez urywania głowy. O bisy publiczność nie prosiła. Po tym występie nadarzyła się okazja do zobaczenia kapeli, która wywołuje kontrowersje w środowisku, czyli młodziaków z Kumka Olik. OK, Mateusz Holak przypomina strasznie Michała Wiraszko (swoją drogą zabawnie się zrobiło, gdy wspomniany pojawił się na scenie by wesprzeć zespół w „Zaspanych poniedziałkach”), chłopaki niemal splagiatowali numer The Hives na swojej płycie, a na żywo przypominają trochę Cool Kids Of Death, ale z jednocześnie mają przecież jeszcze czas, aby wypracować własny styl, poza tym podobnie jak CKOD – fajnie hałasują. Ostatnim akcentem tegorocznego Heńka był dla mnie występ Kings of Leon, który zgromadził potężny tłum… wykruszający się jednak z czasem, przynajmniej na tyłach. Cóż, nie są to moi bohaterowie, dużo tu kreowania wizerunku takich rockowych outlaws (na szczęście już nie udają Lynyrd Skynyrd jak w czasach „Molly’s Chambers”), ale doceniam, że mają kilka radiowych przebojów i grupę fanów (fanek!) za sobą. Zespół wybitnie singlowy, tak więc było i „Closer”, i cała reszta, sęk w tym, że koncert polegał po prostu na odegraniu piosenek, bez większych fajerwerków. Dla tych, którzy ich kochają to i tak już było dużo.

Refleksje, spostrzeżenia

Doceniam to, że Alter Art ściąga „gorące” marki do Polski nawet jeśli to coraz częściej nie są zespoły, które wywołują u mnie szybsze bicie serca. Oddaje szacunek za ogarnięcie tego wszystkiego organizacyjnie, ale nie zmienia to faktu, że na te 4 dni udało się zapchać Trójmiasto totalnie. Mimo darmowych busów podjeżdżających co chwilę w okolicach Dworca Głównego w Gdyni, mimo dodatkowych kursów Szybkiej Kolei Miejskiej. Średnia czasu na dotarcie z jednego z ostatnich przystanków kolei w Gdańsku (bliżej Sopotu) do punktu docelowego oscylowała wokół 3 godzin. Stawanie co chwilę w kolejce w letnim słońcu potrafi wyciągnąć z człowieka energię, co w drastycznej formie objawiło się w omdleniu pewnej dziewczyny, gdy czekałem na wejście na teren przed główną sceną (a czekałem w tym konkretnym miejscu jakieś 20 minut). Może należałoby wprowadzić limitowaną ilość biletów? Tematu skrupulatnego przeszukiwania na bramkach boję się podejmować, bo zaraz ktoś mi zarzuci, że namawiam do wnoszenia na teren festiwalu narkotyków czy niebezpiecznych narzędzi. Nie, nie namawiam, ale zakazem wnoszenia kanapek, wody mineralnej czy aparatów powyżej 3.2 Mpix już mógłby się Alter Art nie ośmieszać. Bezpieczeństwo to jedno, chęć zarobku to drugie. Może ze zgromadzonych pieniędzy organizatorzy ufundowaliby punkt, w którym na telebimach byłby podgląd na aktualne wydarzenia na wszystkich scenach Open’era? Rozwiązałoby to chociaż w małym stopniu problem ogromnych odległości na terenie festiwalu. Jest jeszcze wiele do poprawienia.

Pozdro dla wszystkich, z którymi miałem okazję się bawić!

Zagraniczne rozmaitości (4) – Dan Deacon, Juanitos

czerwiec 15, 2009 - autor: lukaszkusmierz

Lato z każdym dniem coraz śmielej zagląda do naszych okien, festiwalowy maraton sukcesywnie się rozkręca, a ilość płyt, którym warto się przyjrzeć przytłacza. To wszystko sprawia, że najchętniej wcisnęłoby się „pauzę” na pozostałe codzienne zabiegania i zajęło się tym, co naprawdę jest ważne. Albumy, o których w tym wpisie mowa to mieszanka wybitnie imprezowa i… szalona, zatem wrzućcie oranżadę do lodówki, a w międzyczasie gdy będzie się chłodzić zapraszam do poczytania o dwóch soundtrackach na wakacje.

Dan Deacon „Bromst”


Skoro Artur Kiela napisał kiedyś o Animal Collective, że „z pozoru zdają się czerpać wyłącznie z wtórnego zdziecinnienia”, to co należałoby powiedzieć o ich krajanie? A może lepiej o „koledze z piaskownicy”? „Bromst” to combo złożone z szalonego na ogół tempa, zakręconych kompozycji, chwytliwych melodii, przetworzonych wokali (baloniki z helem i te sprawy), nienachalnie zaczepiające momentami o epickość, tak jak w „Build Voice”, który spokojnie może stawać w szranki z „In The Flowers” w kategorii „najlepszy opener 2009”. I teraz – można do tej płyty podejść dwutorowo. Producenci muzyczni, tudzież dociekliwi krytycy mogą grzebać w warsztacie Deacona i kombinować z czego złożył tę sałatkę dźwiękową kucharza odurzonego Prozakiem lub po prostu można chłonąć, bawić się, spędzić dobrze przy tej płycie czas. Zdecydowanie wybieram tą drugą opcję, jeśli zaś uprzeć się o określenie (bo już nie zaklasyfikowanie) twórczości Amerykanina, najbardziej odpowiednie wydaje się „muzyka eksperymentalna”. Nawet nie podejmuję się/nie chcę szukać dla TEGO CZEGOŚ bardziej przystającej nazwy. Jeszcze się dobrze „Bromst” nie nacieszyłem, wiele z tych kompozycji na czele z „Snookered”, „Woof Woof”, „Baltihorse” czy wspomnianym „Build Voice” nieraz będę odtwarzał i jest to jedna z tych płyt, dzięki którym zapamiętamy bieżący rok w muzyce. Do zobaczenia w podsumowaniu rocznym Dan.

Juanitos „Best Of”


Surf rock grany przez Francuzów z Alp? How bizzare is that?! Powiedzmy sobie szczerze, zespół który nagrywa piosenkę o Frankensteinie w Szanghaju imitując przy tym chiński akcent musi mieć do siebie dużo dystansu. Na albumie stworzonym specjalnie dla serwisu Jamendo gromadzącym ich najlepsze utwory (Juanitos istnieją od 1991 r.!) jest tego więcej, wystarczy spojrzeć na tytuły – „Hola Hola Bossa Nova”, „Mariachis 2000”, „Super Exotic 60’s Beat”, nie ma wątpliwości, że pastisz jest nierozerwalnym elementem twórczości tego bandu. Ale jaki to pastisz! Tu aż roi się od hitów, różne konwencje wirują w głośnikach i w głowie słuchacza aż miło – rock and roll, muzyka latynoska, soul, funk, a nade wszystko taniec, taniec, taniec. Piosenki są skrojone idealnie wg szablonu retro, choć oczywiście brzmią jak najbardziej współcześnie, tym samym okazuje się, że chłopaki z Pawilonu mają na francuskiej ziemi swoich mentalnych braci. Longplay jest do odsłuchania/pobrania na licencji Creative Commons całkowicie za darmo ze strony Jamendo, także sami możecie się przekonać dlaczego „Latin Fever” kocham miłością bezkrytyczną.

Zagraniczne rozmaitości (3) – The Field, Camera Obscura

czerwiec 13, 2009 - autor: lukaszkusmierz

Tym razem o płytach wykonawców z dwóch różnych muzycznie biegunów, ale połączonych faktem zbierania całkiem pochlebnych opinii odnośnie ich najnowszych longplayów.

The Field „Yesterday And Today”


W 2007 r. stało się coś zdumiewającego. Debiutanckim albumem Axela Willnera (stojącego za projektem The Field) zachwyciła się spora część słuchaczy alternatywy, a przecież nie było to jakieś nowe rozdanie w muzyce elektronicznej. W 2009 r. natomiast jest już jak najbardziej czym się entuzjazmować, bo „Yesterday And Today” to godzina (z minutą, heh) świetnych utworów, o wiele ciekawszych, niż tych z „From Here We Go Sublime”. Przede wszystkim Willner serwuje tu dużo cieplejsze dźwięki, w kompozycjach sporo się dzieje (jak na minimalistyczne standardy The Field), więc te mimo swej długości (rekordzistą jest zamykające całość „Sequenced” – 15:42) nie nużą. Na „Yesterday And Today” jest więcej przestrzeni, oddechu, niż na debiucie, poza tym to bardzo „ludzka” muzyka, mimo że elektroniczna, dominuje tu głęboki humanizm. Zresztą już tytuł openera daje pewien trop – „I Have The Moon, You Have The Internet” – całkiem przewrotny jeśli wziąć pod uwagę grupę odbiorców i fakt, że to przecież muzyka doby Internetu. Zaskakuje piękne „Everybody’s Got To Learn Sometime”, porywają „Leave It”, wspomniane „Sequenced” czy „I Have The Moon…”, a przy kompozycji tytułowej pomagał perkusista Battles. Tu nie ma słabego utworu, (świetna) płyta z charakterem.

Camera Obscura „My Maudlin Career”


Szkocka formacja powinna w tym roku stoczyć walkę o koronę indie popu z The Bird And The Bee, choć gdyby to ode mnie zależało, to wziąłbym co najlepsze z albumów obydwu bandów i skleił w jedną całość, która powalczyłaby w rankingu płytowym, a tak… „My Maudlin Career” to czwarty krążek w dorobku Camera Obscura. Słodyczy tu co niemiara, na całe szczęście poprzedzielanej odrobiną goryczy (patrz najlepsze w zestawie melancholijnych „Away With Murder” – z pięęęknym zwolnieniem rytmu/zakończeniem lub „Forest And Sands), a najbardziej mocarne momenty, to singlowe „French Navy” i „Honey In The Sun”, pierwszy i ostatni kawałek na płycie. Myślę, że tę płytę mogą naprawdę polubić i zrozumieć dziewczyny – miłość jest tu odmieniana przez wszystkie przypadki, zachwyt przeplata się ze smutkiem, ważne, że całość zamyka happy end, jak w rasowej komedii romantycznej. Jest OK, ale postulat z pierwszego zdania z wpisu o „My Maudlin Career” pozostaje aktualny. Trochę kręcę nosem.